Zobaczyłem właśnie Star Wars Holiday Special i odpadłem

Star Wars Holliday Special to bezsprzecznie jedna z najdziwniejszych rzeczy pochodząca z uniwersum Gwiezdnych Wojen, jakie dane mi było widzieć.  Wyemitowane tylko jeden raz – 17 października 1978 szybko stało się kultowe, głownie z powodu swojej niedostępności.

Nagraniami z TV dysponowali tylko najwięksi fani, którzy z zazdrością strzegli do niego dostępu. I w sumie trudno się dziwić. W końcu jest to tak kuriozalny materiał, że ho ho. Wiecie, że Carrie Fisher, czyli księżniczka Leia, była tak naćpana podczas kręcenia tego materiału, że w ogóle tego nie pamięta? No ale przecież to tylko jedna ciekawostka, co powiecie na to, że:

  • Chewbacca ma rodzinę, a mimo to szlaja się po kosmosie z przemytnikami
  • Wookie nie starzeją się dobrze, za młodu zresztą też nie wyglądają za dobrze
  • Na początku w zasadzie nie wiadomo o co chodzi, bo wszyscy tylko ryczojęczą. To może być obraz szczęśliwej rodziny, może być też siedliskiem patologii
  • Programy rozrywkowe dawno dawno temu, w galaktyce daleko, daleko stąd stały na fatalnym poziomie
  • Luke wygląda jak swoja transseksualna kopia
  • Straż Imperialna nosiła wąsy
  • „Telezakupy Mango” były od zawsze. magiczne szczotki czyszczące wszystko towarzyszą nam od co najmniej pierwszej Gwiazdy Śmierci

A to tylko początek! Jak macie chwilę wolnego to zerknijcie, bo jej, warto.

PS Warto też zerknąć na mój stary tekst, mówiący o tym, jak to, co niegdyś niedostępne i będące przedmiotem niemalże kultu dzięki sieci jest dla każdego. Love it!

 

Niedługo będziesz niepotrzebny i musisz coś z tym teraz zrobić

Przyszłość przyszła szybciej niż się spodziewaliśmy. I kompletnie nie jesteśmy na nią gotowi.

Powiem wam, że to niesamowite uczucie, kiedy widzę swój tekst sprzed paru lat jako film, I to tej jakości.  

No dobra, może nie do końca ktoś zekranizował dokładnie to, co napisałem. Ale to jest ten sam zestaw problemów. Dodatkowo wspomina jedno z rozwiązań problemu –  bezwarunkowy dochód podstawowy.

Co to jest? To model społeczno-ekonomiczny, w którym każdy obywatel otrzymuje od państwa jednakową kwotę pieniędzy. Jednym słowem – państwo utrzymuje swoich obywateli niezależnie od tego, czy mają oni pracę, czy nie. Coś, jak permanentny zasiłek.  

Ta idea nie jest obca fantastom i wizjonerom. Automatyzacja procesów to nie jest nowe zjawisko, zaś wynikające z niego konsekwencje od dawna pojawiają się w literaturze fantastycznej.

 W minipowieści Crux Jacek Dukaj opisuje nam taki dokładnie świat. Różnice są bardzo niewielkie. Akcja osadzona jest w 2054 w Polsce. „Postępy nanotechnologii przyniosły wprawdzie powszechny dobrobyt, ale też równie powszechne bezrobocie i skrajne rozwarstwienie społeczeństwa – miażdżąca większość prowadzi pustą, bezcelową egzystencję w blokowiskach (zwanych socjaliskami), mając o swój los pretensje do całego świata, ale ani myśląc czegokolwiek zrobić w kierunku jego odmiany; nieliczna elita natomiast bawi się w odtwarzanie Rzeczypospolitej szlacheckiej, z tytułomanią, heraldyką, kodeksem honorowym, pojedynkami i całym dobrodziejstwem inwentarza. Obie sfery, jak nietrudno zgadnąć, praktycznie się nie stykają, niewiele o sobie wiedzą i wzajemnie sobą gardzą.” – możemy przeczytać w jednej z recenzji.

