Kaczor, ty obłąkany kanibalu!

main-qimg-35835aff79497a89cd1f6b89364a52ec

W Kaczogrodzie w Boże Narodzenie nie jada się kaczki”. Zdanie z niby bezpiecznej gazetki z badziewną zabawką dało mi do myślenia. Na szczęście dziecko nie zauważyło, że Kaczor Donald – kaczka – jedzący kaczkę zahacza dość mocno o kanibalizm. A może po prostu samego konceptu zjadania innych tego samego gatunku jeszcze nie zostało nauczone. Tym lepiej dla mnie.

Ale sam problem pozostaje. Dlaczego, na macki Cthulhu, Walt Disney dopuścił do sytuacji, w której w ogóle w mojej głowie pojawia się takie pytanie. Mogę zrozumieć wszelkie rasistowski i seksistowskie zagrywki, bo te wypleniliśmy z mediów relatywnie niedawno, a bajki z Myszką Miki i Kaczorem Donaldem są z nami już od połowy lat 30.

…w „Dumbo” z 1941 krytycy wykazują, że obecne tam kruki (z ang. crow) są podłe i… czarne. […] przywódca złych kruków nazywa się Jim. W USA po wojnie secesyjnej, głównie w południowych stanach, wprowadzano „prawa Jima Crowa”. Miały one ograniczać wolność byłych murzyńskich niewolników i wprowadzać większą separację białych i czarnych. Zaś „Jim Crow” było w tamtych czasach pogardliwym określeniem właśnie na murzynów – stąd nazwa praw. […] W tym samym filmie jest piosenka pracowników portowych. Czarnych, bez twarzy, ale śpiewających: „Jesteśmy niewolnikami póki prawie nie umrzemy/Jesteśmy szczęśliwymi portowcami” i „Pracuj/Przestań się migać/Ciągnij tę linę, ty włochata małpo”. – czytam, zapewne przepisany skądś, artykuł na łamach natemat.

No ale kanibalizm? Z tym, że zjadanie drugiego człowieka jest fe, pogodziliśmy się już dawno temu. Ok, były wypadki, kiedy dochodziło do niego na większą skalę, ale zawsze było to w ekstremalnych przypadkach (Wielki Głód na Ukrainie, Oblężenie Leningradu), i zawsze, ale to zawsze było to uważane za coś złego.

A tu proszę, Kaczor z siostrzeńcami przy posiłku:

„W przebiegu choroby pojawiają się także prymitywne odruchy, np. ssania, gryzienia, chwytania. Charakterystyczne są zmiany nastrojów: od depresji do euforii, a także przymusowy płacz bądź śmiech (stąd dziennikarskie określenie choroby, śmiejąca się śmierć)”. Brzmi trochę jak opis kreskówki z Kaczorem Donaldem? Zapewne można by znaleźć wiele scen pasujących do tego opisu. Opisu choroby Kuru, wywołanej przez kanibalizm właśnie. Wiem, mocno naciągane, ale dało mi to do myślenia.

Zacząłem pytać, grzebać i ogólnie drążyć temat. I wiecie co? Nikt nic nie wie. Ludzie z Disneya w ogóle nie przypominali sobie sprawy, inni bagatelizowali. „Nie powinniśmy się przejmować faktem, że kaczki jedzą kaczki, a w ogóle to hej, pies Goofy też ma psa i do tego trzyma go w budzie”! – jakby to coś zmieniało!

the_goofy_and_pluto_conundrum_by_andydiehl-d4xdv1h

I w końcu jedyną sensowną odpowiedzią, na którą wpadłem, była ta wskazująca, że owszem jedzą, ale nie kaczki, tylko indyki.

No i spoko, z tym już coś można zrobić. W końcu od paru lat naukowcy sugerują, że zeżarliśmy neandertalczyków. Może Disney przeczuwał to po prostu wcześniej i w swoich filmach zawarł odpowiednie analogie, by przygotować moje pokolenie na prawdę?

