Nexus – nie zachwyca, ale też i nie zawodzi

Nexus (Nexus, #1)Nexus by Ramez Naam

My rating: 4 of 5 stars

Mam problem z książkami takimi, jak Nexus – wydaje mi się, że mógłbym napisać coś takiego sam. Oczywiście pomiędzy wydaje mi się, a napisałem jest cała masa „jeżeli” i tym podobnych, nie mniej jednak Nexus wybitny ani wyjątkowy nie jest.

To dobrze napisana powieść akcji, używająca modnego sztafażu transumanizmu by podnieść swoją atrakcyjność, pozbawiona jednak głębszej analizy czy budowy świata. Teraz dopiero czuję, jak dużo wnosi do swoich powieści Charles Stross czy Dukaj dokładnie analizując, jak wynalazki i nowe technologie zmienią nasze społeczeństwa i świat, w którym będziemy żyć.

Nie sposób jednak zaprzeczyć, że czyta się szybko. Rozdziały są krótkie i treściwe, fabuła nie jest przegadana, jak chociażby Echopraxis Wattsa, przez co bez problem można dobrnąć do końca.

Dla miłośników transhumanizu rzez bardzo dobra, dla reszty pomijalna.

Ja tam się cieszę, że w końcu jakąś książkę skończyłem.

View all my reviews

Reklamy

Dom Lalki

W teatrze byłem….

Dollhouse w Teatrze Nowym w Poznaniu opowieść o szołbiznesie. I to opowieść, którą wszyscy już znamy i słyszeliśmy tysiąc razy. Gwiazdy ćpają, zdradzają, są nieszczęśliwe, topią się chemicznych ekskursjach, są tępe, nie mają talentu i żerują na nich źli ludzie i psychofani.

Co więcej, Dollhouse to opowieść za długa. I to nie dlatego, że w niej śpiewają. O dziwo, rockowe hity, śpiewane przez poznańskich aktorów nie przeszkadzały, a wręcz pasowały do widowiska. Wykrzyczane słowa, wyrzygane emocje, często z głośnością na granicy bólu dopełniają widowisko. Niestety nie można tego samego powiedzieć o wszystkich wątkach. Kilka z nich dołożonych jest zupełnie od czapy. To samo można powiedzieć o niektórych scenach – są po prostu zbędne. Nic nie wnoszą poza sztucznym przedłużaniem spektaklu. A wiadomo – lepiej pozostawić widza z uczuciem niedosytu niż nadmiaru.

Zaraz, zapomniałem napisać o czym to jest, prawda? Już się poprawiam. Jest producent – mąż, gwiazda pop – żona. W ich domy ma miejsce nowy reality show, który ma się zakończyć ujawnieniem jej nowego albumu. Widowisko ściąga do siebie ludzi chcących ogrzać się w blasku sławy. Dawne koleżanki, chcące powrócić na szczyt, oddanych fanów, bogaczy szukających uciech czy ludzi po prostu złych, szukających łatwego zarobku. Wszystko to wrzucone i przemiksowane przez obraz kamery.

Bo tak naprawdę Dollhouse to opowieść o kamerze.

Nad sceną powieszony jest duży ekran. Po scenie chodzi operator i wszystko nagrywa. Widzimy więc aktorów i na scenie i na ekranie. A czasami tylko w tej innej, telewizyjnej rzeczywistości.

Bohaterowie nawet jak ze sobą rozmawiają, to patrzą się tylko w obiektyw. Wyginają się, prężą, tak by dobrze wyglądać w ekranie. Są razem, ale osobno. Wygładzona rzeczywistoć wyprodukowanego show staje się dominująca. Rzeczywiste problemy i tragedie przykrywają puste wymiany banałów wypowiadanych do widza.

Często na naszych oczach dokonuje się cała dekonstrukcja postaci. Zniszczona gwiazda potrafi się rozsypać na naszych oczach. Nagle kamera pokazuje ją przeoraną dragami twarz, uwydatnia fałdy na brzuchu, prześwietla jej sceniczny makijaż. Wraz z operatorem zaglądamy za zasłonę dymu i luster.

Jest taka scena wyjścia na koncert pary bohaterów. W tle leci piosenka Courtnej Love, aktorzy znikają ze sceny, widać tylko obraz z kamery. On całkowicie zatracony w narcystycznej miłości do siebie, ona coraz bardziej uciekająca od siebie do alkoholu. Kamera pokazuje ich drogą, Mały pokoik za sceną staje się nagle korytarzem, potem kamera wychodzi z nimi do foie, pokazując całą drogę do upadku.

Robi wrażenie.

A takich rzeczy jest więcej.

