Weźcie zagłosujcie portfelem i nie kupujcie tego badziewia

Powstańcy palili się żywcem z uśmiechem na ustach.

A przynajmniej takie wrażenie można odnieść oglądając opakowanie zestawu klocków. Do zabawek związanych z Powstaniem Warszawskim miałem do tej pory stosunek zerowy. Nie przeszkadzało mi, że są, nie zamierzałem ich kupować.

Skoro mamy zabawki rycerzy, to czemu nie żołnierzy, a skoro są i oni, to czemu by i nie przedstawić walk ulicznych. Byłem jednak przekonany, że w tej dziedzinie niewiele się zmieniło i zabawki mimo coraz większej ilości funkcji nadal wyglądają tak samo.

Aż zobaczyłem to.

Zrzut ekranu 2014-07-31 14.59.07

Uśmiechnięty powstaniec tuż przed spłonięciem żywcem macha przyjaźnie do uśmiechniętego Niemca w samochodzie. A to tylko część możliwych do ułożenie scenek rodzajowych, który zapewne oferuje ten zestaw.

Weźcie zagłosujcie portfelem i nie kupujcie tego badziewia. Mam nadzieję, że seria poniesie spektakularną klapę a osoba odpowiedzialna za design klocków dostanie odprawę na tyle dużą, że będzie ją stać na tabletki z suszonej żaby. Przy projektowaniu tej serii najwidoczniej mu ich zabrakło.

A firmie Cobi gratuluję pomysłu. Niedługo będzie można zrobić więcej serii z uśmiechniętymi ludzikami. Co powiecie na uśmiechnięte dzieci machają zza okna samolotu uśmiechniętemu radzieckiemu operatorowi stacji BUK. Do wzięcia pewnie też jest masakra w Srebrenicy i parę innych wydarzeń historycznych. A przecież jak te figurki żołnierzy się uśmiechają, to te sytuacje wcale nie wydają się już takie straszne i mroczne, nie? Wojna to fajna sprawa.

PS I tak, pamiętam, że Libera zrobił Lego Obóz Koncentracyjny, ale też i widzę różnicę pomiędzy produktem masowym, zabawką dla dzieci a instalacją artystyczną.

Ja to kiedyś napisałem?

Zrzut ekranu 2014-07-31 13.08.21

Non omnis moriar napisał kiedyś na swoim prywatnym wallu Horacy nie wiedząc, że jaki ten pęd ku nieśmiertelności będzie sprawiał problemy.

Bojowa dusza, imperatyw wyrażania, mowa bystra, myśl niezmącona. Naście lub dziesiąt lat doświadczenia to wszystko czego potrzeba. Każdy przez to przechodził, rzecz w tym, że wcześniej nie wszyscy o tym wiedzieli. Rozmowy były prywatne, o ograniczonym zasięgu i z datą ważności, po której nikt już ich nie pamiętał?

A teraz? Człowiek raz coś napisze w młodym wieku, poczuje, że ukarał, wykazał i naprawił sam nie wiedząc, na jakie pośmiewisko się wystawia. Pisać może każdy, w każdym wieku, wykształceniu i stanie umysłu. Nikt nie cenzuruje, nikt nie redaguje, na szczęście też i mało kto czyta.

Polski bloger karci szefa Microsoftu. Kluczowy analityk internetu doradza Nokii – nie idźcie tą drogą. Następuje koniec Facebooka, Apple, Google, Nintendo. Wszystko jest proste, oczywiste i logiczne. Życie nie ma tajemnic.

Internet cierpliwy, przyjmie wszystko. Problem w tym, że zapamięta. Moje nastoletnie wypociny pochłonęła pomroka wieków. Te pisane w wieku lat 20 ktoś przejrzał, zaakceptował i zredagował, tak by dało się to czytać.

A teraz? Zonk. Wszystko zostanie. I to na równych prawach z dziełami najnowszymi, bo kto by tam sprawdzał kiedy i po co coś powstało. Dopiero niedawno sobie zdałem sprawę, że ci autorzy nie są głupi, tylko młodzi. Do wielu rzeczy dochodzi się z wiekiem. Im go brakuje.

