Hipsterzy nie podróżują w czasie, byli tu od zawsze

201004161615

Jest taka fotka znaleziona na wystawie Their past lives here, która pokazuje imprezę z okazji otwarcia Gold Bridge w 1940 roku. Patrzymy sobie na uśmiechniętych ludzi w garniturach i strojach z epoki i natychmiast rzuca nam się w oczy ten jeden jedyny hipster.

Podróżnik w czasie? Okazuje się, że niekoniecznie. Zdjęcie od paru lat jest przedmiotem crouwsourcingowego badania. Pojawiają się różne opcje, od zręcznego fotoszopa aż do stwierdzenia, że nasz podróżnik w czasie wcale nim nie był. Ot ubrał się inaczej niż inni i zgodnie z aktualną modą.

Okulary tego typu, były dostępne już w latach 20 XX wieku, wcale nie ma na sobie t-shirta, tylko sweter z naszytym emblematem zaś bluza wygląda podobnie do tych, którą nosili członkowie drużyny hokejowej Montreal Maroons.

I o ile wizja podróżującego w czasie hipstera jest bliska memu sercu i wolałbym, żeby to ona okazała się prawdziwa, to i druga opcja jest dla mnie fascynująca. Okazuje się, że postmodernistyczne przekonanie, że człowiek poznał granice swojej wyobraźni w myśl hasła „wszystko już było” jest prawdziwe. Nasi zbuntowani młodzi i niezależni tak naprawdę nie różnią się niczym od swoich przodków sprzed ponad 100 lat. Te same stroje, myśli i idee.

Być może nasz 100-letni proto-hipster też nie był oryginalny i wzorował się na swoim 200-letnim przodku dodając tylko do jego stylówy okulary i modną wówczas bluzę. Tego się jednak nigdy nie dowiemy. Ówczesny świat informacji w odróżnieniu do naszego był ograniczony zarówno zasięgiem, jak i czasem trwania informacji.

Co z tego wynika? Że wówczas dużo łatwiej było być oryginalnym, ale niestety mało kto o tym wiedział.

Teraz „bycie sobą” to cholernie ciężka sprawa i zbiorowy wysiłek wielu podmiotów gospodarczych. Ale wtedy…

Można było być tym jednym jedynym hipsterem. Mam nadzieję, że przy okazji podróżującym w czasie.

Reklamy

Nie hipsteryzuj

Restauracja My’o’my to jak wiadomo nieoficjalna stolica kobiecego hipsterstwa. Siedzę tam sobie grzecznie, piję Fritz Colę, ciapię mojego hamburgera z kozim serem podanego na bajglu i podsłuchuję rozmowę czterech lasek. Mówią oczywiście o piątej – na spotkaniu nieobecnej – a dokładniej o tym, że jest ona, nie zgadniecie, hipsterką.

Czytaj dalej

Geekster na pobojowisku kultowości

– Ale Nadji to nie widziałeś, prawda? – pyta się mnie Rafał. Obydwaj jaramy się Wampirem: Maskaradą. Wyszukujemy książki, polecamy sobie seriale i filmy. To lata 90, królują kasety VHS, zaś zestawy najciekawszych filmów można obejrzeć tak naprawdę wyłącznie na konwentach, gdzie przywożą je pasjonaci. Mały telewizor, kilkanaście  zaspanych osób, paskudnie zjechana kopia – to musi wystarczyć, bo wiadomo, że prędko dostępu do tego filmu nie będzie.  – No wiesz, to dość wyjątkowa produkcja, bardzo ciężko ją dostać – czuję, że się przede mną chwali, że on ma, a ja nie – ale każdy, kto choć trochę jara się wampirami musi go obejrzeć. Wiesz, jest głęboki, świetnie zrobiony i daje do myślenia. Czy mogę ci pożyczyć? Nie, kolejka jest długa.

Czytaj dalej

Growi hipsterzy

Growi hipsterzy są wśród nas. Gry weszły do mainstreamu, a ten – jak powszechnie wiadomo – to źródło wszelkiego zła.

Bo gry przestały już być fajne i modnie jest na nie narzekać. W zasadzie za wszystko. Że wtórne, że głupie, że a trudne, czy też za łatwe, że fabuła nie taka i że na pewno to będzie słabe. A wszędzie macki zła rozsiewa ten cholerny marketing, który rujnuje wszystko. Ekscytować się grami już nie wypada. Trzeba narzekać.

