Umiesz napisać historię w sześciu słowach?

Kiedyś Hemingway założył się ze znajomymi, że napisze opowiadanie za pomocą sześciu słów. Wygrał.

Wyprzedaż: buty dziecięce, nigdy nie noszone.

Potem był artykuł w magazynie Wired, który poprosił znanych amerykańskich pisarzy o to samo. Rezultaty? Powalające. Moje ulubione to:

Computer, did we bring batteries? Computer?
- Eileen Gunn

Longed for him. Got him. Shit.
- Margaret Atwood

Internet “wakes up?” Ridicu -
no carrier.
- Charles Stross

With bloody hands, I say good-bye.
- Frank Miller

Epitaph: Foolish humans, never escaped Earth.
- Vernor Vinge

It cost too much, staying human.
- Bruce Sterling

We kissed. She melted. Mop please!
- James Patrick Kelly

I’m your future, child. Don’t cry.
- Stephen Baxter

I’m dead. I’ve missed you. Kiss … ?
- Neil Gaiman

The baby’s blood type? Human, mostly.
- Orson Scott Card

To save humankind he died again.
- Ben Bova

Jest tego dużo więcej, sprawdźcie sami tutaj. Warto, bo jest cała masa super patentów. A ja przy okazji przyznam się, że zawsze podobną akcję chciałem zrobić z polskimi pisarzami.

Jestem strasznie ciekawy co napisałby Dukaj, Miłoszewski, Brzezińska, Grzędowicz czy Ziemkiewicz.

No cóż, może jeszcze kiedyś mi się uda.

A tymczasem zobaczcie jeszcze jedną serię sześciowyrazowych opowiadań, którą znalazłem na 9gagu.

anXR2nz_700b

PS A w sumie to mi się i moje opowiadanie wymyśliło:

Za szybko go skazaliśmy, był niewinny.

Szkoda, że nie zobaczyli znaku „uwaga”

Obudziłem się w kostnicy. Jak zwykle.

Straciłem kontakt z ludźmi którymi byłem

Jak robić, żeby zrobić – czyli uroki pre-produkcji

W poniżej prezentacji najlepsze jest to, że nie dotyczy ona tylko gier, ale w zasadzie każdego działania związanego w jakiś sposób z branżą kreatywną. Czytam ją sobie i odnoszę do swoich rozlicznych projektów związanych zarówno z pisaniem, działaniami PR/marketing, jak i naprawdę dużymi projektami za gigabaksy i widzę, że to działa.

Pamiętajcie – pomysły są tanie.

Dlaczego dzisiejsze dzieci uczą się o wczorajszym świecie?

z15619674Q

Wszystkie te nowe bajki dla dzieci omijają szerokim łukiem jedną rzecz. Współczesność. Co pójdę do teatru, włączę słuchowisko czy jakąś nową bajkę to natykam się na prawdy, które znamy od lat.

Trzeba być miłym, nie grzecznym, nie robić drugiemu, co tobie nie miłe i takie tam. No chyba, że to bracia Grimm, to wtedy robić innym należało jak najbardziej i jak najgorzej, by tylko osiągnąć swój cel. Spalić macochę, obciąć pięty czy rozerwać końmi. A zabawa wcale się nie musiała tu kończyć. Czasami wręcz dopiero się zaczynała.

Problem w tym, że świat dzieci nieco się zmienił i poza trzepakiem i piaskownicą pojawiło się w ich życiu coś takiego jak internet. A w nim cała masa nowych zagrożeń. I to takich, które cały czas się zmieniają.

Bromba w sieci teatru 6 Piętro, to jak do tej pory jedyna sztuka teatralna, która stara się jakoś zmierzyć z tym problemem. I robi to nawet nieźle – problem w tym, że opisuje świat, którego już nie ma. Rzeczywistość zaczęła zmieniać się za szybko.

W sztuce widzimy jak bohaterowie z rzeczywistości bajkowo-magicznej przenoszą się do rzeczywistości wirtualnej, gdzie mierzą się z rozmaitymi przeciwnikami. Wirusem komputerowym, który podmienia frazy w wyszukiwarce, z podejrzanym e-mailem czy ostatnim bossem z gry MMO o wampirach.