A jak sobie z tym poradzą później? Być może prawo do zapomnienia będzie ważniejsze niż nam się wydawało. Po kilkudziesięciu latach internetu okazało się że nasz pęd ku sławie i wieczności odwrócił się o 180 stopni.

Chcemy być anonimowi. Chcemy by o nas zapomniano.

Wszystek umrę – E-Horacy

Pytajcie, a będzie im dane

Zrzut ekranu 2014-07-24 12.59.47

Siedzę sobie i patrzę na życie Polaków. Jest cykliczne, jak dni tygodnia, pory roku czy przegrane naszej reprezentacji.

Jak weekend, to wyprzedaże. Naród rusza do świątyni handlu wymienić swoje ciężko wydarte paciorki na oznaki statusu, meble do własnoręcznego złożenia, Sprawdza, szuka gdzie taniej, gdzie i do której otwarte, kto ma wyprzedaże.

Tłoczymy się więc albo w hiper i super marketach albo unikamy się w podróży do nieistniejącej dziczy. Pogoda i jej prognoza stają się nagle władcą dusz gotowych do stłoczenia się na łonie przyrody udręczonych zakupami mieszkańców miast.

Nic nowego, weekend, jak weekend.

Siedzę i wgapiam się w ten wygaszacz ekranu z Google Trends. Firma, która nic ode mnie nie chce, mówi, że nie jest zła, portretuje mi mój świat za pomocą pytań rodaków. Nie muszę oglądać wiadomości, rozmawiać ze znajomymi czy wyglądać za okno. To taki wielki życiowy teleturniej Va Banque. Czytasz pytania ludzi po to, by odpowiedzieć nimi na zupełnie inne zagadnienia.

Wniosków jest parę. Pierwszy cieszy. Jestem odklejony od teraźniejszych wydarzeń polityczno-powiedzmy-kulturalnych. Większość haseł mnie nie dotyczy i nie budzi we mnie większych emocji. Ale zdarzają się takie chwile jak teraz, kiedy przyznaję, że nie wiem co się dzieje.

Dlaczego pojawiło się hasło Hellboy? Co ma wspólnego z naszą polską rzeczywistością postać półdemona z kultowego komiksu? Tak jak tysiące Polaków wpisuję frazę do wyszukiwarki i dopiero po chwili orientuję się, że prawdopodobnie w sobotę film poleci w publicznej telewizji. Tej, co to wiecie, nikt nie ogląda, nie ma przyszłości i takie tam…. Ale do końca tego nie wiem, link w wyszukiwarce prowadzi do nieistniejącej strony.

Koniec emocji, mam za sobą drugi geekowski moment w tym roku. Wcześniej do powszechnej świadomości udało się przebić tylko Wolfsteinowi. Uspokajam się i wracam do oglądania rodaków w krzywych zwierciadłach internetowych cookies i zapytań, które zadają.

To fascynujące i czasami trochę smutne przeżycie. Powinniście spróbować.

Review: Jetlag

Jetlag
Jetlag by Michał R. Wiśniewski
My rating: 3 of 5 stars

Na początku, przyznaję się, była zawiść. Dlaczego on mógł, a ja nie. Też piszę bloga, sam zamawiałem u niego teksty, interesują nas podobne rzeczy, łapiemy te same referencje. No ale on napisał książkę, a ja nie.

Potem było gorzej. Autor nie dość, że napisał, to jeszcze widać było, że zrobił to dobrze. Jarały mnie nie tylko refleksje nad światem, ale też i styl i forma. I co z tego, że część z tych przemyśleń już widziałem albo wręcz zachomikowałem sobie w głowie i traktowałem jako własne, skoro poza tym pojawiały się mi gotowe one linery i cytaty, o których wiedziałem, że będę stosował jak zły i nie przyznawał się, skąd znam. Chcecie przykładu? Proszę bardzo:

Tam nie ma nawet skajpa – mówi jedna z lasek – mailowaliśmy do siebie jak zwierzęta.

