Friends – serial wszech czasów

friends-the-one-with-the-reunion

Święta. Wiecie jak to jest – człowiek objedzony, wydarty ze swego naturalnego habitatu nie wie co ze sobą zrobić. Znajomi albo dostają nagłego kociokwiku i wysyłają rymowane esmeski o kurczaczkach i jajeczkach, albo wręcz przeciwnie, stają się wojującymi antyteistami jakby katolicy przeorali odbyty ich przodków co najmniej trzy pokolenia wstecz i teraz muszą się odegrać. Reszta milczy, co chyba jest najlepszym rozwiązaniem. I wtedy pojawia się z dawna niewidziany telewizor.

Oczywiście nie chodzi mi tu o przedmiot. Duży czarny i błyszczący ekran to nie tylko oznaka statusu, ale też i centrum domowego ciepełka. Można sobie dużo i namiętnie tłumaczyć, że rozmiar nie ma znaczenia, ale wszyscy prędzej czy później dorosną na tyle by przyznać, że fajnie mieć dużo cali w domu. Chodzi o styl oglądania, w którym to nie ty decydujesz, co aktualnie leci na ekranie.

Dłuższy kontakt z tradycyjną telewizją doprowadza do smutnego wniosku, że pomimo stu z hakiem kanałów na kablówce nie ma co oglądać. Albo dostajemy filmy nijakie, takie o których absolutnie nic się nie da powiedzieć, albo po prostu złe i to bynajmniej nie w ten zabawny sposób. Najmniejszym złem wydaje się być obejrzenie tego, co już kiedyś widzieliśmy. Ludzie szukają swoich Kevinów samych w domu i Potopów i chyba nie ma w tym nic złego. Ot, widzimy po prostu nową, świecką tradycję.

Zwykle po trzeciej rundce channel surfingu dawałem sobie spokój i zabierałem się za coś ciekawszego – czytanie. Ale tym razem trafiłem na ten jeden serial, który zawsze powstrzyma mnie przed przełączeniem kanału – Friends.

Znacie? Co za głupie pytanie. Kultowy serial 30-latków i do tej pory niedościgniony wzór dla sitcomów. Mam wszystkie (słownie – WSZYSTKIE) odcinki na DVD, kupowane po 250zł za sezon. Znam je na pamięć. Ok, może nie zacytuję z pamięci dialogów, ale zawsze wiem, o co chodziło.

Siedzę teraz oglądam i nie mogę się nadziwić, jakie to jest dobre. A przy okazji nienachalne, inteligentne i nie wulgarne. A co więcej – jakie tam są fajne postaci. Niby każda inna, ale też i nie płaska. Bo czy z ręką na sercu możecie wybrać sobie jednego bohatera, którym chcielibyście być? Ja nie, bo fajne cechy są porozrzucane. Rozmaite copycaty typu How I Met Your Mother już tego nie robiły.

Siedzę więc sobie zanurzony w nostalgii moich ukochanych lat 90 i chichoczę się z żartów, które już znam. Oglądam modę, referencję i myślę sobie z przerażeniem o ile teraz jestem od tej grupki znajomych starszy. Uspokaja mnie tylko myśl, że nadal rozumiem ich wzorce zachowań i że w sumie są mi teraz bliżsi niż kiedykolwiek.

 

Z tymi zdjęciami dzieci z króliczkiem wielkanocnym jest coś bardzo nie tak…

Galeria

Ta galeria zawiera 11 zdjęć.

Siedzę i przeglądam zafascynowany na googlach zdjęcia przerażonych dzieci na kolanach dziwnych króliczków. Zastanawiam się, czy coś jest ze mną nie tak. Na wszelki wypadek podzielę się z Wami najlepszymi. Uwaga, są dziwne, ale to już chyba wiecie…

Wielki powrót wirtualnej rzeczywistości

Przed nami drugie podejście do drugiego podejścia do wirtualnej rzeczywistości. Kolejne, bo wcześniej poświęciłem tematowi całą notkę, a teraz możecie posłuchać, jak wymądrzam się w Radio Dla Ciebie.


Jak miałem wystawę to znaczy, że jestem artystą?

Galeria

Ta galeria zawiera 5 zdjęć.

No słowo daję, że w życiu nie spodziewałem się, że będę miał swoją wystawę. Rzeczywistość mnie jednak znowu przerosła i oto proszę, podczas “Śmieci Internauty” – interaktywnej ekspozycji zorganizowanej w Mieszkaniu Gepperta we Wrocławiu, pojawiły się założone przeze mnie Wiersze z … Czytaj dalej

Interregio stylu potrzebuje wsparcia [moderka blogowa]

Dźwięk dartych spodni skwitowałem uśmiechem. Moje dżinsy z każdym dniem nabierały wartości, jak dobre wino z osiedlowego sklepu z alkoholem. Własnoręcznie przetarta – kolejna dziura – sprawiła, że znowu podskoczył mi mój prywatny wskaźnik stylu. Zwłaszcza, że były to dziury oryginalne i zapracowane, a nie kupione, jak to mają w zwyczaju modnisie i pozerzy sądzący, że styl da się kupić. Nie kochani. Mody nie można nabyć. Modę ma się w sobie.