Ręka w górę, kto miał ostatnio problem z wirusem komputerowym. Niegdyś rozpowszechniające się bez opamiętania i niszczące zawartość dysków programy szybko znikły, by ustąpić miejsca aplikacjom zamieniającym stacje robocze w posłuszne zombie atakujące wskazane cele. Nie ma sensu niszczyć, skoro można zarobić. Mityczni hackerzy siejący niegdyś postrach spowszednieli i stali się (w większości) bandytami wymuszającymi okup.

Podejrzanymi mailami zajęło się Google, które praktycznie zmonopolizowało tę usługę. Maile straciły na znaczeniu, a automaty antyspamowe wielkich korporacji praktycznie wyeliminowały zagrożenie dla szeregowego użytkownika.

Z wymienionych problemów w sztuce pozostało nadmierne uzależnienie od gier, które jest, będzie i raczej sobie nie zniknie. Ale przecież to zdecydowanie za mało. Bo w sieci na najmłodszych użytkowników czekają coraz to nowe zagrożenia. Od złych ludzi, na których mogą trafić na czatach, przez próby wyłudzenia pieniędzy i numerów kart kredytowych rodziców, przez zupełnie nowe rzeczy, jak kradzieże przedmiotów wirtualnych czy, jej, sam nie wiem co. Włamywanie się do domowych urządzeń typu pralka czy lodówka? Przejmowanie kontroli nad wszczepami? Ataki na „ducha w maszynie”?

Gdzie fenomen MInecrafta? Gdzie Lego i połączone uniwersa? Gdzie niebezpieczny świat czatów, selfie i walki o prywatność? Rozumiem, że odpowiedzialność spoczywa na rodzicach, ale fajnie by było, gdyby twórcy kultury wyższej i niższej też się tym zajęli i w swoich dziełach zaczęli przemycać te zagadnienia.

Nie bij słabszych, nie wrzucaj swoich nagich fotek do sieci, odrabiaj lekcje i nie dawaj hasła do swoich kont nikomu. Nawet jak ładnie poprosi.

PS Oczywiście jest jeszcze opcja, że takie rzeczy powstają, ale ginął w tłumie. Jak ktoś zna, to niech pierwszy rzuci tytułem.

Te plakaty dla informatyków z lat 80 są niesamowite

Jestem ostatnią generacją, która żyła w epoce bez Internetu. Nie, to nie mój cytat - znalazłem go na którejś ze stron. Moje pokolenie to po prostu ludzie, którzy na stwierdzenie „nie było kiedyś sieci” nie reagują pytaniem – „przez ile?”.

Robiliśmy wariackie rzeczy bez potrzeby bycia w stałym kontakcie, umieliśmy czekać, mieliśmy ograniczony dostęp do porno. Nie było nam wcale lepiej niż teraz, ale też i nie było wcale gorzej. Było po prostu inaczej.

Chcę się czuć jakoś bardzo wyjątkowy, ale nie potrafię. Moi rodzice żyli w świecie bez telewizji, dziadkowie zapewne bez radia. Teraz co chwila mija jakaś chwila, kiedy postęp zmienia wszystko. No może nie wszystko, ale dużo.

Oprócz dwóch rzeczy – haseł i backupów. Te zawsze były ważne. Zerknijcie sami na plakaty powyżej. Mimo, iż mają już one ponad 30 lat, to nadal są aktualne, Może teraz nawet bardziej niż kiedyś.

Śmieszne, co?

„Clementine to zapamięta”: strategie kształtowania zaangażowania emocjonalnego w grach „The Walking Dead” i „The Wolf Among Us”

Originally posted on Altergranie:

Poniższy tekst jest lekko rozbudowaną i podrasowaną formą zapisu prelekcji, którą wygłosiłam podczas konferencji „Grasz?” w ramach festiwalu Ars Independent 2014. Spoilery? Są, ale raczej niewielkie,

Para obserwujących oczu. Na plakacie albo na zdjęciu. Czasem tylko tyle trzeba, by ludzie „przypomnieli sobie”, jak należy postępować.

