Śpiewając reklamy Playa

santa-claus-conquers-the-martians-crop-11

Reklamy Playa to jednak jest część naszego dobra narodowego. Zalet jest wiele, ale jeżeli miałbym wymienić tę najważniejszą dla mnie, to byłaby to świadomość, że pozawala zachować mi kontakt ze współczesną popkulturą. Słowo. W życiu nie wiedziałbym, kim jest Dawid Podsiadło, a przydało mi się to, do wpisania złośliwego komentarza pod jednym ze statusów na fejsie. Były 20 urodziny CD Projektu, a ja już wiedziałem, że ten koleś ma tylko 21.

No dobra, wtedy to się wydawało śmieszne, teraz nie za bardzo, ale hej, może to ten mityczny humor sytuacyjny?

Jest też ten koleś z dredami (Kamil chyba) co miksuje i jakaś tak chuda laska, chyba szafiarka co też śpiewa…. I słowo daję, że w życiu bym o nich nie wiedział, gdyby nie to, że spółka P4 wydaje majątek, by jej przekaz marketingowy towarzyszył mi wszędzie, gdzie pójdę. Dla mojego dobra.

W kinie dzieci śpiewają więc wraz z Dawidem, traktując reklamę, jak kolejny pophit o niczym, co jest dość abstrakcyjnym przeżyciem, w telewizji Kamil przesyła do mnie jakiś swój hit, a w knajpie sikając mogę poczytać o mojej formule.

I tylko moje dziecko za każdym razem krzyczy, że to kłamstwo.

Faktycznie, sprawdziłem, w terenie LTE nie ma.

Szewski gnyp kraje chlib

szewcy_teatr_polski1_340
Polscy szewcy to jeden z najbardziej plugawych zawodów.

Zdziwieni? Wystarczy na szybko przejrzeć księgę przysłów by zobaczyć:

  • szewską pasję – opis wściekłości, złości i ostatniej pasji
  • szewski poniedziałek – czyli próżnowanie po przepitej niedzieli
  • pije jak szewc – wiadomo
  • klnie jak szewc – tego też w zasadzie nie trzeba tłumaczyć

Być może coś w tym jest, że na bohaterów swójej głośnej sztuki Witkacy wybrał właśnie szewców. Wychodzi na to, że żaden inny zawód w Polsce nie ma aż tylu negatywnych konotacji. I co więcej, nie wiadomo skąd to się wzięło.

Googlowałem, pytałem, mailowałem. „Spojrzalem na frazeologię narodów ościennych i stwierdzam, że to polski szewc ma wyjątkowo zła opinię” – wyjaśnia mi dr hab. Marek Łaziński z UW – „może dlatego, że szewcy byli biedni (choć buty drogie) i z tej biedy brały się skojarzenia ze złym zachowaniem (pijaństwo, przekleństwa)” – głośno się zastanawia.

Ciekawe, prawda? Mamy w Polsce zawód, który stał się zbiorowiskiem wad i w zasadzie nie wiadomo dlaczego. Czym szewcy sobie aż tak nagrabili, że z cechu, którego przedstawiciel Dratewka uratował kraj przed smokiem stali się zapijaczonymi, leniwymi furiatami?

I co muszą zrobić by odkupić swoje winy?

PS Tak, gnyp to mały nożyk szewski. Nie wiedzieliście? Nic dziwnego, że mam w sobie coś z szewca.

Google’s Street View cameras are touring museums and taking weird selfies by accident

Originally posted on Quartz:

A Google camera takes an accidental self-portrait in a museum

no-caption

Google’s Art Project was launched three years ago as a sort of Street View for museums and art galleries. Using panoramic cameras mounted on trolleys, Google captures the artwork and gilded halls of 250 institutions around the world—all the while trying to stay out of sight.

The curtain slips a bit in the Camera in the Mirror, a new Tumblr project by the Spanish artist Mario Santamaría that collects accidental self-portraits of Google’s hulking cameras while they go about their work. It turns out that museums have a lot of mirrors, and the cameras often photograph themselves in front of them.