PS A przed sekundą na Twitterze pokazano mi ten filmik. Boski

9 rzeczy, których dowiedziałem się o Rzymie po pijaku

  1. Wszystkie drogi co prawda prowadzą do Rzymu, ale nikt nigdy nie powiedział mi jak. Okazuje się, że zawile. Tylu ślimaków, dziwnych konstrukcji czy rozwiązań nie widziałem nigdzie na świecie. A trochę pojeździłem. Nie jest niczym niezwyczajnym, widok 3 dwukierunkowych szos obok siebie czy konieczność objechania połowy miasta, bo się źle raz skręciło.
  2. #rome #italy

    A photo posted by Piotr Gnyp (@toread) on

    Czytaj dalej

Taki był ten 2014 na blogasku

The WordPress.com stats helper monkeys prepared a 2014 annual report for this blog.

Here’s an excerpt:

The Louvre Museum has 8.5 million visitors per year. This blog was viewed about 120,000 times in 2014. If it were an exhibit at the Louvre Museum, it would take about 5 days for that many people to see it.

Click here to see the complete report.

Z kijkiem do samojebki przez świat

#rome

A photo posted by Piotr Gnyp (@toread) on

Jedyna rzecz, która zmieniła się w Koloseum to otaczający ją handlarze z importu. Ostatnio monumentalną antyczną budowlę widziałem podczas wyjazdu prasowego z okazji premiery Assassin’s Creed Brotherhood. To wtedy dowiedziałem się, że mimo, iż oryginalnie budowla powstała na schemacie elipsy w grze jest kołem. Dlaczego? Za cholerę nie mogę sobie przypomnieć. Ale widać, było to ważne, skoro do tej pory pamiętam.

W ogóle łażenie po starożytnej części Rzymu robi się dość zabawne, kiedy człowiek uświadomi sobie, że głównie zastanawia się czy wkical na dany budynek Ezio czy nie. I zwykle mówi sobie, że tak, na pewno, bo przecież to ta ikoniczna budowla, której nazwy nie pamiętam, aż zobaczy napis i się okazuje, że to zupełnie co innego.

Wracając do Koloseum i handlarzy – wcześniej sprzedawali rozmaite badziewie. Przewodniki, flagi, albumy i tym podobne za drogie i nikomu niepotrzebne rzeczy. Teraz w ich rękach można było zobaczyć tylko jeden przedmiot. Serio, totalna dominacja. Żaden się nie wychylił – wszyscy mieli to samo – selfie sticki.

Kijek do samojebki okazał się symbolem turystyki. Mrocznym przedmiotem pożądania żadnego wrażeń podróżnika. I to nawet takiego, który podróżuje w grupie.

Co ja mówię – wszyscy, albo zdecydowana większość osób podróżuje w większej ilości niż jeden. A to implikuje, że zwykle można kogoś o zrobienie zdjęcia na tle poprosić. I kto wie… może zamiast ładnego obrazka z ważnym budynkiem nawiązać nowe znajomości.

Tymczasem zamiast ludzi robiących sobie nawzajem zdjęcia widzimy grupy samotników z kijkami.

Smutne to trochę.

Zapomniałem wziąć z domu smartwatcha i przeżyłem

lg_gwatch_teaser-1

Prawo Gnypa mówi, że jeżeli zapomnisz wziąć ze sobą gadżetu i tego nie zauważysz, to nie jest on ci potrzebny. Tytuł mówi resztę.

Technologia działa w cyklach. Pojawienie się telefonu komórkowego z samoregulującym się zegarkiem uwolniło nasz nadgarstek od zegarka z kalkulatorem i 7 melodyjkami. Dzięki temu kilkanaście lat później na nowo może go zająć zegarek łączący się z telefonem i wyświetlający kalkulator, oraz pozwalający sterować melodyjkami.

Po co jest smartwatch? Pokazuje godzinę i pozwala nie wyjmować telefonu z kieszeni by sprawdzić na nim najważniejsze informacje i sterować niektórymi aplikacjami. To wszystko. Aby wykonać bardziej skomplikowane operacje należy znaleźć smatfon. Przykład? Smartwach pokaże nam, że dostaliśmy wiadomość na facebookowym messengerze, ale nie powie jaką (choć podobno na innych modelach to działa inaczej). Słowem – to dokładna kopia waszych androidowych powiadomień. I tak, jak to w Androidzie, nie zawsze wszystko działa. Killer apps? Pokazywanie czasu (doh), google now, nawigacja, Endomondo/Runkeeper (na upartego)  i sterowanie Spotify. O ile zadziała, bo czasami po prostu tak nie jest.  Możliwość przewijania kawałków nie pojawia się na zegarku i koniec – trzeba wyjąć telefon z kieszeni. No ale to ogólnie problem z używaniem innego niż domyślny odtwarzacza.

