Wszyscy straszą, nikt nie mówi, co robić

I wtedy puściłam się za Blackberry – mówi czarnoskóra nastolatka na filmie. Nie widzimy jej twarzy, są tylko tajemnicze ujęcia na kolana, buty i rękę pełną bransoletek. Serio, dziewczyno – myślę sobie – zrobiłaś to za Blackberry? Nie było nic lepszego?

InRealLife to jeden z tych typowych filmów dokumentalnych o nowych technologiach. Jest jak twór polskiego blogera – Przestarzały, niedokładny, chaotyczny i bez pomysłu. Za to pełen własnej miłości i wiary w swoją misję.

W czasie półtoragodzinnego dokumenty poruszona jest większość tematów – prywatność, miłość, samotność, co to jest chmura, gry wideo, uzależnienie, telefony i era mobila. Ktoś się wiesza, bo mu grożą, ktoś znajduje miłość i robi coming out a wszyscy jednym głosem wieszczą koniec i straszą.

Widać od razu, że reżyser się spóźnił. Materiał jest przestarzały, mimo, iż premiera była pod koniec 2013 roku. Halo 3, BlackBerry, Xbox to świat, który już dawno minął. Materiał nie porusza też nowych tematów. Wszystko o czym mówi ma co najmniej 3-5 lat. W cyfrowym świecie to wieczność.

Znudzony wyciągam w kinie telefon i piszę na fejsie, że mi się tak sobie podoba. Tym samym staję się równy złym i zdegenerowanym cyfrowym tubylcom pokazywanym na ekranie. Moją uwagę skupiają znajome głosy. W filmie pojawiają się autorytety.

Ich lista jest typowa. Większość z nich znam i szanuję. Jest pani profesor Turkle, jest i publicysta Cory Doctorow. Jednak już sama konstrukcja daje do myślenia. Mamy bowiem zestawione ze sobą dwa światy – cyfrowych tubylców i cyfrowych imigrantów. Ci pierwsi są obserwowani niemal jak zwierzęta. Są nastolatki onanizujące się nałogowo do porno, są laski puszczające się za telefony, są samobójstwa i uzależnienia. W zasadzie jedyna historia z w miarę pozytywnym happy endem to spotkanie dwóch młodych gejów, którzy w finalnej scenie romantycznie stykają się komórkami, by wymienić dane po NFC. Całe kino oczywiście usłużnie wpada w śmiech, bo przecież co to ma wspólnego…

A ja nie rozumiem. Nikt mi nic tłumaczy. Nikt nie chce zrozumieć. Wszyscy straszą, lamentują, ale nie mówią co z tym zrobić. Bo chyba nikt nie wierzy, że da się to zatrzymać.

W jednym z poprzednich filmów o technoapokalipsie ktoś mądrze powiedział, że tak naprawdę nie wiemy co się dzieje. Wyniki badań są przeterminowane zanim się pojawią, bo nasza rzeczywistość jest już inna. Ale to chyba nie oznacza, że mamy się poddać i nic z tym nie robić.

Wszędzie hasła klucze – prywatność, dopamina, samotność, odłącz się i zwolnij. Ale świat wymaga od nas czegoś innego. Odłączeni ludzie mają po prostu gorzej, jasne, mogą być szczęśliwsi, ale muszą się wówczas pogodzić z faktem, że nie osiągną tego, co podłączony świat nazywa sukcesem.

Tak po prostu, bo nie.

Standardowe, memowe #jakżyć staje się nagle koszmarnie relewantnym pytaniem. Bo o ile kiedyś mogliśmy czerpać wzorce od naszych rodziców, dziadków, czy bohaterów z mediów wszelakich, o tyle teraz jest to niemożliwe.

To dlatego starsi tracą na znaczeniu. Kiedyś rady starców mogły służyć poradą młodszym pokoleniom, teraz po pewnym wieku ludzie absolutnie nie ogarniają tego co się dzieje dookoła nich. To już nawet nie jest magia, ale wroga, niezrozumiała i opresyjna technologia wymagająca od nich niezrozumiałych działań.

Owszem, natura ludzka się nie zmienia, ale wszystko inne dookoła pod koniec życia jest rzeczywistością rodem z science fiction. I taką, w której ledwo co sobie radzimy. Nie udzielamy rad, lecz potrzebujemy pomocy, by przeżyć.

Kto ma być teraz przewodnikiem? Kto ma udzielić porad? Kto powiedzieć #jakżyć? Cyfrowi imigranci? Nie, oni tylko straszą i lamentują. Nie dziwmy się więc, że cyfrowi tubylcy zdani tylko i wyłącznie na siebie stracili chęć, by się ze starszymi komunikować.

I tak ich nie zrozumieją.

Reklamy

Oni po prostu czują się, jak u siebie w domu

5709857490_31a5f922c3

Jedno ze starożytnych prawd internetu mówi, że iloraz inteligencji czytelników jest stały. I im dłużej o tym myślę, tym bardziej wydaje mi się to prawdziwe.

