Milczenie owiec?

No dobra, przyznaję się, trochę jestem z tym spóźniony, ale temat nadal warto poruszyć. Na Kotaku pojawił się branżowy tekst o tym, jaki to problem, że ze sobą nie rozmawiamy. A dokładniej, że twórcy nie spowiadają się dziennikarzom ze swoich planów i nie pokazują im work in progress.

Czytaj dalej

Reklamy

A ja nie jestem znudzony „pieprzonymi kontrolerami”

Heavy Rain with PlayStation Move support. Prom...

Peter Molyneux jest, cytuję, „śmiertelnie znudzony pieprzonymi kontrolerami”. Brakuje mu odkrywania nowych rzeczy, tradycyjny kontroler przypomina mu cegłę. Mówi to na Xbox Spring Showcase, gdzie promuje Kinecta. Czy już wszystko wiadomo? No właśnie. Co będzie mówił, jako szef nowego studia 22 Cans?

Z tymi kontrolerami to w ogóle jest problem. Hardcorowi gracze krzywym okiem patrzą na tablety i kinecty, krzycząc, że ogłupiają i spłaszczają gry. Z drugiej strony standardowe pady i klawiatury mają odstraszać mniej zaawansowanych graczy swoim skomplikowaniem, zaś dla niektórych twórców są po prostu za nudne i za mało odkrywcze.

Czytaj dalej

Ojej, internet jest popularny i zmienia naszą cywilizację

Nasze życie toczy się też w internecie i nie jest to nic strasznego. Mimo, że co jakiś czas pojawiają się „tru drama story”.

Wysokie obcasy, tekst Cała klasa jest na Facebooku

– Zaraz!- krzyknął 13-letni Antek i spokojnie wrócił do rozmowy z kolegą. Małgosia, jego mama, głośno się zamyśliła: – Czuję, jakbym go bezskutecznie wzywała z podwórka na obiad, z tą jedynie różnicą, że on siedzi w swoim pokoju, rozmawia z kolegą z gimnazjum przez skajpa i równocześnie ustawia z nim zdalnie jakieś klocki w tej nowej grze komputerowej.

Brzmi strasznie, ale takie nie jest. To znaczy prosto jest lamentować, że spędzamy dużo czasu na fejsie, czacie czy stronach www. O zgrozo w grach też zdarza nam się na długo zamulić (a już zupełnie inną rzeczą jest, że przywołane jako przykład dzieci zamiast mordować się w Call of Duty budują i tworzą światy w Minecrafcie).

Internet pojawił się w naszej cywilizacji i sporo namieszał, ale dajemy sobie radę. Zresztą, jest tak chyba ze wszystkimi wynalazkami. Pojawiają się, pierwsze pokolenie nie ogarnia i robi sobie masę problemów, kolejne uczą się żyć z nowinkami i traktują je, jak coś normalnego. No i do zmian technologicznych przyzwyczajamy się coraz szybciej.

Pamiętam swoje początki z internetem. Odkrycie stałego łącza na uniwerku zaowocowało siedzeniem 5 rano 23 non stop na pc xt z monitorem amber i trybem hercules. Tryb tekstowy, papierosy, brak jedzenia i snu. I to nie byłem tylko ja. Ludzie wsiąkali w IRCa, Usenet, gry sieciowo-tekstowe typu MUD. Potem pojawiły się czaty, forumy i inne wynalazki. I co? I nic, umiem wyjść na imprezę, spotkać się ze znajomymi, a jak mi się nie chce ruszać z domu, to pogadam z nimi na fejsie, czy innym komunikatorem. TO JEST NORMALNE.

Szał po chwili mija i zaczynamy z tego normalnie korzystać, jak z innych dobrodziejstw cywilizacji. Jasne – więcej czasu online, ale przekłada się to też na więcej interakcji i szerszy krąg znajomych. Czy jest płycej? Cholera wie, pewnie u niektórych tak, u innych nie, ale ja wolę częsty onlineowy kontakt niż rwane spotkania co pół roku, kiedy w zasadzie w kółko trzeba te więzi odbudowywać i podtrzymywać, a nie rozwijać. Bo to co nas łączy to wspólne wspomnienia i przeżycia. Nieważne czy z rzeczywistości, wspólnego grania czy rozmów przez internet. Ważne, że to był wspólnie spędzony czas.

