Masa kretyniczna

2014-04-25 21.13.43

NIech ta Warszawska Masa Krytyczna sobie gdzieś pójdzie i nie przeszkadza ludziom jeździć na rowerach. Bo robi więcej złego, niż dobrego.

Słowo daję, że nie mam pojęcia, w jaki sposób wkurzanie dokładnie całej reszty uczestników ruchu drogowego, czyli pieszych i zmotoryzowanych ma pomóc sprawie osób jeżdżących na rowerach. A dzieje się to regularnie, raz w miesiącu w imię „zwrócenia uwagi na obecność rowerów w mieście, o czym często zapominają urzędnicy podejmując różne decyzje”. No więc ja zwróciłem uwagę, choć urzędnikiem nie jestem i byłem blisko organizowania masy krytycznej pieszych na ścieżkach rowerowych celem zwrócenia uwagi organizatorów na idiotyzm ich akcji.

Po pierwsze dlatego, że WMK przejechała dokładnie obok fajnych eventów, jakie odbywały się w mieście zakłócając ich odbiór. Był na przykład super mapping 3D na jednym z budynków propagujący działania i osobę Jana Karskiego w którego trakcie jakiś debil nawoływał przez megafon do jeżdżenia na rowerze, a inni radośnie dzwonili. Nie dało się usłyszeń nic. Nie dało się też przejść na drugą stronę krakowskiego. Ludzie z misją pokazali innym, kto tu jest najważniejszy.

I jak się okazuje, to nie tylko w Warszawie są ludzie, którzy czują potrzebę ronienia idiotycznych akcji dla mojego dobra. W Łodzi na przyklad było tak:

https://www.facebook.com/groups/32547254966/permalink/10150381395019967/

Mam nadzieję, że przeczytaliście wypowiedzi komcionautów i zwróciliście uwagę, jak litościwa była tym razem Masa Krytyczna. Nie dość, że nie pozwała staruszka, to jeszcze może nawet nie wniesie skargi. A mogła przecież zabić, nie?

Sam dużo jeżdżę, przemieszczam się głównie na rowerze i wiecie co? Jeździ się super. Ścieżek rowerowych jest coraz więcej, kierowcy przepuszczają rowerzystów i na nich uważają, są rowery miejskie, miejsca, gdzie rower można zostawić. No nic tylko jeździć. I wpływać na rządzących miastem by było jeszcze lepiej.

I nie powinno to oznaczać blokowania miasta dla innych.

Serio rozumiem, że mieszkam w stolicy, z tym są związane różne atrakcje typu demonstracje, przemarsze i tym podobne. Akceptuję te niedogodności, bo to koszt wyższych zarobków i większych możliwości. Ale każdy, kto robi nadprogramowowe blokady miasta bez dokładnego wyjaśnisnia dlaczego naraża się na gniew i ma efekt przeciwny do zakładanego.

Bardzo bym chciał, żeby WMK, która „bardzo często przy okazji Masy zwraca uwagę na inne problemy, które są aktualne w danym miesiącu lub dzielnicy przez którą przejeżdża, a przy tym wszystkim stara się dobrze bawić” zwróciła uwagę na problem przejeżdżającej Masy i pozwoliła się dobrze bawić innym.

PS W temacie rowerów jeszcze jedna szybka uwaga – zwróćcie uwagę, jak niesamowitą robotę robią rowery miejskie. Jest taki filmik, gdzie dwóch niepełnosprytnych chłopców zjeżdża nimi po schodach. Pod koniec upadek, kupa śmiechu i zdawałoby się, że hit internetu. A tu nie. Zerknijcie w komcie jaki dostają łomot za niszczenie wspólnego sprzętu. Aż serce rośnie, co nie?

To chyba jest problem, że na całym TEDxWarsaw warto było wysłuchać tylko 2,5 wystąpienia?

A post shared by Piotr Gnyp (@toread) on

Dwa i pół? To i tak niezły wynik, jak na TED-a – klaruje mi w rozmowie Błażej. Nie mogę się nadziwić. Zawsze miałem w głowie wrażenie, że TED to taka orgia idei, która zapłodni mi mózg. Po wizycie na TEDxWarsaw wiem, że zmarnowałem dzień. Lepiej było zostać w domu i oglądać to wszystko w internecie.

Co to jest TED chyba wiecie. Jeżeli nie, to już mówię w telegraficznym skrócie – każdy mówca ma maksymalnie 18 minut na wystąpienie. Prelegent ma za zadanie dzielenie się nowymi pomysłami i ideami. Takimi, które warto szerzyć. Tematyka? Kiedyś głównie technologia, teraz w zasadzie wszystko. Po pierwsze dlatego, że technika jest wszędzie, po drugie dlatego, że w końcu w kulturze też jest mnóstwo nowych trendów.

TEDx od TEDa różni się tym, że organizowany jest niezależnie, ale na licencji. Warszawskiej edycji stuknęło właśnie 5 lat. Wcześniej, mimo iż zawsze chciałem, coś zwykle stawało mi na drodze. Wyjazdy, spotkania czy też po prostu zwykła proza życia. I zawsze żałowałem.