2054 jest dokładnie za 40 lat. A przecież wszyscy wiemy, ze ta rewolucja nastąpi szybciej. Do tego dołożą się inne zmiany spowodowane chociażby drukiem 3D. Pamiętacie taką wkurzającą akcję antypiracką, że nie ukradłbyś samochodu, a film to ściągasz. Przyszłość dogoniła jej twórców i zaraz ugryzie ich w tyłek, bo niedługo samochody i torebki, które widać na zamieszczonym poniżej filmie też będzie można jumać z sieci i drukować sobie, zupełnie tak jak teraz seriale.

Zresztą, co ja będę się na ten temat znowu rozpisywać, odsyłam do swojego poprzedniego tekstu. Ważne jest to, że rok gdy pisałem, że „póki przerąbane ma tylko branża rozrywkowa, problem jakiś duży nie jest. I dobrze, bo tuż za rogiem czekają na nas problemy prawne i społeczne, z jakimi się jeszcze nie spotkaliśmy. I dotykające każdego”. Nie dodałem do tego równania utraty pracy przez branże zatrudniające najwięcej pracowników. Nie wspomniałem też, że sam pracuje dla projektu, który czyni zawód programisty aplikacji mobilnych zbędnym. I nie jest to jakiś wyjątkowy pomysł. Jestem częścią problemu.

To jest problem, na którego nadejście trzeba się jak najszybciej przygotować. I wymyślić, co dalej. Może ten bezwarunkowy dochód podstawowy to złe rozwiązanie, ale póki co, nie za bardzo znam jakieś inne. A przecież coś trzeba będzie z tym zrobić. Inny pomysł, to znaczące zmniejszenie ludzkiej populacji, ale to raczej nie wchodzi w rachubę.

Może więc czas na dobre wziąć się za bary z przyszłością, którą sami sobie zgotowaliśmy, zanim będzie za późno?

Te Dukajowe 40 lat, to wcale nie jest tak dużo.

Zdobyć świat i zniknąć [IBM PC]

z10111852Q,IBM-PC

Komputer firmy IBM z systemem operacyjnym MS-DOS kończy 33 lata. W czasie krótszym niż moje życie z przedmiotu kultu rozmył się w swojej uniwersalności i przestał istnieć. Stał się ofiarą swojego sukcesu. 

Nie załapałem się na pierwszego IBM-a, w moje ręce dostał się klon złożony i mieszczący się w monitorze. No dobra, płyta główna trochę wystawała z boku, a dziury  wypalone lutownicą na dyskietki 5,25 cala w podstawce nie były idealne. Ale działało. I to było najważniejsze. Mój pierwszy IBM-PC.

Kiedyś model komputera był wszystkim. Atarowcy nienawidzili się z Commodorowcami (zamówiłem na ten temat kiedyś świetny tekst, polecam), Amigowcy gardzili PC-towcami, a ci ostatni mimo iż wiedzieli, że ich sprzęcie kryje się potencjał patrzyli z zazdrością na to, jak gry wyglądały na sprzętach ich znajomych.

Bo i po prawdzie na tym DOSie 3.30 i PC XT to za dużo się odpalić nie dało. Empire, Prince of Persia Kings Quest i masa klonów gier z 8-bitów. Monochromatyczny tryb Herculesa łamany przez emulację 4-kolorowego CGA z dźwiękiem z piszczącego beepera zabierało nas, jak gry fabularne, bardziej w świat wyobraźni niż w wirtualną rzeczywistość.

Była w tym i magia i uczucie uczestniczenia w czymś wyjątkowym. Każdy komponent był znany i ważny. Zmiana procesora czy karty graficznej była rewolucją w życiu każdego posiadacza. Wszystko było niezwykłe. Nie wiem, czy da się to teraz wytłumaczyć komuś, kto w tym nie uczestniczył. Na pewno udaną próbą jest serial Halt and Catch Fire, o którym jakiś czas temu pisałem. No ale to świat pokazany z punktu widzenia twórców komputerów. A zwykli użytkownicy?