Kluczem dla rodziców i znajomych jest po prostu pokazywanie ludziom, że istnieje świat poza siecią i że również jest on atrakcyjny. Jeżeli cytowana matka Małgosia nie umie pokazać, że są inne fajne zajęcia, to niech się nie dziwi, że jej dziecko tonie gdzie indziej.

I nie chodzi tu bynajmniej o kupienie mu zestawu Młody Chemik i powiedzenie – a teraz baw się, a ja obejrzę S jak Szpital, czy też zapisanie go na sekcję instrumentów dętych, ale zrozumienie co go jara i pokazanie mu tych rzeczy. Wspólne wizyty na fajnych sztukach w teatrze, wyjście do kina, wyjazdy itede to jest sposób, a nie lamentowanie, że internet kradnie dzieci.

A jeżeli chodzi o dorosłych… No litości:

młodzież studencka, mając do wyboru dostęp do internetu i własne auto, w sporej większości wybrała to pierwsze (64%). A co trzeci z badanych uważa internet za czynnik niezbędny do życia, porównywalny z powietrzem i wodą.

No pewnie że wybrała, bo dzięki internetowi można milion spraw załatwić szybciej niż za pomocą samochodu. Co więcej, milion rzeczy nam zostanie podwiezionych pod nos i wcale nie trzeba będzie po nie jeździć. Co w tym dziwnego? Co w tym strasznego? Lubimy sobie ułatwiać życie, nikt (poza amiszami) nie chce tępić narzędzi by pracować w większym znoju. A przynajmniej nikt, kogo ja znam.

Zresztą potem w cytowanym tekście jest niewiele lepiej:

ponad 1/4 badanych studentów woli zaktualizować swój status na Facebooku niż pójść na imprezę.

Błąd, oni zaktualizują swój status na Facebooku będąc na imprezie. Zresztą, co to w ogóle za idiotyczny wybór?! Przecież to nie są rzeczy rozłączne.

I jasne, zapewne jakiemuś procentowi naszej wspaniałej ludzkości internet zrobił wodę z mózgu, zrujnował życia i doprowadził do krawędzi. Jeżeli nie było by sieci winne mogłyby być temu gołębie, książki albo komiksy. Po prostu zawsze jakaś część sobie nie poradzi. I to nie zależnie od technologii czy innych czynników.

Internet stał się nieodłączną częścią naszego życia, upraszcza je i pozwala na więcej. Co nie oznacza, że można się od niego raz na jakiś czas odciąć i zrobić sobie wakacje. Da się. Trzeba tylko chcieć i znać alternatywy dla siedzenia na fejsie.

A może trzeba po prostu coś robić drogi fandomie?

O tych złych młodych, co to nie chcą czytam od dawna. Ba, często i gęsto byłem jednym z nich. W końcu załapałem się na clash kulturowy pomiędzy graczami RPG a czytaczami starej dobrej SF.

Jedni nas nie chcieli, myśmy trochę mieli ich gdzieś, poza paroma walczącymi jednostkami. Wesoło było.

Ale i też cała ta przepychanka sprawiała, że trzeba było poznać i dowiedzieć się o czym Oni w zasadzie mówią, żeby nie dostać w pysk za mocno podczas flejmu na usenecie i nie dać się zepchnąć do narożnika.

Więc się czytało. A teraz podobno już nie. Sedeńko na swoim blogasku polemizuje z jeszcze jednym autorem. No i tam taki fragment.

Młodzi czytają dzisiaj innych autorów, ze swego pokolenia i oni są dla nich guru. Ci nowi piszą to, co już w fantastyce było, ale że ta generacja nie zna klasyki, więc tego nie widzi. To trzeba im pokazać. Więc dobrze, że Fabryka robi te antologie, bo jak się komuś spodoba Ellison, czy Cadigan, to zacznie szperać i sięgnie po moje książki.

No więc ja od razu powiem, że po tę antologię bym nie sięgnął, gdyby ktoś mi jej nie polecił. Czas na rozrywkę skrócił się ludziom drastycznie i bez dobrych rekomendacji nie wiem, czy znalazłbym czas na kupowanie i czytanie książek w ciemno, jak kiedyś mi się to zdarzało. Mam swoich autorów, którym ufam, mam ludzi, których rekomendacji słucham. Jak wszyscy zresztą.