Nie ma tu sensu pisać o wysokiej jakości komci która wraz z przybywaniem kolejnych fal przyciągniętych grawitacją popularności komcionautów spada, by finalnie zamienić się w szambo, gdzie mało kto zagląda. Nie będę odbiegał od tematu. Chodzi mi o to, że akurat tego blogaska prawie nikt nie czyta, jest więc szansa, że ktoś mi pomoże z moją teorią.

Już tłumaczę w czym rzecz. Pamiętacie jeszcze tekst o zwierzeniach nastolatków w sieci i hasztagu #dzieńmówieniaprawdy? Temat podchwyciły media, jedni dodali coś od siebie, drudzy skomentowali a jeszcze inni po prostu nie zalinkowali. Bywa. W każdym razie był tam jeden cytat, który nie dawał mi spokoju

W „realu” stanem domyślnym jest komunikacja prywatna. Musimy uczynić wysiłek, by stała się publiczna (niczym gwiżdżący na Ciebie głośno pracownik budowy). W świecie wirtualnym stanem domyślnym jest komunikacja publiczna. A my musimy uczynić wysiłek, by coś stało się prywatne.

Fakt, którego dorośli zdają się nie pojmować: jeśli masz dostęp do jakiejś informacji nie oznacza wcale, że jest przeznaczona dla Ciebie. W świecie realnym to rozumiemy: podsłuchiwanie czyjejś rozmowy w barze (który jest przecież przestrzenią publiczną) jest odbierane jako naruszenie normy społecznej. Ale już wejście na blog nastolatki (który także jest przestrzenią publiczną) jest dla dorosłego czymś normalnym: „Mamo, dlaczego czytasz mój blog?” „Bo skoro go opublikowałaś w sieci, to chcesz, żeby był czytany przez każdego!” Prawda? Otóż, nieprawda

Ciekawe, co? A mnie zastanawiało, jak to się dzieje, że natywni mieszkańcy cyfrowego świata nie ogarniają tak podstawowej rzeczy, jak prywatność? Czy naprawdę nie wiedzą, że każdy może przeczytać ich sekrety?

I oto moja, niepoparta niczym więcej niż przekonaniem teoria. Im bardziej internet staje się naszą codziennością tym mniej się nim przejmujemy. I im więcej użytkowników tym bardziej stajemy się anonimowi w tłumie.

Dawno temu w epoce terminail tekstowych, IRCa i Usenetu komcionautów było niewielu. Wszyscy się znali, grupowali i używali dumnego określenia internauta. A teraz? Blogasków jak mrówkuw, fajne loginy pokończyły się dawno temu, a inflacja contentu postępuje coraz szybciej. Użytkownicy giną w tłumie. Zupełnie tak jak teraz.

W końcu nie ściszamy głosu, gdy rozmawiamy z kimś w publicznym miejscu. Nie używamy szyfrów ani tajnych znaków. Zakładamy, że nikt nie będzie słuchał. I te same zasady, które są dla nas oczywiste w świecie realny stały się czymś normalnym w cyfrowym świecie digital natives.

I wszystko byłoby cacy, gdyby nie fakt, że podsłuchiwanie i zautomatyzowane działania w sieci są dużo tańsze, prostsze i skuteczniejsze. To nie jest tak, że armia urzędników czyta nudne maile. Algorytmy, big data i ośrodki obliczeniowe mogą wyciągnąć o nas takie informacje, o których nam się nie śniło.

I zawsze pozostaje po nas jakiś ślad.

#dzieńmówieniaprawdy – poczytaj, co czuje twoje dziecko

„Chcialabym zeby moj chlopak byl badboy’iem i byl dobry tylko dla mnie..” przykuwa moją uwagę. Potem jest jeszcze lepiej. „Nienawidzę swoich rodziców,ale mimo tego gdyby któreś miało odejść ,wiem ze brałkowało by mi ich”, „nie lubię jak np. ja mówię: kocham Cię i ktoś odp: ja Ciebie też, wolę żeby odpowiedział tak samo jak ja powiedziałam” czy „Jestem chamska choc kilka osob mowi ze nie
I po co te kłamstwa” to tylko wierzchołek góry lodowej. Mijają kolejne godziny, a ja zamiast iść spać, zafascynowany czytam, co na Twitterze wypisuje młodzież.

Zrzut ekranu 2014-05-04 18.32.55

Chciałbym napisać – dzieje się, rzucić jakimś żartem, ale to co widzę jest przerażające. I absolutnie nie śmieszne, a smutne.