Liczneeksperymentynaukowe udowodniły, że umieszczenie takiego obrazu w miejscu publicznym wystarczy, by zmniejszył się odsetek osób, które śmiecą, zaczepiają, kradną i dopuszczają się innych społecznie nieakceptowalnych zachowań. Taka zewnętrzna regulacja moralności, choć może budzić kontrowersje, jest możliwa dzięki neurologicznej architekturze naszego mózgu, który w procesie ewolucji dostosował się do wrogiego środowiska. Automatyczne i szybkie wykrycie cudzego wzroku pomagało naszym przodkom zorientować się, że obserwuje ich ludzki czy zwierzęcy przeciwnik, po czym odpowiednio zadziałać. Na dalszym etapie ewolucji umiejętność oceny wyrazu twarzy patrzącego na nas człowieka – w czym znaczną rolę odgrywają przecież oczy – była gwarantem powodzenia w społecznych interakcjach.

Plakat wykorzystany w eksperymencie opisanym w artykule ‘Cycle Thieves…

View original 2 025 słów więcej

Czy stracimy tylko pracę, czy może coś więcej

Originally posted on Charlescape:

Jakiś czas temu Toread zamieścił na swoim blogu bardzo interesującą notkę. Nie jest to zresztą nowość, co można łatwo sprawdzić, poprzez lekturę. W każdym razie notka, oraz komentarze pod nią, dały mi do myślenia. Sporo czasu to trwało, ale postanowiłem się wreszcie podzielić efektami tych dni, czy też tygodni, w których temat do mnie powracał.

Tutaj uwaga: dalsze czytanie nie ma sensu, bez zapoznania się z tym, co napisał Toread.

Zgadzam się – nie widzę żadnego sensownego rozwiązania poza koncepcją bezwarunkowego dochodu podstawowego. Nie potrafię sobie wyobrazić innego modelu, w którym powszechny jest brak pracy. Nie ze względu na inne uwarunkowania, ale właśnie przez wyeliminowanie z większości (o ile nie wszystkich) procesów produkcyjnych (również dóbr, nazwijmy je, niematerialnych, kulturalnych) człowieka. Ogniwa najbardziej zawodnego. Choroby, brak motywacji, problemy osobiste, powodów, dla których może spaść nasza wartość w kontekście ekonomicznym. Wierzę, że to bardzo prawdopodobny scenariusz.

Powiem szczerze…

View original 587 słów więcej

10 książek, które zostały ze mną do dziś

10561602_553667068095287_8914678359385221683_n

Wypisanie 10 książek, które w jakiś sposób zmieniły moje życie, to jeden z nielicznych łańcuszków, na które się dałem załapać. I chyba jeden z najbardziej problematycznych. No bo jak tu z tej całej chmary świetnej literatury, jaką przeczytałem podczas ponad 30 lat swojego życia, wybrać tylko 10 książek?

No ale, miałem się nie zastanawiać, to leci z głowy:

  • Warhammer i Wampir Maskarada – gdyby nie RPGi, to nie byłbym tu, gdzie jestem. Warhammer jako gateway drug i Wampir, dzięki któremu powstał PESM. A potem już szybko – praca w MiM, Metropolis, Hyper, potem Polygamia…
  • Principia Discordia – bo religia w życiu wbrew pozorom jest ważna. Zwłaszcza taka religia
  • Król Bólu – w końcu ktoś napisał o mnie, zajrzał w moją duszę i ją zgwałcił. Linia oporu do tej pory jest chyba najlepszym opisem przyszłego trans-człowieka, jaki widziałem
  • Alone Together – tu z kolei mamy opis tego co było i jest, pokazujący jak technologia przeorała i nam mózgi i zmieniła nas. Nie do poznania.
  • Wahadło Focaulta - zawsze jak czytam wstęp, to czuję się głupi. Potem zachwycam się konstrukcją, fabułą i intrygą, która zaczyna ożywać. I stawać się prawdą, nawet jeśli nią nie była.
  • Narnia - pierwsze fanfiki w wieku lat 10 pisałem właśnie w tym settingu
  • Malazańska Księga Poległych - jedna z najlepszych, jeżeli nie najlepsza epicka saga fantasy odarta z epickości. Bohaterowie stają się bogami, umierają, skala intryg to całe imperia. No i jak to jest napisane. Epic!
  • Władca Pierścieni - wiadomo…
  • Opowiadania Wiedźmińskie - całe liceum czytania w kółko, niektóre cytaty pamiętam do dziś.
  • Polactwo - otworzyło mi oczy na parę rzeczy, w sumie pierwsza quasi-polityczna książka, którą czytałem