Nikt nie wiem, że „Ci nowi piszą to, co już w fantastyce było” – może więc należałoby im to pokazać? Fabryka Słów ma swoją stronę? Zapewne ma. Może to na niej powinny pojawiać się fajne opracowania mówiące dlaczego daną antologię warto poczytać i że tam dowiem się, jak wtórne są aktualne pomysły? Parę przykładów na zanęcenie i wio. Mnie by zaciekawiło. Zwłaszcza gdyby taki tekst znalazł się też w tej antologii (być może jest, nie wiem).

Jakbym ja miał taki problem, to takie coś bym właśnie zamówił. Albo poprosił zaprzyjaźnione redakcje o napisanie tego w ramach świadczeń czy też wsparcia redakcyjnego.

Brakuje tu roli edukacyjnej, forum do wymiany poglądów, jaką pełniła kiedyś „Fantastyka”. Dzięki niej wszyscy znali wypowiedzi, eseje, publicystyką Jęczmyka, Oramusa i innych. Potem zostali tego pozbawieni (może i dlatego, że redakcja pozbyła się tak znakomitych publicystów, straciła zaufanie czytelników?). To są, Krzysztofie, nazwiska nieznane młodemu pokoleniu.  Na wspomnianym Falkonie spotkanie z Peterem Wattsem zgromadziło ledwie kilkunastu czytelników, tymczasem prelekcja na temat seksu w średniowieczy wypełniła salę po brzegi, a prelegent był w wieku słuchaczy.

Well, coż można rzecz – dobry tytuł i temat zawsze przyciągnął większą publikę i nie ma na co tu narzekać. Zresztą na poziom i jakoś konwentowych prelekcji narzekałem już dawno. Dużo tu winy zarówno organizatorów, jak i samych prelegentów.

W każdym razie – zmierzam do tego, że jak wydawcy brakuje takich rzeczy, to w ramach swojego PR powinien o nie zadbać. Nie jest to jakoś strasznie trudne i kosztowne do wykonania, a na pewno przyniosłoby pożytek wszystkim.

PS A tak btw. – Drogi Polterze, ja nie mówię, że macie na serwisie tworzyć jakieś wiekopomne dzieła, ale jak na razie wasza redakcja jest słabsza od połączonego feedu twitterowego z linkami. Może czas na ludzi, którzy mają jakąś opinię, a nie umieją jedynie zalinkować niusa?

Zagubiony flejm

Przeglądałem pliki do skasowania w dokumentach i znalazłem jakąś odpowiedź na list, która nigdy nie została wysłana. Plik datowany jest na 9 kwietnia 2008, 23:52. Zostawiam jak jest, bez poprawek i redakcji. Minęły 3 lata, a ile się zmieniło..

Od dawna już wiadomo, że rozwój techniki i internetu jest tak szybki, że prawo i inne dziedziny nauki często nie nadążają z ujęciem w definicje i normy, tego co tam się dzieje. Blogi to zjawisko stosunkowo młode, ale jest chyba jednym z najprężniej i najszybciej się rozwijających. Dawno już przestały to być internetowe pamiętniki, gdzie ludzie opisywali to, co im się danego dnia przydarzyło. Od pewnego czasu obserwujemy powstanie blogów tematycznych, czyli skupiających się na jednym, wybranym wycinku rzeczywistości. Tu właśnie moim zdaniem wpisuje się Polygamia. Interesują nas konsole, gry na nie i to, jak wpływają na popkulturę (i vice versa). Prostym erystyką i usenetowym zagraniem byłoby tu poproszenie o definicję od ilu wpisów blog staje się serwisem i zredukowanie wszystkiego w ten sposób do absursu spychając dyskusję na wałkowanie definicji. Spróbuję więc przedstawić swój pogląd na tę sprawę.

Blog to komentarz autora/autorów do wybranego wycika rzeczywistości. W sumie nie tak bardzo różnimy się od nastolatki, która pisze o tym, co dzisiaj zjadła i jakiej wysłuchała piosenki, z tymże u nas są to wskazania na teksty, jakie nas zainteresowały, gry czy trailery. Możesz więc potraktować Polygamię jako przegląd czytnika RSS i skrzynki emailowej blogerów zrzeszonych w tym projekcie. Bo w sumie tak właśnie traktuję współczsne blogi. Są to drogowskazy, które mówią, gdzie warto zajrzeć i co zobaczyć. Z kolei serwis musi dla mnie mieć dużo autorskich treści, wnikliwą analizę tematu i formułę tekstu będącą czymś więcej niż komentarz do znalezionej informacji.

