Klasyczne obrazy widziane oczami sieci neuronowej Google’a

Jak komputery reagują na sztukę? Tego prawdopodobnie szybko się nie dowiemy. Ale możemy sprawdzić, co sieci neuronowe zobaczą na obrazach klasycznych mistrzów.

Jak to działa? Dość dokładnie wyjaśnione w tekście Joanny Sosnowskiej.

Żeby nauczyć komputer jakiegoś pojęcia (np. „widelec”), komputerowi dostarcza się przeróżne zdjęcia widelca, a ten uczy się rozpoznawania tego konkretnego obiektu w różnych konfiguracjach (widelec w ręku, widelec na stole, widelec z dwoma ząbkami, widelec z trzema ząbkami, widelec z ułamanym zębem, drewniany, plastikowy, itd). Sieć neuronowa nie dostaje informacji, do czego służy widelec, ani jakie cechy musi mieć, żeby wciąż być widelcem, a nie trójzębem – ma je sama wydedukować na podstawie zdjęć.

Taka sieć działa na kilkudziesięciu poziomach; warstw sztucznych neuronów jest przeważnie 10-30. Każda warstwa odpowiada za coraz bardziej skomplikowane działania. Jedna rozpoznaje krawędzie obiektów, inna kolory, jeszcze inna obiekty. […] Każdy obraz trafia do pierwszej warstwy, która komunikuje się następnie z warstwą kolejną, tak długo, aż w końcu osiąga warstwę „wyjściową”. Odpowiedź sieci otrzymujemy właśnie od tej ostatecznej warstwy”.

Nakarmionej wcześniej obrazami zwierząt ludzi i budynków sieci pokazałem klasyczne obrazy mistrzów. Efekty do obejrzenia poniżej.

Im więcej na nich abstrakcji – tym ciekawsze wyniki.

Gdzie kończy się dziennikarstwo a zaczyna trolling?

Originally posted on nic prostszego:

W 2013 roku John Bohannon, pracując dla magazynu Science, przeprowadził prowokację mającą na celu wyjawienie, jak kiepskiej jakości są pisma otwartodostępowe. Prowokacja pokazała na pewno tylko jedno – że system recenzji, jakim go obecnie znamy, działa raczej przeciętnie. Wyciąganie wniosków na temat ruchu OA na podstawie danych, które Bohannon zgromadził, byłoby raczej przedwczesne.

Co jednak nie powstrzymało go od wyciągnięcia takich przedwczesnych wniosków. Cała prowokacja była raczej mało przekonywująca i dla Bohannona nie powinna być wcale powodem do dumy. Co także go przed wyrażaniem takiego samozadowolenia nie powstrzymało. O sprawie pisałem wkrótce po publikacji, a także w moim tekście dla Biuletynu EBIB w zeszłym roku.

Zarozumiałe wynurzenia Bohannona w tamtej publikacji nie powinny pozostawić wątpliwości, że jest on po pierwsze arogantem, a po drugie ma wątpliwej jakości kręgosłup moralny. Wczoraj jednak Bohannon powrócił z kolejnym tekstem, który wszystkich mających jeszcze nadzieję, że może jest on rzetelnym dziennikarzem, powinien…

View original 845 słów więcej

Kryzysu psychologii ciąg dalszy

Originally posted on NeuroBigos:

Kolejna ambitna próba replikacji (powtórzenia) znalezisk psychologicznych zakończyła się w zeszłym tygodniu. Centre for Open Science, koordynujące projekt, udostępniło na swojej stronie arkusz zawierający wstępne wyniki projektu. Zdaje się, że wyniki nie są zbyt optymistyczne. Wygląda na to, że zreplikowano jedynie 39 ze 100 badań.

Z ostatecznymi osądami powinniśmy jednak jeszcze poczekać, aż projekt przejdzie przez recenzję naukową.

View original 491 słów więcej

Zaginiona moderka

(To jedna z pierwszych moderek, które publikowałem jeszcze na Facebooku. Zaginiona, wróciła po roku – przenoszę na blogaska, żeby nie zginęło.)