Uff, udało mi się jakoś zamknąć w 10 pozycjach, z małymi oszustwami. A jak to wygląda u Was? O ile wygląda, bo w ogóle chce Wam się jeszcze czytać…

PS Nie dopisałem, a chciałem coś z Lovecrafta, Maga Fowlesa, Prawo Sępów Kresa, Neuromancera Gibsona, Fausta i Merlina Nye’a, trylogi Illuminatus, Accelerando i wielu innych. A chciałem.

Zobaczyłem właśnie Star Wars Holiday Special i odpadłem

Star Wars Holliday Special to bezsprzecznie jedna z najdziwniejszych rzeczy pochodząca z uniwersum Gwiezdnych Wojen, jakie dane mi było widzieć.  Wyemitowane tylko jeden raz – 17 października 1978 szybko stało się kultowe, głownie z powodu swojej niedostępności.

Nagraniami z TV dysponowali tylko najwięksi fani, którzy z zazdrością strzegli do niego dostępu. I w sumie trudno się dziwić. W końcu jest to tak kuriozalny materiał, że ho ho. Wiecie, że Carrie Fisher, czyli księżniczka Leia, była tak naćpana podczas kręcenia tego materiału, że w ogóle tego nie pamięta? No ale przecież to tylko jedna ciekawostka, co powiecie na to, że:

  • Chewbacca ma rodzinę, a mimo to szlaja się po kosmosie z przemytnikami
  • Wookie nie starzeją się dobrze, za młodu zresztą też nie wyglądają za dobrze
  • Na początku w zasadzie nie wiadomo o co chodzi, bo wszyscy tylko ryczojęczą. To może być obraz szczęśliwej rodziny, może być też siedliskiem patologii
  • Programy rozrywkowe dawno dawno temu, w galaktyce daleko, daleko stąd stały na fatalnym poziomie
  • Luke wygląda jak swoja transseksualna kopia
  • Straż Imperialna nosiła wąsy
  • „Telezakupy Mango” były od zawsze. magiczne szczotki czyszczące wszystko towarzyszą nam od co najmniej pierwszej Gwiazdy Śmierci

A to tylko początek! Jak macie chwilę wolnego to zerknijcie, bo jej, warto.

PS Warto też zerknąć na mój stary tekst, mówiący o tym, jak to, co niegdyś niedostępne i będące przedmiotem niemalże kultu dzięki sieci jest dla każdego. Love it!

 

Niedługo będziesz niepotrzebny i musisz coś z tym teraz zrobić

Przyszłość przyszła szybciej niż się spodziewaliśmy. I kompletnie nie jesteśmy na nią gotowi.

Powiem wam, że to niesamowite uczucie, kiedy widzę swój tekst sprzed paru lat jako film, I to tej jakości.  

No dobra, może nie do końca ktoś zekranizował dokładnie to, co napisałem. Ale to jest ten sam zestaw problemów. Dodatkowo wspomina jedno z rozwiązań problemu -  bezwarunkowy dochód podstawowy.

Co to jest? To model społeczno-ekonomiczny, w którym każdy obywatel otrzymuje od państwa jednakową kwotę pieniędzy. Jednym słowem – państwo utrzymuje swoich obywateli niezależnie od tego, czy mają oni pracę, czy nie. Coś, jak permanentny zasiłek.  

Ta idea nie jest obca fantastom i wizjonerom. Automatyzacja procesów to nie jest nowe zjawisko, zaś wynikające z niego konsekwencje od dawna pojawiają się w literaturze fantastycznej.

 W minipowieści Crux Jacek Dukaj opisuje nam taki dokładnie świat. Różnice są bardzo niewielkie. Akcja osadzona jest w 2054 w Polsce. „Postępy nanotechnologii przyniosły wprawdzie powszechny dobrobyt, ale też równie powszechne bezrobocie i skrajne rozwarstwienie społeczeństwa – miażdżąca większość prowadzi pustą, bezcelową egzystencję w blokowiskach (zwanych socjaliskami), mając o swój los pretensje do całego świata, ale ani myśląc czegokolwiek zrobić w kierunku jego odmiany; nieliczna elita natomiast bawi się w odtwarzanie Rzeczypospolitej szlacheckiej, z tytułomanią, heraldyką, kodeksem honorowym, pojedynkami i całym dobrodziejstwem inwentarza. Obie sfery, jak nietrudno zgadnąć, praktycznie się nie stykają, niewiele o sobie wiedzą i wzajemnie sobą gardzą.” – możemy przeczytać w jednej z recenzji.