Czytaj dalej

Szkoda czasu

Infinity-Time1

Fineasz Fogg założył się o niebagatelną wówczas sumę 20 tysiący funtów, że objedzie świat dookoła w 80 dni. W owych czasach wydawało się to wykonalne, ale mało możliwe, by w tak krótkim czasie przebyć tak wielką odległość. Teraz na analogiczną podróż samolotem potrzebowalibyśmy około 20 godzin, samochodem wyrobilibyśmy się okolicach 15 dni. Czasy się zmieniły, ale czas pozostał ten sam. Niezmienny.

80 dni to dużo czasu. Na swoją wyprawę do Azji poświęciłem dużo mniej – bo zaledwie trochę ponad 3 tygodnie. Zwiedziłem 3 kraje, głaskałem tygrysy, nauczyłem się jeździć na motorze. To wszystko zajęło mi jakieś 504 godziny. Według strony hltb.com zajmującej się określaniem, ile średnio czasu potrzeba nam na przejście gry, w tym samym okresie byłbym w stanie przejść na swoim PS3: Borderlands 2, Falllout: New Vegas, Skyrima, Dragon Age, MotorStorma i gdybym był hardcorowym masochistą to któreś Dark Souls.

Oczywiście – nieco tu naciągam fakty. Przede wszystkim podałem głównie tytuły wielkich i długaśnych RPGów, z drugiej strony, to wszystko gry dla pojedynczego gracza. Kampanie, które mają początek i koniec. Zapewne takie League of Legends czy Battlefield mogą zjeść dużo więcej czasu.

Po co to piszę? Bynajmniej nie dlatego, żeby zakończyć to wszystko konkluzją, że gry są do dupy i zjadają nam za dużo czasu. Nie, to nie jest moim celem. Po prostu chcę pokazać ile czasu zajmuje nam to hobby i co można z nim innego zrobić.I że granie w rozciągnięte na siłę produkcje mija się z celem. Powtarzalne monotonne misje w kampaniach dla pojedynczego gracza, to strata czasu. Gra nie musi mieć miliona godzin by być dobra.

Pisałem to już parę razy, ale powtórzę raz jeszcze. W naszym świecie czas to jedyna wartość stała. Owszem, jego postrzeganie jest bardzo różne i zależy od wielu czynników. Serio. Czas może nam się dłużyć lub upływać w oka mgnieniu w zależności od tego ile mamy lat, ile nowych rzeczy poznajemy a czasami nawet w zależności od tego czy jest ciepło cy zimno, ale nie zmienia to faktu, że w momencie naszych narodzin rusza zegarek, który odlicza nasz czas do śmierci.

Prawie wszystko inne możemy kupić, czasu nie. Więc może warto spędzać go na rzeczach wartościowych. Nie musimy grać we wszystkie tytuły, aż do zdobycia w nich platyny czy 1000 punktów osiągnięć. Nie warto oglądać wszystkich seriali jak leci czy czytać każdego chłamu.

Jeżeli kontent, to tylko najlepszy. Szkoda czasu na średniaki.

Cool pool party [moderka blogowa]

To obrzydliwe – powiedział Karp kiedy na stół wjechały śledzie. Zresztą zaraz potem przestaliśmy zwracać na niego uwagę, bo zaczął się pluskać i ogólnie chlapać strasznie.  Nie dało się przy nim spokojnie porozmawiać, nawet po tym, jak przyznaliśmy mu rację, że nieco nam się pojebały święta. I faktycznie trzeba było zrobić jajka. Taka karma, powiedział i odpłynął w drugo koniec basenu. Zaczęliśmy nasze wielkanocne pool party.

Czytaj dalej

Znacie cubic.fm? Jak nie, to zerknijcie, bo fajne

Zrzut ekranu 2014-04-15 09.26.43

 

Moja najnowsza apkowa znajdka to cubic.fm, dostępna na Spotify i Deezerze. Co robi? W założeniach ten turecki startup ma dobierać ścieżkę dźwiękową pod każdy moment naszego życia. Pod warunkiem oczywiście, że wszystkie z nich spędzamy przed komputerem. Wersji aplikacji na smartfony na razie brak.

