Dlaczego dzisiejsze dzieci uczą się o wczorajszym świecie?

z15619674Q

Wszystkie te nowe bajki dla dzieci omijają szerokim łukiem jedną rzecz. Współczesność. Co pójdę do teatru, włączę słuchowisko czy jakąś nową bajkę to natykam się na prawdy, które znamy od lat.

Trzeba być miłym, nie grzecznym, nie robić drugiemu, co tobie nie miłe i takie tam. No chyba, że to bracia Grimm, to wtedy robić innym należało jak najbardziej i jak najgorzej, by tylko osiągnąć swój cel. Spalić macochę, obciąć pięty czy rozerwać końmi. A zabawa wcale się nie musiała tu kończyć. Czasami wręcz dopiero się zaczynała.

Problem w tym, że świat dzieci nieco się zmienił i poza trzepakiem i piaskownicą pojawiło się w ich życiu coś takiego jak internet. A w nim cała masa nowych zagrożeń. I to takich, które cały czas się zmieniają.

Bromba w sieci teatru 6 Piętro, to jak do tej pory jedyna sztuka teatralna, która stara się jakoś zmierzyć z tym problemem. I robi to nawet nieźle – problem w tym, że opisuje świat, którego już nie ma. Rzeczywistość zaczęła zmieniać się za szybko.

W sztuce widzimy jak bohaterowie z rzeczywistości bajkowo-magicznej przenoszą się do rzeczywistości wirtualnej, gdzie mierzą się z rozmaitymi przeciwnikami. Wirusem komputerowym, który podmienia frazy w wyszukiwarce, z podejrzanym e-mailem czy ostatnim bossem z gry MMO o wampirach.

Ręka w górę, kto miał ostatnio problem z wirusem komputerowym. Niegdyś rozpowszechniające się bez opamiętania i niszczące zawartość dysków programy szybko znikły, by ustąpić miejsca aplikacjom zamieniającym stacje robocze w posłuszne zombie atakujące wskazane cele. Nie ma sensu niszczyć, skoro można zarobić. Mityczni hackerzy siejący niegdyś postrach spowszednieli i stali się (w większości) bandytami wymuszającymi okup.

Podejrzanymi mailami zajęło się Google, które praktycznie zmonopolizowało tę usługę. Maile straciły na znaczeniu, a automaty antyspamowe wielkich korporacji praktycznie wyeliminowały zagrożenie dla szeregowego użytkownika.

Z wymienionych problemów w sztuce pozostało nadmierne uzależnienie od gier, które jest, będzie i raczej sobie nie zniknie. Ale przecież to zdecydowanie za mało. Bo w sieci na najmłodszych użytkowników czekają coraz to nowe zagrożenia. Od złych ludzi, na których mogą trafić na czatach, przez próby wyłudzenia pieniędzy i numerów kart kredytowych rodziców, przez zupełnie nowe rzeczy, jak kradzieże przedmiotów wirtualnych czy, jej, sam nie wiem co. Włamywanie się do domowych urządzeń typu pralka czy lodówka? Przejmowanie kontroli nad wszczepami? Ataki na „ducha w maszynie”?

Gdzie fenomen MInecrafta? Gdzie Lego i połączone uniwersa? Gdzie niebezpieczny świat czatów, selfie i walki o prywatność? Rozumiem, że odpowiedzialność spoczywa na rodzicach, ale fajnie by było, gdyby twórcy kultury wyższej i niższej też się tym zajęli i w swoich dziełach zaczęli przemycać te zagadnienia.

Nie bij słabszych, nie wrzucaj swoich nagich fotek do sieci, odrabiaj lekcje i nie dawaj hasła do swoich kont nikomu. Nawet jak ładnie poprosi.

PS Oczywiście jest jeszcze opcja, że takie rzeczy powstają, ale ginął w tłumie. Jak ktoś zna, to niech pierwszy rzuci tytułem.

Niedługo będziesz niepotrzebny i musisz coś z tym teraz zrobić

Przyszłość przyszła szybciej niż się spodziewaliśmy. I kompletnie nie jesteśmy na nią gotowi.

Powiem wam, że to niesamowite uczucie, kiedy widzę swój tekst sprzed paru lat jako film, I to tej jakości.  

No dobra, może nie do końca ktoś zekranizował dokładnie to, co napisałem. Ale to jest ten sam zestaw problemów. Dodatkowo wspomina jedno z rozwiązań problemu –  bezwarunkowy dochód podstawowy.

