Na straganie w dzień targowy

Podeszły do mnie gdy wypłacałem z bankomatu zawrotną sumę 2 milionów czegoś tam. Tym razem nie udało mi się załapać nazwy lokalnej waluty. Tajskie baty, kambodżańskie riele… ale tu w Wietnamie za cholerę nie wiedziałem, co tak naprawdę wypłacam. Zresztą czy nazwa jest tak naprawdę ważna? Ważne, że bez kalkulatora tu ani rusz.

– Hej, masz chwilę czasu? Jesteśmy studentkami, uczymy się angielskiego i chciałybyśmy się podszkolić rozmawiając z cudzoziemcami – dwie, ładne, mówiące po angielsku. Pech chciał, że ja akurat czasu nie miałem. Spojrzałem na telefon (zabawne, chciałem napisać na zegarek, ale w porę się zreflektowałem), miałem kilka minut. – OK, ale mam naprawdę mało czasu – zmieścimy się w 15 minutach?

Zmieściliśmy się. A mowa była o tym, jak bardzo zakręcony jest Wietnam, a w zasadzie ta turystyczna część, którą dane mi było zobaczyć. Burger King przy sierpie i młocie, reklamy zachodnich sklepów zachęcające do polajkowania ich fanpejdży na zakazanym w Wietnamie Facebooku czy propagandowe plakaty wietnamskich żołnierzy walczących o pokój wiszące obok wszechobecnych jabłuszek Apple.

– Teraz to w ogóle jest ciekawy czas – mówi jedna ze studentek – dopiero co był sylwester, a już 31 stycznia mamy chiński nowy rok. Rok konia. To chyba twój znak – dodaje. Faktycznie, w tym roku powinno być nieco lepiej. Ale nie to mnie interesuje – Czyli który będzie teraz rok według chińskiego kalendarza – pytam. 2014 – pada odpowiedź.

Zajmuje mi to chwile, ale w końcu łapię, gdzie leży błąd w rozumowaniu. – Nie no, 2014 minęło od narodzin Chrystusa. Chińczycy przecież nie mogą liczyć swoich lat od tego wydarzenia. – tłumaczę. – Ach, w takim razie to będzie 2013 – mówi z przekonaniem druga ze studentek.

W kraju gdzie młodzież nie wie, którego roku nadejście zaraz będą świętować, a turyści gubią się w lokalnych cenach handel kwitnie. Po jednej oficjalne sklepy Prady, Ralfa Laurena, po drugiej targ z podróbkami, gdzie kupić można wszystko. Nawet oficjalne klapki Apple.
W zasadzie turysta nie ma w byłych Indochinach żadnych szans. Kiedyś myślałem, że najlepszymi sprzedawcami są Arabowie. Myliłem się. Azjaci sprzedali by im ich własne paliwo po zawyżonej cenie, tak że tamci czuliby się, jakby to był interes życia.

Tu nawet nie trzeba za bardzo oglądać produktów. Handlarze albo podtykają ci najcenniejsze wyroby, albo pytają się czego szukasz. Na pewno to znajdą. Pierwszy kontakt wystarczy, zachodni turysta prawdopodobnie już wówczas dokonał zakupu chociaż jeszcze o tym nie wie. Sprzedawca cały czas pilnuje, by nie spoglądać na inne stragany. – Na co patrzysz? – pyta kontrolnie – też to mam. Zaraz ci pokażę. Najgorsze w sumie jest to, że nigdy nie wiadomo ile tak naprawdę należy zapłacić. Wcześniej wydawało mi się, że połowa ceny to dobra oferta. Niestety często okazywało się, że i tu przepłaciłem.

Klienta nie wolno wypuścić z rąk. Idzie do bankomatu? Świetnie, sprzedawca pokaże drogę i przypilnuje, by kupca nie przejął nikt inny. Chce odejść, bo za drogo? Natychmiast pada prośba o zaproponowanie własnej ceny. I ten osobisty kontakt….

Skąd jesteś? Na jak długo? Jak masz na imię? Normalnie tego nie robię, ale niech ci będzie, dla ciebie specjalna cena. Tak, to faktycznie niskiej jakości, tu mam nieco lepsze. I tak do upadłego, aż kupisz, albo uda Ci się odjeść od stoiska. Najlepsi mają nawet przygotowane listy we wszystkich językach świata sławiące ich uczciwość i oddanie, które niby to dostali od wdzięcznych klientów. To nic, że każdy z nich brzmi dokładnie tak samo.

Zwycięzcą w negocjacjach poczułem się tylko dwa razy. Po raz pierwszy, gdy dziecko sprzedawczyni nauczona widocznie by nie kłamać pokazało mi na palcach ile naprawdę kosztuje kapelusz, przez co cena spadła z 10 do 2 dolarów. Drugi raz sprzedawczyni machnęła się w cenie i podała mi tę niższego modelu. Co mnie zdziwiło to fakt, że mimo jęku zawodu i wyraźnego wkurwu w oczach cenę utrzymała. W sumie – słowo się rzekło.

Czy jest to męczące? Na dłuższą metę tak. Wiem, że w moim plecaku jest masa rzeczy, których kupna nie planowałem, a które w jakichś magiczny sposób nagle okazały się mi niezbędne. Bo przecież szkoda przegapić takiej okazji.

Z drugiej strony czy nie po to chodzi się na azjatycki targ?

Reklamy

2 thoughts on “Na straganie w dzień targowy

  1. No, no. Teraz wiem, że na azjatyckich ryneczkach, rynkach warto negocjować ceny. Dzięki za podpowiedź. Na przyszłość będę wiedział co robić.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s