Jednym słowem, póki co, to nie jest ta rewolucja, na którą czekaliśmy. Być może wraz ze swoim rozwojem smartwatche zaczną oferować możliwości, które uczynią z nich urządzenia równie niezbędne jak teraz telefony. Póki co, to jedynie gadżety. I to znacznie za drogie gadżety.

Zerknąłem do internetowych sklepów i hoho. 1000zł to ja bym za to na pewno nie dał. Póki co cenowo najbardziej zbliżony wydaje się być LG G ze swoją ceną 430zł. Gdybym miał sam wyceniać wartość, to strzelałbym w 250-300zł.

Smartwatche ewoluują i to szybko. Jeszcze rok temu ich bateria starczała na parę godzin, zakres funkcojnalność był dużo mniejszy a ich używanie skutecznie wykańczało baterię telefonu. Teraz ilość aplikacji, które z nim współpracują jest dużo większa, można używać go dużo dłużej bez ładowania. No i smartfon prawie nie zauważa, że jesteśmy podpięci.

Nadal nie jestem pewny, czy to rozwiązanie się przyjmie. Tak samo, jak przy Google Glass – nie jest ono niezbędne, a na przetrwanie mają szanse gadżety, bez których nie możemy się obejść. W ogóle wydaje mi się, że całe to „wereable” to hasło pompowane marketingowo niż jakiś realny trend. Owszem, różne firmy będą próbowały na siłę zaspokoić jakąś naszą nieistniejącą potrzebę, ale nie oszukujmy się, nie będzie to łatwe. Nie każdy jest Jobsem.

Ja bym sobie sam z siebie smartwatcha, póki co, nie kupił.  Zobaczymy jak będzie się sprawował i co zmieni na rynku model Apple.

Zawiesiłem zupę w barze. Dobrze mi z tym

Feed me

A photo posted by Piotr Gnyp (@toread) on

Rzadko zdarza się, żeby w barze mlecznym ktoś śmierdział, ale czasami się trafia. Tak to jest, jak w jednym miejscu spotyka się cały przekrój społeczny III RP – od bezdomnego w łachmanach, przez niższe i wyższe klasy średnie aż do hipstera, którego od bezdomnego często odróżnia tylko zapach.

Lubię te miejsca. Niby wszystkie są takie same, a jednak każde ma swój specyficzny klimat. Obsługa może nam zafundować pełne spektrum stanów emocjonalnych, z misiowym „jem przecież” włącznie, wystrój może być zarówno nowoczesny, jak i rodem z wczesnego Gierka. Ale jedzenie jest zawsze dobre. I tanie.

I ludzie są tam naprawdę głodni.

Piszę o tym, bo przypomniał mi się znowu idiotyczny pomysł na „kawę zawieszoną”. W miejscu, gdzie ludzie pytają się, czy mogą dokończyć po dziecku ziemniaki i starają się załatwić głodnemu koledze talerz zupy u kierowniczki, można w pełni docenić geniusz osoby, która wymyśliła, że zapłacenie komuś za kawę w starbaksie to super akcja.

Mam szczerą nadzieję, że pomysł umarł. Jakoś sobie nie wyobrażam, żeby osoby potrzebujące szukały pomocy w starbaksie i żeby zamiast pomidorowej z ryżem wolały mocha grande.

Co nie oznacza, że nie można go zmodyfikować.

Zupa w barze mlecznym to jakieś 2-3 zł. Za 10 zł, czyli połowę kosztu średniej kawy w trendy kawiarni możemy nakarmić kilka potrzebujących osób. Panie z obsługi z chęcią wezmą od was jeden banknot by nakarmić tych naprawdę potrzebujących. A wy macie pewność, że pieniądze nie poszły na prytę czy amfetaminę. Wygrywają wszyscy, bo przecież braku 10zł większość z Was po prostu nie zauważy.