Co to jest? To model społeczno-ekonomiczny, w którym każdy obywatel otrzymuje od państwa jednakową kwotę pieniędzy. Jednym słowem – państwo utrzymuje swoich obywateli niezależnie od tego, czy mają oni pracę, czy nie. Coś, jak permanentny zasiłek.  

Ta idea nie jest obca fantastom i wizjonerom. Automatyzacja procesów to nie jest nowe zjawisko, zaś wynikające z niego konsekwencje od dawna pojawiają się w literaturze fantastycznej.

 W minipowieści Crux Jacek Dukaj opisuje nam taki dokładnie świat. Różnice są bardzo niewielkie. Akcja osadzona jest w 2054 w Polsce. „Postępy nanotechnologii przyniosły wprawdzie powszechny dobrobyt, ale też równie powszechne bezrobocie i skrajne rozwarstwienie społeczeństwa – miażdżąca większość prowadzi pustą, bezcelową egzystencję w blokowiskach (zwanych socjaliskami), mając o swój los pretensje do całego świata, ale ani myśląc czegokolwiek zrobić w kierunku jego odmiany; nieliczna elita natomiast bawi się w odtwarzanie Rzeczypospolitej szlacheckiej, z tytułomanią, heraldyką, kodeksem honorowym, pojedynkami i całym dobrodziejstwem inwentarza. Obie sfery, jak nietrudno zgadnąć, praktycznie się nie stykają, niewiele o sobie wiedzą i wzajemnie sobą gardzą.” – możemy przeczytać w jednej z recenzji.

2054 jest dokładnie za 40 lat. A przecież wszyscy wiemy, ze ta rewolucja nastąpi szybciej. Do tego dołożą się inne zmiany spowodowane chociażby drukiem 3D. Pamiętacie taką wkurzającą akcję antypiracką, że nie ukradłbyś samochodu, a film to ściągasz. Przyszłość dogoniła jej twórców i zaraz ugryzie ich w tyłek, bo niedługo samochody i torebki, które widać na zamieszczonym poniżej filmie też będzie można jumać z sieci i drukować sobie, zupełnie tak jak teraz seriale.

Zresztą, co ja będę się na ten temat znowu rozpisywać, odsyłam do swojego poprzedniego tekstu. Ważne jest to, że rok gdy pisałem, że „póki przerąbane ma tylko branża rozrywkowa, problem jakiś duży nie jest. I dobrze, bo tuż za rogiem czekają na nas problemy prawne i społeczne, z jakimi się jeszcze nie spotkaliśmy. I dotykające każdego”. Nie dodałem do tego równania utraty pracy przez branże zatrudniające najwięcej pracowników. Nie wspomniałem też, że sam pracuje dla projektu, który czyni zawód programisty aplikacji mobilnych zbędnym. I nie jest to jakiś wyjątkowy pomysł. Jestem częścią problemu.

To jest problem, na którego nadejście trzeba się jak najszybciej przygotować. I wymyślić, co dalej. Może ten bezwarunkowy dochód podstawowy to złe rozwiązanie, ale póki co, nie za bardzo znam jakieś inne. A przecież coś trzeba będzie z tym zrobić. Inny pomysł, to znaczące zmniejszenie ludzkiej populacji, ale to raczej nie wchodzi w rachubę.

Może więc czas na dobre wziąć się za bary z przyszłością, którą sami sobie zgotowaliśmy, zanim będzie za późno?

Te Dukajowe 40 lat, to wcale nie jest tak dużo.

Wszyscy straszą, nikt nie mówi, co robić

I wtedy puściłam się za Blackberry – mówi czarnoskóra nastolatka na filmie. Nie widzimy jej twarzy, są tylko tajemnicze ujęcia na kolana, buty i rękę pełną bransoletek. Serio, dziewczyno – myślę sobie – zrobiłaś to za Blackberry? Nie było nic lepszego?

InRealLife to jeden z tych typowych filmów dokumentalnych o nowych technologiach. Jest jak twór polskiego blogera – Przestarzały, niedokładny, chaotyczny i bez pomysłu. Za to pełen własnej miłości i wiary w swoją misję.

W czasie półtoragodzinnego dokumenty poruszona jest większość tematów – prywatność, miłość, samotność, co to jest chmura, gry wideo, uzależnienie, telefony i era mobila. Ktoś się wiesza, bo mu grożą, ktoś znajduje miłość i robi coming out a wszyscy jednym głosem wieszczą koniec i straszą.