Sometimes swaddled in silvery capes or attended to by ghostly minders, the android-like devices call to mind the Victorian mothers who would hide underneath blankets to keep their toddlers from squirming during portraits. Collected together, the Google-camera selfies are at turns unsettling, revealing, and absurd—unintentionally upstaging the art they’re meant to quietly document.

A Google camera takes an accidental self-portrait in a museum

no-caption

A Google camera takes an accidental self-portrait in a museum

no-caption

A Google camera takes an accidental self-portrait in a museum

no-caption

A Google camera takes an accidental self-portrait in a museum

no-caption

A Google camera takes an accidental self-portrait in a museum

no-caption

[h/t Booooooom]

View original

Na balu u sowy z przyjacielem [moderka blogowa]

film_kub_puchat

Byłem jakiś taki zalizany. Lepki od sączących się powoli owoców samozadowolenia z samozaspokojenia. Wszyscy mówili o wszystkich w swojej głowie, czyli o sobie i co jakiś czas gdy już się wysłuchali tryskali zadowoleniem. A ja stałem i słuchałem starając się nie mówić nic. 

Normalnie napisałbym, że było ciężko. Ale było zaskakująco łatwo. Patrzenie na setki jednoosobowych wyuzdanych grup starających się za wszelką cenę siebie zaspokoić dawało perspektywę. 

I to nie tylko na życie. 

Na modę również. 

W szale autoekspresji i musieniebyciakimś stanie w cieniu innych stawało się nagle nawet nie czymś wyjątkowym, ale prawie że manifestem indywidualności. 

Tej starej, cichej, niewymuszonej i niezakrzyczanej. Niezalizanej. 

Nie musiałem być kimś.  

Mimo, że chciałem.

Review: Raising Steam

Raising Steam
Raising Steam by Terry Pratchett
My rating: 2 of 5 stars

Para w ruch to jedna z najsmutniejszych książek Pratchetta. Wiem, bo przeczytałem prawie wszystkie, a przy tej praktycznie ani razu się nie zaśmiałem. Był jeden fragment. gdzie patrycjusz mówi – czego w słowie tyran Pan nie rozumie, był opis dziennikarzy pijaków i w zasadzie tyle.

Zawsze bylem zafascynowany jak z komedii pomyłek i absurdów przygód Rincewinda autor zrobił głęboki, gorzki i cyniczny opis naszego współczesnego świata. Trudno było nie ulec jego przemyśleniom i zacząć zastanawiać się na ile proponowane rozwiązania nie sprawdziłyby się tu i teraz. Tymczasem w Parze w ruch nie ma ani humoru ani głębi. Fabuła jest porwana, nieciekawa i nieśmieszna. Wydarzenia rozrzucone w czasie i przestrzeni niespecjalnie się ze sobą łączą, a odległe analogie krasnoludów do Talibów nie za bardzo udane.

Szkoda, bo czekałem aż książka pojawi się w ebooku, kupiłem pierwszego dnia, a potem czytałem trochę na siłę czekając aż się w końcu skończy. No nic, mam nadzieję, że kolejna będzie lepsza.

View all my reviews

Lęku naszego codziennego oszczędź nam Panie, jako i my zwątpień dzisiejszych nie pomni

10247361_734277596615974_7696768209406000608_n

Po polsku to już tak dobrze nie brzmi, ale mam nadzieję, że sensu zdania z obrazka nie trzeba nikomu tłumaczyć.

Wzięło mi się to i wymyśliło zanim dowiedziałem się kilka razy na rozmowach kwalifikacyjnych, że jestem za kreatywny i bym się nudził na rozmaitych stanowiskach. Pewnie bym, teraz już się nigdy nie dowiem, więc czemuż miałbym w to nie wierzyć. Zwłaszcza, że to taka wygodna wymówka – byłem za kreatywny, za dobry, za artystowski, świat mnie nie docenił, jeszcze pożałuje i takie tam.

Oczywiście to bzdura. Świat na szczęście sobie świetnie beze mnie radził i poradzi sobie też. A żałować mogę tylko ja. Póki co, nie żałuje. Jest jak jest.