Wyobrażacie sobie czasy, kiedy przedmiotem pożądania był Joystick, a myszka gadżetem, który w zasadzie nie wiadomo po co jest komuś innemu niż grafik. A ci wiadomo, że mają te piórka świetlne. No bo przecież w tym Windowsie to nic się nie da i lepiej działać pod DOS-em.

Można by tak długo wspominać, bo i jest co. W ciągu kilkunastu lat zmieniło się wszystko. A komputer z korony stworzenia stał się nagle czymś powszechnym. Czymś, co jest wszędzie i nie zwracamy na to najmniejszej uwagi.

Bo jakby się tak głębiej zastanowić, to wszystko jest teraz komputerem. Samochód to taki komputer, który nas wozi, lodówka to komputer który przechowuje nasze jedzenie, telewizor to komputer, który wyświetla filmy, telefon to komputer, przez który kiedyś rozmawialiśmy, a teraz w zasadzie robimy to samo co na komputerze… A sam komputer? Stał głównie się furtką do internetu.

Systemy operacyjne przestały nagle mieć znaczenie. Google działa tak samo z Windowsa, Mac OS-a czy Androida i Blackberry. Już większe znaczenie ma wybór przeglądarki internetowej, chociaż tak po prawdzie wszystkie one oferują praktycznie to samo.

Nie ma znaczenia jakiego hardware używamy, ale to co za jego pomocą robimy. Komputer stał się kolejnym nudnym i niezauważalnym narzędziem.

W IBM-PC 33 lata podbił świat po czym się w nim rozpłynął i zniknął. Zarówno jako marka, jak i przedmiot.

A tekst napisałem na telefonie. 

PS A 3 lata temu, na 30 urodziny zamówiłem ten tekst. W nim więcej historii.

Uwodzenie na zlecenie

Originally posted on Podróże po świecie - Mazzi.pl:

Młoda Japonka od dawna kryje się w cieniu ze swoim podwójnym życiem. Jej chłopak myśli, że jest sekretarką, ale tak naprawdę Miko pracuje w firmie zatrudniającej profesjonalne uwodzicielki. Agencja pomaga w błyskawiczny sposób zaaranżować rozwód przez wpuszczanie współmałżonka w zastawioną przez nich pułapkę. Jak wyglądają podobna akcja, czemu powstają podobne firmy i z jakimi obowiązkami musi liczyć się zatrudniona w niej ekspertka?

View original 1 276 słów więcej

Nie minęło wcale tak dużo czasu, a zmieniło się wszystko [Halt and Catch Fire]

halt-and-catch-fire-season-1-2014-poster-2

Jest wiele seriali o których warto opowiadać. Serio. Oglądam ich masę, pewnie nawet za dużo, ale żeby tak mi się chciało siąść i napisać to mi się za często nie zdarza.

Halt and Catch Fire to serial o początkach PC-tów. Jest tam i IBM, jest Microsoft, jest i Apple. Ale cała opowieść mówi o kimś innym. O firmie Cardiff Electric zapewne nie słyszeliście. I dobrze, bo nie istniała. To fikcyjna korporacja wymyślona na potrzeby serialu.

Co jest w niej wyjątkowego? To jej pracownicy wpadają na pomysł by zrobić pierwszego laptopa. Przenośny komputer mocniejszy, lżejszy i tańszy od innych. Zadanie nie do wykonania, które staje się możliwe.

W serialu fascynujących jest kilka rzeczy. Przede wszystkim pokazuje mi czasy, w których już żyłem jako zamierzchłą przeszłość. Epoka piksela łupanego… A nawet nie, komu wtedy były piksele w głowie – epokę ASCIIolitu, gdzie tryb tekstowy rozpalał wyobraźnię i pozwalał spokojnie na oglądanie gołych bab przemycanych na dyskietkach. Ściąganych z BBS-ów.