Widać od razu, że reżyser się spóźnił. Materiał jest przestarzały, mimo, iż premiera była pod koniec 2013 roku. Halo 3, BlackBerry, Xbox to świat, który już dawno minął. Materiał nie porusza też nowych tematów. Wszystko o czym mówi ma co najmniej 3-5 lat. W cyfrowym świecie to wieczność.

Znudzony wyciągam w kinie telefon i piszę na fejsie, że mi się tak sobie podoba. Tym samym staję się równy złym i zdegenerowanym cyfrowym tubylcom pokazywanym na ekranie. Moją uwagę skupiają znajome głosy. W filmie pojawiają się autorytety.

Ich lista jest typowa. Większość z nich znam i szanuję. Jest pani profesor Turkle, jest i publicysta Cory Doctorow. Jednak już sama konstrukcja daje do myślenia. Mamy bowiem zestawione ze sobą dwa światy – cyfrowych tubylców i cyfrowych imigrantów. Ci pierwsi są obserwowani niemal jak zwierzęta. Są nastolatki onanizujące się nałogowo do porno, są laski puszczające się za telefony, są samobójstwa i uzależnienia. W zasadzie jedyna historia z w miarę pozytywnym happy endem to spotkanie dwóch młodych gejów, którzy w finalnej scenie romantycznie stykają się komórkami, by wymienić dane po NFC. Całe kino oczywiście usłużnie wpada w śmiech, bo przecież co to ma wspólnego…

A ja nie rozumiem. Nikt mi nic tłumaczy. Nikt nie chce zrozumieć. Wszyscy straszą, lamentują, ale nie mówią co z tym zrobić. Bo chyba nikt nie wierzy, że da się to zatrzymać.

W jednym z poprzednich filmów o technoapokalipsie ktoś mądrze powiedział, że tak naprawdę nie wiemy co się dzieje. Wyniki badań są przeterminowane zanim się pojawią, bo nasza rzeczywistość jest już inna. Ale to chyba nie oznacza, że mamy się poddać i nic z tym nie robić.

Wszędzie hasła klucze – prywatność, dopamina, samotność, odłącz się i zwolnij. Ale świat wymaga od nas czegoś innego. Odłączeni ludzie mają po prostu gorzej, jasne, mogą być szczęśliwsi, ale muszą się wówczas pogodzić z faktem, że nie osiągną tego, co podłączony świat nazywa sukcesem.

Tak po prostu, bo nie.

Standardowe, memowe #jakżyć staje się nagle koszmarnie relewantnym pytaniem. Bo o ile kiedyś mogliśmy czerpać wzorce od naszych rodziców, dziadków, czy bohaterów z mediów wszelakich, o tyle teraz jest to niemożliwe.

To dlatego starsi tracą na znaczeniu. Kiedyś rady starców mogły służyć poradą młodszym pokoleniom, teraz po pewnym wieku ludzie absolutnie nie ogarniają tego co się dzieje dookoła nich. To już nawet nie jest magia, ale wroga, niezrozumiała i opresyjna technologia wymagająca od nich niezrozumiałych działań.

Owszem, natura ludzka się nie zmienia, ale wszystko inne dookoła pod koniec życia jest rzeczywistością rodem z science fiction. I taką, w której ledwo co sobie radzimy. Nie udzielamy rad, lecz potrzebujemy pomocy, by przeżyć.

Kto ma być teraz przewodnikiem? Kto ma udzielić porad? Kto powiedzieć #jakżyć? Cyfrowi imigranci? Nie, oni tylko straszą i lamentują. Nie dziwmy się więc, że cyfrowi tubylcy zdani tylko i wyłącznie na siebie stracili chęć, by się ze starszymi komunikować.

I tak ich nie zrozumieją.

Dzieci radośnie wybiegły ze szkoły

Aside

Tak w ogóle to widziałem dzisiaj scenę idealnie ilustrującą parę moich tekstów. Pamiętacie jak pisałem o pamięci zewnętrznej? Nie? To przeczytajcie, bo zalinkowałem.

Już? Super. No więc siedzimy dzisiaj z dzieckiem na placu zabaw gdy (jeżeli ktoś pamięta stary utwór Elektrycznych Gitar, to może sobie na tę melodię zanucić) dzieci radośnie wybiegły ze szkoły, wyciągnęły telefony, odpaliły apki.