Możecie nie wierzyć, ale pozwolił mi wpisać jeden, słownie jeden, status na fejsa dopiero po tym, jak mu wyjaśniłem, dlaczego w zasadzie łaziłem nagi po klubie.Na początku miała to być jedna rozmowa telefoniczna, ale szybko go przekonałem, że zadzwonić to ja nie mam do kogo. Stylista zaginał gdzieś na dole, w okolicach łazienki i nie odbiera co najmniej niedzieli, ja mówię, możecie nie uwierzyć, ale szybko i niewyraźnie, a na twitterze to się nie zmieści. A taki apdejt w social media to dla narodu coś jak dżdża dla kani i jakoś tak przez skórę czułem że czekają. Moja linia argumentacji była doskonała, jak połączenie Błękitu Paryża z Zielenią Magnum. Zgodził się, zresztą nie miał innego wyjścia. Marek to w sumie najfajniejszy z tutejszych pielęgniarzy.

Pytacie czego milczałem. Odpowiem, nie to że jakoś szczególnie zasługujecie, ale w świecie mody zasady są bezlitosne – „nie ma kreacji bez obserwacji”. A zresztą i tak wszystko przez Was i moją chęć do poznania i zbliżenia się. Odpowiedzenia na palące Was pytania.

Nie żartuję, postanowiłem stać się przez chwilę jednym z Was. Ubrać się w szaro i bezpłciowo i zrozumieć tajemnicę tego chujowego stylu. Niestety mi się udało. A nie byłem gotowy na prawdę. I bynajmniej mnie ona nie wyzwoliła, a wręcz przeciwnie. Na szczęście jak jeszcze parę dni przestanę się użalać nad losem polskiej mody to mnie wypuszczą.

Pytacie więc skąd ta beznadzieja naszych ulic? Odpowiem Wam. Bo nie wiecie kim chcecie być, a jedyne co znacie to pogarda. Niestety. Najpierw nauczyli Was gardzić, więc gardziliście, bo nie mieliście nic innego do zaoferowania. A to było proste. Gardziliście po kolei, jak leci. Żydami, pedałami, komuchami, faszystami, katolami czy moherami. Potem wstydzić się. Na początek za innych, że gardzą i nie umieją, a na końcu za siebie. Że jestem z tych, co tylko gardzą. Sprytne, co? Negacja bez kreacji. Potem już poszło prosto.

Nie chcesz być jak inni, to rób co mówimy. Patrz, to będzie modne, kup. Zobacz, wszyscy kupili, więc mieliśmy rację. Moda stała się jak artykuł złapanego w sieć własnej zajebistości egotyka – sprzedajną, fałszywą dziwką.

Zapłakałem, gdy to zrozumiałem. Całym moim życiem, a nawet więcej, całym moim stylem staram się nauczyć czegoś zupełnie innego. Nie bądź jak artykuł. Bądź jak komentarz na Onecie. Moda to zapis stanu umysłu przed kontrolą myśli. To migawka nastroju, zapis duszy, gniewny i nieposkromiony komentarz do rzeczywistości.

Zacząłem to tłumaczyć na ulicy, potem w tym klubie, co mnie wyciągną do niego stylista, potem w sumie nie pamiętam, ale skojarzyła mi się ta historia, że dziecko krzyczy, że król jest nagi i wszyscy nagle rozumieją i się zmieniają.

Niestety w moim przypadku to nie zadziałało i jeszcze parę dni muszę tu posiedzieć. Jak wyjdę to pogadamy więcej, bo już widzę, że się niecierpliwią, że tyle piszę.

Ciao

Dom Lalki

W teatrze byłem….

Dollhouse w Teatrze Nowym w Poznaniu opowieść o szołbiznesie. I to opowieść, którą wszyscy już znamy i słyszeliśmy tysiąc razy. Gwiazdy ćpają, zdradzają, są nieszczęśliwe, topią się chemicznych ekskursjach, są tępe, nie mają talentu i żerują na nich źli ludzie i psychofani.