Ładne? No właśnie. Już sobie mentalnie to zajumałem.

Ale na szczęście nie wszystko jest idealnie. Bo poza portretami postaci, zdarzeń, miejsc i świata to w zasadzie mało co jest. Fabuła jest porwana i wciśnięta jakby nieco na siłę. Wygląda trochę tak, jakby spajała na siłę fajne pomysły na notki, a nie stanowiła ich przyczynę.

Ale tym, co mnie zagrało mi najbardziej jest zakończenie. Jasne, mogę marudzić na czas teraźniejszy, mogę męczyć się z narracją w drugiej osobie, ale to przy zakończeniu obniżyłem ocenę książce.

Ostatnia część Jetlaga jest zupełnie oderwana od tego co było wcześniej, niejasne i niekoherentne z resztą. Jakbym miał być złośliwy, to mówiłbym, że wstawiono je tylko po to, żeby poruszyć tematy gender i udowodnić, że byt kształtuje świadomość, ale nie jestem. Tłumaczę więc sobie, że Istnieje też oczywiście opcja, że to ja jestem na nie za głupi i nie odkryłem przez to jego głębi.

No ale to tylko ostatnich paręnaście minut czytania. Resztę przeczytać jak najbardziej należy.

View all my reviews

Śpiewając reklamy Playa

santa-claus-conquers-the-martians-crop-11

Reklamy Playa to jednak jest część naszego dobra narodowego. Zalet jest wiele, ale jeżeli miałbym wymienić tę najważniejszą dla mnie, to byłaby to świadomość, że pozawala zachować mi kontakt ze współczesną popkulturą. Słowo. W życiu nie wiedziałbym, kim jest Dawid Podsiadło, a przydało mi się to, do wpisania złośliwego komentarza pod jednym ze statusów na fejsie. Były 20 urodziny CD Projektu, a ja już wiedziałem, że ten koleś ma tylko 21.

No dobra, wtedy to się wydawało śmieszne, teraz nie za bardzo, ale hej, może to ten mityczny humor sytuacyjny?

Jest też ten koleś z dredami (Kamil chyba) co miksuje i jakaś tak chuda laska, chyba szafiarka co też śpiewa…. I słowo daję, że w życiu bym o nich nie wiedział, gdyby nie to, że spółka P4 wydaje majątek, by jej przekaz marketingowy towarzyszył mi wszędzie, gdzie pójdę. Dla mojego dobra.

W kinie dzieci śpiewają więc wraz z Dawidem, traktując reklamę, jak kolejny pophit o niczym, co jest dość abstrakcyjnym przeżyciem, w telewizji Kamil przesyła do mnie jakiś swój hit, a w knajpie sikając mogę poczytać o mojej formule.

I tylko moje dziecko za każdym razem krzyczy, że to kłamstwo.

Faktycznie, sprawdziłem, w terenie LTE nie ma.

Szewski gnyp kraje chlib

szewcy_teatr_polski1_340
Polscy szewcy to jeden z najbardziej plugawych zawodów.

Zdziwieni? Wystarczy na szybko przejrzeć księgę przysłów by zobaczyć:

  • szewską pasję – opis wściekłości, złości i ostatniej pasji
  • szewski poniedziałek – czyli próżnowanie po przepitej niedzieli
  • pije jak szewc – wiadomo
  • klnie jak szewc – tego też w zasadzie nie trzeba tłumaczyć

Być może coś w tym jest, że na bohaterów swójej głośnej sztuki Witkacy wybrał właśnie szewców. Wychodzi na to, że żaden inny zawód w Polsce nie ma aż tylu negatywnych konotacji. I co więcej, nie wiadomo skąd to się wzięło.

Googlowałem, pytałem, mailowałem. „Spojrzalem na frazeologię narodów ościennych i stwierdzam, że to polski szewc ma wyjątkowo zła opinię” – wyjaśnia mi dr hab. Marek Łaziński z UW – „może dlatego, że szewcy byli biedni (choć buty drogie) i z tej biedy brały się skojarzenia ze złym zachowaniem (pijaństwo, przekleństwa)” – głośno się zastanawia.