I dlatego warto pójść na Dollhouse do teatru. Nawet jak jest banalnie i za długo.

Nie minęło wcale tak dużo czasu, a zmieniło się wszystko [Halt and Catch Fire]

halt-and-catch-fire-season-1-2014-poster-2

Jest wiele seriali o których warto opowiadać. Serio. Oglądam ich masę, pewnie nawet za dużo, ale żeby tak mi się chciało siąść i napisać to mi się za często nie zdarza.

Halt and Catch Fire to serial o początkach PC-tów. Jest tam i IBM, jest Microsoft, jest i Apple. Ale cała opowieść mówi o kimś innym. O firmie Cardiff Electric zapewne nie słyszeliście. I dobrze, bo nie istniała. To fikcyjna korporacja wymyślona na potrzeby serialu.

Co jest w niej wyjątkowego? To jej pracownicy wpadają na pomysł by zrobić pierwszego laptopa. Przenośny komputer mocniejszy, lżejszy i tańszy od innych. Zadanie nie do wykonania, które staje się możliwe.

W serialu fascynujących jest kilka rzeczy. Przede wszystkim pokazuje mi czasy, w których już żyłem jako zamierzchłą przeszłość. Epoka piksela łupanego… A nawet nie, komu wtedy były piksele w głowie – epokę ASCIIolitu, gdzie tryb tekstowy rozpalał wyobraźnię i pozwalał spokojnie na oglądanie gołych bab przemycanych na dyskietkach. Ściąganych z BBS-ów.

A ja to pamiętam. I MS-DOS 3.30, i te dyskietki 5.25 calowe o pojemności 360KB i 640KB pamięci operacyjnej. Pamiętam karty grafiki Hercules posiadającej tylko tryb tekstowy i pierwsze reklamy komputerów w gazetach. Tych 8 bitówych też. Grałem w Empire, pisałem w ChiWriterze, używałem Xtree, wiedziałem czym różni się EMS od XMS-a i że w autoexec.bat powinno być dos=high,umb oraz dlaczego. To ostatnie oczywiście przyszło potem, po XT, wraz z 386.

Nagle czasy mojej wczesnej młodości stały się jakimś zamierzchłym okresem, w którym żeby się z kimś skontaktować, trzeba było zadzwonić telefonem. I to stacjonarnym. Jak zwierzęta.

Pal sześć modę, ta wróciła, wraca, albo zaraz wróci. Muzyka i kino też zatoczy koło. Ale technologia? Ta poleciała do przodu nie oglądając się za siebie zmieniając ze sobą wszystko.

A nie minęło wcale tak dużo czasu.

Siedzę więc i oglądam zafascynowany. Bo nie dość, że mam wycieczkę do swojej młodości z całą warstwą kulturową, żartami z kobiet i świetną ścieżką dźwiękową to jeszcze widzę coś, co znam bardzo dobrze.

Co znaczy spalać się dla projektu, poświęcać mu wszystko i spalać na jego ołtarzu – relacje, życie czy zdrowie. Rzygać ze zmęczenia i wracać do pracy, bo warto. Jak ten program bojowy CIA, który zatrzymywał dysk, przez co głowica uderzała w kółko w jedno miejsce, co miało go zniszczyć. Halt and Catch Fire.

Nie, nie stworzyłem laptopa. Ale czuję jakąś jedność z tymi ludźmi. Łudzę się, że wiem, jak to jest, co czują.

A na pewno znam to uczucie, kiedy się swój projekt traci.

I pewnie dlatego tak mi się ten serial podoba.

To chyba jest problem, że na całym TEDxWarsaw warto było wysłuchać tylko 2,5 wystąpienia?

A post shared by Piotr Gnyp (@toread) on

Dwa i pół? To i tak niezły wynik, jak na TED-a – klaruje mi w rozmowie Błażej. Nie mogę się nadziwić. Zawsze miałem w głowie wrażenie, że TED to taka orgia idei, która zapłodni mi mózg. Po wizycie na TEDxWarsaw wiem, że zmarnowałem dzień. Lepiej było zostać w domu i oglądać to wszystko w internecie.

Co to jest TED chyba wiecie. Jeżeli nie, to już mówię w telegraficznym skrócie – każdy mówca ma maksymalnie 18 minut na wystąpienie. Prelegent ma za zadanie dzielenie się nowymi pomysłami i ideami. Takimi, które warto szerzyć. Tematyka? Kiedyś głównie technologia, teraz w zasadzie wszystko. Po pierwsze dlatego, że technika jest wszędzie, po drugie dlatego, że w końcu w kulturze też jest mnóstwo nowych trendów.