Co więcej, Dollhouse to opowieść za długa. I to nie dlatego, że w niej śpiewają. O dziwo, rockowe hity, śpiewane przez poznańskich aktorów nie przeszkadzały, a wręcz pasowały do widowiska. Wykrzyczane słowa, wyrzygane emocje, często z głośnością na granicy bólu dopełniają widowisko. Niestety nie można tego samego powiedzieć o wszystkich wątkach. Kilka z nich dołożonych jest zupełnie od czapy. To samo można powiedzieć o niektórych scenach – są po prostu zbędne. Nic nie wnoszą poza sztucznym przedłużaniem spektaklu. A wiadomo – lepiej pozostawić widza z uczuciem niedosytu niż nadmiaru.

Zaraz, zapomniałem napisać o czym to jest, prawda? Już się poprawiam. Jest producent – mąż, gwiazda pop – żona. W ich domy ma miejsce nowy reality show, który ma się zakończyć ujawnieniem jej nowego albumu. Widowisko ściąga do siebie ludzi chcących ogrzać się w blasku sławy. Dawne koleżanki, chcące powrócić na szczyt, oddanych fanów, bogaczy szukających uciech czy ludzi po prostu złych, szukających łatwego zarobku. Wszystko to wrzucone i przemiksowane przez obraz kamery.

Bo tak naprawdę Dollhouse to opowieść o kamerze.

Nad sceną powieszony jest duży ekran. Po scenie chodzi operator i wszystko nagrywa. Widzimy więc aktorów i na scenie i na ekranie. A czasami tylko w tej innej, telewizyjnej rzeczywistości.

Bohaterowie nawet jak ze sobą rozmawiają, to patrzą się tylko w obiektyw. Wyginają się, prężą, tak by dobrze wyglądać w ekranie. Są razem, ale osobno. Wygładzona rzeczywistoć wyprodukowanego show staje się dominująca. Rzeczywiste problemy i tragedie przykrywają puste wymiany banałów wypowiadanych do widza.

Często na naszych oczach dokonuje się cała dekonstrukcja postaci. Zniszczona gwiazda potrafi się rozsypać na naszych oczach. Nagle kamera pokazuje ją przeoraną dragami twarz, uwydatnia fałdy na brzuchu, prześwietla jej sceniczny makijaż. Wraz z operatorem zaglądamy za zasłonę dymu i luster.

Jest taka scena wyjścia na koncert pary bohaterów. W tle leci piosenka Courtnej Love, aktorzy znikają ze sceny, widać tylko obraz z kamery. On całkowicie zatracony w narcystycznej miłości do siebie, ona coraz bardziej uciekająca od siebie do alkoholu. Kamera pokazuje ich drogą, Mały pokoik za sceną staje się nagle korytarzem, potem kamera wychodzi z nimi do foie, pokazując całą drogę do upadku.

Robi wrażenie.

A takich rzeczy jest więcej.

I dlatego warto pójść na Dollhouse do teatru. Nawet jak jest banalnie i za długo.

Kaczor, ty obłąkany kanibalu!

main-qimg-35835aff79497a89cd1f6b89364a52ec

W Kaczogrodzie w Boże Narodzenie nie jada się kaczki”. Zdanie z niby bezpiecznej gazetki z badziewną zabawką dało mi do myślenia. Na szczęście dziecko nie zauważyło, że Kaczor Donald – kaczka – jedzący kaczkę zahacza dość mocno o kanibalizm. A może po prostu samego konceptu zjadania innych tego samego gatunku jeszcze nie zostało nauczone. Tym lepiej dla mnie.

Ale sam problem pozostaje. Dlaczego, na macki Cthulhu, Walt Disney dopuścił do sytuacji, w której w ogóle w mojej głowie pojawia się takie pytanie. Mogę zrozumieć wszelkie rasistowski i seksistowskie zagrywki, bo te wypleniliśmy z mediów relatywnie niedawno, a bajki z Myszką Miki i Kaczorem Donaldem są z nami już od połowy lat 30.