Nie wiem, skąd się wziął pomysł na hasztaga #dzieńmówieniaprawdy, ale widzę≤ że nie jest to nowe zjawisko. Trwa co najmniej od końcówki zeszłego roku z przerwami, aż do teraz. Nawet gdy piszę ten tekst co chwilę pojawiają się nowe wyznania. Zerkam co chwilę na nowe wpisy. Jasne, to rozprasza jak cholera, ale jest coś hipnotycznego w tych internetowych wyzwaniach.

  • „tak serio to wszystko ukrywam przed realem”
  • „Nie mogę wchodzić strony obrażające Demi,Perrie,1D,albo jeszcze inne osoby,które lubię, bo się wkurzam, a potem płacze”
  • „Wiem, że nie ma możliwości żeby ktoś znalazł mojego tt, ale mimo to cały czas się o to boję”

I tak w kółko.

Tematów jest kilka. Co chwila się powtarzają. Dominuje samotność i brak przyjaciół. Z rodziną nie da się dogadać, rówieśnicy są bezlitości i są przyczyną lęków. Dochodzi do tego, że nastolatki boją się iść środkiem korytarza, by nie zostać ocenione i skrytykowane. Twierdzą, że nie umieją się otworzyć przed nikim, nie umieją z kimś być i boją się, że umrą same. Że to już koniec.

Nie jestem psychologiem, nie będę więc silił się na analizy. Nie wiem czy to przez ten lęk, czy z zupełnie innej przyczyny. Ale do tego dochodzi ogromna autoagresja i niska samoocena. Jestem gruba, nie wiem co powiedzieć, jestem brzydka, pojebana, nudna, nie umiem kochać, jestem głupia. Wszyscy mnie nienawidzą, wszyscy się ze mnie śmieją. Nic nie znaczę.

A za tym idzie już nawet nie uwielbienie, ale kult idoli. W życiu nie słyszałem Biebera czy One Direction, to moje wyznanie z #dzieńmówieniaprawdy, ale z tego co widzę i czytam to niemalże mistyczne istoty. Ludzie naprawdę marzą, by w swej dobroduszności wejrzeli na nich. Sama zła wzmianka o przedmiocie kultu może doprowadzić do płaczu, a nawet fizycznej agresji. Młodzieżowe mohery nie odpowiadają za siebie przy realnym czy też wyimaginowanym ataku na swoje bóstwo.

Te rzeczy smucą, ale niepokoi co innego. Nie pamiętam, jak wyglądał mój okres dojrzewania, bo cóż.. było to dawno temu. Ale zakładam, że też miałem huśtawki emocjonalne, bałem się opinii grupy, nie mogłem dogadać się z rodzicami. No i oczywiście czułem się wyjątkowy i niezrozumiany. Każdy to ma. Rzecz w tym, że w tym stanie nie miałem kontaktu z całym światem i swoje sekrety mogłem wygadać co najwyżej po pijaku koledze.

Teraz jest nieco inaczej.

Wydawało by się, że co jak co, ale cyfrowi tubylcy, osoby urodzone w erze powszechnego dostępu do internetu powinny go lepiej ogarniać. Błąd. Jak możemy przeczytać na stronie Pawła Tkaczyka – Danah Boyd, autorka książki It’s complicated definiuje podstawową różnicę między „realem” a światem wirtualnym. Jeśli chodzi o komunikację w miejscach publicznych, oczywiście:

W „realu” stanem domyślnym jest komunikacja prywatna. Musimy uczynić wysiłek, by stała się publiczna (niczym gwiżdżący na Ciebie głośno pracownik budowy). W świecie wirtualnym stanem domyślnym jest komunikacja publiczna. A my musimy uczynić wysiłek, by coś stało się prywatne.

Fakt, którego dorośli zdają się nie pojmować: jeśli masz dostęp do jakiejś informacji nie oznacza wcale, że jest przeznaczona dla Ciebie. W świecie realnym to rozumiemy: podsłuchiwanie czyjejś rozmowy w barze (który jest przecież przestrzenią publiczną) jest odbierane jako naruszenie normy społecznej. Ale już wejście na blog nastolatki (który także jest przestrzenią publiczną) jest dla dorosłego czymś normalnym: „Mamo, dlaczego czytasz mój blog?” „Bo skoro go opublikowałaś w sieci, to chcesz, żeby był czytany przez każdego!” Prawda? Otóż, nieprawda – czytamy na blogu.

I nie inaczej jest tutaj. Największe sekrety, niepewność preferencji seksualnych, pociąg do starszych mężczyzn są jawnie przekazywane, a w zasadzie wykrzykiwane w pustkę intenernetu. Gdzie nie wiadomo kto słucha. A uwierzcie mi, że te nastolatki zostawiają o sobie mnóstwo informacji i bardzo łatwo nawiązać z nimi kontakt. Zwłaszcza, gdy wie się, czego im brakuje.

Wystarczy udać, że się słucha, rozumie i wie, że są wyjątkowi by zdobyć ich zaufanie. I niezbędne dane.

A stąd do nieszczęścia już blisko.