Teraz już wiem, że niesłusznie.

Dlaczego? Dlatego, że na w świecie wystąpień o pomysłach i ideach, które warto szerzyć jest strasznie mało tych idei. W Warszawskim Multikinie spędziłem cały boży dzień. Wysłuchałem mnóstwa wystąpień i nie wiem o czym one były.

Jakiś koleś wziął i się oświadczył, super, fajnie gratulacje – ale co mam z tego wynieść? Jakaś artystka rodem z Polski opowiadała jak to nie pasowała do innych, więc wyjechała. Teraz szyje ubrania z włóczki, by wszyscy wyglądali tak samo. A do tego jest wdzięczna, że jej sponsorka i źródło darmowego materiału nie zginęło w wypadku samolotowym. Ktoś opowiedział mi bajkę. Bardzo ładną, ale wyniosłem z niej tylko, że płacili jej 20 dolarów za godzinę. Był też odpowiednik Paolo Coehlo, który deklamował coś bez sensu do zdjęć, bo wydał album…

Gdyby nie Maria Mach i jej wykład o odmiennym spojrzeniu na wychowanie na TEDxWarsaw nie byłoby prawdopodobnie nic wartego uwagi. Ot, wystąpienia jakich dużo, odstające w dość drastyczny sposób od tych, które możemy zobaczyć na stronach TEDa.

Porównajcie sobie polską edycją chociażby z tym wystąpieniem. Przepaść.

Serio, czy naprawdę nie mamy o czym mówić? A może to ja jestem już zmanierowany i zbyt wybredny i nie doceniam opowieści o życiu i braku szacunku dla kierowcy ciężarówki, zwłaszcza, jeżeli jest kobietą? Owszem, zanotowałem parę ciekawych statystyk – o tym, że wzrosła ilość samobójstw wśród kobiet weterynarzy o 11% czy też faktów takich jak jeże i ich nie jedzenie noszonych jabłek, z którymi zwykle są portretowane. Przyznam też, że wypowiedzi jednej z prelegentek dały mi do myślenia i pewnie powstanie na ich temat notka. Ale nie dlatego, że ona coś powiedziała. Wręcz przeciwnie – przez to, że sama nie zastanowiła się, skąd to różnica w traktowaniu starszych. A przecież pewnie zmieniło się wraz z przyspieszeniem rozwoju technologicznego i brakiem zastosowania dla mądrości starców, którzy za współczesnym światem po prostu nie nadążają. No ale to ja sobie pomyślałem, a nie ona powiedziała.

Jeżeli 2,5 wartościowego wystąpienia na cały dzień TED-a to standard, to mamy duży problem. W tak ciekawych czasach idei i pomysłów powinno być dużo więcej. Nie wierzę, że nie ma o czym mówić. Jesteśmy na granicy rewolucji transhumanistycznej, żyjemy w świecie z filmów science-fiction, jesteśmy nauczeni dzielenia się myślami, zdjęciami… no wszystkim.

Może te TED-y są za często? Albo jest ich za dużo? Może warto zwolnić i zrobić większą selekcję, tak by pójście tam miało jakiś inny, poza networkingiem, sens.

Póki co, to szczerze mówiąc, żałuję, że nie zostałem w domu i nie oglądałem tego na streamingu. Więcej bym zrobił i nie miał poczucia zmarnowanego czasu. I chyba też sam mógł zaproponować ciekawszych mówców niż ci wybrani. Chociażby chłopaki z Pana Generatora mogliby tam opowiedzieć naprawdę ciekawie o połączeniu sztuki i technologii. Ich idee są świeże, odważne. I co najważniejsze – umieją występować.

Póki co lepiej chyba pooglądać archiwalne materiały na stronach eventu. W Polskiej edycji jak dla mnie jest za mało cukru w cukrze.

PS Jak ktoś z Was był na innych edycjach, to pliz dajcie znać, czy macie podobne zdanie i czy może ja po prostu trafiłem na złą edycję.

I jeszcze jednym mnie zdrażnili

Aside

Słowo daję, że się tego nie spodziewałem. Nie głosuję, bo nie mam na kogo i nie ma to żadnego znaczenia. To co powie i obieca dana partia przed wyborami nijak ma się do tego co będzie robić za parę miesięcy. W związku z tym z wyborów się wypisałem, dając tym do zrozumienia tej bandzie, że się w ich grę nie będę bawił i koniec. A tu proszę, okazało się, że udało im się i to mi odebrać.

Czytaj dalej

Miejska osada wiejska

Obrazek

Pisałem już, że dzięki Kindlowi dużo czytam? Na pewno. No ale to czytanie ma też i swoje szare strony. Dzisiaj – na przykład – zaczytawszy się w Pigułce Wolności przejechałem swój pracowy przystanek, w związku z czym czekał mnie mały poranny spacer. Idę ja sobie, patrzę, a tu w „grochowskich lasach” osada. Zupełnie jak w Robin Hoodzie.

