Luther – policjant po przejściach

Serial, którego każdy odcinek zaczyna się od „Paradise Circus” Massive Attack nie może być zły. Luther to zresztą kolejny po Black Mirror, Sherlocku i Dead Set brytyjska produkcja, która zasługuje na polecenie.

Czytaj dalej

Przez Czarne Zwierciadło technologii

„Jeżeli technologia jest narkotykiem – a wszystko na to wskazuje – to jakie są jej efekty uboczne?”

Sam nie wiem, kiedy obejrzałem pod rząd 3 odcinki Black Mirror. Dochodzi trzecia w nocy, a ja siedzę i myślę o prezentowanych w nich wizjach. O historiach ludzi, o mrocznych scenariuszach przyszłości, o technologiach, które zmieniają życia. Chcę więcej, a jednocześnie wiem, że dzięki małej ilości odcinków zobaczyłem coś wyjątkowego.

Czytaj dalej

Igrzyska śmierci, film skazany na sukces

//Na jednej ze stron poszła skrócona wersja mojego tekstu o Igrzyskach Śmierci. Na blogasku dam więc całość. Taki director’s cut//

Dawno temu, podczas jednej z rozmów ze znajomymi, przerzucaliśmy się pomysłami na wykręcone reality show. To było oczywiście już po premierze Truman Show, po Uciekinierze i Big Brotherze. Nasz pomysł był prosty – w jednym domu umieszczamy więźniów skazanych na śmierć, w każdym tygodniu publika głosuje, który z bohaterów zakończy swój żywot, zwycięzca zyskuje wolność.

Czytaj dalej

Biały Orzeł

Ileż to razy podczas rozmaitych imprez powstawały przegenialne plany, mające podbić świat. Satrtupy, książki, serwisy internetowe… wszystko na wyciągnięcie ręki. Świat jest ich pełen. Problem tylko w tym, że z reguły nigdy nie powstają.

Dlatego podziwiam ludzi, którym się to udaje. Ludzi, którzy obierają sobie jakiś cel, po czym konsekwentnie go realizują i osiągają co najmniej dobry wynik. Bo już sam fakt, że się udało znaczy dużo. A wbrew pozorom zrobienie po prostu dobrego produktu też jest koszmarnie trudne.

Czytaj dalej

Postcyberpunk, posthuman – Accelerando

W zasadzie nie pamiętam, dlaczego za pierwszym razem nie skończyłem tej Accelerando. To świetna ksiązka i jeżeli ktoś choć trochę jara się współczesnymi technologiami, grami i siecią to powinien ją przeczytać. O ile oczywiście jeszcze czyta.

0E7AE0A6-5C35-4718-9E77-9BF658572669.jpg

Cyberpunk się skończył. Jest za blisko do 2020, wiemy mniej więcej co się już nie wydarzy, co jest ekonomicznie bez sensu i które wynalazki opisywane przez autorów tego nurtu raczej się nie pojawią. I to nie dlatego, że nie nie damy rady ich zrobić, tylko dlatego, że jest to bez sensu – jak choćby latające samochody.

W ogóle ciekawie się teraz czyta te książki. Chyba największe zauważalne różnice to sposób pojmowania internetu i tego, w jaki sposób będzie on wyglądał. 30 lat temu zakładano, że będzie to po prostu odwzorowanie naszego świata. Pojawiały się wizje budynków, ulic, miast. Rzeczywistość była kopiowana i przenoszona do sieci.

Second Life to chyba jedyna udana i pogrzebana próba stworzenia tego rodzaju interfejsu. Środowisko, bo przecież nie gra, która miała swoje 5 minut, po których głównie pisali i mówili o nim dziennikarze mainstreamowi, próbujący zrozumieć czym w zasadzie są te gry i wirtualne światy.

Jak to wygląda teraz – wszyscy wiemy. Facebook, Twitter, mobilne aplikacje zmieniły nasze postrzeganie cyberprzestrzeni i o ile strony i aplikacje grupują pewne funkcjonalności o tyle wizja przeniesienia naszego świata do cyberprzestrzeni upadła.

Czytaj dalej

Po cholerę w tym Uncharted 3 jest aż tyle strzelania?

W końcu przeszedłem Uncharted 3. Wspaniała gra, ale nie tak dobra jak poprzedniczka.

W zasadzie z większością tez z recenzji Tomka na Polygamii muszę się zgodzić. Ale nie ze wszystkimi. Po kolei zatem.

  • Strzelanie-jest go za dużo i jest upierdliwe. Brak autoaima uprzykrza grę, a nasi przeciwnicy są na początku wyjątkowo głupi. Potem robią się nieco mądrzejsi, za to przybiega ich za dużo. Zamiast frajdy z pojedynków mamy żmudne powtarzanie lokacji, bo nagle dostaliśmy rakietą. Nawet przyjmując tłumaczenie, że Uncharted 3 to nie jest gra akcji tylko strzelanina i tak dochodzimy do złego zbalansowania gry. Czytaj dalej

Kindle jest super

Zacząłem na nowo dużo czytać. Wszystko dzięki Kindlowi.