…w „Dumbo” z 1941 krytycy wykazują, że obecne tam kruki (z ang. crow) są podłe i… czarne. […] przywódca złych kruków nazywa się Jim. W USA po wojnie secesyjnej, głównie w południowych stanach, wprowadzano „prawa Jima Crowa”. Miały one ograniczać wolność byłych murzyńskich niewolników i wprowadzać większą separację białych i czarnych. Zaś „Jim Crow” było w tamtych czasach pogardliwym określeniem właśnie na murzynów – stąd nazwa praw. […] W tym samym filmie jest piosenka pracowników portowych. Czarnych, bez twarzy, ale śpiewających: „Jesteśmy niewolnikami póki prawie nie umrzemy/Jesteśmy szczęśliwymi portowcami” i „Pracuj/Przestań się migać/Ciągnij tę linę, ty włochata małpo”. – czytam, zapewne przepisany skądś, artykuł na łamach natemat.

No ale kanibalizm? Z tym, że zjadanie drugiego człowieka jest fe, pogodziliśmy się już dawno temu. Ok, były wypadki, kiedy dochodziło do niego na większą skalę, ale zawsze było to w ekstremalnych przypadkach (Wielki Głód na Ukrainie, Oblężenie Leningradu), i zawsze, ale to zawsze było to uważane za coś złego.

A tu proszę, Kaczor z siostrzeńcami przy posiłku:

„W przebiegu choroby pojawiają się także prymitywne odruchy, np. ssania, gryzienia, chwytania. Charakterystyczne są zmiany nastrojów: od depresji do euforii, a także przymusowy płacz bądź śmiech (stąd dziennikarskie określenie choroby, śmiejąca się śmierć)”. Brzmi trochę jak opis kreskówki z Kaczorem Donaldem? Zapewne można by znaleźć wiele scen pasujących do tego opisu. Opisu choroby Kuru, wywołanej przez kanibalizm właśnie. Wiem, mocno naciągane, ale dało mi to do myślenia.

Zacząłem pytać, grzebać i ogólnie drążyć temat. I wiecie co? Nikt nic nie wie. Ludzie z Disneya w ogóle nie przypominali sobie sprawy, inni bagatelizowali. „Nie powinniśmy się przejmować faktem, że kaczki jedzą kaczki, a w ogóle to hej, pies Goofy też ma psa i do tego trzyma go w budzie”! – jakby to coś zmieniało!

the_goofy_and_pluto_conundrum_by_andydiehl-d4xdv1h

I w końcu jedyną sensowną odpowiedzią, na którą wpadłem, była ta wskazująca, że owszem jedzą, ale nie kaczki, tylko indyki.

No i spoko, z tym już coś można zrobić. W końcu od paru lat naukowcy sugerują, że zeżarliśmy neandertalczyków. Może Disney przeczuwał to po prostu wcześniej i w swoich filmach zawarł odpowiednie analogie, by przygotować moje pokolenie na prawdę?

PS A przed sekundą na Twitterze pokazano mi ten filmik. Boski

9 rzeczy, których dowiedziałem się o Rzymie po pijaku

  1. Wszystkie drogi co prawda prowadzą do Rzymu, ale nikt nigdy nie powiedział mi jak. Okazuje się, że zawile. Tylu ślimaków, dziwnych konstrukcji czy rozwiązań nie widziałem nigdzie na świecie. A trochę pojeździłem. Nie jest niczym niezwyczajnym, widok 3 dwukierunkowych szos obok siebie czy konieczność objechania połowy miasta, bo się źle raz skręciło.
  2. #rome #italy

    A photo posted by Piotr Gnyp (@toread) on

    Czytaj dalej

Taki był ten 2014 na blogasku

The WordPress.com stats helper monkeys prepared a 2014 annual report for this blog.

Here’s an excerpt:

The Louvre Museum has 8.5 million visitors per year. This blog was viewed about 120,000 times in 2014. If it were an exhibit at the Louvre Museum, it would take about 5 days for that many people to see it.

Click here to see the complete report.