A dobra karma może kiedyś do Was wrócić.

Słowniczek zjawisk i trendów kulturowych na 2015

Powiedzieć, że żyjemy w ciekawych czasach to jeden z większych banałów. Żyjemy w czasach zmiany, gdzie bardzo łatwo wypaść z obiegu. A tym samym nagle przestać się orientować, o czym w zasadzie ci ludzie dookoła mówią. Na szczęście są ściągawki, jak ta powyżej, które powiedzą Wam, o czym będzie się mówić w 2015 roku.

Przydatne, co?

Umiesz napisać historię w sześciu słowach?

Kiedyś Hemingway założył się ze znajomymi, że napisze opowiadanie za pomocą sześciu słów. Wygrał.

Wyprzedaż: buty dziecięce, nigdy nie noszone.

Potem był artykuł w magazynie Wired, który poprosił znanych amerykańskich pisarzy o to samo. Rezultaty? Powalające. Moje ulubione to:

Computer, did we bring batteries? Computer?
Eileen Gunn

Longed for him. Got him. Shit.
Margaret Atwood

Internet “wakes up?” Ridicu –
no carrier.
Charles Stross

With bloody hands, I say good-bye.
Frank Miller

Epitaph: Foolish humans, never escaped Earth.
Vernor Vinge

It cost too much, staying human.
Bruce Sterling

We kissed. She melted. Mop please!
James Patrick Kelly

I’m your future, child. Don’t cry.
Stephen Baxter

I’m dead. I’ve missed you. Kiss … ?
Neil Gaiman

The baby’s blood type? Human, mostly.
Orson Scott Card

To save humankind he died again.
Ben Bova

Jest tego dużo więcej, sprawdźcie sami tutaj. Warto, bo jest cała masa super patentów. A ja przy okazji przyznam się, że zawsze podobną akcję chciałem zrobić z polskimi pisarzami.

Jestem strasznie ciekawy co napisałby Dukaj, Miłoszewski, Brzezińska, Grzędowicz czy Ziemkiewicz.

No cóż, może jeszcze kiedyś mi się uda.

A tymczasem zobaczcie jeszcze jedną serię sześciowyrazowych opowiadań, którą znalazłem na 9gagu.

anXR2nz_700b

PS A w sumie to mi się i moje opowiadanie wymyśliło:

Za szybko go skazaliśmy, był niewinny.

Szkoda, że nie zobaczyli znaku „uwaga”

Obudziłem się w kostnicy. Jak zwykle.

Straciłem kontakt z ludźmi którymi byłem

Jak robić, żeby zrobić – czyli uroki pre-produkcji

W poniżej prezentacji najlepsze jest to, że nie dotyczy ona tylko gier, ale w zasadzie każdego działania związanego w jakiś sposób z branżą kreatywną. Czytam ją sobie i odnoszę do swoich rozlicznych projektów związanych zarówno z pisaniem, działaniami PR/marketing, jak i naprawdę dużymi projektami za gigabaksy i widzę, że to działa.

Pamiętajcie – pomysły są tanie.

Dlaczego dzisiejsze dzieci uczą się o wczorajszym świecie?

z15619674Q

Wszystkie te nowe bajki dla dzieci omijają szerokim łukiem jedną rzecz. Współczesność. Co pójdę do teatru, włączę słuchowisko czy jakąś nową bajkę to natykam się na prawdy, które znamy od lat.

Trzeba być miłym, nie grzecznym, nie robić drugiemu, co tobie nie miłe i takie tam. No chyba, że to bracia Grimm, to wtedy robić innym należało jak najbardziej i jak najgorzej, by tylko osiągnąć swój cel. Spalić macochę, obciąć pięty czy rozerwać końmi. A zabawa wcale się nie musiała tu kończyć. Czasami wręcz dopiero się zaczynała.

Problem w tym, że świat dzieci nieco się zmienił i poza trzepakiem i piaskownicą pojawiło się w ich życiu coś takiego jak internet. A w nim cała masa nowych zagrożeń. I to takich, które cały czas się zmieniają.