TEDx od TEDa różni się tym, że organizowany jest niezależnie, ale na licencji. Warszawskiej edycji stuknęło właśnie 5 lat. Wcześniej, mimo iż zawsze chciałem, coś zwykle stawało mi na drodze. Wyjazdy, spotkania czy też po prostu zwykła proza życia. I zawsze żałowałem.

Teraz już wiem, że niesłusznie.

Dlaczego? Dlatego, że na w świecie wystąpień o pomysłach i ideach, które warto szerzyć jest strasznie mało tych idei. W Warszawskim Multikinie spędziłem cały boży dzień. Wysłuchałem mnóstwa wystąpień i nie wiem o czym one były.

Jakiś koleś wziął i się oświadczył, super, fajnie gratulacje – ale co mam z tego wynieść? Jakaś artystka rodem z Polski opowiadała jak to nie pasowała do innych, więc wyjechała. Teraz szyje ubrania z włóczki, by wszyscy wyglądali tak samo. A do tego jest wdzięczna, że jej sponsorka i źródło darmowego materiału nie zginęło w wypadku samolotowym. Ktoś opowiedział mi bajkę. Bardzo ładną, ale wyniosłem z niej tylko, że płacili jej 20 dolarów za godzinę. Był też odpowiednik Paolo Coehlo, który deklamował coś bez sensu do zdjęć, bo wydał album…

Gdyby nie Maria Mach i jej wykład o odmiennym spojrzeniu na wychowanie na TEDxWarsaw nie byłoby prawdopodobnie nic wartego uwagi. Ot, wystąpienia jakich dużo, odstające w dość drastyczny sposób od tych, które możemy zobaczyć na stronach TEDa.

Porównajcie sobie polską edycją chociażby z tym wystąpieniem. Przepaść.

Serio, czy naprawdę nie mamy o czym mówić? A może to ja jestem już zmanierowany i zbyt wybredny i nie doceniam opowieści o życiu i braku szacunku dla kierowcy ciężarówki, zwłaszcza, jeżeli jest kobietą? Owszem, zanotowałem parę ciekawych statystyk – o tym, że wzrosła ilość samobójstw wśród kobiet weterynarzy o 11% czy też faktów takich jak jeże i ich nie jedzenie noszonych jabłek, z którymi zwykle są portretowane. Przyznam też, że wypowiedzi jednej z prelegentek dały mi do myślenia i pewnie powstanie na ich temat notka. Ale nie dlatego, że ona coś powiedziała. Wręcz przeciwnie – przez to, że sama nie zastanowiła się, skąd to różnica w traktowaniu starszych. A przecież pewnie zmieniło się wraz z przyspieszeniem rozwoju technologicznego i brakiem zastosowania dla mądrości starców, którzy za współczesnym światem po prostu nie nadążają. No ale to ja sobie pomyślałem, a nie ona powiedziała.

Jeżeli 2,5 wartościowego wystąpienia na cały dzień TED-a to standard, to mamy duży problem. W tak ciekawych czasach idei i pomysłów powinno być dużo więcej. Nie wierzę, że nie ma o czym mówić. Jesteśmy na granicy rewolucji transhumanistycznej, żyjemy w świecie z filmów science-fiction, jesteśmy nauczeni dzielenia się myślami, zdjęciami… no wszystkim.

Może te TED-y są za często? Albo jest ich za dużo? Może warto zwolnić i zrobić większą selekcję, tak by pójście tam miało jakiś inny, poza networkingiem, sens.

Póki co, to szczerze mówiąc, żałuję, że nie zostałem w domu i nie oglądałem tego na streamingu. Więcej bym zrobił i nie miał poczucia zmarnowanego czasu. I chyba też sam mógł zaproponować ciekawszych mówców niż ci wybrani. Chociażby chłopaki z Pana Generatora mogliby tam opowiedzieć naprawdę ciekawie o połączeniu sztuki i technologii. Ich idee są świeże, odważne. I co najważniejsze – umieją występować.

Póki co lepiej chyba pooglądać archiwalne materiały na stronach eventu. W Polskiej edycji jak dla mnie jest za mało cukru w cukrze.

PS Jak ktoś z Was był na innych edycjach, to pliz dajcie znać, czy macie podobne zdanie i czy może ja po prostu trafiłem na złą edycję.

Słowiańskie dziwy

mmYlUiS4BU_7

Z tą Balladyną jest trochę jak z kinem porno. Człowiek się trochę naogląda tych produkcji z fabułą i zaczyna się zastanawiać czy to na pewno o seks tam chodzi.