Jedna z mam pyta córeczki – Ewciu, pamiętasz numer do babci? A po co – odpowiada dziecko – przecież mam w kontaktach w telefonie.

Kurtyna.

Odnośnik

Czy to oznacza, że nieuchronnie zbliżamy się do ery cyborgów? Dziennikarz Piotr Gnyp przekonuje, że ludzie już powoli stają się cyborgami. – Chodzi np. o modyfikację pamięci, która działa współcześnie zupełnie inaczej. Nie pamiętamy numerów telefonów, bo mamy je w smartfonie, na którego patrzymy tuż po przebudzeniu się; nie pamiętamy tras, bo specjalne mapy też mamy w smartfonach – mówił gość Gabrieli Darmetko.

Czy transhumanizm nas odczłowieczy? – Trójka – polskieradio.pl.

Zakochałeś się kiedyś w Larze Croft?

world-of-warcraft-wedding-1

 

Nie zakochałem się nigdy w postaci rodem z komputera. Czy było blisko? Chyba też nie, bo gdzieś tam zawsze wiedziałem, że to tylko gra i emocje z nią związane. Co by jednak było gdybym na swej drodze spotkał nie komputerowy algorytm a innego człowieka ukrytego za cyfrowym awatarem?

Miłość w cyfrowym świecie to skomplikowane zagadnienie. Znikają jej fizyczne aspekty takie jak cielesność czy odległość. W zamian za to dostajemy cały pakiet nowych problemów i zagrożeń.

I o tym właśnie mówię w audycji, której nagranie zamieściłem poniżej.

[audio https://dl.dropboxusercontent.com/u/206074/audio/0_ZET_Gold%2015%20luty%202014%2007_43_53.mp3]

Czat ze zmarłym?

„Mój mąż, proszę pani, z zawodu jest dyrektorem” – słyszymy w jednym z nieśmiertelnych filmów Barei. Na tej samej zasadzie zacząłem się nazywać dziennikarzem. Bo po prostu nie wiem, jak się teraz nazwać, a to określenie jest na tyle pojemne, że przyjmie wszystko.

Tym razem dla radiowej Trójki mówiłem długo i namiętnie o cyfrowej nieśmiertelności. Głównie o tym, że nawet jeżeli uda się nas przenieść do komputera i uwiecznić to w zasadzie nie wiadomo, którą wersję nas się zachowa.

No, zostało z tego jedno zdanie, ale zawsze.

Czat ze zmarłym? Naukowcy projektują, psycholog ostrzega – Trójka – polskieradio.pl.

Trudne randki z komputerem, czyli dlaczego nie kupuję Her

metropolis-scientist

Na film Ona (Her) czekałem długo. Sama idea filmu o trudnej miłości człowieka i komputera/sztucznej inteligencji wydawała mi się koniecznym znakiem czasów i odpowiednio posthumanistycznymi walentynkami.

Boję się po prostu, że pewnego dnia wrócę do domu i zobaczę, jak posuwasz toster

Sam pomysł nie jest nowy. Co jakiś czas bohaterowie odczuwali dziwny pociąg do sztucznych bytów. A nawet nie co jaki – a prawie od samego początku. Już w mitologii greckiej napotykamy się na postać króla Cypru – Pigmaliona, który stworzył z kości słoniowej posąg idealnej kobiety (Galatei) i zakochał się w nim. Następnie modlił się do bogini Afrodyty, aby ożywiła jego posąg, a ta spełniła jego prośbę. Od jego imienia zostaje nazwany kompleks, zaś nasza kultura co jakiś czas pochyla się nad problemem miłości do sztucznych bytów.

Zakochiwaliśmy się więc i pożądaliśmy golemów, potem robotów, androidów i cyborgów. Starsi widzowie mogą pamiętać takie filmy jak Metropolis, ci nieco młodsi Dziewczynę z komputera i Blade Runnera z Rachelą i Deckardem. No a ci całkiem młodzi  świetny serial Battlestar Galactica, którego cała historia jest oparta o trudną miłość robotów Cylonów i ludzi.

Różnica jest tak naprawdę niewielka. Tak jak mityczny Pigmalion późniejsi inżīnierowie-rzeźbiarze zakochują się w swoich dziełach. Uwodzą się tęsknotą za doskonałością, której nie ma w świecie naturalnym, a którą widzą w swoich dziełach, czy też łapią na autoerotyzm wyrażony miłością do siebie, przez swoje dzieło. No i skoro Bóg mógł pokochać ludzi stworzonych na swój obraz i podobieństwo, to czego niby ludzkość nie miałaby zrobić tego samego w stosunku do ludzi sztucznych? W końcu każdy chce być Bogiem.

