Taki film o grach jest… nawet fajny

Grandma’s Boy – po polsku Babcisynek – to film o grach wideo. A w zasadzie nie o samych tytułach i środowisku, ale o testerach i perypetiach. Nie ma co od niej za dużo wymagać, to prosta komedia na średnim poziomie. Ale o dziwo, mimo iż wiele aspektów branżowych jest tam pokazane w uproszczony sposób, o tyle jest i parę smaczków dla graczy.

Czytaj dalej

Reklamy

W paszczy szaleństwa

Film o książkach, w których ktoś naprawdę czyta książki? Da się. Znaczy dało, kiedyś.

Kultura obrazkowa w pełni. Każdy film o książkach, autorach, detektywach polega w zasadzie na pokazywaniu ilustracji. Polański mordujący i spłycający „Klub Dumas” „9 wrotami” cały sens bycia detektywem literackim sprowadza do znalezienia 9 różnic na obrazkach, w innych filmach jest podobnie – a jak ktoś ma kontrprzykład, to niech się podzieli. Mój przykład pochodzi sprzed 18 lat.

W Paszczy Szaleństwa Johna Carpentera to w ogóle ciekawy film, jeżeli ktoś lubi horrory. Udaje mu się połączyć parę rzeczy, na których zwykle kino grozy się wykłada – na przykład mitologię Cthuhu i twórczość Howarda Lovecrafta. Film miał swoją premierę w 94 roku i w zasadzie aż do 2011 roku, gdy pojawił się Szepczący w ciemnościach, nie widziałem lepszej ekranizacji, czy też filmu inspirowanego książkami i opowiadaniami HPL.

A mamy tu wszystko, co w dobrym cthulhowym filmie powinno się znaleźć – retrospekcję kolesia, który jest na skraju obłędu/samobójstwa, stopniowe pogrążanie się w szaleństwie, mackowate stwory (które trochę za bardzo są pokazywane), dziwne książki, starszych bogów, inne wymiary i zaburzoną rzeczywistość. Ok, może teraz efekty specjalne nie robią już takiego wrażenia, zaś parę patentów z filmu widzieliśmy już i w innych produkcjach, ale nie zmienia to faktu, że W paszczy szaleństwa robiło to wyśmienicie te kilkanaście lat temu.

No ale to przecież nie wszystko. Mamy jeszcze pisarza-boga kreującego rzeczywistość, zapisując ją na kartach książki z kultowym zdaniem „myślę, więc jesteś” (trochę podobny motyw pojawia się w Przypadku Hardolda Cricka). Mamy też zaburzenia rzeczywistości i jej niestabilność. Wiara w fikcję, jest w stanie ją urealnić nadać jej kształt. A to zadanie twórcy, który swoim tekstem kształtuje świat za pomocą wyobraźni i wiary czytelników. Mniam.

W epoce dominacji obrazu i krótkiego przekazu miło wrócić do czasów, gdy treść miała aż takie znaczenie. Ostatnio jedyną książką, której to się udało był Harry Potter. Poza nią nie ma już aż tak wielkich, globalnych premier książkowych.I ludzi, którzy po prostu chcą czytać.

Do tego dochodzi jeszcze całe meta – film o książce o wydarzeniach z filmu, która zostanie zekranizowana. Fajne, co? Komuś się jeszcze to streszczenie kojarzy z książką House of Leaves? A ostatnia scena z oglądaniem filmu o sobie przez głównego bohatera to już w ogóle czad.

Tak jak napisałem wcześniej – film miał swoją premierę w 1994 roku i niestety nie zarobił tyle, ile od niego oczekiwano, choć jego budżet się zwrócił.

A Carpenter chyba już później nie zrobił żadnego dobrego filmu.

Immortals – piękny bezsens w 3D

Parę dni temu udało mi się obejrzeć Immortals w kinie. To piękny film z jednym z najlepszych 3D, jakie widziałem. Za to prawie totalnie bez sensu.

Popcorn, cola, okulary 3D, akcja. W zasadzie to nie od razu, bo przecież trzeba obejrzeć obowiązkowe pół godziny reklam (większość słabych z kampanią Orbit wołającą o pomstę do nieba – nie wiem kto wpadł na pomysł złych warzyw które czyhają na nasze Ph, ale powinien częściej brać tabletki z suszonej żaby). Oczywiście część z nich jest w obowiązkowym 3D, w tym parę udających zwiastuny filmów, co jest słabe.

