#dzieńmówieniaprawdy – poczytaj, co czuje twoje dziecko

„Chcialabym zeby moj chlopak byl badboy’iem i byl dobry tylko dla mnie..” przykuwa moją uwagę. Potem jest jeszcze lepiej. „Nienawidzę swoich rodziców,ale mimo tego gdyby któreś miało odejść ,wiem ze brałkowało by mi ich”, „nie lubię jak np. ja mówię: kocham Cię i ktoś odp: ja Ciebie też, wolę żeby odpowiedział tak samo jak ja powiedziałam” czy „Jestem chamska choc kilka osob mowi ze nie
I po co te kłamstwa” to tylko wierzchołek góry lodowej. Mijają kolejne godziny, a ja zamiast iść spać, zafascynowany czytam, co na Twitterze wypisuje młodzież.

Zrzut ekranu 2014-05-04 18.32.55

Chciałbym napisać – dzieje się, rzucić jakimś żartem, ale to co widzę jest przerażające. I absolutnie nie śmieszne, a smutne.

Nie wiem, skąd się wziął pomysł na hasztaga #dzieńmówieniaprawdy, ale widzę≤ że nie jest to nowe zjawisko. Trwa co najmniej od końcówki zeszłego roku z przerwami, aż do teraz. Nawet gdy piszę ten tekst co chwilę pojawiają się nowe wyznania. Zerkam co chwilę na nowe wpisy. Jasne, to rozprasza jak cholera, ale jest coś hipnotycznego w tych internetowych wyzwaniach.

  • „tak serio to wszystko ukrywam przed realem”
  • „Nie mogę wchodzić strony obrażające Demi,Perrie,1D,albo jeszcze inne osoby,które lubię, bo się wkurzam, a potem płacze”
  • „Wiem, że nie ma możliwości żeby ktoś znalazł mojego tt, ale mimo to cały czas się o to boję”

I tak w kółko.

Tematów jest kilka. Co chwila się powtarzają. Dominuje samotność i brak przyjaciół. Z rodziną nie da się dogadać, rówieśnicy są bezlitości i są przyczyną lęków. Dochodzi do tego, że nastolatki boją się iść środkiem korytarza, by nie zostać ocenione i skrytykowane. Twierdzą, że nie umieją się otworzyć przed nikim, nie umieją z kimś być i boją się, że umrą same. Że to już koniec.

Nie jestem psychologiem, nie będę więc silił się na analizy. Nie wiem czy to przez ten lęk, czy z zupełnie innej przyczyny. Ale do tego dochodzi ogromna autoagresja i niska samoocena. Jestem gruba, nie wiem co powiedzieć, jestem brzydka, pojebana, nudna, nie umiem kochać, jestem głupia. Wszyscy mnie nienawidzą, wszyscy się ze mnie śmieją. Nic nie znaczę.

A za tym idzie już nawet nie uwielbienie, ale kult idoli. W życiu nie słyszałem Biebera czy One Direction, to moje wyznanie z #dzieńmówieniaprawdy, ale z tego co widzę i czytam to niemalże mistyczne istoty. Ludzie naprawdę marzą, by w swej dobroduszności wejrzeli na nich. Sama zła wzmianka o przedmiocie kultu może doprowadzić do płaczu, a nawet fizycznej agresji. Młodzieżowe mohery nie odpowiadają za siebie przy realnym czy też wyimaginowanym ataku na swoje bóstwo.

Te rzeczy smucą, ale niepokoi co innego. Nie pamiętam, jak wyglądał mój okres dojrzewania, bo cóż.. było to dawno temu. Ale zakładam, że też miałem huśtawki emocjonalne, bałem się opinii grupy, nie mogłem dogadać się z rodzicami. No i oczywiście czułem się wyjątkowy i niezrozumiany. Każdy to ma. Rzecz w tym, że w tym stanie nie miałem kontaktu z całym światem i swoje sekrety mogłem wygadać co najwyżej po pijaku koledze.

Teraz jest nieco inaczej.

