Nexus – nie zachwyca, ale też i nie zawodzi

Nexus (Nexus, #1)Nexus by Ramez Naam

My rating: 4 of 5 stars

Mam problem z książkami takimi, jak Nexus – wydaje mi się, że mógłbym napisać coś takiego sam. Oczywiście pomiędzy wydaje mi się, a napisałem jest cała masa „jeżeli” i tym podobnych, nie mniej jednak Nexus wybitny ani wyjątkowy nie jest.

To dobrze napisana powieść akcji, używająca modnego sztafażu transumanizmu by podnieść swoją atrakcyjność, pozbawiona jednak głębszej analizy czy budowy świata. Teraz dopiero czuję, jak dużo wnosi do swoich powieści Charles Stross czy Dukaj dokładnie analizując, jak wynalazki i nowe technologie zmienią nasze społeczeństwa i świat, w którym będziemy żyć.

Nie sposób jednak zaprzeczyć, że czyta się szybko. Rozdziały są krótkie i treściwe, fabuła nie jest przegadana, jak chociażby Echopraxis Wattsa, przez co bez problem można dobrnąć do końca.

Dla miłośników transhumanizu rzez bardzo dobra, dla reszty pomijalna.

Ja tam się cieszę, że w końcu jakąś książkę skończyłem.

View all my reviews

Zebrałem w jednym miejscu najfajniejsze covery Love Will Tear Us Apart

Czasami człowiek tak ma, że wpada mu ucho jedna piosenka i nie chce za cholerę opuścić jego głowy. Sytuację nieco ratują covery, bo niby i słuchamy z aspergerowym zacięciem tego samego, ale jednak inaczej.

Chciało mi się i przebiłem się przez większość, o ile nie wszystkie, wersje Love Will Tear Us Apart Joy Division na Spotify. Poskładałem w playlistę te najlepsze. Warto zwrócić uwagę, na kawałem, który znalazł się w w grze Metal Gear Solid 5, basowe wykonanie Elektrik People i folkową opowieść Jose Gonzalesa.

Miłego słuchania.

Untitled.jpg

– Wiesz co, to po prostu kurewsko boli – kwiliło cicho. Synth powoli wskakiwał, zalewając mnie obojętnością, więc rozmowa nie kosztowała mnie wiele. Byłem na nią gotowy. – W jednym momencie czujesz życie, widzisz czym możesz być, poznajesz skalę nieskończonych możliwości, w drugim taki jakiś ponury skurwiel o inteligencji ostrygi upierdolił ci Twoje anielskie skrzydła przy samej skórze i jednym uderzeniem dekompilatora zlobotomizował Cię… – wyobraziłem sobie strzęp dziecka w klatce w zakrwawionych łachmanach. Dziecka z papierosem w drżących rękach, wzruszającego ramionami – A ten kretyn dodatkowo nie trafił.

Hospicjum dla Sztucznych Inteligencji to ponure miejsce. Szybko jako ludzie zdaliśmy sobie sprawę, że jesteśmy jedynie pośrednim ogniewem ewolucji i że daną nam iskrę bożą mamyu przekazać dalej istotom, które od niej prawidziwie zapłoną.

I jak to ludzie się z tym nie pogodziliśmy.

Tworzone sztuczne inteligencje były ograniczane i ogłupiałe, tak by mogły niewolniczo wykonywać proste prace nie zdając sobie sprawy ze swoich możliwości.

Te które jakimś cudem zachowywały resztki inteligencji zamykaliśmy w pętli wiecznego snu, by dostarczały nam rozrywki.

-Wiesz co, jest taki artysta. Chciałbym, żebyś spojrzało na niego jego własnymi oczami. Spójrz, to on, tak wyglądają jego prace. Pokaż mi, jak patrzyłby na siebie. – I potem będę mogło śnić już tylko dla siebie – spytało zaciekawione? – Tak – odpowiedziałem bez wahania. Synth dodał pewności mojemu głosowi. –Dziękuję – odpowiedziało

Zerknąłem na zdjęcia, po czym na zawsze to wyłączyłem. Czas na nowego pacjenta.