Ciekawe, prawda? Mamy w Polsce zawód, który stał się zbiorowiskiem wad i w zasadzie nie wiadomo dlaczego. Czym szewcy sobie aż tak nagrabili, że z cechu, którego przedstawiciel Dratewka uratował kraj przed smokiem stali się zapijaczonymi, leniwymi furiatami?

I co muszą zrobić by odkupić swoje winy?

PS Tak, gnyp to mały nożyk szewski. Nie wiedzieliście? Nic dziwnego, że mam w sobie coś z szewca.

Google’s Street View cameras are touring museums and taking weird selfies by accident

Originally posted on Quartz:

A Google camera takes an accidental self-portrait in a museum

no-caption

Google’s Art Project was launched three years ago as a sort of Street View for museums and art galleries. Using panoramic cameras mounted on trolleys, Google captures the artwork and gilded halls of 250 institutions around the world—all the while trying to stay out of sight.

The curtain slips a bit in the Camera in the Mirror, a new Tumblr project by the Spanish artist Mario Santamaría that collects accidental self-portraits of Google’s hulking cameras while they go about their work. It turns out that museums have a lot of mirrors, and the cameras often photograph themselves in front of them.

Sometimes swaddled in silvery capes or attended to by ghostly minders, the android-like devices call to mind the Victorian mothers who would hide underneath blankets to keep their toddlers from squirming during portraits. Collected together, the Google-camera selfies are at turns unsettling, revealing, and absurd—unintentionally upstaging the art they’re meant to quietly document.

A Google camera takes an accidental self-portrait in a museum

no-caption

A Google camera takes an accidental self-portrait in a museum

no-caption

A Google camera takes an accidental self-portrait in a museum

no-caption

A Google camera takes an accidental self-portrait in a museum

no-caption

A Google camera takes an accidental self-portrait in a museum

no-caption

[h/t Booooooom]

View original

Na balu u sowy z przyjacielem [moderka blogowa]

film_kub_puchat

Byłem jakiś taki zalizany. Lepki od sączących się powoli owoców samozadowolenia z samozaspokojenia. Wszyscy mówili o wszystkich w swojej głowie, czyli o sobie i co jakiś czas gdy już się wysłuchali tryskali zadowoleniem. A ja stałem i słuchałem starając się nie mówić nic. 

Normalnie napisałbym, że było ciężko. Ale było zaskakująco łatwo. Patrzenie na setki jednoosobowych wyuzdanych grup starających się za wszelką cenę siebie zaspokoić dawało perspektywę. 

I to nie tylko na życie. 

Na modę również. 

W szale autoekspresji i musieniebyciakimś stanie w cieniu innych stawało się nagle nawet nie czymś wyjątkowym, ale prawie że manifestem indywidualności. 

Tej starej, cichej, niewymuszonej i niezakrzyczanej. Niezalizanej. 

Nie musiałem być kimś.  

Mimo, że chciałem.

Review: Raising Steam

Raising Steam
Raising Steam by Terry Pratchett
My rating: 2 of 5 stars

Para w ruch to jedna z najsmutniejszych książek Pratchetta. Wiem, bo przeczytałem prawie wszystkie, a przy tej praktycznie ani razu się nie zaśmiałem. Był jeden fragment. gdzie patrycjusz mówi – czego w słowie tyran Pan nie rozumie, był opis dziennikarzy pijaków i w zasadzie tyle.

Zawsze bylem zafascynowany jak z komedii pomyłek i absurdów przygód Rincewinda autor zrobił głęboki, gorzki i cyniczny opis naszego współczesnego świata. Trudno było nie ulec jego przemyśleniom i zacząć zastanawiać się na ile proponowane rozwiązania nie sprawdziłyby się tu i teraz. Tymczasem w Parze w ruch nie ma ani humoru ani głębi. Fabuła jest porwana, nieciekawa i nieśmieszna. Wydarzenia rozrzucone w czasie i przestrzeni niespecjalnie się ze sobą łączą, a odległe analogie krasnoludów do Talibów nie za bardzo udane.