Review: Czarne oceany

Czarne oceany
Czarne oceany by Jacek Dukaj
My rating: 3 of 5 stars

Czarne Oceany przytłaczają. I to nie tylko wizją, bo ta, jak zwykle jest genialna, ale fabułą, w której się zgubiłem. I w zasadzie pod koniec książki nie do końca już ogarniałem co i dlaczego się dzieje.

Zakochałem się w tym niesamowitym ogarnięciu telepatii. Podziwiam, jak autor przewidzeniu co i jak może działać po dodaniu do naszej rzeczywistości faktu, że ktoś umie czytać myśli. Boję się wizji wojen ekonomicznych, bo ich zaczątki w postaci pierwszych giełdowych algorytmów, są już teraz. Świat wykreowany przez Dukaja pochłonął mnie do reszty.

Ale zawiodłem się nieco na fabule. Czyta się ciężko, a przez to długo. Dla mnie było to aż 80 dni. Wiem, można w tym czasie objechać świat dookoła, mi udało się tylko trochę go liznąć. I, jak pisałem wcześniej, pod koniec straciłem rachubę kto, kogo, po co i za co. Rozumiałem poszczególne sceny, ale przestały mi się one składać w całość.

Więc przeczytać warto dla rozkmin wszelakich, ale to raczej książka na wyjazd, gdy ma się dużo czasu, a nie na codzienną prozę życia.

View all my reviews

W oparach open baru [moderka blogowa]

A pan gdzie – młody mężczyzna spojrzał się na mnie podejrzliwie. Byłem w kropce i nie wiedziałem co zrobić. Szedłem na imprezę tak tajną, że o jej istnieniu wiedzieli nieliczni, zaś jej lokalizacja objęta była tajemnicą. 

Co zrobić, myślałem szybko. Czy on wie? Czy on wie, że ja wiem? A jeżeli tak, to skąd ja będę wiedział, że on wie, że ja wiem? Zbladłem. Proste wyjście zaczynało nagle niebezpiecznie przypominać bardzo złożony proces decyzyjny typu praca. Nawet nie wspominam, że godzinę miotałem się po garderobie, nie mając co na siebie włożyć. 

A może to jakiś test, który ma sprawdzić jak łatwo wydobyć ze mnie informację – przemknęło mi szybko przez głowę. Cisza zaczynała być nieznośna, a my próbowaliśmy nie patrzyć na siebie uwięzieni w lanserskim pacie. 

Ja na te tajne spotkanie – spróbowałem. Wie Pan, te na limitowane, specjalne zaproszenia. A pan? – obiłem szybko piłeczkę. Wiedziałem, że trafiłem. Nagle znikąd w jego rękach pojawiła się lista i moje nazwisko zostało na niej odznaczone. 

Bywałem i byłem. Tym razem też jednym z nielicznych. 

To nie ułatwiało sprawy. 

Wyczulony niczym tancerka zespołu pieśni i tańca na regionalnych dożynkach na szybko analizowałem sytuację. Opcje były dwie – albo byłem w awangardzie awangardy, albo w tym drugim szeregu, który nie dostał memo, że pojawiać się nie należy, bo to zbyt mainstreamowe. 

Open bar na początku nie ułatwiał sprawy, później nieco rozbujał emocjonalną karuzelę by w końcu wyekspediować problemy kurierem miejskim w kierunku bliżej nieokreślonej przyszłości. 

Piszę to wszystko nie po to, by pochwalić się, że byłem na imprezie, na której nie dość, że Was nie zaproszono, ale nawet nie wiedzieliście, że macie czego żałować. Piszę, by pokazać, że my, ludzie stylu powinniśmy być traktowani ze specjalną troską. 

Bierzemy na siebie znacznie większy ciężar niż możemy zapłacić za udźwignięcie. Poświęcamy się po to, byście wy – normalsi – nie musieli. 

Doceńcie to czasami.     

Nie takie złe to Mroczne Widmo

Film_Nerd_Phantom_Menace

Nie jakieś super te Gwiezdne Wojny, ale całkiem fajne – usłyszałem skróconą recenzję po pierwszej projekcji Mrocznego Widma. Nie wiedziałem co o tym myśleć. Pomysł, by wysłać spać bez kolacji, został po szybkim namyśle odrzucony.