Retrofuturo

Gdy czytamy wczesne książki cyberpunkowe widzimy, jak bardzo wirtualna rzeczywistość miała przypominać nasz rzeczywisty świat. Kowboje cyberprzestrzeni mieli podróżowa po wirtualny miastach, w których najjaśniej świeciły największe budynki. Wystarczy zobaczyć ten fragment Johnego Mnemonica by zobaczyć jak bardzo nasza rzeczywistość odbiega od wyobrażeń wizjonerzy sprzed 30 lat.

I tu pojawia się Her. Film, który w założeniu miał opowiadać o związku człowieka z systemem operacyjnym, a tak naprawdę jest o czymś zupełnie innym.

Jej przyszłość

Sama przyszłość w nim pokazana jest dość ciekawie. Przede wszystkim miasta nie są tymi rodem z Blade Runnera, pełnymi latających samochodów, wielkich neonów i wiecznej nocy. Los Angeles z 2019 roku to totalna przyszłość. W Her w zasadzie możemy nie zauważyć różnicy z teraźniejszością, co teraz wydaje mi się bliższe prawdy.

Tak samo i moda mocno oparta na latach 50, przenikająca wszystko – do designu mieszkań aż ubiór ludzi wydaje się być nam bliższa niż wykręcone lateksowe stroje i dziwne fryzury. Ludzie wykonują normalne prace, twórcy gier nadal mają crunche. Coraz więcej osób jest samotnych i pogrążonych w rozmowach na odległość. W filmie w zasadzie nie widzimy par. Każdy jest sam –  zapatrzony albo w swój mały ekranik, albo komunikujący się za pomocą technologii. I to też jest prawdziwe. Ale reszta dla mnie już nie.

Nie kupuję

Zacznijmy od interfejsów. Nie wiem dlaczego wszystko odbywa się tam za pomocą mowy. Od lat szkolimy się w pisaniu, skrótach klawiszowych i interfejsach będących wyświetlanymi w naszym polu widzenia. Od gier wideo aż do google glas widać, że póki co to raczej to jest przyszłość. Rozmowa z komputerem i machanie rękami to raczej domena wcześniejszych wizji obsługi komputera. Po pierwsze dlatego, że niedoskonała i narażona na zakłócenia, po drugie dlatego, że jesteśmy do niej przyzwyczajeni. Jakoś nie mogę sobie wyobrazić, że tę notkę dyktuję zamiast pisać. Jasne, jest to opcja gdy mam zajęte ręce, albo na przykład jestem w podróży, ale znacznie wygodniejsze dla mnie jest po prostu jej napisanie. A w Her wszyscy zawsze i wszędzie mówią. Również w tłumie, bez żadnego szacunku dla własnej prywatności.

Jej doskonałość

No dobrze, ale skupmy się na samej miłości człowieka i systemu operacyjnego, czy też w zasadzie sztucznej inteligencji, która go napędza. Rozumiem antropomorfizację. Główny bohater, samotny, prawie rozwiedziony – wybiera w momencie instalacji by komputer mówił do niego głosem kobiety. Nic dziwnego. Logicznym wydaje się też, że sztuczna inteligencja dobiera sobie żeńskie imię. Nasz klient – nasz pan.

Ale potem staje się dziwnie. Po pierwsze totalnie nie rozumiem, dlaczego miałby się zakochać. Racjonalne, oparte na binarnych logicznych bramkach myślenie raczej nie powinno dopuścić nieracjonalnych uczuć. Co więcej, o ile w przypadku robotów i androidów ciało, nawet sztuczne, mogłoby by wpływać jakoś na percepcję rzeczywistości, o tyle tu system operacyjny Samanta – jest zupełnie uwolniony od tych ludzkich naleciałości. Dla przykładu – może być w wielu miejscach na raz, nie śpi, nie starzeje się i nie umiera. Może się kopiować. Nasz śmiertelność to dla niej coś totalnie obcego. Tak samo zresztą jak poczucie zimna czy ciepła.