Z kijkiem do samojebki przez świat

#rome

A photo posted by Piotr Gnyp (@toread) on

Jedyna rzecz, która zmieniła się w Koloseum to otaczający ją handlarze z importu. Ostatnio monumentalną antyczną budowlę widziałem podczas wyjazdu prasowego z okazji premiery Assassin’s Creed Brotherhood. To wtedy dowiedziałem się, że mimo, iż oryginalnie budowla powstała na schemacie elipsy w grze jest kołem. Dlaczego? Za cholerę nie mogę sobie przypomnieć. Ale widać, było to ważne, skoro do tej pory pamiętam.

W ogóle łażenie po starożytnej części Rzymu robi się dość zabawne, kiedy człowiek uświadomi sobie, że głównie zastanawia się czy wkical na dany budynek Ezio czy nie. I zwykle mówi sobie, że tak, na pewno, bo przecież to ta ikoniczna budowla, której nazwy nie pamiętam, aż zobaczy napis i się okazuje, że to zupełnie co innego.

Wracając do Koloseum i handlarzy – wcześniej sprzedawali rozmaite badziewie. Przewodniki, flagi, albumy i tym podobne za drogie i nikomu niepotrzebne rzeczy. Teraz w ich rękach można było zobaczyć tylko jeden przedmiot. Serio, totalna dominacja. Żaden się nie wychylił – wszyscy mieli to samo – selfie sticki.

Kijek do samojebki okazał się symbolem turystyki. Mrocznym przedmiotem pożądania żadnego wrażeń podróżnika. I to nawet takiego, który podróżuje w grupie.

Co ja mówię – wszyscy, albo zdecydowana większość osób podróżuje w większej ilości niż jeden. A to implikuje, że zwykle można kogoś o zrobienie zdjęcia na tle poprosić. I kto wie… może zamiast ładnego obrazka z ważnym budynkiem nawiązać nowe znajomości.

Tymczasem zamiast ludzi robiących sobie nawzajem zdjęcia widzimy grupy samotników z kijkami.

Smutne to trochę.

Zapomniałem wziąć z domu smartwatcha i przeżyłem

lg_gwatch_teaser-1

Prawo Gnypa mówi, że jeżeli zapomnisz wziąć ze sobą gadżetu i tego nie zauważysz, to nie jest on ci potrzebny. Tytuł mówi resztę.

Technologia działa w cyklach. Pojawienie się telefonu komórkowego z samoregulującym się zegarkiem uwolniło nasz nadgarstek od zegarka z kalkulatorem i 7 melodyjkami. Dzięki temu kilkanaście lat później na nowo może go zająć zegarek łączący się z telefonem i wyświetlający kalkulator, oraz pozwalający sterować melodyjkami.

Po co jest smartwatch? Pokazuje godzinę i pozwala nie wyjmować telefonu z kieszeni by sprawdzić na nim najważniejsze informacje i sterować niektórymi aplikacjami. To wszystko. Aby wykonać bardziej skomplikowane operacje należy znaleźć smatfon. Przykład? Smartwach pokaże nam, że dostaliśmy wiadomość na facebookowym messengerze, ale nie powie jaką (choć podobno na innych modelach to działa inaczej). Słowem – to dokładna kopia waszych androidowych powiadomień. I tak, jak to w Androidzie, nie zawsze wszystko działa. Killer apps? Pokazywanie czasu (doh), google now, nawigacja, Endomondo/Runkeeper (na upartego)  i sterowanie Spotify. O ile zadziała, bo czasami po prostu tak nie jest.  Możliwość przewijania kawałków nie pojawia się na zegarku i koniec – trzeba wyjąć telefon z kieszeni. No ale to ogólnie problem z używaniem innego niż domyślny odtwarzacza.

Jednym słowem, póki co, to nie jest ta rewolucja, na którą czekaliśmy. Być może wraz ze swoim rozwojem smartwatche zaczną oferować możliwości, które uczynią z nich urządzenia równie niezbędne jak teraz telefony. Póki co, to jedynie gadżety. I to znacznie za drogie gadżety.