Ale to nie wszystko, bo oczywiście okulary 3D wcześniej też trzeba kupić. Kosztuje to co prawda tylko 3zł, ale wszyscy wiemy, że to nie pierwsza para, którą kupujemy. Bo przecież przy kolejnym spontanicznym wyjściu do kina zorientujemy się, że nie wzięliśmy starych i chaching – nabędziemy je ponownie.

No dobra, wszystko za nami, chwila dla sponsora minęła, okulary na nosie, zaczyna się film i oh my, jakie to ładne, a zwłaszcza w 3D. Do tej pory poza Awatarem filmy w trójwymiarze jakiegoś większego wrażenia na mnie nie robiły. Zwykle polegało to na pokazywaniu co jakiś czas, że coś w nas leci, albo innej zabawy z prostymi efektami.

W Immortals 3D zdaje się być nieodłączną część filmu. Sceny są przemyślne i sfilmowane by dobrze się w trójwymiarze prezentować, przy czym nie jest to tanie efekciarstwo. No po prostu super – widoki są monumentalne, epicki i piękne. Zresztą pokazywanie batalistycznych scenerii wychodzi filmowcom coraz lepiej. Podsumowując – ładne, ale tego się spodziewali chyba wszyscy, bo przecież 300 wcześniej też robiło niemałe wrażenie.

Ale ten scenariusz… dżizas. W skrócie – wracamy do walki bogów z tytanami. Wiadomo – bogowie – ci dobrzy, tytani – ci źli. Dlaczego? Nie wiadomo. Poprawność polityczna nie pozwala powiedzieć w zasadzie o co chodziło, poza tym, że to zwycięzcy napisali historię i chyba muszą być fajni, bo są ładniejsi na ekranie i mają hipsterskie wąsiki. Ten dobry – Tezeusz ma powstrzymać tego złego – Heperiona. Po drodze jedna laska, jeden stosunek, dużo pobocznych postaci umiera. Wygrywają ci dobrzy.

Mickey Rurke jako główny zły daje radę i jest coś w tym kolesiu złego. Być może to ta szczera, zniszczona życiem twarz, która uwiarygadniaja kreowaną przez niego postać. Może i jego motywacje nie są jakoś super narysowane (umarła mi żona i dziecko, bogów nie było, to ja im pokażę), ale przynajmniej jest wiarygodnym pojebem – torturuje, niszczy i zabija bez szczególnego przejmowania się tym, jak porządny psychopata.

A tortury ma fajne, wymyślne i dobrze pokazane. Za przykład może posłużyć gotowanie ludzi w wielkim żelaznym byku, kastrowanie czy okaleczanie w wymyślny sposób. Oj Rurke w roli skurwiela robi dobrą robotę i polubiłem go.

W ogóle Hyperion ma dość proste założenie – świat ma cierpieć, by zapewnić mu nieśmiertelność i nie ma u niego momentów zawahania, ani żalu. No i ta pogarda dla ludzi i otoczenia – pasuje. Ludzi traktuje jak narzędzia, a te nie są warte uwagi, litości, większego zainteresowania, o ile realizują dobrze swój cel istnienia, czyli służbę. I w zasadzie to wszystko co można dobrego powiedzieć o wykreowanych przez scenarzystów postaciach, bo potem jest coraz gorzej.

Nasz główny bohater – Tezeusz bez skazy i zmazy – ani grzeje ani ziębi. Ot, w pewnej chwili dostaje misję, którą nie wiadomo kiedy przyjmuje i nie wiadomo po co ją w zasadzie robi. Emocji zero – ot taka zimna ryba. Ani wojownik, ani trybun, ani kochanek. Słabo. Podobnie zachowuje się towarzysząca mu wyrocznia-dziewica. Ma wizje, które pomagają drużynie i chyba w związku z tym po chwili idzie z nim do łóżka, by te pomocne wizje zakończyć. Bo w sumie po co jej one w trakcie misji, nie?