Świat przedstawiony w tych krótkich, ale jakże dosadnych klipach pokazuje bowiem świat, jakiego nie znamy. Nie chodzi tu o to, ze wszyscy zaraz będą szaleńczo kopulować ze sobą, nie chodzi o piękne niezbyt niedostępne kobiety czy hojnie obdarzonych przez naturę mężczyzn mogących godzinami. Nie. Chodzi o świat pełen dobra.

Ja wiem, że dialogi to nie jest najpopularniejsza część porno. Ale warto czasem posłuchać by zobaczyć, kto tu kogo tak naprawdę. Mężczyźni odkrywają bowiem swoją baśń. Miejsce, w którym są dobrzy, prawi i wierni. Ok, zdarza im się potknąć, ale wiadomo kto tu jest winny – kobiety. Porno to takie męskie katharsis, w którym moralna i dobra postawa zostaje – inaczej niż w życiu – od razu całkiem nieźle nagrodzona.

I nie inaczej jest w Balladynie.

Zacznijmy od tego, że adaptacje Teatru Narodowego to coś niesamowitego. Zawsze mnie zaskakują, zawsze dają do myślenia i z każdej sztuki, nawet tej znanej, robią nowe przeżycie.

„Słowacki wielkim poetą był”. Serio, nie nabijam się, piszę na świeżo po obejrzeniu sztuki. Balladyna. To opowieść o miłości, zdradzie, morderstwie, ponętnych słowiankach, złych Niemcach, Popielu bez myszy, Wandzie co nie chciała i malinach. A wszystko przez kobiety.

Goplana zakochuje się w Grabcu – chłopie w gumofilcach, który z okazji korzysta, uwiedziony, jak w dobrym porno, a jakże. Pech chce, że ma też inną, z którą się spotyka. A potem jest coraz gorzej. Wraz ze wzrostem ilości kobiet (matka, dwie córki) znacząco maleje liczba dobrych i prawych mężczyzn uwikłanych w ich żądze. Giną, wyjeżdżają, znikają z pola widzenia. A wraz z nimi pojawiają się wojny, anarchia i płacz. Serio

A wszystko to w tej abstrakcyjnej scenerii. Chór słowianek opisuje nam rzeczywistość, grabiec a to ma złote gumofilce, a to jeździ na rowerze w garniturze, Gopło zrobione jest z pustych butelek. A jak wchodzi ambientowa muzyka i pojawiają się postacie z balu siedzące na złotych kanapach, to serio, David Lynch się chowa.

I okazuje się, że ten dramat namiętności, uwiązanie w źle zaczętym od zdrady i morderstwa siostry powoduje niemożność wyjścia ze zgotowanej sobie matni. To jest cały czas tak cholernie aktualne. Ludzie się w ogóle nie zmienili.

Idźcie na tę Balladynę do Narodowego. Warto.

Mroczna, mroczna recenzja

Już jakiś czas temu okazało się, że chodzenie na tak zwane wejściówki do teatru zupełnie zmienia stan rzeczy. Fakt, trzeba być dużo wcześniej, nie ma się ani gwarancji fajnego miejsca, ale też i ponad dwukrotnie niższa cena robi swoje. Człowiekowi włącza się discovery engine, bo o ile za 100zł rozważnie wybierze swoje przedstawienie, o ile te 30 można już zaryzykować – w końcu to cena jednego drinka. I tak właśnie trafiłem na W mrocznym, mrocznym domu.

Czytaj dalej

Pomysł na startup miałem, ale MS był szybszy – czyli I Love Skydrive

Lubię Worda. Serio. Wiem, że nie wykorzystuję pewnie 1/100 jego funkcji, ale jest to mój domyślny edytor tekstów. I mówię to jako makjuzer. Pages i pakiet Appla ssie. A ze Skydrivem to już w ogóle bajka.

Czytaj dalej

W binarnym piekle nie ma miejsca na sentymenty

Chyba to Sartre powiedział, że piekło to inni. I odwrotnie, T.S. Elliot oznajmił, że piekło to każdy z nas. Obaj mieli rację.

W sumie to nie pamiętam, jak trafiłem na książkę Thomasa Jeffreya – „Listy z Hadesu. Punktown”. A że pierwszą część, czyli tytułowe listy przeczytałem to i się podzielę, bo warto. Fabuła może i nie daje rady do końca, za to konstrukcja świata…

Czytaj dalej

Technologia w służbie sztuki

Dwie kamery PlayStation Eye, jedna ryba i drukarka 3D to żywa maszyna, która sama wykonuje dla nas rzeźby. W innym miejscu galerii widzimy starą komórkę połączoną z rzutnikiem. W samym kącie powieszono obrazy malowane z widm oglądających wystawę… Witajcie w świecie technologii w służbie sztuki.

Czytaj dalej