A ja to pamiętam. I MS-DOS 3.30, i te dyskietki 5.25 calowe o pojemności 360KB i 640KB pamięci operacyjnej. Pamiętam karty grafiki Hercules posiadającej tylko tryb tekstowy i pierwsze reklamy komputerów w gazetach. Tych 8 bitówych też. Grałem w Empire, pisałem w ChiWriterze, używałem Xtree, wiedziałem czym różni się EMS od XMS-a i że w autoexec.bat powinno być dos=high,umb oraz dlaczego. To ostatnie oczywiście przyszło potem, po XT, wraz z 386.

Nagle czasy mojej wczesnej młodości stały się jakimś zamierzchłym okresem, w którym żeby się z kimś skontaktować, trzeba było zadzwonić telefonem. I to stacjonarnym. Jak zwierzęta.

Pal sześć modę, ta wróciła, wraca, albo zaraz wróci. Muzyka i kino też zatoczy koło. Ale technologia? Ta poleciała do przodu nie oglądając się za siebie zmieniając ze sobą wszystko.

A nie minęło wcale tak dużo czasu.

Siedzę więc i oglądam zafascynowany. Bo nie dość, że mam wycieczkę do swojej młodości z całą warstwą kulturową, żartami z kobiet i świetną ścieżką dźwiękową to jeszcze widzę coś, co znam bardzo dobrze.

Co znaczy spalać się dla projektu, poświęcać mu wszystko i spalać na jego ołtarzu – relacje, życie czy zdrowie. Rzygać ze zmęczenia i wracać do pracy, bo warto. Jak ten program bojowy CIA, który zatrzymywał dysk, przez co głowica uderzała w kółko w jedno miejsce, co miało go zniszczyć. Halt and Catch Fire.

Nie, nie stworzyłem laptopa. Ale czuję jakąś jedność z tymi ludźmi. Łudzę się, że wiem, jak to jest, co czują.

A na pewno znam to uczucie, kiedy się swój projekt traci.

I pewnie dlatego tak mi się ten serial podoba.

Hipsterzy nie podróżują w czasie, byli tu od zawsze

201004161615

Jest taka fotka znaleziona na wystawie Their past lives here, która pokazuje imprezę z okazji otwarcia Gold Bridge w 1940 roku. Patrzymy sobie na uśmiechniętych ludzi w garniturach i strojach z epoki i natychmiast rzuca nam się w oczy ten jeden jedyny hipster.

Podróżnik w czasie? Okazuje się, że niekoniecznie. Zdjęcie od paru lat jest przedmiotem crouwsourcingowego badania. Pojawiają się różne opcje, od zręcznego fotoszopa aż do stwierdzenia, że nasz podróżnik w czasie wcale nim nie był. Ot ubrał się inaczej niż inni i zgodnie z aktualną modą.

Okulary tego typu, były dostępne już w latach 20 XX wieku, wcale nie ma na sobie t-shirta, tylko sweter z naszytym emblematem zaś bluza wygląda podobnie do tych, którą nosili członkowie drużyny hokejowej Montreal Maroons.

I o ile wizja podróżującego w czasie hipstera jest bliska memu sercu i wolałbym, żeby to ona okazała się prawdziwa, to i druga opcja jest dla mnie fascynująca. Okazuje się, że postmodernistyczne przekonanie, że człowiek poznał granice swojej wyobraźni w myśl hasła „wszystko już było” jest prawdziwe. Nasi zbuntowani młodzi i niezależni tak naprawdę nie różnią się niczym od swoich przodków sprzed ponad 100 lat. Te same stroje, myśli i idee.