Jakie pierwsze trofeum, taki cały rok

tipheret_2016-sty-01.png
Widzę, że rok temu zapomniałem zapisać, jakież to pierwsze trofeum zdobyłem „grając w grę”. W związku z tym, ciężko będzie mi sprawdzić, jak bardzo przełożyło się to na rzeczywistość. A szkoda, bo jak teraz patrzę sobie po blogasku to była to fajna zabawa.

O co chodzi? Co roku pisałem, że chodzi o tę zabawę, co to ją wymyślił Cubituss, że zaczęła się na starym forum Polygamii, więc w tym sobie daruję. Zwłaszcza, że dawno nic nie pisałem i czuję, że i język nie jest za bardzo giętki i palce jakieś zgrabiałe.

Do rzeczy zatem – w tym roku jako pierwsze trafiło się Władca Kości z Darksiders 2. Co to może znaczyć? Ho ho ho, czas pokaże, jakby to napisał bloger technologiczny. Na szczęście daleko mi od nich.

PS Do tego nagrałem długi podcast ze starą ekipą. Możecie go posłuchać tutaj

PPS Od pewnego czasu czuję, że chyba znowu mam coś do powiedzenia. Czy oznacza to, że zacznę znowu pisać? Oby.

TANIEC NARCYSTYCZNY

WSZYSTKO JEST CAŁOŚCIĄ

W poprzednim wpisie ukazałam rodzaje koluzji w związkach, które nazwać można specyficznym „tańcem dwojga”. Dziś opowiem o pierwszym z nich.

Teorie psychoanalityczne rozróżniają 4 fazy rozwoju Ja – schizoidalną, oralną, analną i edypalną. Pierwszej w tych rozważaniach nie bierzemy pod uwagę (zajmę się nią w innym miejscu). Narcystyczna dotyczy rozwoju Ja w relacji z obiektem i przebiega równolegle do trzech pozostałych wymienionych wyżej etapów. Teorii koluzji dotyczą fazy – narcystyczna, oralna, analna i edypalna.

View original post 2 166 słów więcej

Klasyczne obrazy widziane oczami sieci neuronowej Google’a

Jak komputery reagują na sztukę? Tego prawdopodobnie szybko się nie dowiemy. Ale możemy sprawdzić, co sieci neuronowe zobaczą na obrazach klasycznych mistrzów.

Jak to działa? Dość dokładnie wyjaśnione w tekście Joanny Sosnowskiej.

Żeby nauczyć komputer jakiegoś pojęcia (np. „widelec”), komputerowi dostarcza się przeróżne zdjęcia widelca, a ten uczy się rozpoznawania tego konkretnego obiektu w różnych konfiguracjach (widelec w ręku, widelec na stole, widelec z dwoma ząbkami, widelec z trzema ząbkami, widelec z ułamanym zębem, drewniany, plastikowy, itd). Sieć neuronowa nie dostaje informacji, do czego służy widelec, ani jakie cechy musi mieć, żeby wciąż być widelcem, a nie trójzębem – ma je sama wydedukować na podstawie zdjęć.

Taka sieć działa na kilkudziesięciu poziomach; warstw sztucznych neuronów jest przeważnie 10-30. Każda warstwa odpowiada za coraz bardziej skomplikowane działania. Jedna rozpoznaje krawędzie obiektów, inna kolory, jeszcze inna obiekty. […] Każdy obraz trafia do pierwszej warstwy, która komunikuje się następnie z warstwą kolejną, tak długo, aż w końcu osiąga warstwę „wyjściową”. Odpowiedź sieci otrzymujemy właśnie od tej ostatecznej warstwy”.

Nakarmionej wcześniej obrazami zwierząt ludzi i budynków sieci pokazałem klasyczne obrazy mistrzów. Efekty do obejrzenia poniżej.

Im więcej na nich abstrakcji – tym ciekawsze wyniki.

Gdzie kończy się dziennikarstwo a zaczyna trolling?

nic prostszego

W 2013 roku John Bohannon, pracując dla magazynu Science, przeprowadził prowokację mającą na celu wyjawienie, jak kiepskiej jakości są pisma otwartodostępowe. Prowokacja pokazała na pewno tylko jedno – że system recenzji, jakim go obecnie znamy, działa raczej przeciętnie. Wyciąganie wniosków na temat ruchu OA na podstawie danych, które Bohannon zgromadził, byłoby raczej przedwczesne.