Patrząc więc z tej strony Polygamia byłaby bardzo słabym serwisem. Nie mamy na mówiąc szczerze sił. Uważny czytelnik zauważy, że lwią część tworzy parę osób, którym zajmuje to naprawdę dużo czasu. Jasne, chcielibyśmy robić dużo więcej, ale jak na razie nie mamy takich zasobów, które by na to pozwoliły. Chcę tu też przypomnieć, że blog ten jest nadal amatorski, nikt z nas nie uważa się za „dziennikarzy growych“. Piszemy o tym, co zwróciło naszą uwagę, co naszym zdaniem warto omówić i komentujemy aktualne wydarzenia. Czasami lepiej, czasami gorzej – to jasne. Wydaje mi się, że właśnie datego czyta nas te parę tysięcy osób, bo w końcu te same informacje pojawiają się w wielu innych miejscach.

Tu od razu napiszę o jeszcze jednej rzeczy, chociaż ty o niej nie wspomniałeś, jednak warto na nią zwrócić uwagę. Jest to zarzut o kopiowaniu treści. Przy skończonym źródle informacji i nieskończonej ilości blogów, serwisów itd ciężko być tym jedynym. Równeż bardzo ciężko wskazać faktyczne źródło, przez które dotarliśmy do danej informacji. Bo jeżeli na raz dostajemy wskazanie od 6 stron , które śledzimy, to w zasadzie, którą powinniśmy wskazać jako pierwszą? A jeżeli sami zaczęliśmy pisać dużo wcześniej, ale publikacja wydarzyła się później? Zwykle staramy się podawać źródło informacji, o ile jest to możliwe.

Czas też odnieść się do zarzutu, że nie piszemy o naszej rodzimej blogosferze. Mam nieco odmienne wrażenie. Nie chcę tu przytaczać przykładów, ale wskazujemy ciekawe teksty, jakie znajdziemy. Jasne, zapewne jest ich dużo więcej, ale polegamy na naszych źródłach rss, jak również na mailach od czytelników. Co więcej, nawiązujemy polemikę, staramy się przedstawić swój punkt widzenia na dany temat i odpowiednio go skomentować. Problem w tym, że przeglądamy naprawdę dużo stron i bieżące informacje zwykle zgarniamy szybciej z zagrancznych źródeł, więc ciężko po fakcie dopisywać, że u kogoś też to się pojawiło, no chyba, że pojawi się nieco odienny od naszego komentarz, na który chcemy odpowiedzieć.

Odnoszę również wrażene, być może mylne, że niewiele innych blogów poza nami to robi. Tu pada temat Fantasmagieri i Twojej informacji. Powiem szczerze, że jeszcze nie słuchałem tego podcastu z bardzo prostego powodu – braku czasu. Generalnie pisanie na Polygamię i robienie polygadki zajmuje mi większość wolnego czasu, również tego na słuchanie innych podcastów. W zasadzie starcza mi czasu na dwa – 1up Yours i HotSpot. Uważam, że umieszczanie informacji o tym, że pojawił się kolejny odcinek cyklicznej audycji jest nieco bez sensu. Tak jak nikt nie pisze, że jest kolejna polygadka, bo wiadomo, że się pojawi. Oczywiście, jeżeli któryś z moich autorów znalazłby coś w Twoim podcaście, co jego zdaniem wymagałoby komentarza, rozszerzenia lub polemiki to idę o zakład, że pojawiłby się u nas odpowiedni wpis.

Na sam koniec Blogfrog. W swoim założeniu to platforma skupiająca wszystkie blogi, oceniająca je i promująca najciekawsze treści. Ponieważ Polygamia została tam dopisana, założyliśmy, zakładaliśmy, że będziemy podlegać tym samym regułom co wszyscy. Tam czasem, bez wyraźnych zmian w regulaminie i bez wcześniejszego poinformowania nas o tym, zostaliśmy potraktowani gorzej niż inni. Nie miałbym żalu, gdybyśmy przestali spełaniać jakieś warunki formalne i w związku z tym zostali usunięci z tego agregatu. Tymczasem jednak mamy sytuację przedziwną. Polygamia nadaje się by być, ale jest traktowana gorzej. Wskazuje to na nieoskonałość tego seriwsu i jego nieprzygotowanie, bo przecież podobne blogi tematyczne istnieją w internecie i można było założyć, że kiedyś pojawią się i w Polsce. Co więcej, wydaje mi się nawet, że jest prosty sposób na rozwiązanie tej sytuacji, no ale skoro Agora wybrała metody partyzanckie, to trudno. Jeden telefon, czy mail by wystaczył.