Bromba w sieci teatru 6 Piętro, to jak do tej pory jedyna sztuka teatralna, która stara się jakoś zmierzyć z tym problemem. I robi to nawet nieźle – problem w tym, że opisuje świat, którego już nie ma. Rzeczywistość zaczęła zmieniać się za szybko.

W sztuce widzimy jak bohaterowie z rzeczywistości bajkowo-magicznej przenoszą się do rzeczywistości wirtualnej, gdzie mierzą się z rozmaitymi przeciwnikami. Wirusem komputerowym, który podmienia frazy w wyszukiwarce, z podejrzanym e-mailem czy ostatnim bossem z gry MMO o wampirach.

Ręka w górę, kto miał ostatnio problem z wirusem komputerowym. Niegdyś rozpowszechniające się bez opamiętania i niszczące zawartość dysków programy szybko znikły, by ustąpić miejsca aplikacjom zamieniającym stacje robocze w posłuszne zombie atakujące wskazane cele. Nie ma sensu niszczyć, skoro można zarobić. Mityczni hackerzy siejący niegdyś postrach spowszednieli i stali się (w większości) bandytami wymuszającymi okup.

Podejrzanymi mailami zajęło się Google, które praktycznie zmonopolizowało tę usługę. Maile straciły na znaczeniu, a automaty antyspamowe wielkich korporacji praktycznie wyeliminowały zagrożenie dla szeregowego użytkownika.

Z wymienionych problemów w sztuce pozostało nadmierne uzależnienie od gier, które jest, będzie i raczej sobie nie zniknie. Ale przecież to zdecydowanie za mało. Bo w sieci na najmłodszych użytkowników czekają coraz to nowe zagrożenia. Od złych ludzi, na których mogą trafić na czatach, przez próby wyłudzenia pieniędzy i numerów kart kredytowych rodziców, przez zupełnie nowe rzeczy, jak kradzieże przedmiotów wirtualnych czy, jej, sam nie wiem co. Włamywanie się do domowych urządzeń typu pralka czy lodówka? Przejmowanie kontroli nad wszczepami? Ataki na „ducha w maszynie”?

Gdzie fenomen MInecrafta? Gdzie Lego i połączone uniwersa? Gdzie niebezpieczny świat czatów, selfie i walki o prywatność? Rozumiem, że odpowiedzialność spoczywa na rodzicach, ale fajnie by było, gdyby twórcy kultury wyższej i niższej też się tym zajęli i w swoich dziełach zaczęli przemycać te zagadnienia.

Nie bij słabszych, nie wrzucaj swoich nagich fotek do sieci, odrabiaj lekcje i nie dawaj hasła do swoich kont nikomu. Nawet jak ładnie poprosi.

PS Oczywiście jest jeszcze opcja, że takie rzeczy powstają, ale ginął w tłumie. Jak ktoś zna, to niech pierwszy rzuci tytułem.

Te plakaty dla informatyków z lat 80 są niesamowite

Jestem ostatnią generacją, która żyła w epoce bez Internetu. Nie, to nie mój cytat – znalazłem go na którejś ze stron. Moje pokolenie to po prostu ludzie, którzy na stwierdzenie „nie było kiedyś sieci” nie reagują pytaniem – „przez ile?”.

Robiliśmy wariackie rzeczy bez potrzeby bycia w stałym kontakcie, umieliśmy czekać, mieliśmy ograniczony dostęp do porno. Nie było nam wcale lepiej niż teraz, ale też i nie było wcale gorzej. Było po prostu inaczej.

Chcę się czuć jakoś bardzo wyjątkowy, ale nie potrafię. Moi rodzice żyli w świecie bez telewizji, dziadkowie zapewne bez radia. Teraz co chwila mija jakaś chwila, kiedy postęp zmienia wszystko. No może nie wszystko, ale dużo.

Oprócz dwóch rzeczy – haseł i backupów. Te zawsze były ważne. Zerknijcie sami na plakaty powyżej. Mimo, iż mają już one ponad 30 lat, to nadal są aktualne, Może teraz nawet bardziej niż kiedyś.

Śmieszne, co?