C07EAA4C-5370-4A5F-A592-B4E9A66337E4.jpg

Nie to, żebym wcześniej unikał słowa drukowanego, po prostu podróże spędzałem albo na przeglądaniu internetu (Flipboard, instagram, fejs, twitter, www, rss), albo czytaniu magazynów. Książki zdarzały mi się, ale najczęściej nie dźwigałem ich ze sobą, bo duże, nie wiadomo kiedy się przydadzą i w ogóle zajmują miejsce w torbie.

Czytanie na iPadzie się mi jakoś nie sprawdziło. Raz, że go ze sobą nie noszę i raczej używam w domu, dwa że świecący ekran jednak po dłuższej chwili męczy. No i tablet był dla mnie po prostu za ciężki i tak sobie mi się go trzymało. To znaczy – nie wątpię, że się da, ale jakoś się to nie przyjęło. Ajfon z kolei wydawał mi się za mały do komfortowego czytania. I stąd zrodził się pomysł, że nowym gadżetem będzie e-reader. A wiadomo – Kindle zbiera tutaj najlepsze oceny.

Założenia proste – chciałem model z 3G i darmowym internetem, mały, coby się mieścił do kieszeni kurtki/płaszcza i z dotykowym ekranem, bo to trendy i się sprawdza w tabletach. Wybór padł na Kindle Touch i jestem z niego bardzo zadowolony, chociaż nie wszystko działa, tak jak myślałem, że będzie. Napiszę w punktach, bo to i bardziej internetowo i milej się czyta: Czytaj dalej

W paszczy szaleństwa

Film o książkach, w których ktoś naprawdę czyta książki? Da się. Znaczy dało, kiedyś.

Kultura obrazkowa w pełni. Każdy film o książkach, autorach, detektywach polega w zasadzie na pokazywaniu ilustracji. Polański mordujący i spłycający „Klub Dumas” „9 wrotami” cały sens bycia detektywem literackim sprowadza do znalezienia 9 różnic na obrazkach, w innych filmach jest podobnie – a jak ktoś ma kontrprzykład, to niech się podzieli. Mój przykład pochodzi sprzed 18 lat.

W Paszczy Szaleństwa Johna Carpentera to w ogóle ciekawy film, jeżeli ktoś lubi horrory. Udaje mu się połączyć parę rzeczy, na których zwykle kino grozy się wykłada – na przykład mitologię Cthuhu i twórczość Howarda Lovecrafta. Film miał swoją premierę w 94 roku i w zasadzie aż do 2011 roku, gdy pojawił się Szepczący w ciemnościach, nie widziałem lepszej ekranizacji, czy też filmu inspirowanego książkami i opowiadaniami HPL.

A mamy tu wszystko, co w dobrym cthulhowym filmie powinno się znaleźć – retrospekcję kolesia, który jest na skraju obłędu/samobójstwa, stopniowe pogrążanie się w szaleństwie, mackowate stwory (które trochę za bardzo są pokazywane), dziwne książki, starszych bogów, inne wymiary i zaburzoną rzeczywistość. Ok, może teraz efekty specjalne nie robią już takiego wrażenia, zaś parę patentów z filmu widzieliśmy już i w innych produkcjach, ale nie zmienia to faktu, że W paszczy szaleństwa robiło to wyśmienicie te kilkanaście lat temu.

No ale to przecież nie wszystko. Mamy jeszcze pisarza-boga kreującego rzeczywistość, zapisując ją na kartach książki z kultowym zdaniem „myślę, więc jesteś” (trochę podobny motyw pojawia się w Przypadku Hardolda Cricka). Mamy też zaburzenia rzeczywistości i jej niestabilność. Wiara w fikcję, jest w stanie ją urealnić nadać jej kształt. A to zadanie twórcy, który swoim tekstem kształtuje świat za pomocą wyobraźni i wiary czytelników. Mniam.

W epoce dominacji obrazu i krótkiego przekazu miło wrócić do czasów, gdy treść miała aż takie znaczenie. Ostatnio jedyną książką, której to się udało był Harry Potter. Poza nią nie ma już aż tak wielkich, globalnych premier książkowych.I ludzi, którzy po prostu chcą czytać.

Do tego dochodzi jeszcze całe meta – film o książce o wydarzeniach z filmu, która zostanie zekranizowana. Fajne, co? Komuś się jeszcze to streszczenie kojarzy z książką House of Leaves? A ostatnia scena z oglądaniem filmu o sobie przez głównego bohatera to już w ogóle czad.

Tak jak napisałem wcześniej – film miał swoją premierę w 1994 roku i niestety nie zarobił tyle, ile od niego oczekiwano, choć jego budżet się zwrócił.

A Carpenter chyba już później nie zrobił żadnego dobrego filmu.