Szkoda, bo czekałem aż książka pojawi się w ebooku, kupiłem pierwszego dnia, a potem czytałem trochę na siłę czekając aż się w końcu skończy. No nic, mam nadzieję, że kolejna będzie lepsza.

View all my reviews

Lęku naszego codziennego oszczędź nam Panie, jako i my zwątpień dzisiejszych nie pomni

10247361_734277596615974_7696768209406000608_n

Po polsku to już tak dobrze nie brzmi, ale mam nadzieję, że sensu zdania z obrazka nie trzeba nikomu tłumaczyć.

Wzięło mi się to i wymyśliło zanim dowiedziałem się kilka razy na rozmowach kwalifikacyjnych, że jestem za kreatywny i bym się nudził na rozmaitych stanowiskach. Pewnie bym, teraz już się nigdy nie dowiem, więc czemuż miałbym w to nie wierzyć. Zwłaszcza, że to taka wygodna wymówka – byłem za kreatywny, za dobry, za artystowski, świat mnie nie docenił, jeszcze pożałuje i takie tam.

Oczywiście to bzdura. Świat na szczęście sobie świetnie beze mnie radził i poradzi sobie też. A żałować mogę tylko ja. Póki co, nie żałuje. Jest jak jest.

Review: Czarne oceany

Czarne oceany
Czarne oceany by Jacek Dukaj
My rating: 3 of 5 stars

Czarne Oceany przytłaczają. I to nie tylko wizją, bo ta, jak zwykle jest genialna, ale fabułą, w której się zgubiłem. I w zasadzie pod koniec książki nie do końca już ogarniałem co i dlaczego się dzieje.

Zakochałem się w tym niesamowitym ogarnięciu telepatii. Podziwiam, jak autor przewidzeniu co i jak może działać po dodaniu do naszej rzeczywistości faktu, że ktoś umie czytać myśli. Boję się wizji wojen ekonomicznych, bo ich zaczątki w postaci pierwszych giełdowych algorytmów, są już teraz. Świat wykreowany przez Dukaja pochłonął mnie do reszty.

Ale zawiodłem się nieco na fabule. Czyta się ciężko, a przez to długo. Dla mnie było to aż 80 dni. Wiem, można w tym czasie objechać świat dookoła, mi udało się tylko trochę go liznąć. I, jak pisałem wcześniej, pod koniec straciłem rachubę kto, kogo, po co i za co. Rozumiałem poszczególne sceny, ale przestały mi się one składać w całość.

Więc przeczytać warto dla rozkmin wszelakich, ale to raczej książka na wyjazd, gdy ma się dużo czasu, a nie na codzienną prozę życia.

View all my reviews

W oparach open baru [moderka blogowa]

A pan gdzie – młody mężczyzna spojrzał się na mnie podejrzliwie. Byłem w kropce i nie wiedziałem co zrobić. Szedłem na imprezę tak tajną, że o jej istnieniu wiedzieli nieliczni, zaś jej lokalizacja objęta była tajemnicą. 

Co zrobić, myślałem szybko. Czy on wie? Czy on wie, że ja wiem? A jeżeli tak, to skąd ja będę wiedział, że on wie, że ja wiem? Zbladłem. Proste wyjście zaczynało nagle niebezpiecznie przypominać bardzo złożony proces decyzyjny typu praca. Nawet nie wspominam, że godzinę miotałem się po garderobie, nie mając co na siebie włożyć. 

A może to jakiś test, który ma sprawdzić jak łatwo wydobyć ze mnie informację – przemknęło mi szybko przez głowę. Cisza zaczynała być nieznośna, a my próbowaliśmy nie patrzyć na siebie uwięzieni w lanserskim pacie. 