Zerknąłem do internetowych sklepów i hoho. 1000zł to ja bym za to na pewno nie dał. Póki co cenowo najbardziej zbliżony wydaje się być LG G ze swoją ceną 430zł. Gdybym miał sam wyceniać wartość, to strzelałbym w 250-300zł.

Smartwatche ewoluują i to szybko. Jeszcze rok temu ich bateria starczała na parę godzin, zakres funkcojnalność był dużo mniejszy a ich używanie skutecznie wykańczało baterię telefonu. Teraz ilość aplikacji, które z nim współpracują jest dużo większa, można używać go dużo dłużej bez ładowania. No i smartfon prawie nie zauważa, że jesteśmy podpięci.

Nadal nie jestem pewny, czy to rozwiązanie się przyjmie. Tak samo, jak przy Google Glass – nie jest ono niezbędne, a na przetrwanie mają szanse gadżety, bez których nie możemy się obejść. W ogóle wydaje mi się, że całe to „wereable” to hasło pompowane marketingowo niż jakiś realny trend. Owszem, różne firmy będą próbowały na siłę zaspokoić jakąś naszą nieistniejącą potrzebę, ale nie oszukujmy się, nie będzie to łatwe. Nie każdy jest Jobsem.

Ja bym sobie sam z siebie smartwatcha, póki co, nie kupił.  Zobaczymy jak będzie się sprawował i co zmieni na rynku model Apple.

Zawiesiłem zupę w barze. Dobrze mi z tym

Feed me

A photo posted by Piotr Gnyp (@toread) on

Rzadko zdarza się, żeby w barze mlecznym ktoś śmierdział, ale czasami się trafia. Tak to jest, jak w jednym miejscu spotyka się cały przekrój społeczny III RP – od bezdomnego w łachmanach, przez niższe i wyższe klasy średnie aż do hipstera, którego od bezdomnego często odróżnia tylko zapach.

Lubię te miejsca. Niby wszystkie są takie same, a jednak każde ma swój specyficzny klimat. Obsługa może nam zafundować pełne spektrum stanów emocjonalnych, z misiowym „jem przecież” włącznie, wystrój może być zarówno nowoczesny, jak i rodem z wczesnego Gierka. Ale jedzenie jest zawsze dobre. I tanie.

I ludzie są tam naprawdę głodni.

Piszę o tym, bo przypomniał mi się znowu idiotyczny pomysł na „kawę zawieszoną”. W miejscu, gdzie ludzie pytają się, czy mogą dokończyć po dziecku ziemniaki i starają się załatwić głodnemu koledze talerz zupy u kierowniczki, można w pełni docenić geniusz osoby, która wymyśliła, że zapłacenie komuś za kawę w starbaksie to super akcja.

Mam szczerą nadzieję, że pomysł umarł. Jakoś sobie nie wyobrażam, żeby osoby potrzebujące szukały pomocy w starbaksie i żeby zamiast pomidorowej z ryżem wolały mocha grande.

Co nie oznacza, że nie można go zmodyfikować.

Zupa w barze mlecznym to jakieś 2-3 zł. Za 10 zł, czyli połowę kosztu średniej kawy w trendy kawiarni możemy nakarmić kilka potrzebujących osób. Panie z obsługi z chęcią wezmą od was jeden banknot by nakarmić tych naprawdę potrzebujących. A wy macie pewność, że pieniądze nie poszły na prytę czy amfetaminę. Wygrywają wszyscy, bo przecież braku 10zł większość z Was po prostu nie zauważy.

A dobra karma może kiedyś do Was wrócić.

Słowniczek zjawisk i trendów kulturowych na 2015

Powiedzieć, że żyjemy w ciekawych czasach to jeden z większych banałów. Żyjemy w czasach zmiany, gdzie bardzo łatwo wypaść z obiegu. A tym samym nagle przestać się orientować, o czym w zasadzie ci ludzie dookoła mówią. Na szczęście są ściągawki, jak ta powyżej, które powiedzą Wam, o czym będzie się mówić w 2015 roku.

Przydatne, co?