Bogowie greccy to w ogóle jakiś jeden żart. Nie knują, nie walczą i generalnie czas spędzają na oglądaniu tego, co się dzieje na ziemi. Mają też bzdurny zakaze nie ingerowania w losy ludzi, którego złamanie w trakcie filmu w zasadzie nic nie robi i nie wiadomo skąd on się w zasadzie wziął.

Zeus karci jednych bogów, na wybryki innych nie reaguje i w zasadzie sam z siebie przed nadchodzącą wojną pozbawia się wojowników – mistrz strategii po prostu.

W ogóle działania bóstw zapewniają sporo pytań o sens ich istnienia. Bo mogą, umieją i mają powery do działania i walki, tylko ich w ogóle sensownie nie wykorzystują, albo robią to o wiele za późno. Ich walka z głównymi złymi też jest jakaś taka bezsensowna. Najpierw im wychodzi i są w ogóle w pięcioro zdolni zrobić im masę przykrych rzeczy, by nagle zginąć po kolei w dość głupi sposób.

Chyba nie zdradzę za dużo pisząc, że w trakcie filmu wszyscy bogowie zostają wybici. Do tego tandetne zakończenie zmusza do wysnucia wniosku, że w filmie pokazano przejście od politeizmu do monoteizmu przez wytłuczenie całego panteonu i pozostawienie samego Zeusa. Imię prosto zmienić, prawda?

Nawet walki są w porównaniu do 300 są słabe. Tam była masa cudownych scen, tu jest ich niewiele i nie aż tak efektownych. Tam walczyliśmy na górach trupów, tu walka w ciasnym korytarzy z milionem przeciwników w ogóle zdaje się nie uwzględniać, że ludzie umierają i zalegają na podłodze. Tak jakby działały tam jakieś służby czyszczące pole walki i były bardziej skuteczne od tych z Warszawy.

No i tak gonimy bezsens za bezsensem w ślicznej scenografii. Wygląda to pięknie, ale już nie tak efektownie. Ot zestaw mini scen w 3D ze starożytnej Grecji, trochę ładnych scen batalistycznych, ciapowaci bogowie i fajny skurwiel z misją.

Ładne, miłe i do zapomnienia natychmiast. Oglądać wyłącznie w kinie i po lekkim znieczuleniu.

American Horror Story – super, ale końcówka rozczarowuje

4481026D-5EB7-4FD7-BDEC-0509CEA7D112.jpg

American Horror Story – nawiedzony dom, duchy, prychopaci, zbrodnie, popieprzone postaci i tajemnica. No po prostu wszystko w tym serialu było na miejscu. I podobało mi się. Bardzo.

Czasami było strasznie, czasami trochę śmiesznie, ale przede wszystkim ciekawie. Bo i historie ludzkie tam zaprezentowane były po prostu dobrze zrobione. Mamy więc i nastoletniego psychopatę i parę, która chce czego innego w życiu jeszcze nie zdając sobie z tego sprawy, czy też pokojówkę która pragnie odkupienia za swoje czyny. A wszyscy oni skazani są na wieczność ze sobą w jednym domu.

I w to wszystko wpasowuje się nowa rodzina, szukająca nowego startu i zapomnienia poprzednich problemów. Personalne szambo związkowe styka się więc z wygłodniałymi emocji i cierpiania duchami, które zaczynają bawić się z żywymi. Przez swoje piekło przechodzi chyba każdy – zarówno każde z rodziców, jak i ich nastoletnia córka.

(uwaga, teraz zaczną się spoilery)

No i wszystko idzie świetnie. Kolejne postaci umierają i zostają w przeklętym domu. Ich problemy dokładają się do ogólnej beznadziei, jaka panuje w tym miejscu. Na początku córka (o czym sama dowiaduje się dużo później – co jest zajebistym patentem), potem matka, na końcu nasz pan ojciec – psycholog. I po śmierci zaczynają być jedną zgraną, martwą rodziną, co mi się nie właśnie podoba.

Dużo bardziej podobało by mi się  zostawienie na wpół oszalałego z rozpaczy faceta, który stracił wszystko – rodzinę, pracę, znajomych, zmysły… no po prostu wszystko. Kolesia, który otarł się o niewyjaśnione i został niewolnikiem domu. Duchy nie mogą z niego wyjść. On po prostu nie potrafi już bez niego żyć.