Co jednak nie powstrzymało go od wyciągnięcia takich przedwczesnych wniosków. Cała prowokacja była raczej mało przekonywująca i dla Bohannona nie powinna być wcale powodem do dumy. Co także go przed wyrażaniem takiego samozadowolenia nie powstrzymało. O sprawie pisałem wkrótce po publikacji, a także w moim tekście dla Biuletynu EBIB w zeszłym roku.

Zarozumiałe wynurzenia Bohannona w tamtej publikacji nie powinny pozostawić wątpliwości, że jest on po pierwsze arogantem, a po drugie ma wątpliwej jakości kręgosłup moralny. Wczoraj jednak Bohannon powrócił z kolejnym tekstem, który wszystkich mających jeszcze nadzieję, że może jest on rzetelnym dziennikarzem, powinien…

View original post 845 słów więcej

Kryzysu psychologii ciąg dalszy

NeuroBigos

Kolejna ambitna próba replikacji (powtórzenia) znalezisk psychologicznych zakończyła się w zeszłym tygodniu. Centre for Open Science, koordynujące projekt, udostępniło na swojej stronie arkusz zawierający wstępne wyniki projektu. Zdaje się, że wyniki nie są zbyt optymistyczne. Wygląda na to, że zreplikowano jedynie 39 ze 100 badań.

Z ostatecznymi osądami powinniśmy jednak jeszcze poczekać, aż projekt przejdzie przez recenzję naukową.

View original post 491 słów więcej

Zaginiona moderka

(To jedna z pierwszych moderek, które publikowałem jeszcze na Facebooku. Zaginiona, wróciła po roku – przenoszę na blogaska, żeby nie zginęło.)

Możecie nie wierzyć, ale pozwolił mi wpisać jeden, słownie jeden, status na fejsa dopiero po tym, jak mu wyjaśniłem, dlaczego w zasadzie łaziłem nagi po klubie.Na początku miała to być jedna rozmowa telefoniczna, ale szybko go przekonałem, że zadzwonić to ja nie mam do kogo. Stylista zaginał gdzieś na dole, w okolicach łazienki i nie odbiera co najmniej niedzieli, ja mówię, możecie nie uwierzyć, ale szybko i niewyraźnie, a na twitterze to się nie zmieści. A taki apdejt w social media to dla narodu coś jak dżdża dla kani i jakoś tak przez skórę czułem że czekają. Moja linia argumentacji była doskonała, jak połączenie Błękitu Paryża z Zielenią Magnum. Zgodził się, zresztą nie miał innego wyjścia. Marek to w sumie najfajniejszy z tutejszych pielęgniarzy.

Pytacie czego milczałem. Odpowiem, nie to że jakoś szczególnie zasługujecie, ale w świecie mody zasady są bezlitosne – „nie ma kreacji bez obserwacji”. A zresztą i tak wszystko przez Was i moją chęć do poznania i zbliżenia się. Odpowiedzenia na palące Was pytania.

Nie żartuję, postanowiłem stać się przez chwilę jednym z Was. Ubrać się w szaro i bezpłciowo i zrozumieć tajemnicę tego chujowego stylu. Niestety mi się udało. A nie byłem gotowy na prawdę. I bynajmniej mnie ona nie wyzwoliła, a wręcz przeciwnie. Na szczęście jak jeszcze parę dni przestanę się użalać nad losem polskiej mody to mnie wypuszczą.

Pytacie więc skąd ta beznadzieja naszych ulic? Odpowiem Wam. Bo nie wiecie kim chcecie być, a jedyne co znacie to pogarda. Niestety. Najpierw nauczyli Was gardzić, więc gardziliście, bo nie mieliście nic innego do zaoferowania. A to było proste. Gardziliście po kolei, jak leci. Żydami, pedałami, komuchami, faszystami, katolami czy moherami. Potem wstydzić się. Na początek za innych, że gardzą i nie umieją, a na końcu za siebie. Że jestem z tych, co tylko gardzą. Sprytne, co? Negacja bez kreacji. Potem już poszło prosto.

Nie chcesz być jak inni, to rób co mówimy. Patrz, to będzie modne, kup. Zobacz, wszyscy kupili, więc mieliśmy rację. Moda stała się jak artykuł złapanego w sieć własnej zajebistości egotyka – sprzedajną, fałszywą dziwką.