Być może nasz 100-letni proto-hipster też nie był oryginalny i wzorował się na swoim 200-letnim przodku dodając tylko do jego stylówy okulary i modną wówczas bluzę. Tego się jednak nigdy nie dowiemy. Ówczesny świat informacji w odróżnieniu do naszego był ograniczony zarówno zasięgiem, jak i czasem trwania informacji.

Co z tego wynika? Że wówczas dużo łatwiej było być oryginalnym, ale niestety mało kto o tym wiedział.

Teraz „bycie sobą” to cholernie ciężka sprawa i zbiorowy wysiłek wielu podmiotów gospodarczych. Ale wtedy…

Można było być tym jednym jedynym hipsterem. Mam nadzieję, że przy okazji podróżującym w czasie.

Weźcie zagłosujcie portfelem i nie kupujcie tego badziewia

Powstańcy palili się żywcem z uśmiechem na ustach.

A przynajmniej takie wrażenie można odnieść oglądając opakowanie zestawu klocków. Do zabawek związanych z Powstaniem Warszawskim miałem do tej pory stosunek zerowy. Nie przeszkadzało mi, że są, nie zamierzałem ich kupować.

Skoro mamy zabawki rycerzy, to czemu nie żołnierzy, a skoro są i oni, to czemu by i nie przedstawić walk ulicznych. Byłem jednak przekonany, że w tej dziedzinie niewiele się zmieniło i zabawki mimo coraz większej ilości funkcji nadal wyglądają tak samo.

Aż zobaczyłem to.

Zrzut ekranu 2014-07-31 14.59.07

Uśmiechnięty powstaniec tuż przed spłonięciem żywcem macha przyjaźnie do uśmiechniętego Niemca w samochodzie. A to tylko część możliwych do ułożenie scenek rodzajowych, który zapewne oferuje ten zestaw.

Weźcie zagłosujcie portfelem i nie kupujcie tego badziewia. Mam nadzieję, że seria poniesie spektakularną klapę a osoba odpowiedzialna za design klocków dostanie odprawę na tyle dużą, że będzie ją stać na tabletki z suszonej żaby. Przy projektowaniu tej serii najwidoczniej mu ich zabrakło.

A firmie Cobi gratuluję pomysłu. Niedługo będzie można zrobić więcej serii z uśmiechniętymi ludzikami. Co powiecie na uśmiechnięte dzieci machają zza okna samolotu uśmiechniętemu radzieckiemu operatorowi stacji BUK. Do wzięcia pewnie też jest masakra w Srebrenicy i parę innych wydarzeń historycznych. A przecież jak te figurki żołnierzy się uśmiechają, to te sytuacje wcale nie wydają się już takie straszne i mroczne, nie? Wojna to fajna sprawa.

PS I tak, pamiętam, że Libera zrobił Lego Obóz Koncentracyjny, ale też i widzę różnicę pomiędzy produktem masowym, zabawką dla dzieci a instalacją artystyczną.

Ja to kiedyś napisałem?

Zrzut ekranu 2014-07-31 13.08.21

Non omnis moriar napisał kiedyś na swoim prywatnym wallu Horacy nie wiedząc, że jaki ten pęd ku nieśmiertelności będzie sprawiał problemy.

Bojowa dusza, imperatyw wyrażania, mowa bystra, myśl niezmącona. Naście lub dziesiąt lat doświadczenia to wszystko czego potrzeba. Każdy przez to przechodził, rzecz w tym, że wcześniej nie wszyscy o tym wiedzieli. Rozmowy były prywatne, o ograniczonym zasięgu i z datą ważności, po której nikt już ich nie pamiętał?

A teraz? Człowiek raz coś napisze w młodym wieku, poczuje, że ukarał, wykazał i naprawił sam nie wiedząc, na jakie pośmiewisko się wystawia. Pisać może każdy, w każdym wieku, wykształceniu i stanie umysłu. Nikt nie cenzuruje, nikt nie redaguje, na szczęście też i mało kto czyta.