A tak mamy taki cukierkowy happy end. Ci starający się zostają nagrodzeni wspólną wigilią przy pięknie ubranej choince, źli czekają na wybaczenie, a najgorsi zostają usunięci poza nawias.

Na szczęście pomysłu na drugi sezon chyba nie ma. Bo co pozostaje? Pokazanie upadku kolejnej rodziny? To by było słabe. Życie pozagrobowe? Chyba też jakoś nie do końca pasuje. Zresztą już pokaz straszenia mieszkańców przez świeżo zmarłą parę był taki sobie i odstawał klimatem od reszty serialu….

Pozostaje w zasadzie tylko wątek narodzonego „antychrysta”. Piszę w ciapkach, bo cholera wie, co oni z nim zrobią. Nie dość, że to wynik gwałtu, to jeszcze do tego ojcem jest duch psychopaty. No i w ostatnich scenach widać, do czego jest zdolny.

Ale mimo to kontynuacji bym nie chciał. Jeden sezon mi wystarczy, bo idę o zakład, że kolejne będą po prostu gorsze.

Assassin’s Creed: Desmond – przeczytałem, zapomniałem

ED7BE9C0-7456-4E27-8483-38CD5B4D940F.jpg

Komiks Assassin’s Creed: Desmond przyznaję się bez bicia – dostałem. I dobrze, bo sam z siebie bym go chyba nie kupił.

Żaden ze mnie komiksowy znawca. Owszem – komiksy lubię – kupuję, czytam. Jest to jednak podejście wyjątkowo konsumenckie i chyba nie szukam w tym większego sensu. Ot, traktuję dobry komiks (czy też nowelę graficzną) jak równoważnik książki i jakoś bardziej się nad tym nie zastanawiam. W mojej kolekcji jest pewnie kilkadziesiąt różnych pozycji, od obowiązkowego Sandmana Gaimana, przez badziewne komiksy do Wampira: Maskarady aż do wynalazków takich jak Pixy czy inne dziwactwa. Dużo tego.

Z komiksami na podstawie filmów i gier zwykle jest problem. Bo niestety nadal to zwykle odcinanie kuponów, a przynajmniej ja nie spotkałem się jeszcze z dobrą pozycją. Mamy więc tę samą historię, czasami dorzuconych jest parę nowych scen i to w zasadzie wszystko. Czytamy i poznajemy to samo po raz drugi. A szkoda, bo przecież dałoby się zrobić znacznie więcej. Jest masa wątków pobocznych, które można by rozwinąć, czy ciekawych bohaterów drugoplanowych, których historię można by opowiedzieć.

W przypadku Assassin’s Creed: Desmond poznajemy oczywiście historię Desmonda. Na samym starcie pojawia się więc strzęp fabuły z Obiektem 16 – poprzednią ofiarą badań Templariuszy, jak również kilka kolejnych szczegółów z życia i porwania głównego bohatera. Jest też przez chwilę pokazany jeden z przodków naszego protagonisty, który działał w epoce Cesarstwa Rzymskiego. I to w zasadzie tyle, bo reszta to streszczenie wydarzeń pierwszej części gry.

Jeżeli ktoś grał, to w zasadzie dużo nowego się nie dowie. A szkoda. No i też komiks nie jest jakoś super ładnie ilustrowany, ale od razu zastrzegam się, że jakimś szczególnym specjalistą w tej działce nie jestem. Po prostu mi się ta kreska nie spodobała.

Jasne, to pierwsza część komiksu i kolejne mogą być już dużo ciekawsze i lepsze. Sęk w tym, że ja po jej lekturze jakoś nie czuję się przekonany do kupienia reszty. Ale oczywiście jeżeli coś się zmieni i drugi tom znajdzie się w moich rękach oraz będzie faktycznie dużo bardziej interesująca, to nie omieszkam się tym faktem podzielić.

PS Za to animowany film Assassin’s Creed: Embers to dużo ciekawsza pozycja. Może nie do końca pasuje mi tam umiłowanie pokoju i pacyfistyczne nastawienie Ezio, ale przynajmniej i ładnie to wygląda i przyjemnie się ogląda.