Nigdy nie poszło. W sumie to ciekawi mnie na co wtedy odpowiadałem. Pogooglam, bo to był jeden z tych pierwszych flejmów z innymi małymi sajtami.

Parodysta vs twórca. Oczywiście, że wierzymy temu pierwszemu

20111127-233735.jpg

Polygamia napisała tekst o Molydeux, czyli twitterowym fejkowym koncie nabijającym się z Molyneuxa. Konto zablokowali, jest dramat.

I to chyba za duży. We wnioskach czytam

Sprawa Molydeux stawia kilka pytań: czy z podsuwanych przez niego pomysłów nie dawałoby się robić ciekawszych gier niż kolejne strzelanki o żołnierzach? Czy to, że autor tych żartów uznaje takie pomysł za naprawdę głupie świadczy o branży źle czy dobrze? Czy udawanie w internecie innej, znanej osoby jest w porządku? Kim trzeba być, aby dać się na to nabrać?

I w sumie sam nie wiem skąd to się mogło wziąć. Bo jedną rzeczą jest posiadać pomysł, a drugą go zrealizować. Pomysły są tanie. Można mieć ich milion na godzinę. Nie oznacza to jednak, że da się z nich zrobić grę. Natomiast na pewno da się nimi zalewać twittera, fejsa i milion innych serwisów lansując się na boga współczesnego designu. Zrobienie działającej i fajnej gry to niestety zupełnie inna para kaloszy.

Jasne – z cytowanych pomysłów kilka zostało użytych, pojawiły się też niezależne produkcje podobne do przedstawionych idei. I chwała ich twórcom za to. A pomysłodawca? Zasługuje na creditsa i tyle. Niewiele więcej. Bo to ktoś inny przemielił to wszystko do kupy i złożył z tego sensowny produkt. Jak już napisałem wcześniej – 140 znaków pomysłu to jeszcze nie jest gra, niezależnie od tego, jak super się to czyta na Twitterze.

I jeszcze raz się powtórzę – pomysły są tanie, zrobienie gry nie. Zwłaszcza, że dodatkowo przywoływane są do tablicy duże firmy, które muszą zarabiać. Strzelanki o żołnierzach może i nie są zwykle przełamującymi standardy grami o wielkim znaczeniu. Są po prostu fajne, ale też i nie wymagajmy od każdej gry czy film bycia arcydziełem. Strasznie nudne i ciężkie stałoby się nasze życie, gdyby nagle każdy jego element musiał mieć wielkie znaczenie.

Zresztą nie wiem skąd się bierze to janosikowanie mediów growych i stawanie zawsze po stronie mniejszych. Ja rozumiem, że mają bronić klienta, mają opisywać rzeczywistość i ją tłumaczyć, ale też nie mogą po prostu nawalać wydawców i twórców, za to, że chcą zarabiać.

Przecież to nie jest tak, że ktoś nas zmusza do kupowania tych przywołanych strzelanek o żołnierzach i nakazuje gardzić tymi o 256 graczach kontrolujących kości. Ludzie chcą czasami prostej rozrywki i potępianie ich za to jest po prostu hipsteryzowaniem. Niczym więcej.

Branża ma się dobrze. Rozwój technologii i cyfrowych platform dystrybucji pozwala powstawać zarówno Call of Duty, jak i Flowerowi, Echochrome czy The Path. Każda z tych produkcji ma swoje miejsca, każda ma swoich klientów i odbiorców.

Pozwólmy im decydować w co i jak chcą się bawić. To, że ktoś gra w WoWa i lubi FIFE nie czyni z niego gorszego człowieka. Wystarczy tylko napisać mu, jaki ma wybór. I w danej kategorii polecić najlepsze produkcje.

Słowem – nie hipsteryzujmy. Wysokobudżetowe produkcje też są fajne i warto się w nie bawić. Bo wbrew pozorom jest w nich masę fajnych patentów.

PS A Molyneux udowodnił już, że gry robić umie. Nawet jeżeli te ostatnie do najlepszych nie należały. Czy jego prześmiewca może pochwalić się swoimi dokonaniami? Bo to, że jacyś dziennikarze rozmawiali i wiedzą, to trochę mało. A zresztą świetnie podsumował to Błażej.

Zrzut ekranu 2011-11-27 o 16.28.50.jpg