2054 jest dokładnie za 40 lat. A przecież wszyscy wiemy, ze ta rewolucja nastąpi szybciej. Do tego dołożą się inne zmiany spowodowane chociażby drukiem 3D. Pamiętacie taką wkurzającą akcję antypiracką, że nie ukradłbyś samochodu, a film to ściągasz. Przyszłość dogoniła jej twórców i zaraz ugryzie ich w tyłek, bo niedługo samochody i torebki, które widać na zamieszczonym poniżej filmie też będzie można jumać z sieci i drukować sobie, zupełnie tak jak teraz seriale.

Zresztą, co ja będę się na ten temat znowu rozpisywać, odsyłam do swojego poprzedniego tekstu. Ważne jest to, że rok gdy pisałem, że „póki przerąbane ma tylko branża rozrywkowa, problem jakiś duży nie jest. I dobrze, bo tuż za rogiem czekają na nas problemy prawne i społeczne, z jakimi się jeszcze nie spotkaliśmy. I dotykające każdego”. Nie dodałem do tego równania utraty pracy przez branże zatrudniające najwięcej pracowników. Nie wspomniałem też, że sam pracuje dla projektu, który czyni zawód programisty aplikacji mobilnych zbędnym. I nie jest to jakiś wyjątkowy pomysł. Jestem częścią problemu.

To jest problem, na którego nadejście trzeba się jak najszybciej przygotować. I wymyślić, co dalej. Może ten bezwarunkowy dochód podstawowy to złe rozwiązanie, ale póki co, nie za bardzo znam jakieś inne. A przecież coś trzeba będzie z tym zrobić. Inny pomysł, to znaczące zmniejszenie ludzkiej populacji, ale to raczej nie wchodzi w rachubę.

Może więc czas na dobre wziąć się za bary z przyszłością, którą sami sobie zgotowaliśmy, zanim będzie za późno?

Te Dukajowe 40 lat, to wcale nie jest tak dużo.

Zdobyć świat i zniknąć [IBM PC]

z10111852Q,IBM-PC

Komputer firmy IBM z systemem operacyjnym MS-DOS kończy 33 lata. W czasie krótszym niż moje życie z przedmiotu kultu rozmył się w swojej uniwersalności i przestał istnieć. Stał się ofiarą swojego sukcesu. 

Nie załapałem się na pierwszego IBM-a, w moje ręce dostał się klon złożony i mieszczący się w monitorze. No dobra, płyta główna trochę wystawała z boku, a dziury  wypalone lutownicą na dyskietki 5,25 cala w podstawce nie były idealne. Ale działało. I to było najważniejsze. Mój pierwszy IBM-PC.

Kiedyś model komputera był wszystkim. Atarowcy nienawidzili się z Commodorowcami (zamówiłem na ten temat kiedyś świetny tekst, polecam), Amigowcy gardzili PC-towcami, a ci ostatni mimo iż wiedzieli, że ich sprzęcie kryje się potencjał patrzyli z zazdrością na to, jak gry wyglądały na sprzętach ich znajomych.

Bo i po prawdzie na tym DOSie 3.30 i PC XT to za dużo się odpalić nie dało. Empire, Prince of Persia Kings Quest i masa klonów gier z 8-bitów. Monochromatyczny tryb Herculesa łamany przez emulację 4-kolorowego CGA z dźwiękiem z piszczącego beepera zabierało nas, jak gry fabularne, bardziej w świat wyobraźni niż w wirtualną rzeczywistość.