Jak to działa? Cubic,fm zgarnia naszą lokalizację, godzinę, pogodę, każe wybrać nam aktywność i styl muzyki po czym zaczyna grać muzykę poleconą dla tego gatunku i działalności przez innych użytkowników. Mamy więc taki moderowany crwosourcing, który póki co całkiem nieźle się sprawdza. Utwory praktycznie zawsze pasują do sytuacji, można też poznać sporo nowych kawałków.

Minusy? Aplikacja nie odświeża swoich ustawień, więc żeby mieć nowe propozycje, trzeba zrestartować całe Spotify. O braku wersji mobilnej już pisałem, tak samo nie działają przyciski przewijania w maku, trzeba klikać w apce. No i brakuje mi niektórych gatunków muzycznych przy aktywnościach. Ot, chociażby delikatnej elektroniki na pobudkę.

To ostatnie to zapewne kwestia czasu i ilości użytkowników, którzy dodadzą i ten rodzaj muzyki. Co do wcześniejszych zastrzeżeń, to na szczęście cubic.fm jest aktywne na Twitterze i reaguje na sugestie.

Sprawdźcie sami. Apka jest za darmo.

Mam gdzieś, co wybrał Marcin Prokop…

… wiem, że Marcina Prokopa nie interesuje jaką sieć komórkową wybrałem. Bo i niby dlaczego by miało? Ani z niego ani ze mnie żaden ekspert w tych sprawach. To co nas różni, to fakt, że jemu zapłacili, żeby był, a ja zapłaciłem im, żeby mieli między innymi na niego.

Przeraża mnie to trochę. Inwazja celebrytów, którzy poza tym, że są znani mają teraz też się znać. I doradzać. Kiedyś wystarczyło, że przyciągali nazwiskiem, wyglądem, czy talentem. Teraz nagle poza tym są kreowani na ekspertów. Polecą pralkę, lodówkę czy operatora. Bo się znają, zbadali temat, a ty zaufaj. Bo przecież bogaty i sławny nie może się mylić. Zwłaszcza, jak mu za to zapłacą.

Przoduje w tym sieć Play, której sam jestem abonentem. I nie, nie dlatego, że zapłacili tonie nieznanych mi sławnych osób by wybrała ich formułę z literką. Nie mieli mnie w dupie jako klienta, jak mój poprzedni operator – Plus, który nie był zainteresowany utrzymaniem płacącego klienta. Ten pościg za nowymi abonentami i totalne olewanie aktualnie płacących to w ogóle temat na inną notkę, ale sami przyznacie, że tak na zdrowy rozum to nieco idiotyczne, że nie dba się o tych sprawdzonych, którzy regularnie płacą. No ale to Polska. Może gdzie indziej jest inaczej. Wracając do Playa… 

W ich reklamach występuje tona osób, których nie znam, a które są w ich sieci, co oznacza, że pewnie i ja powinienem być. Wychodzi mi na to, że działy marketingu mają nas za straszliwych idiotów, dla których bycie sławnym mentalnie zrównuje się z byciem nieomylnym. Jest jeszcze gorsza opcja, że jako naród po prostu kupujemy te bzdury, bo inaczej po co byłoby ciągnąć tę farsę z mówieniem kto w jakiej sieci komórkowej jest.

Tymczasem nie dość, że ciągle jest to tematem, to z przejść pomiędzy operatorami robi się prawdziwie dramatyczne historie. Tak, nie żartuję, z faktu, że komuś się kończy kontrakt reklamowy i zaczyna robić to samo dla innej firmy media potrafią zrobić nagłówek.

Nie wiem kiedy świat zaczął wyglądać jak reklamowy skecz kabaretu Mumio stworzonego z myślą o reklamie jeszcze innego operatora, ale tęsknię za czasami, gdy było inaczej.

 

Nie chce mi się

Stan

Wybaczcie, ale nie chce mi się chwilowo niczego pisać. Niezależnie od tego, czy to mądre, czy głupie. Ani o technologiach ani o grach ani nawet o moderce blogowej. Miałem nawet w głowie trochę manifestu modowego, mającego brzmieć równie poważnie co wypowiedzi znanych blogerów o polityce, ale mi przeszło.

I to nie jest tak, że nie mam o czym. Bo jest przecież nowy, znakomity odcinek Wolf Among Us, nudne GTAV, świetny Kijek Prawdy, czy zaskakujące odkrycie – Sleeping Dogs, gdzie w radio podczas jazdy leci Cinematic Orchestra.

Jest cała gama doświadczeń związanych z reinstalacją systemu, mówiąca – że fajnie jest w chmurze z bonusową życiową poradą – ludzie nie kupujcie nowych kompów, tylko dyski SSD.

Finalnie jest też to całe porównanie ryneku mobilnego do wielkiej greckiej tragedii. I to z katharsis dostępnym podobno na jesieni. Tak, tak, przesiadłem się na Androida, jest lepiej niż myślałem, że będzie. gorzej, jest znośnie.