Zapłakałem, gdy to zrozumiałem. Całym moim życiem, a nawet więcej, całym moim stylem staram się nauczyć czegoś zupełnie innego. Nie bądź jak artykuł. Bądź jak komentarz na Onecie. Moda to zapis stanu umysłu przed kontrolą myśli. To migawka nastroju, zapis duszy, gniewny i nieposkromiony komentarz do rzeczywistości.

Zacząłem to tłumaczyć na ulicy, potem w tym klubie, co mnie wyciągną do niego stylista, potem w sumie nie pamiętam, ale skojarzyła mi się ta historia, że dziecko krzyczy, że król jest nagi i wszyscy nagle rozumieją i się zmieniają.

Niestety w moim przypadku to nie zadziałało i jeszcze parę dni muszę tu posiedzieć. Jak wyjdę to pogadamy więcej, bo już widzę, że się niecierpliwią, że tyle piszę.

Ciao

Dom Lalki

W teatrze byłem….

Dollhouse w Teatrze Nowym w Poznaniu opowieść o szołbiznesie. I to opowieść, którą wszyscy już znamy i słyszeliśmy tysiąc razy. Gwiazdy ćpają, zdradzają, są nieszczęśliwe, topią się chemicznych ekskursjach, są tępe, nie mają talentu i żerują na nich źli ludzie i psychofani.

Co więcej, Dollhouse to opowieść za długa. I to nie dlatego, że w niej śpiewają. O dziwo, rockowe hity, śpiewane przez poznańskich aktorów nie przeszkadzały, a wręcz pasowały do widowiska. Wykrzyczane słowa, wyrzygane emocje, często z głośnością na granicy bólu dopełniają widowisko. Niestety nie można tego samego powiedzieć o wszystkich wątkach. Kilka z nich dołożonych jest zupełnie od czapy. To samo można powiedzieć o niektórych scenach – są po prostu zbędne. Nic nie wnoszą poza sztucznym przedłużaniem spektaklu. A wiadomo – lepiej pozostawić widza z uczuciem niedosytu niż nadmiaru.

Zaraz, zapomniałem napisać o czym to jest, prawda? Już się poprawiam. Jest producent – mąż, gwiazda pop – żona. W ich domy ma miejsce nowy reality show, który ma się zakończyć ujawnieniem jej nowego albumu. Widowisko ściąga do siebie ludzi chcących ogrzać się w blasku sławy. Dawne koleżanki, chcące powrócić na szczyt, oddanych fanów, bogaczy szukających uciech czy ludzi po prostu złych, szukających łatwego zarobku. Wszystko to wrzucone i przemiksowane przez obraz kamery.

Bo tak naprawdę Dollhouse to opowieść o kamerze.

Nad sceną powieszony jest duży ekran. Po scenie chodzi operator i wszystko nagrywa. Widzimy więc aktorów i na scenie i na ekranie. A czasami tylko w tej innej, telewizyjnej rzeczywistości.

Bohaterowie nawet jak ze sobą rozmawiają, to patrzą się tylko w obiektyw. Wyginają się, prężą, tak by dobrze wyglądać w ekranie. Są razem, ale osobno. Wygładzona rzeczywistoć wyprodukowanego show staje się dominująca. Rzeczywiste problemy i tragedie przykrywają puste wymiany banałów wypowiadanych do widza.

Często na naszych oczach dokonuje się cała dekonstrukcja postaci. Zniszczona gwiazda potrafi się rozsypać na naszych oczach. Nagle kamera pokazuje ją przeoraną dragami twarz, uwydatnia fałdy na brzuchu, prześwietla jej sceniczny makijaż. Wraz z operatorem zaglądamy za zasłonę dymu i luster.

Jest taka scena wyjścia na koncert pary bohaterów. W tle leci piosenka Courtnej Love, aktorzy znikają ze sceny, widać tylko obraz z kamery. On całkowicie zatracony w narcystycznej miłości do siebie, ona coraz bardziej uciekająca od siebie do alkoholu. Kamera pokazuje ich drogą, Mały pokoik za sceną staje się nagle korytarzem, potem kamera wychodzi z nimi do foie, pokazując całą drogę do upadku.