The Crimson Petal and the White – walka klasowa, źli mężczyźni i piękne ujęcia

6ABCD4F4-5FBA-4EAD-96AC-DA198C68661C.jpg

Miniseriale są fajne. Chociażby dlatego, że ich fabuły są zamknięte a przez to bardziej dopracowane. No i zwykle mogą sobie pozwolić na większy rozmach.

Brak w nich rozciągania historii, odcinków z falshbackami, czy przewidywalnych zwrotów akcji w metaplocie. Nie widać zmęczenia materiału, które prędzej, czy później dopada każdy serial.

Jeżeli mam z głowy wymienić te warte polecenia to na pewno będzie to niesamowite Angels in America, The Lost Room i oczywiście Królestwo Von Triera (obydwie części). W zasadzie nie wiem, jak w tym wszystkim traktować Kompanię Braci, ale chyba też się ona załapuje do tego formatu.

W każdym razie – miniseriale lubię. I to bardzo. A po poleceniu MRW na jego blogasku sięgnąłem po kolejny – The Crimson Petal and the White i się zdziwiłem.

Bo serial teoretycznie nie powinien mi się spodobać, a obejrzałem cały. Mimo, że jest on społecznie wrażliwy, mało się w nim dzieje i opowiada o tym, jak to ludzie mają przegwizdane.

Nie wiem, czy jest sens opisywać fabułę. Ci, którzy będą chcieli oglądać poznają ją z filmu, reszta może zerknąć na Wikipedię, gdzie dość dokładnie ją opisano.

Tak w skrócie – generalnie jest źle. Całość dzieje się chyba w XIX wieku w Londynie. On jest bogaty, pragnie być pisarzem i mu to nie wychodzi, a do tego ma obłąkaną żonę, przez co jest nieco zagubiony. Ona – biedna dziwka, pisząca z pasją o mordowaniu mężczyzn. Spotykają się, ona na początku obojętna, on napalony.

Finalnie widać, jak biedni i kobiety mają źle, a bogaci i faceci są źli. I to mi chyba trochę przeszkadza. Bo bardzo szkoda, że pod koniec robi się mocno czarno biało. Że główni bohaterowie z zagubionych w życiu stają się po prostu skurwysynami. Chociaż z drugiej strony jest też pokazana ich ewolucja w tę stronę i stopniowe zobojętnienie. Szkoda też, że wątek literacki i pisania książki nie został jakoś w serialu dalej pociągnięty.

Ale to co uwodzi w tym miniserialu to Londyn. Wygląda przepięknie, dziwnie i magicznie. Widząc jego zaułki i slamsy cały czas gdzieś podświadomie czekałem na pojawienie się Kuby Rozpruwacza, czy zagubionych fearie starających się odnaleźć w nowym świecie.

I chyba to głównie zadecydowało o tym, że serial obejrzałem do końca. No i przy okazji historia mnie jednak wciągnęła, chociaż pod koniec stawała się już mocno przewidywalna i dążąca do stwierdzenia „tracą wszystko” (mam nadzieję≤ że to nie jest za duży spoiler). Zresztą, to tylko cztery odcinki, więc chyba warto spróbować. Ja wytrwałem. I chyba nie żałuję.

Chociaż jeżeli nie widzieliście Aniołów w Ameryce, to sugeruję zacząć od nich.

Nie masz jeszcze Flipboarda na iPhone? To na co czekasz?!

20111212-032218.jpg

Flipboard to jedna z moich ulubionych aplikacji na iPada i domyślny sposób konsumowania treści z sieci społecznościowych i rss. Do tej pory niestety wykorzystywany rzadko, bo i iPada ze sobą po prostu nie noszę. Ale to się teraz zmieni.

Nie to żebym planował zacząć dźwigać znowu to urządzenie. Co to, to nie. Ograniczam ilość ekraników przy sobie. Smartfon, laptop i czasami 3DS (są nowe puzzle, po aktualizacji, znowu jest sens go ze sobą zabierać) wystarczą. A w planach jeszcze Kindle…. Dużo się tego robi.