Ja na te tajne spotkanie – spróbowałem. Wie Pan, te na limitowane, specjalne zaproszenia. A pan? – obiłem szybko piłeczkę. Wiedziałem, że trafiłem. Nagle znikąd w jego rękach pojawiła się lista i moje nazwisko zostało na niej odznaczone. 

Bywałem i byłem. Tym razem też jednym z nielicznych. 

To nie ułatwiało sprawy. 

Wyczulony niczym tancerka zespołu pieśni i tańca na regionalnych dożynkach na szybko analizowałem sytuację. Opcje były dwie – albo byłem w awangardzie awangardy, albo w tym drugim szeregu, który nie dostał memo, że pojawiać się nie należy, bo to zbyt mainstreamowe. 

Open bar na początku nie ułatwiał sprawy, później nieco rozbujał emocjonalną karuzelę by w końcu wyekspediować problemy kurierem miejskim w kierunku bliżej nieokreślonej przyszłości. 

Piszę to wszystko nie po to, by pochwalić się, że byłem na imprezie, na której nie dość, że Was nie zaproszono, ale nawet nie wiedzieliście, że macie czego żałować. Piszę, by pokazać, że my, ludzie stylu powinniśmy być traktowani ze specjalną troską. 

Bierzemy na siebie znacznie większy ciężar niż możemy zapłacić za udźwignięcie. Poświęcamy się po to, byście wy – normalsi – nie musieli. 

Doceńcie to czasami.     

Nie takie złe to Mroczne Widmo

Film_Nerd_Phantom_Menace

Nie jakieś super te Gwiezdne Wojny, ale całkiem fajne – usłyszałem skróconą recenzję po pierwszej projekcji Mrocznego Widma. Nie wiedziałem co o tym myśleć. Pomysł, by wysłać spać bez kolacji, został po szybkim namyśle odrzucony.

Szczerze mówiąc, z jednej strony spodziewałem się chyba większej fascynacji. Z drugiej strony wszyscy wiemy, że Jar Jar Bings i Midichloriany, to nie jest to, za co moje pokolenie pokochało Star Warsy. Dziecko nieświadome burzy emocji, którą mi zapewniło grzecznie zasnęło. A ja siedzę i myślę.

Tak, miałem dylemat od której części zacząć pokazywanie gwiezdnej sagi. Doszło nawet do tego, że odpowiednie pytanie zadałem na serwisie Quora i otrzymałem odpowiedź, że koszernie będzie pokazać w kolejności, w jakiej samemu się oglądało, czyli 4-5-6-1-2-3. I nawet miałem taki zamiar, gdyby nie fakt, że w cyfrowi tubylcy to osoby, które popkulturę zasysają z prędkością, na jaką pozwala łącze.

Gry i filmy Lego Star Wars plus Angry Birds w zasadzie odczarowały całą sagę. Dzieci doskonale wiedzą kim stanie się Anakin, oraz czyim jest ojcem. Palpatine też nie ma tajemnic i jego pojawienie się jako senatora budzi zdumienie. Przecież to ten zły koleś w kapturze. Sith.

Pogodziłem się z faktem, że zaskoczeń nie będzie i zacząłem rozważać, czy nie lepszym pomysłem będzie rozpoczęcie oglądania od pierwszego epizodu. Dlaczego? W sumie to całkiem logiczne – po pierwsze Anakin z pierwszego epizodu jest bliżej 6 latka niż dwudziestokilkuletni Luke. No a po drugie jest całkiem niezły serial Clone Wars.

Włączyliśmy.

I wiecie co, to nie jest zły film. Pamiętam, że te naście lat temu, w 1999 roku był to dla mnie niezły policzek. Jak każdy fan czułem się oburzony tym co z MOJĄ SAGĄ zrobił Lucas. Gdzie mrok, Vader i jak to możliwe.

Owszem, Jar Jar Bings nie powinien się nigdy zdarzyć. Nie powinno być ani słowa o midichlorianach, a początki związku Anakina i Padme zakrawają na pedofilię. Ale poza tym? Jest dobrze. Kosmiczna baśń trafia do swojego docelowego odbiorcy – dziecka. Wiem, bo przetestowałem na swoim.