Polski bloger karci szefa Microsoftu. Kluczowy analityk internetu doradza Nokii – nie idźcie tą drogą. Następuje koniec Facebooka, Apple, Google, Nintendo. Wszystko jest proste, oczywiste i logiczne. Życie nie ma tajemnic.

Internet cierpliwy, przyjmie wszystko. Problem w tym, że zapamięta. Moje nastoletnie wypociny pochłonęła pomroka wieków. Te pisane w wieku lat 20 ktoś przejrzał, zaakceptował i zredagował, tak by dało się to czytać.

A teraz? Zonk. Wszystko zostanie. I to na równych prawach z dziełami najnowszymi, bo kto by tam sprawdzał kiedy i po co coś powstało. Dopiero niedawno sobie zdałem sprawę, że ci autorzy nie są głupi, tylko młodzi. Do wielu rzeczy dochodzi się z wiekiem. Im go brakuje.

A jak sobie z tym poradzą później? Być może prawo do zapomnienia będzie ważniejsze niż nam się wydawało. Po kilkudziesięciu latach internetu okazało się że nasz pęd ku sławie i wieczności odwrócił się o 180 stopni.

Chcemy być anonimowi. Chcemy by o nas zapomniano.

Wszystek umrę – E-Horacy

Pytajcie, a będzie im dane

Zrzut ekranu 2014-07-24 12.59.47

Siedzę sobie i patrzę na życie Polaków. Jest cykliczne, jak dni tygodnia, pory roku czy przegrane naszej reprezentacji.

Jak weekend, to wyprzedaże. Naród rusza do świątyni handlu wymienić swoje ciężko wydarte paciorki na oznaki statusu, meble do własnoręcznego złożenia, Sprawdza, szuka gdzie taniej, gdzie i do której otwarte, kto ma wyprzedaże.

Tłoczymy się więc albo w hiper i super marketach albo unikamy się w podróży do nieistniejącej dziczy. Pogoda i jej prognoza stają się nagle władcą dusz gotowych do stłoczenia się na łonie przyrody udręczonych zakupami mieszkańców miast.

Nic nowego, weekend, jak weekend.

Siedzę i wgapiam się w ten wygaszacz ekranu z Google Trends. Firma, która nic ode mnie nie chce, mówi, że nie jest zła, portretuje mi mój świat za pomocą pytań rodaków. Nie muszę oglądać wiadomości, rozmawiać ze znajomymi czy wyglądać za okno. To taki wielki życiowy teleturniej Va Banque. Czytasz pytania ludzi po to, by odpowiedzieć nimi na zupełnie inne zagadnienia.

Wniosków jest parę. Pierwszy cieszy. Jestem odklejony od teraźniejszych wydarzeń polityczno-powiedzmy-kulturalnych. Większość haseł mnie nie dotyczy i nie budzi we mnie większych emocji. Ale zdarzają się takie chwile jak teraz, kiedy przyznaję, że nie wiem co się dzieje.

Dlaczego pojawiło się hasło Hellboy? Co ma wspólnego z naszą polską rzeczywistością postać półdemona z kultowego komiksu? Tak jak tysiące Polaków wpisuję frazę do wyszukiwarki i dopiero po chwili orientuję się, że prawdopodobnie w sobotę film poleci w publicznej telewizji. Tej, co to wiecie, nikt nie ogląda, nie ma przyszłości i takie tam…. Ale do końca tego nie wiem, link w wyszukiwarce prowadzi do nieistniejącej strony.

Koniec emocji, mam za sobą drugi geekowski moment w tym roku. Wcześniej do powszechnej świadomości udało się przebić tylko Wolfsteinowi. Uspokajam się i wracam do oglądania rodaków w krzywych zwierciadłach internetowych cookies i zapytań, które zadają.

To fascynujące i czasami trochę smutne przeżycie. Powinniście spróbować.

Review: Jetlag

Jetlag
Jetlag by Michał R. Wiśniewski
My rating: 3 of 5 stars

Na początku, przyznaję się, była zawiść. Dlaczego on mógł, a ja nie. Też piszę bloga, sam zamawiałem u niego teksty, interesują nas podobne rzeczy, łapiemy te same referencje. No ale on napisał książkę, a ja nie.