Szczerze mówiąc, z jednej strony spodziewałem się chyba większej fascynacji. Z drugiej strony wszyscy wiemy, że Jar Jar Bings i Midichloriany, to nie jest to, za co moje pokolenie pokochało Star Warsy. Dziecko nieświadome burzy emocji, którą mi zapewniło grzecznie zasnęło. A ja siedzę i myślę.

Tak, miałem dylemat od której części zacząć pokazywanie gwiezdnej sagi. Doszło nawet do tego, że odpowiednie pytanie zadałem na serwisie Quora i otrzymałem odpowiedź, że koszernie będzie pokazać w kolejności, w jakiej samemu się oglądało, czyli 4-5-6-1-2-3. I nawet miałem taki zamiar, gdyby nie fakt, że w cyfrowi tubylcy to osoby, które popkulturę zasysają z prędkością, na jaką pozwala łącze.

Gry i filmy Lego Star Wars plus Angry Birds w zasadzie odczarowały całą sagę. Dzieci doskonale wiedzą kim stanie się Anakin, oraz czyim jest ojcem. Palpatine też nie ma tajemnic i jego pojawienie się jako senatora budzi zdumienie. Przecież to ten zły koleś w kapturze. Sith.

Pogodziłem się z faktem, że zaskoczeń nie będzie i zacząłem rozważać, czy nie lepszym pomysłem będzie rozpoczęcie oglądania od pierwszego epizodu. Dlaczego? W sumie to całkiem logiczne – po pierwsze Anakin z pierwszego epizodu jest bliżej 6 latka niż dwudziestokilkuletni Luke. No a po drugie jest całkiem niezły serial Clone Wars.

Włączyliśmy.

I wiecie co, to nie jest zły film. Pamiętam, że te naście lat temu, w 1999 roku był to dla mnie niezły policzek. Jak każdy fan czułem się oburzony tym co z MOJĄ SAGĄ zrobił Lucas. Gdzie mrok, Vader i jak to możliwe.

Owszem, Jar Jar Bings nie powinien się nigdy zdarzyć. Nie powinno być ani słowa o midichlorianach, a początki związku Anakina i Padme zakrawają na pedofilię. Ale poza tym? Jest dobrze. Kosmiczna baśń trafia do swojego docelowego odbiorcy – dziecka. Wiem, bo przetestowałem na swoim.

Pisałem już, że siedzę i myślę, prawda? Pisałem. I teraz z perspektywy czasu widzę, że 1999 to zupełnie inne czasy niż 1984 – rok w którym to ja, w wieku 6 lat, po raz pierwszy zobaczyłem IV epizod. Nie ma zimnej wojny, nie ma Imperium Zła – ZSRR, nie ma Czarnobyla a świat jest chyba jeszcze pełen nadziei, że będzie lepiej. Nic więc dziwnego, że zamiast Wookich pojawiają się pocieszni Gunganie. Dostajemy na pierwszym planie przygodę, walki na miecze świetlne i szalone wyścigi. Mrok czai się w tle. Nie pokazany, zamaskowany przed okiem widza przez knucia Palpatine. Silniejszy rząd, większa kontrola i inwigilacja. Kontrola przez drony.. wróć, klony i armie droidów. Wypisz wymaluj nasz dzisiejszy świat, po zamachach z 2001 roku.

A o dubbingu, że fajny, kiedy indziej. Póki co, czeka nas obejrzenie Wojny Klonów.

Poprosił by wpisały się miasta, bo odwiedza go teściowa [moderka blogowa]

konik_garbusek_1.png

Byłem za inteligentny i to rujnowało wszystko. A przecież mój plan był perfekcyjny. Musiałem tylko trochę zgłupieć.

Mądrość narodu – powiedział podczas patrzenia w lustro stylista – tkwi w jego bajkach. Nawet jest na to jakieś przysłowie – dodał zamyślony. A ja nie mogłem oderwać oczu od głębi jego spojrzenia.