Była w tym i magia i uczucie uczestniczenia w czymś wyjątkowym. Każdy komponent był znany i ważny. Zmiana procesora czy karty graficznej była rewolucją w życiu każdego posiadacza. Wszystko było niezwykłe. Nie wiem, czy da się to teraz wytłumaczyć komuś, kto w tym nie uczestniczył. Na pewno udaną próbą jest serial Halt and Catch Fire, o którym jakiś czas temu pisałem. No ale to świat pokazany z punktu widzenia twórców komputerów. A zwykli użytkownicy?

Wyobrażacie sobie czasy, kiedy przedmiotem pożądania był Joystick, a myszka gadżetem, który w zasadzie nie wiadomo po co jest komuś innemu niż grafik. A ci wiadomo, że mają te piórka świetlne. No bo przecież w tym Windowsie to nic się nie da i lepiej działać pod DOS-em.

Można by tak długo wspominać, bo i jest co. W ciągu kilkunastu lat zmieniło się wszystko. A komputer z korony stworzenia stał się nagle czymś powszechnym. Czymś, co jest wszędzie i nie zwracamy na to najmniejszej uwagi.

Bo jakby się tak głębiej zastanowić, to wszystko jest teraz komputerem. Samochód to taki komputer, który nas wozi, lodówka to komputer który przechowuje nasze jedzenie, telewizor to komputer, który wyświetla filmy, telefon to komputer, przez który kiedyś rozmawialiśmy, a teraz w zasadzie robimy to samo co na komputerze… A sam komputer? Stał głównie się furtką do internetu.

Systemy operacyjne przestały nagle mieć znaczenie. Google działa tak samo z Windowsa, Mac OS-a czy Androida i Blackberry. Już większe znaczenie ma wybór przeglądarki internetowej, chociaż tak po prawdzie wszystkie one oferują praktycznie to samo.

Nie ma znaczenia jakiego hardware używamy, ale to co za jego pomocą robimy. Komputer stał się kolejnym nudnym i niezauważalnym narzędziem.

W IBM-PC 33 lata podbił świat po czym się w nim rozpłynął i zniknął. Zarówno jako marka, jak i przedmiot.

A tekst napisałem na telefonie. 

PS A 3 lata temu, na 30 urodziny zamówiłem ten tekst. W nim więcej historii.

Uwodzenie na zlecenie

Originally posted on Podróże po świecie - Mazzi.pl:

Młoda Japonka od dawna kryje się w cieniu ze swoim podwójnym życiem. Jej chłopak myśli, że jest sekretarką, ale tak naprawdę Miko pracuje w firmie zatrudniającej profesjonalne uwodzicielki. Agencja pomaga w błyskawiczny sposób zaaranżować rozwód przez wpuszczanie współmałżonka w zastawioną przez nich pułapkę. Jak wyglądają podobna akcja, czemu powstają podobne firmy i z jakimi obowiązkami musi liczyć się zatrudniona w niej ekspertka?

View original 1 276 słów więcej

Nie minęło wcale tak dużo czasu, a zmieniło się wszystko [Halt and Catch Fire]

halt-and-catch-fire-season-1-2014-poster-2

Jest wiele seriali o których warto opowiadać. Serio. Oglądam ich masę, pewnie nawet za dużo, ale żeby tak mi się chciało siąść i napisać to mi się za często nie zdarza.

Halt and Catch Fire to serial o początkach PC-tów. Jest tam i IBM, jest Microsoft, jest i Apple. Ale cała opowieść mówi o kimś innym. O firmie Cardiff Electric zapewne nie słyszeliście. I dobrze, bo nie istniała. To fikcyjna korporacja wymyślona na potrzeby serialu.

Co jest w niej wyjątkowego? To jej pracownicy wpadają na pomysł by zrobić pierwszego laptopa. Przenośny komputer mocniejszy, lżejszy i tańszy od innych. Zadanie nie do wykonania, które staje się możliwe.

W serialu fascynujących jest kilka rzeczy. Przede wszystkim pokazuje mi czasy, w których już żyłem jako zamierzchłą przeszłość. Epoka piksela łupanego… A nawet nie, komu wtedy były piksele w głowie – epokę ASCIIolitu, gdzie tryb tekstowy rozpalał wyobraźnię i pozwalał spokojnie na oglądanie gołych bab przemycanych na dyskietkach. Ściąganych z BBS-ów.