Ale ja nie o tym. Ekraniki to jedno, a Flipboard na iPhone to drugie. I jeżeli ktoś jeszcze tej apki nie ma, to powinien ją czym prędzej zassać, zwłaszcza, że jego darmowa (piszę z iPhone, jest 3:30, więc darujcie, że linka nie wstawię, jesteście na tyle inteligentni, że sobie sami na App Store znajdziecie).

W każdym razie – Flipboard to takie ustrojstwo, co zasysa subskrybowane przez nas treści i sugeruje swoje tematyczne zestawy. Dodajemy je sobie podlegustów i potrzeb, a apka układa je tak, że przypominają one ilustrowany magazyn. Czad. To trzeba zobaczyć w akcji.

W wersji iPhonowej pojawia sie dodatkowo cover stories, czyli najlepsze treści wybrane przez magiczny algorytm z subskrybowanych przez nas źródeł. Działa i sprawdza się świetnie, co zresztą możecie zobaczyć na obrazku powyżej. Całość w tym przypadku nie jest też już magazynem, a kołonotatnikiem, co w przypadku kształtów i wymiarów smartfona ma większy sens.

Minus w tym taki, że casualowy juser może nie wiedzieć co to Twitter i Google Reader, o rss nie wspominając, przez co odpadnie mu możliwość śledzenia i dodawania polskiego contentu do flipboarda. Ale jakby co to swoją listę Polskie Media na twitterze mam i jakby co – mogę się podzielić. Brakuje też wtyczki do Google+, na którym co prawda mało się dzieje, ale czasami są tam ciekawe dyskusje.

Ciekawi mnie też, kiedy Flipboard zacznie nam polecać inne mogące zaciekawić na greści, jak ma to w zwyczaju Zite (inna apka na iPada). Zapewne jest to kwestia czasu. No i mam nadzieję, że tu będzie to wykonane lepiej, bo na Zite do tej pory nie pojawiły mi się żadne treści z polskiego internetu.

W skrócie – nie masz, zainstaluj. Za darmo i świetne. Content będzie kontent.

No i chyba nie ma Sprawy

EFB52ECE-0A58-47F2-9779-2A301F6C1CF9.jpg

Sprawa. Spektakl podobno polityczny. Niestety nie zrozumiałem.

Teatr Narodowy to jeden z najlepszych teatrów jakie znam. Przede wszystkim to tam zobaczyłem po raz pierwszy Merlina – jedną z najlepszych sztuk, które było mi dane widzieć przez 30 lat mojego życia (może kiedyś zbiorę się, przypomnę sobie ten spektakl i napiszę coś więcej. Teraz gra go Laboratorium Dramatu, jakby ktoś szukał). To również tam zakochałem się w Snie Nocy Letniej i starałem się objąć umysłem czystego Lyncha w teatrze, czyli Fedrę. Dostałem dawką patosu w którymś Henryku Szekspira i odpływałem przy słuchaniu soundtracku puszczonego w Ślubach Panieńskich (dlaczego edytor wordpressa nie wpuszcza mi dużego ś?).

Nie to, żeby obyło się bez wpadek. Rzeźna numer 5 skończyła się ciężkim alkoholowym zjazdem, bo mój wewnętrzny plebejusz nie wytrzymał napięcia i karmienia go sacrum i niezrozumiałością mroczka. Zwłaszcza, że przede mną siedziała jakaś para typu – starszy mentor i młody padawan, który przyjmował przez całą sztukę dużo mądrości o życiu, sztuce i teatrze z nieśmiertelnym ęmplłą co drugie słowo, co było niesamowicie frustrujące. Podobnie było na Miłości na Krymie, która była też mocno rozczarowująca i Świętoszku, którego nie czytając w liceum głośno skomentowałem „no bez jaj, to już koniec? Skończyła się dotacja z Unii” w trakcie trwania spektaklu, co ściągnęło na mnie gromiące spojrzenia współoglądaczy.

Ale generalnie zwykle jest to teatr pierwszego wyboru, jeżeli szukam sztuki dla siebie. No i w tym roku wpadły mi w oko dwie. Nosferatu – bo wiadomo. Wampiry, Dracula.. niestety nie udało mi się jeszcze zobaczyć. Najpierw była choroba autora, potem chyba nie grali, albo ja nie znalazłem. A w grudniu spektakli już nie ma.