Wzięliśmy na warsztat bajki. Zaczęliśmy od Grimm, ale jakoś te makabreski za bardzo Hannibalem zajeżdżały, więc przeszliśmy z postępowej Europy do naszego zaścianka. Klimat zmienił się nie do poznania.

Stylista deklamował, a ja zasłuchany kreśliłem w powietrzu wzory jednej wielkiej infografiki. Wszystko do siebie pasowało i ukłdało się w co najmniej sensowną i logiczną całość.

Droga do sukcesu zaczynała rysować się wyraźnie, jak szyny pod Pendolino w okolicach Grudziądza. Trzeba było mieć braci, być z nich najgłupszym a potem liczyć na pomoc magicznych przyjaciół.

Z braćmi sytuację miała załatwić prosta adopcja, zresztą, skoro uczestnicy Eurowizji mogą mówić do siebie per bracie, to czy my, ludzie mody tym bardziej nie powinniśmy czuć jedności? Spojrzałem po znajomych. Każdy z nich już coś osiągnął.

Ukos – prekursor akcji Uwolnij Męski Dekolt – był cenionym znawcą stylu i mody. To on odpolitycznił skarpetki, które znalazły się w szponach rządowych podczas afery Rywina. A wszystko prostym zdaniem, które stało się mottem życiowym wielu młodych polskich mężczyzn – do lakierek nigdy frotte. Zresztą frazę podchwycili bardowie polskiego hiphopu i teraz funkcjonowała już w oderwaniu od świata mody. Ukos był nawet zadowolony, że mógł coś oddać środowisku poza swoimi poradami. A Kanapa? Ten półhentajczyk jako pierwszy zaproponował sukienki typu unisex, które co prawda jeszcze się nie przyjęły, ale na pewno wyprzedziły swoje czasy niczym Polski Bus Interregio jadące na sąsiednim pasie autostrady.

Przeliczyłem jeszcze raz luki w swoim rozumowaniu. Mogłem  bezpiecznie założyć, że braci w modzie miałem. Byłem też z nich najgłupszy. A to już 2/3 sukcesu. Zawołałem stylistę i nakreśliłem sytuację używając do tego ekierki, cyrkla i papieru milimetrowego. Wyszedł z poczuciem misji. Gdy wróci obydwaj powinniśmy poznać magicznych przyjaciół.

Sukcesie – idziemy po ciebie.

Wszyscy straszą, nikt nie mówi, co robić

I wtedy puściłam się za Blackberry – mówi czarnoskóra nastolatka na filmie. Nie widzimy jej twarzy, są tylko tajemnicze ujęcia na kolana, buty i rękę pełną bransoletek. Serio, dziewczyno – myślę sobie – zrobiłaś to za Blackberry? Nie było nic lepszego?

InRealLife to jeden z tych typowych filmów dokumentalnych o nowych technologiach. Jest jak twór polskiego blogera – Przestarzały, niedokładny, chaotyczny i bez pomysłu. Za to pełen własnej miłości i wiary w swoją misję.

W czasie półtoragodzinnego dokumenty poruszona jest większość tematów – prywatność, miłość, samotność, co to jest chmura, gry wideo, uzależnienie, telefony i era mobila. Ktoś się wiesza, bo mu grożą, ktoś znajduje miłość i robi coming out a wszyscy jednym głosem wieszczą koniec i straszą.

Widać od razu, że reżyser się spóźnił. Materiał jest przestarzały, mimo, iż premiera była pod koniec 2013 roku. Halo 3, BlackBerry, Xbox to świat, który już dawno minął. Materiał nie porusza też nowych tematów. Wszystko o czym mówi ma co najmniej 3-5 lat. W cyfrowym świecie to wieczność.

Znudzony wyciągam w kinie telefon i piszę na fejsie, że mi się tak sobie podoba. Tym samym staję się równy złym i zdegenerowanym cyfrowym tubylcom pokazywanym na ekranie. Moją uwagę skupiają znajome głosy. W filmie pojawiają się autorytety.