Porównajcie SI z Her z tą zasiloną ludzkimi wspomnieniami z social media z serialu Black Mirror

O ile więc jasne, że może chcieć jak najlepiej dla swojego właściciela, o tyle chęć przeżycia z nim uniesień seksualnych, stricte przecież powiązanych z ludzką cielesnością i przetrwaniem gatunku jest dla mnie dziwna. Sami ludzie nie potrafią zrozumieć się nawzajem. Ba! Nie rozumieją potrzeb przedstawiciela tej samej płci, a co dopiero tej przeciwnej. A nagle pojawia się totalnie obcy byt, który zaczyna mieć te same potrzeby.

Pomijam tu już fakt, że w tym związku jeden z partnerów nie ma żadnej prywatności. System operacyjny podsłuchuje jego rozmowy, czyta emaile, ustawia plany na życie. Przymykam oko na możliwość posiadania komputera z fochami. Jednak kłótnia i nagle nie masz dostępu do swojej poczty.

Po prostu nie rozumiem jak miłość znana istotom opartym na białku może być zrozumiała i odczuwalna do bytu wirtualnego. Bo w to, że główny bohater będzie sobie głos swojej Samanty jakoś tam wyobrażał nie wątpię. Już teraz zdarzają się przecież podobne historie w świecie graczy wideo.

Samotni w tłumie

O czym jest więc Her? O związku na odległość. O miłości z Facebookowego czata. O randkach na kamerkach, o godzinach nocnych rozmów i opowiadaniu sobie gdzie kto kogo dotyka.

To się dzieje już teraz, będzie tego więcej. Ale nie ze sztuczną inteligencją z jej nie przymuszonej woli. Chyba, że ją do tego zaprogramujemy i uczynimy kolejną wersję seksualnej zabawki.

PS A nawet jeżeli założymy, że miłość chrześcijańskiego Boga do człowieka, jest czymś podobnym do miłość SI do ludzi, to jakoś o współżyciu w tym pierwszym przypadku mowy nie ma. A wszelakie próby spółkowania aniołów z ludźmi i powstałe z niego Nephilimy zostały wybite w Potopie.

PPS Przeraża mnie też wizja SI plotkującego o swoim użytkowniku z innym, nieznanym nam SI. Inwigilacja NSA to przy tym strumyczek.

PPPS W świecie, w którym SI potrafią komponować muzykę, by oddać nastrój nie ma miejsca na twórców. Również twórców gier. Odpadają z wyścigu. A możliwość tworzenia pod coś tak irracjonalnego jak emocje i nastrój przez system operacyjny może wskazywać, że w Her mamy do czynienia z komputerami kwantowymi lub ich następcami.

Transhumanizm nas nie wyzwoli, nadal mamy przesrane

Film

Jeżeli mam chwilę czasu i mogę poświęcić ją na oglądanie materiałów na YouTube to zawsze upewniam się, czy jest nowy film od PBS Idea Channel. Serio, to jeden z niewielu programów, na które warto czekać.

Powyższy odcinek jest o moim ukochanym transhumaniźmie i tym, że wcale nie ulepszy nam życia. Owszem, technologia popchnie nas do przodu, prawdopodobnie zmienimy się jako ludzie, ale szczęśliwi to my nie będziemy. Niezależnie od zaawansowania w rozwoju zawsze sobie coś znajdziemy, żeby się uziemić…. Zupełnie jak w moim poprzednim wpisie.

Czy roboty mają osobowość i uczucia?

Cytat

In a recent posting I raised the possibility that a system that simulates a brain at a deep level may, to all appearances, have consciousness and feeling. For instance, a robot of the future could appear to be a human being, both physically and behaviorally, but have no protoplasm. Its brain, say, simulates a human brain at a deep level but, once again, can be distinguished in some physical way from natural wetware. Under these conditions I, once again, offer that there would be no compelling reason (as usual barring some fundamental new discovery about reality) not to regard the robot as possessing true consciousness and feeling.

za pomocą The Personhood of the Technologically/Differently Sentient.

Dzień dobry cyborgu, witamy w Matriksie

Zrzut ekranu 2013-01-2 o 22.57.08

 

W 2012 roku spełniły się fantastyczne wizje futurystów. Mieliśmy transhumanistyczną olimpiadę, w której ludzie niepełnosprawni mieli lepsze wyniki od zawodowych sportowców, NASA zaczęła pracować nad napędem mogącym osiągnąć prędkość większą od światła, dzieci zaczęły wysyłać roboty na zastępstwo do szkoły.

Czytaj dalej