Ale jakoś nie czuję, żeby to miało sens. Póki co. Jesteśmy w kontakcie.

Is the Oculus Rift sexist?

Originally posted on Quartz:

In the fall of 1997, my university built a CAVE (Cave Automatic Virtual Environment) to help scientists, artists, and archeologists embrace 3D immersion to advance the state of those fields. Ecstatic at seeing a real-life instantiation of the Metaverse, the virtual world imagined in Neal Stephenson’s Snow Crash , I donned a set of goggles and jumped inside. And then I promptly vomited.

I never managed to overcome my nausea. I couldn’t last more than a minute in that CAVE and I still can’t watch an IMAX movie. Looking around me, I started to notice something. By and large, my male friends and colleagues had no problem with these systems. My female peers, on the other hand, turned green.

What made this peculiar was that we were all computer graphics programmers. We could all render a 3D scene with ease. But when asked to do basic tasks like jump from…

View original 1 228 more words

The Wonderful World of Witches: Portraits of English Pagans

Originally posted on LIFE:

Just about 50 years ago, in the fall of 1964, LIFE magazine published what must have felt to the venerable weekly’s long-time readers like a strikingly weird feature. Titled “Real Witches at Work,” the piece included photographs of modern-day British pagans — doctors, housewives, nurses, teachers — celebrating their ancient rites, dancing around fires and generally behaving like perfectly normal, faithful worshippers of the sun, the moon and Mother Nature have been acting for thousands of years.

Today, of course, when magic, the supernatural and the occult are central elements of some of pop culture’s most familiar (and profitable) franchises, and Wiccans are more likely to be found serving on the local school board or city council than practicing their beliefs in secret for fear of being “found out,” an article on real, live witches would excite little more than a shrug and a meh. In the early 1960s, however — and certainly in…

View original 86 more words

Najlepsze, jakie jadłem w życiu…

Macie takie wspomnienia? Ja właśnie nie bardzo, a zaciekawiło mnie to, gdy usłyszałem siebie mówiącego na głos – “ej, to są najlepsze parówki, jakie kiedykolwiek jadłem”.

Jakoś smak w ogóle nie zapisuje mi się w pamięci. A w zasadzie nie smak, a wyjątkowość jakiejś potrawy. Pamiętam jedno gazpacho w Hiszpanii, które zjadłem w cieniu majestatycznej katedry w Sevilli. Najlepsze, jakie jadłem w życiu. Ostatnio miałem tak samo z parówkami po kanadyjsku, które podano mi w jednej z żoliborskich knajp. Ale reszta potraw? Myślę, grzebię w pamięci i nic.

Ani pomidorowej, ani brownie, ani spageti carbonara. Niezależnie od kuchni i potrawy w ogóle nie potrafię sobie przypomnieć tych najlepszych potraw w życiu. I nie, to nie brak gustu, bo wiem co mi smakuje i jakie dania lubię najbardziej.

Jestem niepełnosprawny smakowo? Czy może to po prostu norma i nie ma czym się zajmować? Pamiętamy jedno, dwa dania na całe swoje życie i tyle?

Ej, jest film na podstawie obrazów Beksińskiego. I to niezły!

Niezłe to Katharsis, co? Aż dziw, że nikt mi wcześniej o tym filmie nie powiedział. Beksiński to jeden z moich ukochanych artystów, co opowiadam praktycznie każdemu od liceum, kiedy to poznałem jego prace. Więc od 2011 roku – gdy powstał obraz, który możecie zobaczyć powyżej, jakoś powinno się on do mnie przebić. No nic, lepiej późno niż wcale.

A wiecie, co jest najlepsze? Że to praca małego zespołu. “Znajomy ze studiów zrobił video osadzone w “obrazach” Beksińskiego. Miał do pomocy jedynie kilku znajomych, jako aktorów. Reszta, pomysł, montaż itp – sam” – mówi mi Miłosz na czacie. A ja siedzę i oglądam ten film po raz drugi. I mam ciary.

W ogóle coraz bardziej podoba mi się to ożywianie obrazów. Zaczęło się filmu Młyn i Krzyż, o którym już kiedyś pisałem, całkiem niedawno widziałem w kinie Shirley – czyli analogiczną produkcję poświęconą innemu malarzowi, a teraz to Katharsis…

Chcę więcej, przecież jest tylu ciekawych artystów, których prace można by ożywić. I nie mówię tu tylko o Gigerze czy Tim Bradstreet, ale też i o tych bardziej normalnych malarzach. Z jednym tylko zastrzeżeniem – chciałbym, żeby to były opowieści jakoś ze sobą połączone. Brakuje mi fabuł i wolałbym coś spójnego, niż po prostu serię ożywionych obrazów.