No więc została Sprawa. Dotarłem do niej w dziwny sposób bo z promocji na fejsie. Że dzisiaj konkurs, taniej i w ogóle. Na początku nic mi to nie mówiło, ale szybki googiel przyniósł taki oto opis:

Inspirowany genezyjską filozofią i autentycznymi wydarzeniami z historii Polski, Słowacki napisał najbardziej intrygujący dramat z tzw. okresu mistycznego. Jego główny bohater, Lucyfer, walczy o – jak napisał niedawno Jerzy Axer – miejsce na krzyżu obok, a może nawet zamiast, Chrystusa.

To nie jest dokładnie ten fragment, ale tamtego najzwyczajniej w świecie nie mogę znaleźć. A było w nim jeszcze o Szatanie, sądzie z głową w ręku itd.

No i do tego wszystkiego doszła polityka. Bo jak twierdzi Uważam Rze:

Po mieście krąży plotka: Jerzy Jarocki zrobił PiS-owski spektakl. Tak ponoć po premierze powiedziała wielkiemu reżyserowi sama Maja Komorowska. I nie jest w tej opinii odosobniona. Oburzeni i zniesmaczeni są też inni

Po takich tekstach nie mogłem nie pójść. I poszedłem. I niestety nie zrozumiałem prawie nic. A w zasadzie niewiele. Ale jestem usprawiedliwiony, bo później na RP znalazłem taki oto fragment recenzji:

„Sprawy” nie da się zrozumieć bez lektury „Samuela Zborowskiego” Jarosława Marka Rymkiewicza.

A książki oczywiście nie czytałem.

W każdym razie – wracając do sztuki. Podzielona jest na trzy części, odpowiednio coraz mniej zrozumiałe.

Pierwsza – najbardziej zrozumiała to wizje Słowackiego w malignie. Enigmatyczne, ale też i osadzone w historycznym settingu z Lucyferem, mnichami i dziwnymi rozmowami. Mocno enigmatyczne, ale też i oniryczne i dla mnie jak najbardziej do przyjęcia. Ładnie zagrane i zrobione – aż do przerwy byłem naprawdę zajarany tym, co zobaczyłem.

Część druga to już dziwny początek z baletem przy muzyce Behemota. To już dialog szatana z duchami, gdzie wyjawia swoje plany. Fajne, ale już schodzące bardziej w rozważania historyczno-polityczne, które mnie jakby mniej.

I część trzecia, od której się zaczęło moje rozczarowanie. Na wideościanach puszczony film z pogrzebu Piłsudzkiego, czy też innego Wielkiego Polaka, rozmowa i komentarz aktora, który siedzi w środku. Nie dało się tego nie odnieść do współczesności, Smoleńska i innego pogrzebu. Przetrwałem, ale to nie moja bajka.

Zaś na samym końcu sąd. No i niestety – dużo o historii, dużo mało dla mnie znaczących monologów, mało ważnej treści. Tak akurat na podsypianie.

Jednym słowem, z fajnego gnostyczno-mistycznego konceptu pojawiła się sztuka wymagająca ode mnie wcześniejszego przygotowania, o którym wcześniej nie wiedziałem. I nie podoba mi się to o tyle, że skoro potrzebny jest klucz do jej właściwego zrozumienia, to twórcy powinni mi go wcześniej przekazać.

No chyba, że to miał być test oddzielający plewy od ziarna, na którym odpadłem. Pytanie brzmi tylko wówczas – czy nie dało się tego zrobić inaczej, tak by sztuka była zrozumiała na wielu poziomach, nawet dla osób nie znających aż tak dobrze akurat tego dzieła Słowackego, książki Rymkiewicza i polskiej historii.

Bo po spektaklu połaziłem po wiki. Poczytałem o Samuelu Zborowskim, ale niestety niewiele mi to dało. I chyba w tym tkwi mój problem ze Sprawą. Nie jest to sztuka uniwersalna, przemawiająca na wielu poziomach.

Bo i żadnej PiSowości w niej nie wychwyciłem, ani innych rzeczy, o których pisali recenzenci. Jasne, były odniesienia do współczesnej Polski, ale pozbawione własnej interpretacji, a jedynie stawiające pytania i pokazujące podobieństwa. Oczywiście – fanatycy obydwu stron zaraz sobie dopiszą swoje projekcje na ten temat, ale nie należy się nimi przejmować.