Potem było gorzej. Autor nie dość, że napisał, to jeszcze widać było, że zrobił to dobrze. Jarały mnie nie tylko refleksje nad światem, ale też i styl i forma. I co z tego, że część z tych przemyśleń już widziałem albo wręcz zachomikowałem sobie w głowie i traktowałem jako własne, skoro poza tym pojawiały się mi gotowe one linery i cytaty, o których wiedziałem, że będę stosował jak zły i nie przyznawał się, skąd znam. Chcecie przykładu? Proszę bardzo:

Tam nie ma nawet skajpa – mówi jedna z lasek – mailowaliśmy do siebie jak zwierzęta.

Ładne? No właśnie. Już sobie mentalnie to zajumałem.

Ale na szczęście nie wszystko jest idealnie. Bo poza portretami postaci, zdarzeń, miejsc i świata to w zasadzie mało co jest. Fabuła jest porwana i wciśnięta jakby nieco na siłę. Wygląda trochę tak, jakby spajała na siłę fajne pomysły na notki, a nie stanowiła ich przyczynę.

Ale tym, co mnie zagrało mi najbardziej jest zakończenie. Jasne, mogę marudzić na czas teraźniejszy, mogę męczyć się z narracją w drugiej osobie, ale to przy zakończeniu obniżyłem ocenę książce.

Ostatnia część Jetlaga jest zupełnie oderwana od tego co było wcześniej, niejasne i niekoherentne z resztą. Jakbym miał być złośliwy, to mówiłbym, że wstawiono je tylko po to, żeby poruszyć tematy gender i udowodnić, że byt kształtuje świadomość, ale nie jestem. Tłumaczę więc sobie, że Istnieje też oczywiście opcja, że to ja jestem na nie za głupi i nie odkryłem przez to jego głębi.

No ale to tylko ostatnich paręnaście minut czytania. Resztę przeczytać jak najbardziej należy.

View all my reviews

Śpiewając reklamy Playa

santa-claus-conquers-the-martians-crop-11

Reklamy Playa to jednak jest część naszego dobra narodowego. Zalet jest wiele, ale jeżeli miałbym wymienić tę najważniejszą dla mnie, to byłaby to świadomość, że pozawala zachować mi kontakt ze współczesną popkulturą. Słowo. W życiu nie wiedziałbym, kim jest Dawid Podsiadło, a przydało mi się to, do wpisania złośliwego komentarza pod jednym ze statusów na fejsie. Były 20 urodziny CD Projektu, a ja już wiedziałem, że ten koleś ma tylko 21.

No dobra, wtedy to się wydawało śmieszne, teraz nie za bardzo, ale hej, może to ten mityczny humor sytuacyjny?

Jest też ten koleś z dredami (Kamil chyba) co miksuje i jakaś tak chuda laska, chyba szafiarka co też śpiewa…. I słowo daję, że w życiu bym o nich nie wiedział, gdyby nie to, że spółka P4 wydaje majątek, by jej przekaz marketingowy towarzyszył mi wszędzie, gdzie pójdę. Dla mojego dobra.

W kinie dzieci śpiewają więc wraz z Dawidem, traktując reklamę, jak kolejny pophit o niczym, co jest dość abstrakcyjnym przeżyciem, w telewizji Kamil przesyła do mnie jakiś swój hit, a w knajpie sikając mogę poczytać o mojej formule.

I tylko moje dziecko za każdym razem krzyczy, że to kłamstwo.

Faktycznie, sprawdziłem, w terenie LTE nie ma.

Szewski gnyp kraje chlib

szewcy_teatr_polski1_340
Polscy szewcy to jeden z najbardziej plugawych zawodów.