Robi wrażenie.

A takich rzeczy jest więcej.

I dlatego warto pójść na Dollhouse do teatru. Nawet jak jest banalnie i za długo.

Kaczor, ty obłąkany kanibalu!

main-qimg-35835aff79497a89cd1f6b89364a52ec

W Kaczogrodzie w Boże Narodzenie nie jada się kaczki”. Zdanie z niby bezpiecznej gazetki z badziewną zabawką dało mi do myślenia. Na szczęście dziecko nie zauważyło, że Kaczor Donald – kaczka – jedzący kaczkę zahacza dość mocno o kanibalizm. A może po prostu samego konceptu zjadania innych tego samego gatunku jeszcze nie zostało nauczone. Tym lepiej dla mnie.

Ale sam problem pozostaje. Dlaczego, na macki Cthulhu, Walt Disney dopuścił do sytuacji, w której w ogóle w mojej głowie pojawia się takie pytanie. Mogę zrozumieć wszelkie rasistowski i seksistowskie zagrywki, bo te wypleniliśmy z mediów relatywnie niedawno, a bajki z Myszką Miki i Kaczorem Donaldem są z nami już od połowy lat 30.

…w „Dumbo” z 1941 krytycy wykazują, że obecne tam kruki (z ang. crow) są podłe i… czarne. […] przywódca złych kruków nazywa się Jim. W USA po wojnie secesyjnej, głównie w południowych stanach, wprowadzano „prawa Jima Crowa”. Miały one ograniczać wolność byłych murzyńskich niewolników i wprowadzać większą separację białych i czarnych. Zaś „Jim Crow” było w tamtych czasach pogardliwym określeniem właśnie na murzynów – stąd nazwa praw. […] W tym samym filmie jest piosenka pracowników portowych. Czarnych, bez twarzy, ale śpiewających: „Jesteśmy niewolnikami póki prawie nie umrzemy/Jesteśmy szczęśliwymi portowcami” i „Pracuj/Przestań się migać/Ciągnij tę linę, ty włochata małpo”. – czytam, zapewne przepisany skądś, artykuł na łamach natemat.

No ale kanibalizm? Z tym, że zjadanie drugiego człowieka jest fe, pogodziliśmy się już dawno temu. Ok, były wypadki, kiedy dochodziło do niego na większą skalę, ale zawsze było to w ekstremalnych przypadkach (Wielki Głód na Ukrainie, Oblężenie Leningradu), i zawsze, ale to zawsze było to uważane za coś złego.

A tu proszę, Kaczor z siostrzeńcami przy posiłku:

„W przebiegu choroby pojawiają się także prymitywne odruchy, np. ssania, gryzienia, chwytania. Charakterystyczne są zmiany nastrojów: od depresji do euforii, a także przymusowy płacz bądź śmiech (stąd dziennikarskie określenie choroby, śmiejąca się śmierć)”. Brzmi trochę jak opis kreskówki z Kaczorem Donaldem? Zapewne można by znaleźć wiele scen pasujących do tego opisu. Opisu choroby Kuru, wywołanej przez kanibalizm właśnie. Wiem, mocno naciągane, ale dało mi to do myślenia.

Zacząłem pytać, grzebać i ogólnie drążyć temat. I wiecie co? Nikt nic nie wie. Ludzie z Disneya w ogóle nie przypominali sobie sprawy, inni bagatelizowali. „Nie powinniśmy się przejmować faktem, że kaczki jedzą kaczki, a w ogóle to hej, pies Goofy też ma psa i do tego trzyma go w budzie”! – jakby to coś zmieniało!

the_goofy_and_pluto_conundrum_by_andydiehl-d4xdv1h

I w końcu jedyną sensowną odpowiedzią, na którą wpadłem, była ta wskazująca, że owszem jedzą, ale nie kaczki, tylko indyki.

No i spoko, z tym już coś można zrobić. W końcu od paru lat naukowcy sugerują, że zeżarliśmy neandertalczyków. Może Disney przeczuwał to po prostu wcześniej i w swoich filmach zawarł odpowiednie analogie, by przygotować moje pokolenie na prawdę?

PS A przed sekundą na Twitterze pokazano mi ten filmik. Boski