Ich lista jest typowa. Większość z nich znam i szanuję. Jest pani profesor Turkle, jest i publicysta Cory Doctorow. Jednak już sama konstrukcja daje do myślenia. Mamy bowiem zestawione ze sobą dwa światy – cyfrowych tubylców i cyfrowych imigrantów. Ci pierwsi są obserwowani niemal jak zwierzęta. Są nastolatki onanizujące się nałogowo do porno, są laski puszczające się za telefony, są samobójstwa i uzależnienia. W zasadzie jedyna historia z w miarę pozytywnym happy endem to spotkanie dwóch młodych gejów, którzy w finalnej scenie romantycznie stykają się komórkami, by wymienić dane po NFC. Całe kino oczywiście usłużnie wpada w śmiech, bo przecież co to ma wspólnego…

A ja nie rozumiem. Nikt mi nic tłumaczy. Nikt nie chce zrozumieć. Wszyscy straszą, lamentują, ale nie mówią co z tym zrobić. Bo chyba nikt nie wierzy, że da się to zatrzymać.

W jednym z poprzednich filmów o technoapokalipsie ktoś mądrze powiedział, że tak naprawdę nie wiemy co się dzieje. Wyniki badań są przeterminowane zanim się pojawią, bo nasza rzeczywistość jest już inna. Ale to chyba nie oznacza, że mamy się poddać i nic z tym nie robić.

Wszędzie hasła klucze – prywatność, dopamina, samotność, odłącz się i zwolnij. Ale świat wymaga od nas czegoś innego. Odłączeni ludzie mają po prostu gorzej, jasne, mogą być szczęśliwsi, ale muszą się wówczas pogodzić z faktem, że nie osiągną tego, co podłączony świat nazywa sukcesem.

Tak po prostu, bo nie.

Standardowe, memowe #jakżyć staje się nagle koszmarnie relewantnym pytaniem. Bo o ile kiedyś mogliśmy czerpać wzorce od naszych rodziców, dziadków, czy bohaterów z mediów wszelakich, o tyle teraz jest to niemożliwe.

To dlatego starsi tracą na znaczeniu. Kiedyś rady starców mogły służyć poradą młodszym pokoleniom, teraz po pewnym wieku ludzie absolutnie nie ogarniają tego co się dzieje dookoła nich. To już nawet nie jest magia, ale wroga, niezrozumiała i opresyjna technologia wymagająca od nich niezrozumiałych działań.

Owszem, natura ludzka się nie zmienia, ale wszystko inne dookoła pod koniec życia jest rzeczywistością rodem z science fiction. I taką, w której ledwo co sobie radzimy. Nie udzielamy rad, lecz potrzebujemy pomocy, by przeżyć.

Kto ma być teraz przewodnikiem? Kto ma udzielić porad? Kto powiedzieć #jakżyć? Cyfrowi imigranci? Nie, oni tylko straszą i lamentują. Nie dziwmy się więc, że cyfrowi tubylcy zdani tylko i wyłącznie na siebie stracili chęć, by się ze starszymi komunikować.

I tak ich nie zrozumieją.

Do lakierków nigdy frotte [moderka blogowa]

Peaky Blinders world exclusive first look

Nie byłem pewien, czy popadliśmy w filozoficzną zadumę, czy po prostu zapadła żenujące cisza. Serce mówiło, że to pierwsze, ale rozum… Sami wiecie.

A zaczęło się tak niewinnie.

No dobra, może nie niewinnie. Byłem zraniony, byłem zły, szukałem ucieczki. No i wrócił stylista. Nie pytałem gdzie, nie pytałem z kim, nie pytałem dlaczego. Nie tęskniłem. No może trochę.

Ale był, a co więcej pokazał mi coś, co może mieć przyszłość. Nie wiem czy widzieliście, ale te seriale robią się coraz lepsze. Co więcej, rozdają je za darmo w internecie. Na szybko podczas przeglądania się w lustrze ustaliliśmy, że to może mieć przyszłość.

Jeden z ostatnich mówił o czymśtam w Anglii, lata 20. Właczamy, oglądamy, dziwnie mówią, nikt nie ma komórki, jakby go było nie stać. Ujęcie ogólne, pokazują tłum i widzę, że nie stylista blednie. Ja zresztą też. Dookoła sami hipsterzy.