Zdziwieni? Wystarczy na szybko przejrzeć księgę przysłów by zobaczyć:

  • szewską pasję – opis wściekłości, złości i ostatniej pasji
  • szewski poniedziałek – czyli próżnowanie po przepitej niedzieli
  • pije jak szewc – wiadomo
  • klnie jak szewc – tego też w zasadzie nie trzeba tłumaczyć

Być może coś w tym jest, że na bohaterów swójej głośnej sztuki Witkacy wybrał właśnie szewców. Wychodzi na to, że żaden inny zawód w Polsce nie ma aż tylu negatywnych konotacji. I co więcej, nie wiadomo skąd to się wzięło.

Googlowałem, pytałem, mailowałem. „Spojrzalem na frazeologię narodów ościennych i stwierdzam, że to polski szewc ma wyjątkowo zła opinię” – wyjaśnia mi dr hab. Marek Łaziński z UW – „może dlatego, że szewcy byli biedni (choć buty drogie) i z tej biedy brały się skojarzenia ze złym zachowaniem (pijaństwo, przekleństwa)” – głośno się zastanawia.

Ciekawe, prawda? Mamy w Polsce zawód, który stał się zbiorowiskiem wad i w zasadzie nie wiadomo dlaczego. Czym szewcy sobie aż tak nagrabili, że z cechu, którego przedstawiciel Dratewka uratował kraj przed smokiem stali się zapijaczonymi, leniwymi furiatami?

I co muszą zrobić by odkupić swoje winy?

PS Tak, gnyp to mały nożyk szewski. Nie wiedzieliście? Nic dziwnego, że mam w sobie coś z szewca.

Google’s Street View cameras are touring museums and taking weird selfies by accident

Originally posted on Quartz:

A Google camera takes an accidental self-portrait in a museum

no-caption

Google’s Art Project was launched three years ago as a sort of Street View for museums and art galleries. Using panoramic cameras mounted on trolleys, Google captures the artwork and gilded halls of 250 institutions around the world—all the while trying to stay out of sight.

The curtain slips a bit in the Camera in the Mirror, a new Tumblr project by the Spanish artist Mario Santamaría that collects accidental self-portraits of Google’s hulking cameras while they go about their work. It turns out that museums have a lot of mirrors, and the cameras often photograph themselves in front of them.

Sometimes swaddled in silvery capes or attended to by ghostly minders, the android-like devices call to mind the Victorian mothers who would hide underneath blankets to keep their toddlers from squirming during portraits. Collected together, the Google-camera selfies are at turns unsettling, revealing, and absurd—unintentionally upstaging the art they’re meant to quietly document.

A Google camera takes an accidental self-portrait in a museum

no-caption

A Google camera takes an accidental self-portrait in a museum

no-caption

A Google camera takes an accidental self-portrait in a museum

no-caption

A Google camera takes an accidental self-portrait in a museum

no-caption

A Google camera takes an accidental self-portrait in a museum

no-caption

[h/t Booooooom]

View original

Na balu u sowy z przyjacielem [moderka blogowa]

film_kub_puchat

Byłem jakiś taki zalizany. Lepki od sączących się powoli owoców samozadowolenia z samozaspokojenia. Wszyscy mówili o wszystkich w swojej głowie, czyli o sobie i co jakiś czas gdy już się wysłuchali tryskali zadowoleniem. A ja stałem i słuchałem starając się nie mówić nic. 

Normalnie napisałbym, że było ciężko. Ale było zaskakująco łatwo. Patrzenie na setki jednoosobowych wyuzdanych grup starających się za wszelką cenę siebie zaspokoić dawało perspektywę. 

I to nie tylko na życie. 

Na modę również. 

W szale autoekspresji i musieniebyciakimś stanie w cieniu innych stawało się nagle nawet nie czymś wyjątkowym, ale prawie że manifestem indywidualności. 

Tej starej, cichej, niewymuszonej i niezakrzyczanej. Niezalizanej. 

Nie musiałem być kimś.  

Mimo, że chciałem.