A ja to pamiętam. I MS-DOS 3.30, i te dyskietki 5.25 calowe o pojemności 360KB i 640KB pamięci operacyjnej. Pamiętam karty grafiki Hercules posiadającej tylko tryb tekstowy i pierwsze reklamy komputerów w gazetach. Tych 8 bitówych też. Grałem w Empire, pisałem w ChiWriterze, używałem Xtree, wiedziałem czym różni się EMS od XMS-a i że w autoexec.bat powinno być dos=high,umb oraz dlaczego. To ostatnie oczywiście przyszło potem, po XT, wraz z 386.

Nagle czasy mojej wczesnej młodości stały się jakimś zamierzchłym okresem, w którym żeby się z kimś skontaktować, trzeba było zadzwonić telefonem. I to stacjonarnym. Jak zwierzęta.

Pal sześć modę, ta wróciła, wraca, albo zaraz wróci. Muzyka i kino też zatoczy koło. Ale technologia? Ta poleciała do przodu nie oglądając się za siebie zmieniając ze sobą wszystko.

A nie minęło wcale tak dużo czasu.

Siedzę więc i oglądam zafascynowany. Bo nie dość, że mam wycieczkę do swojej młodości z całą warstwą kulturową, żartami z kobiet i świetną ścieżką dźwiękową to jeszcze widzę coś, co znam bardzo dobrze.

Co znaczy spalać się dla projektu, poświęcać mu wszystko i spalać na jego ołtarzu – relacje, życie czy zdrowie. Rzygać ze zmęczenia i wracać do pracy, bo warto. Jak ten program bojowy CIA, który zatrzymywał dysk, przez co głowica uderzała w kółko w jedno miejsce, co miało go zniszczyć. Halt and Catch Fire.

Nie, nie stworzyłem laptopa. Ale czuję jakąś jedność z tymi ludźmi. Łudzę się, że wiem, jak to jest, co czują.

A na pewno znam to uczucie, kiedy się swój projekt traci.

I pewnie dlatego tak mi się ten serial podoba.

Hipsterzy nie podróżują w czasie, byli tu od zawsze

201004161615

Jest taka fotka znaleziona na wystawie Their past lives here, która pokazuje imprezę z okazji otwarcia Gold Bridge w 1940 roku. Patrzymy sobie na uśmiechniętych ludzi w garniturach i strojach z epoki i natychmiast rzuca nam się w oczy ten jeden jedyny hipster.

Podróżnik w czasie? Okazuje się, że niekoniecznie. Zdjęcie od paru lat jest przedmiotem crouwsourcingowego badania. Pojawiają się różne opcje, od zręcznego fotoszopa aż do stwierdzenia, że nasz podróżnik w czasie wcale nim nie był. Ot ubrał się inaczej niż inni i zgodnie z aktualną modą.

Okulary tego typu, były dostępne już w latach 20 XX wieku, wcale nie ma na sobie t-shirta, tylko sweter z naszytym emblematem zaś bluza wygląda podobnie do tych, którą nosili członkowie drużyny hokejowej Montreal Maroons.

I o ile wizja podróżującego w czasie hipstera jest bliska memu sercu i wolałbym, żeby to ona okazała się prawdziwa, to i druga opcja jest dla mnie fascynująca. Okazuje się, że postmodernistyczne przekonanie, że człowiek poznał granice swojej wyobraźni w myśl hasła „wszystko już było” jest prawdziwe. Nasi zbuntowani młodzi i niezależni tak naprawdę nie różnią się niczym od swoich przodków sprzed ponad 100 lat. Te same stroje, myśli i idee.

Być może nasz 100-letni proto-hipster też nie był oryginalny i wzorował się na swoim 200-letnim przodku dodając tylko do jego stylówy okulary i modną wówczas bluzę. Tego się jednak nigdy nie dowiemy. Ówczesny świat informacji w odróżnieniu do naszego był ograniczony zarówno zasięgiem, jak i czasem trwania informacji.

Co z tego wynika? Że wówczas dużo łatwiej było być oryginalnym, ale niestety mało kto o tym wiedział.

Teraz „bycie sobą” to cholernie ciężka sprawa i zbiorowy wysiłek wielu podmiotów gospodarczych. Ale wtedy…

Można było być tym jednym jedynym hipsterem. Mam nadzieję, że przy okazji podróżującym w czasie.