Zerżnięte jest wszystko. Fryzury, stroje, cała stylówa. Cała nasza ciężka praca, nasze kreatywne pomysły, krwawicę, nerwicę i niewyspania szlag trafił. Wszystko już było.

Na szybko odrzuciliśmy teorię o wehikule czasu. Zaczęliśmy myśleć o innych, potem jeszcze raz rozważyliśmy wehikuł, na końcu padliśmy pełni smutku.

Wróciliśmy do początku i stylista fryzur raz jeszcze powiedział: wszystko już było.

A mnie olśniło.

Jeżeli wszystko już było i ludzie z gorszych epok kradną nieświadomie nasze pomysły, to znaczy, że wszystko znowu będzie i my możemy ukraść pomysły tych z przyszłości. W ten sposób doszliśmy do słowa posthumanizm.

Było jak moda. Dzikie, nieokreślone i nikt nie wiedział o co chodzi.

Jedni mówili żeby sobie coś wkładać, inni, że nic nie będzie i trzeba będzie stylizować zwierzęta, bo jakieś 12 małp.  Sami nie dałem rady. Potrzebowałem wsparcia i to teraz. Natychmiast.

Nawet nie patrzyłem co zakładam. Zielona kurtka przeciwdeszczowa, przetarte spodnie, buty – Levis, te z Nowego Jorku, bluza Gapa – naprawdę się spieszyłem. Wybiegłem na miasto i zacząłem szukać.

Sam nie wiedziałem kiedy wparowałem do budynku uniwersytetu. Pierwszy z brzegu, w końcu żyjemy w epoce renesansu. A może oświecenia? Pałac Staszica nazwany został tak z powodów nie wiadomo jakich. Pewnie od ulicy, przy której się kiedyś znajdował. Wpadłem tam, bo nie dość, że był tam uniwersytet, to jeszcze jakiś NFZ. Niestety na pytanie o najmądrzejsze osoby nikt mi nie odpowiedział. Zacząłem więc błądzić, szukając wiedzy.

I tak doszedłem do tabliczki z nazwą Ambulatorium PAN. I znowu – rozum podpowiadał, że to nazwa szpitalna, że od ambulansu, z drugiej strony mój kontakt z edukacją był jak stosunek przerywany.

Z uczelni wydalono mnie szybko wiedząc, że za bardzo wyprzedzam swoje czasy i powinienem nieco zwolnić podczas szukania nowych wyzwań w życiu. Zresztą stąd i też moje wejście w świat mody, bo ubieranie przychodziło mi jakoś tak naturalnie, a dodawanie uznawałem zawsze za wynaturzenie.

Nie byłem więc pewien, czy ambulatorium to nie jakaś duża sala, gdzie siedzą profesorowie i ambulują. Cokolwiek to znaczy. Poszedłem za strzałkami.

Otwieram drzwi, widzę, są. Pytam więc na głos – którędy do posthumanizmu… i zapada ta cisza. Żeby nie wyglądać głupio wyciągnąłem telefon i zacząłem pisać, żeby wyglądało na coś poważnego. Nie wiem co dalej.

Pomóżcie…. Oni dalej się nie odzywają.

Ludzie, nie ma co czekać, kupujcie fablety!

htc-iron-man-reklama-chip

A słyszałeś, że podobno hipsterzy przechodzą z iPhonów na inne telefony? Spojrzałem w zadumie na swój HTC One Max. Nie, nie słyszałem – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.

Nie wiem, jak się nazywa pokolenie po cyfrowych tubylcach. Wiecie, to które gdy zobaczy ekran od razu chce go smyrać. A jak coś nie reaguje na dotyk, to znaczy, że pewnie jest zepsute. No ale o nim mowa i o świecie post-pc. Świecie, w który wierzyłem, ale którego częścią nie byłem.

Możecie się śmiać, ale jednym z bardziej bezużytecznych gadżetów, które kiedykolwiek kupiłem był iPad. Pominę już milczeniem ile się nakombinowałem, by dostać jego pierwszą edycję i ile wypraw do USA było do tego koniecznych. Tak samo jak to, kto stał ze mną w kolejce, gdy go kupowałem. Nie jest to ważne. Ważne jest, że bardzo długo leżał i się kurzył, bądź też służył jako podstawka. Serio. To nie żart.