Pisałem już, że siedzę i myślę, prawda? Pisałem. I teraz z perspektywy czasu widzę, że 1999 to zupełnie inne czasy niż 1984 – rok w którym to ja, w wieku 6 lat, po raz pierwszy zobaczyłem IV epizod. Nie ma zimnej wojny, nie ma Imperium Zła – ZSRR, nie ma Czarnobyla a świat jest chyba jeszcze pełen nadziei, że będzie lepiej. Nic więc dziwnego, że zamiast Wookich pojawiają się pocieszni Gunganie. Dostajemy na pierwszym planie przygodę, walki na miecze świetlne i szalone wyścigi. Mrok czai się w tle. Nie pokazany, zamaskowany przed okiem widza przez knucia Palpatine. Silniejszy rząd, większa kontrola i inwigilacja. Kontrola przez drony.. wróć, klony i armie droidów. Wypisz wymaluj nasz dzisiejszy świat, po zamachach z 2001 roku.

A o dubbingu, że fajny, kiedy indziej. Póki co, czeka nas obejrzenie Wojny Klonów.

Poprosił by wpisały się miasta, bo odwiedza go teściowa [moderka blogowa]

konik_garbusek_1.png

Byłem za inteligentny i to rujnowało wszystko. A przecież mój plan był perfekcyjny. Musiałem tylko trochę zgłupieć.

Mądrość narodu – powiedział podczas patrzenia w lustro stylista – tkwi w jego bajkach. Nawet jest na to jakieś przysłowie – dodał zamyślony. A ja nie mogłem oderwać oczu od głębi jego spojrzenia.

Wzięliśmy na warsztat bajki. Zaczęliśmy od Grimm, ale jakoś te makabreski za bardzo Hannibalem zajeżdżały, więc przeszliśmy z postępowej Europy do naszego zaścianka. Klimat zmienił się nie do poznania.

Stylista deklamował, a ja zasłuchany kreśliłem w powietrzu wzory jednej wielkiej infografiki. Wszystko do siebie pasowało i ukłdało się w co najmniej sensowną i logiczną całość.

Droga do sukcesu zaczynała rysować się wyraźnie, jak szyny pod Pendolino w okolicach Grudziądza. Trzeba było mieć braci, być z nich najgłupszym a potem liczyć na pomoc magicznych przyjaciół.

Z braćmi sytuację miała załatwić prosta adopcja, zresztą, skoro uczestnicy Eurowizji mogą mówić do siebie per bracie, to czy my, ludzie mody tym bardziej nie powinniśmy czuć jedności? Spojrzałem po znajomych. Każdy z nich już coś osiągnął.

Ukos – prekursor akcji Uwolnij Męski Dekolt – był cenionym znawcą stylu i mody. To on odpolitycznił skarpetki, które znalazły się w szponach rządowych podczas afery Rywina. A wszystko prostym zdaniem, które stało się mottem życiowym wielu młodych polskich mężczyzn – do lakierek nigdy frotte. Zresztą frazę podchwycili bardowie polskiego hiphopu i teraz funkcjonowała już w oderwaniu od świata mody. Ukos był nawet zadowolony, że mógł coś oddać środowisku poza swoimi poradami. A Kanapa? Ten półhentajczyk jako pierwszy zaproponował sukienki typu unisex, które co prawda jeszcze się nie przyjęły, ale na pewno wyprzedziły swoje czasy niczym Polski Bus Interregio jadące na sąsiednim pasie autostrady.

Przeliczyłem jeszcze raz luki w swoim rozumowaniu. Mogłem  bezpiecznie założyć, że braci w modzie miałem. Byłem też z nich najgłupszy. A to już 2/3 sukcesu. Zawołałem stylistę i nakreśliłem sytuację używając do tego ekierki, cyrkla i papieru milimetrowego. Wyszedł z poczuciem misji. Gdy wróci obydwaj powinniśmy poznać magicznych przyjaciół.

Sukcesie – idziemy po ciebie.