No i tak, jestem rozczarowany, bo spodziewałem się czegoś innego, niż dostałem.

Mam nadzieję, że Nosferatu (jak w końcu uda mi się go zobaczyć) będzie lepszy.

Porno z San Fernando Valley

20111204-032835.jpg

Carson City było przedstawieniem, które zrobiło na mnie ogromne wrażenie. San Fernando Valley to niestety odcinanie kuponów.

Obydwa przedstawienian widziałem jakiś czas temu, ale są warte opisania, bo to rzeczy warte zobaczenia. O pierwszym z nich pisałem już na Polygamii, tutaj skupię się na drugim z nich. Tym nieco słabszym.

Ale do rzeczy. Carson City to niesamowicie przedstawiona opowieść o zazębiających sie historiach ludzi w mieście gdzie zainstalowano komorę gazową. Ich losy są ze sobą połączone, opowieść jest spójna, a wątki są połączone i zmierzają do mocnego finału.

Aktorzy w swoje role wczuwają się świetnie (z jednym małym wyjątkiem) a ich alegoryczne przedstawienia niektórych sytuacji (seks, tortury, czy wizje niektórych bohaterów) to mistrzostwo świata. A do tego idzie za tym większy przekaz. Gracze dodatkowo zwrócą uwagę na postać mario i gamifikację jednego z niepełnosprytnych pielęgniarzy. Carson City to jedno z tych przedstawień, które należy zobaczyć.

Po mojej recenzji udało mi się spotakać z twórcami i posłuchać o ich nowym projekcie – San Fernando Valley. Założenia boskie – gry na Atari 2600 i kino porno lat 70. Niestety realizacja aż tak dobrze nie wypadła.

Co bowiem dostajemy? Grę aktorską na podobnym, lub nawet lepszym poziomie i ciekawe, ale niepowiązane ze sobą sceny,

Po Carson City większość zastosowanych tricków jest nam już znana. Zarówno alegoryszne przedstawienia niektórych wydarzeń (nadal boskie), jak i płynne przejścia pomiędzy kolejnymi sekwencjami. Zabrakło jednak spoiwa. Nie nadążalem za historią całości, o ile taka w ogóle była. Poszczególne epizody były super, ale ńie budowały napięcia, jak to miało miejsce w poprzednim spektaklu. Ot kalejdoskop scen związanych z produkcją i życiem branży porno. Fajne, ale spodziewałem się czegoś więcej. Chyba, że bardzo ukrytym założeniem twórców było stworzenie czegoś przypominającego scenariusz porno, gdzie tak naprawdę liczą się tylko kolejne sceny z pieprzeniem i nikogo sens całości nie interesuje. No ale to takie przemyślenie na 3:30 w nocy.

Ach – wątek gier też gdzieś zupełnie wyparował. Nie to, żeby mi ich jakoś strasznie brakowało, ale skłamałbym mówiąc, że na niego nie czekałem.

Ciekawe jest też, że w San Fernando Valley widzimy jeszcze wicęcej wykorzystania multimediów w teatrze. Niektóre sceny są na żywo filmowane kamerą i to jej obraz widzi publiczność, zdarzają się tez dialogi z postaciami na ekranie, czy wizualizacje czytanych listów i wspomnień postaci. I to jest super.

Dobrze tez, że aktorzy zrezygnowali z prób interakcji z publicznością, bo o ile mie jest to wyraźńie zaznaczone w trakcie trwania sztuki, to zwykle się to mie udaje i wychodzi sztucznie. Tutaj mamy dużo lepiej rozegraną scenę z postapokaliptycznym prestidigatorem, który symuluje dialog z widzanimi i nie zmusza ich do niego,

Jednym słowem? Warto, ale osoby, które widziały Carson City mogą być troszeczkę rozczarowane scenariuszem, bo reszta jest świetna. A jeżeli to pierwsza bedzie to pierszwe przedstawienie tego typu to pzostaje tylko serdecznie polecić.

Ja z niecierpliwością wyczekuję kolejnego projektu tej grupy. Bo i zapewne jest na co czekać.