Dlaczego? Bo nie był niezbędny. Przy sobie miałem zawsze 3 rzeczy. Komputer – bo dużo piszę, montuję itp., oraz smartfon, bo wiadomo, kontakt ze światem, aparat, muzyka, nie ma co się bardziej rozpisywać. W tym układzie tablet nagle okazał się być zbędny. Może gdybym tylko biernie konsumował internet, zamiast aktywnie go współtworzyć byłoby inaczej. Ale nie było. Doszło do tego, że chciałem mieć coraz mniejszy komputer i coraz większy telefon.

Jest wiosna, rok 2014. Witamy w wielkiej greckiej mobilnej tragedii, gdzie nie ma dobrego wyjścia, zaś na katharsis trzeba jeszcze trochę poczekać. Mamy jedność miejsca, jedność czasu i trzech aktorów, z których żaden nie jest doskonały.

iOS najlepszy jako system, nie posiada telefonu z dużym ekranem, Windows Phone mimo dobrego systemu ma nawet nie to, że mało aplikacji, ale po prostu ich gorsze wersje. Zaś Android… cóż, to po prostu taki gorszy iOS.

Ja wiem, że jak się go dopieści, spędzi godziny, powybiera apki, skompiluje kernale, zrootuje, poinstaluje i doda to będzie najlepszy na świecie. Rzecz w tym, że zabiera to mnóstwo czasu i zawsze jest coś.

Pomijam już fakt, że na każdym urządzeniu wygląda inaczej, działa inaczej i w zasadzie jest innym systemem. I nie jest aż tak źle, jak myślałem. Da się przeżyć, bo niedogodności wynagradza większy ekran.

A w zasadzie nie, nie wynagradza. Po prostu do małych przekątnych nie da się wrócić. Mój iPhone 4S wygląda jak zabawka. Nie da się na nim pracować. Jest po prostu za mały.

I żeby nie było – androidowe fablety mają poza rozmiarem tez inne zalety. Choćby takie, że bateria w końcu wytrzymuje cały dzień. A aparat robi naprawdę ładne zdjęcia. I póki co, to jest najlepszy wybór.

Jeżeli pytacie się mnie o radę, który telefon wybrać, od razu odpowiadam – HTC One Max. Ewentualnie LG Flex. Android, nie Windows Phone.

PS A Google Now bije na głowę i Siri i Cortanę. Nawet w swej wykastrowanej w Polsce wersji.

Na powrót do iOS przyjdzie jeszcze czas, kiedy Apple wypuści większe iPhone’y. Chyba, że do tego czasu zupełnie się przestawię.

 

Gender, gender, pokaż rogi: burzliwa historia badań nad dimorfizmem mózgu ludzkiego

Originally posted on Piękno neurobiologii:

Dyskusja, jaka obecnie się toczy w mediach na temat „gender” jest i śmieszna, i straszna, w zależności od tego, czy bawi nas czy przeraża fakt, jak wielu ludzi bez kompetencji, ale o pewnej pozycji społecznej, zabiera głos w dość istotnych sprawach. Ale dyskusje na tematy związane z płcią i biologią toczyły się od dawna, i to wśród kompetentnych uczonych. Tutaj chciałbym przypomnieć, co działo się około 30 lat temu w Europie i USA.

http://vetulani.files.wordpress.com/2014/05/gender.jpg

rys. Iwona Siwek-Front


Trzy dekady temu w tamtej części świata wierzono święcie, że człowieka determinuje jedynie środowisko, zwłaszcza środowisko społeczne, a geny i biologia nie mają większego znaczenia. Dotyczyło to zwłaszcza różnic w budowie mózgu mężczyzn i kobiet. Dimorfizm płciowy człowieka jest ewidentny, jednakże dyskusja dotycząca różnic w budowie i funkcjach mózgu męskiego i żeńskiego została tak wypełniona treściami ideologicznymi, że w materii tej powstał nieopisany zamęt. Do dziś dnia prowadzi się w tym kierunku intensywne badania…

View original 1 685 more words