Przykład? Ależ proszę bardzo – sprzed paru chwil.

Mamy grę Last of Us. Robi ją jedno z najlepszych studiów – Naughty Dog. Doświadczeni, z wieloma świetnymi tytułami na swoim koncie. Zwykle dostarczają. Jest się czym cieszyć? Pewnie. Bo gra wygląda przepięknie, jest nowym tytułem, a więc to oryginalny pomysł, a nie kolejna kontynuacja i porusza ciekawe tematy. A przynajmniej je tak zarysowuje. Co więc możemy o niej napisać, żeby trochę pohipsteryzować? Że jesteśmy, a jakże, zawiedzeni.

Nie chcę tu nic rozstrzygać, The Last of Us może być świetną grą, ale póki co jestem zawiedziony, że będzie kolejną produkcją rozgrywającą się już po końcu świata, a nie w jego trakcie.

//dodam tylko, że sam tekst jest bardzo fajny, czepiam się tylko tego jednego zdania//

A to nie wszystko, bo zawodzić nas może, że będą w niej zombie, że nie zobaczymy apokalipsy, że będziemy walczyć, eksplorować i uciekać. I to wszystko przed zobaczeniem tego tytułu. Powodów do narzekania jest wiele.

A wiadomo – osoba narzekająca jest o tyle bardziej cool niż ta, która po prostu poczeka, na to co pokażą twórcy, albo o zgrozo, będzie się z tych nowych produkcji cieszyć.

Dlaczego cool? Bo jest krytyczna, przeszła już wiele i z pozycji mędrca może głosić słowo o upadku i ogólnym syfie popkultury. A wiadomo – negacja jest prostsza niż kreacja. A jeżeli do tego dołożymy fakt, że pomysły są tanie i można rzucać z nimi jak z rękawa dostajemy w zasadzie internetowego supermena bez skazy.

Tu widzi błąd, tam wtórność, tu ponarzeka, ale też i spoko, ma wizje, jak to naprawić. To nic, że nie tworzył gier, że nie implementował swoich pomysłów i sprawdzał, czy to jest grywalne. „Trzeba to było zrobić tak” zawsze działa.

Mainstream jest zły. Duże gry są fatalne. Jedyny ratunek to tytuły niezależne, bo tam jest przecież prawdziwa pasja i innowacja. To nic, że większość z nich nie wygląda i nie nadaje się. Ważne, że mało kto o nich wie i są poza nawiasem. A jak już się spopularyzują, to należy się przenieść gdzie indziej. Bo to się zaraz zepsuje i tak fajnie, jak wtedy gdy grało w to 10 osób już nigdy nie będzie.

I tylko trochę mi smutno, że taki ton zaczyna dominować w mediach. Wśród ludzi, którzy powinni cieszyć się graniem i grami, a nie na siłę pokazywać swoje nimi rozczarowanie. Bo skoro jest tak źle, to może warto zająć się czymś innym? Albo pisać o wspaniałym świecie indie do garstki fanów, nie zajmując się tym znienawidzonym mainstreamem.

Mainstreamem, gdzie mamy przemyślaną konstrukcję, grafikę i wciągającą historię. Mainstreamem, w którym poza mechaniką rozgrywki dochodzą też emocje i żądza przeżywania nie polegająca na mechanicznym masterowaniu kolejnych poziomów i zagadek związanych z budową poziomów, ale na emocjach związanych z przeżywaną przygodą.

Bo to właśnie mój świat – opowieści, przygód i emocji. Świat, którego domeną są dopracowane i ładne produkcje. Świat gier, w które mogę grać sam, a nie umawiać się z innymi i być od nich zależny. Świat kupowania produktu, a nie wiecznie trwającej usługi, gdzie sztab behawiorystów knuje, jak mnie już z niej nie wypuścić.

I pewnie stąd moja niechęć do tego całego hipsteryzowania.

PS I tak, pisałem wcześniej, że chcę pożyczać, nie posiadać i że odchodzimy od produktu do usługi. I dalej to podtrzymuję, pod warunkiem, że pożyczę sobie na 2 dni Batmana, czy MW3, a nie utknę na 5 lat w World of Warcraft czy League of Legends.