Wydawało by się, że co jak co, ale cyfrowi tubylcy, osoby urodzone w erze powszechnego dostępu do internetu powinny go lepiej ogarniać. Błąd. Jak możemy przeczytać na stronie Pawła Tkaczyka – Danah Boyd, autorka książki It’s complicated definiuje podstawową różnicę między „realem” a światem wirtualnym. Jeśli chodzi o komunikację w miejscach publicznych, oczywiście:

W „realu” stanem domyślnym jest komunikacja prywatna. Musimy uczynić wysiłek, by stała się publiczna (niczym gwiżdżący na Ciebie głośno pracownik budowy). W świecie wirtualnym stanem domyślnym jest komunikacja publiczna. A my musimy uczynić wysiłek, by coś stało się prywatne.

Fakt, którego dorośli zdają się nie pojmować: jeśli masz dostęp do jakiejś informacji nie oznacza wcale, że jest przeznaczona dla Ciebie. W świecie realnym to rozumiemy: podsłuchiwanie czyjejś rozmowy w barze (który jest przecież przestrzenią publiczną) jest odbierane jako naruszenie normy społecznej. Ale już wejście na blog nastolatki (który także jest przestrzenią publiczną) jest dla dorosłego czymś normalnym: „Mamo, dlaczego czytasz mój blog?” „Bo skoro go opublikowałaś w sieci, to chcesz, żeby był czytany przez każdego!” Prawda? Otóż, nieprawda – czytamy na blogu.

I nie inaczej jest tutaj. Największe sekrety, niepewność preferencji seksualnych, pociąg do starszych mężczyzn są jawnie przekazywane, a w zasadzie wykrzykiwane w pustkę intenernetu. Gdzie nie wiadomo kto słucha. A uwierzcie mi, że te nastolatki zostawiają o sobie mnóstwo informacji i bardzo łatwo nawiązać z nimi kontakt. Zwłaszcza, gdy wie się, czego im brakuje.

Wystarczy udać, że się słucha, rozumie i wie, że są wyjątkowi by zdobyć ich zaufanie. I niezbędne dane.

A stąd do nieszczęścia już blisko.

Reklamy

Klęska urodzaju – gdzie pchnąć słitfocię kotka?

Cytat

Given the proliferation of options, how should I document this cat?

For some, though certainly not everyone, this question is becoming increasingly difficult to answer. The most obvious answer is “don’t document that cat. Enough already.” I’m with you. I’m concerned about how social media documentation changes experience [see here, here, here, here]. I think there is good reason for why these types of documentation proliferate: most importantly, to be on social media in all its various forms is, for many, to exist. PJ Rey does an excellent job at explaining why it’s not so easy to just opt-out of all of this. In any case, this is not a post about whether this expansion in the ways of documentation is a good thing, but asking if there is a cognitive limit to all of this. So, again: How should I document this cat lying next to me?

Is she documented textually, in a tweet, or a Facebook status? Is it a photograph, and if so, with a nicer camera or with my smartphone? Instagram? Facebook? Or perhaps this is better a Snapchat, self-deleting and shared with one person? Or maybe a Lytro photograph that allows the viewer to change the focus after the fact, shifting the emphasis at will from her face to her tail? Or perhaps her tail-wagging is best captured in a soundless moving GIF using the popular GifBoom app? Or maybe make a Vine, the current “hot” app we may or may not be talking about a month from now that allows for short, quick-cut, looping videos. Many of these apps will come and go, but what is important is that photographs, video, text, and audio are being recombined in different ways for different audiences, putting a heavy load on our documentary consciousness.*

za pomocą Documentary Oversaturation » Cyborgology.

Wyjść z cyfrowej twierdzy

Zabawne – jechałem metrem zatopiony w swoim ajfonie. Wysyłałem smsy, sprawdzałem Twittera, czytałem książkę.  No a do tego oczywiście słuchałem muzyki. Gdy na chwilę oderwałem głowę od ekranu okazało się, że tuż przy mnie siedzi mój znajomy. Nie wiem od jak dawna, ale z jego opowieści wynikało, że próbował się ze mną przywitać co najmniej 5 razy. A ja tego nie zauważyłem. Ciekawe, ile rzeczy przegapiłem wcześniej przez swojego smartfona.

 

Czytaj dalej