Jaki komunikat wysyła Warszawa?

Cytat

„Great cities attract ambitious people. You can sense it when you walk around one. In a hundred subtle ways, the city sends you a message: you could do more; you should try harder. […] How much does it matter what message a city sends? Empirically, the answer seems to be: a lot. You might think that if you had enough strength of mind to do great things, you’d be able to transcend your environment. Where you live should make at most a couple percent difference. But if you look at the historical evidence, it seems to matter more than that. Most people who did great things were clumped together in a few places where that sort of thing was done at the time.”

Jaki jest komunikat Warszawy? Dla mnie to chyba „bądź sprytniejszy„. To hasło ma w sobie dużo wartości pozytywnych – bo pokazuje zaradność, ambicje i wszystkie dobre cechy charakteru moich znajomych, jak i też cwaniactwo, kombinowanie i chamstwo, z którymi się niestety można tu spotkać.

za pomocą Cities and Ambition.

No to po Dniu Ziemi

Z tą ekologią to jest śmieszna sprawa, bo w zasadzie, co jej się bliżej nie przyjrzeć, to zaraz wychodzi, że robimy coś bez sensu. Od gaszenia światła na godzinę, co nie dość, że nic nie daje, to może być i nawet szkodliwe, aż do zatruwania środowiska przez fabryki sztucznych, ekologicznych futer i protestowania przeciwko teoretycznie najekologiczniejszym elektrowniom atomowym. Nie chcę mi się w to jakoś szczególnie wnikać i analizować, nie mam też zamiaru o tym zadyskutowywać się na śmierć.

Czytaj dalej

Warszawa – lubię to!

Lubię Warszawę. Bardzo. I nie boję się do tego przyznać.

Mieszkam tu już 10 lat, przyjechałem z prowincji za pracą, znajomymi i wielkim światem, bo moje miasto rodzinne zdecydowanie tego nie dawało i nie miało. I wiecie co, dobrze mi tu, mimo, że nie jest to ani Manhattan, ani Londek, czy też inne duże miasto. A wiadomo – Manhattan – wet dream mieszkaniowy kiedyś. Teraz to już w sumie nie wiem, czy dalej jest to aktualne.

Zresztą, Warszawa to chyba jedyne miasto budzące tak negatywne emocje zarówno wśród ludzi z innych miast, jak i jej własnych mieszkańców. Wszelakie Krakusy, Gdańszczanie czy insza inszość regionalnie upośledzona w swojej dumie autorytatywnie stwierdza, że to miasto jest brzydkie, bo tak, nie poświęciwszy chociażby sekundy na jego poznanie i zwiedzenie. A gwarantuję, że wylądowanie w środku blokowiska nawet w NYC buduje podobne, przygnębiające wrażenie. Rzecz w tym, że w Warszawie tych pięknych miejsc jest po prostu coraz więcej i w zasadzie całe centrum zaczyna już być miejscem do zachwycania się. Wystarczy przejść się zarówno i tymi uczęszczanymi szlakami głównych ulic, jak i powchodzić w te boczne by napotkać całą masę chwil typu „My God it’s instagram moment”. No ale to wymaga jakiegoś wysiłku, a powiedzenie, że Warszawa to syf nie kosztuje nic. I jakie jest trendy.

Druga fala narzekaczy to coś pomiędzy słoikiem (czyli osobą z poza warszawy, której rodzice dają żarcie w słoikach – nie wiem, czy to pejoratywne określenie, ale zakładam, że tak), a biurową klasą średnią. Osoba pełna nienawiści, złości i niespełnienia. Warszawa to syf, ale musi tu mieszkać bo praca, kasa czy inny whatever. Jakby tylko mógł, to by… zwykle jak spotykam takie osoby w nocy, to im tłumaczę, że mogą i niech sobie jadą. Po co mają męczyć siebie i innych też, tym narzekaniem.Kasa to nie wszystko, na ich miejsce znajdą się inni, a lokalna społeczność na pewno z wdzięcznością przyjmie swojego uduchowionego męczeństwem przedstawiciela.

Strasznie też śmieszy mnie to zwracanie uwagi, że stare miasto, to nie starówka, że dworzec jest główny, nie centralny w innych miastach. WTF ludzie, serio te nazwy są dla Was aż tak ważne?

Warszawa – duże miasto, dużo ludzi. Są opisani słoiko-BKŚ, są autochtoni, są przyjezdni. Moje doświadczenia mówią mi, że wolę imigrantów od autochtonów. Nothing personal, po prostu ludzie potrafiący zmienić miasto zamieszkania, zaryzykować dla kariery, kasy czy czegoś innego zwykle mają więcej w głowie. A jeżeli nawet mają tyle samo, to potrafią lepiej tego używać. Zresztą w moim aktualnym kręgu bliskich znajomych dominują właśnie takie osoby.

W sumie jednego czego mi brakuje w Warszawie i odróżnia ją od innych stolic zachodnioeuropejskich to multikulturowość. Jednak widać tę dominację jednej religii i rasy, co jakoś bardzo mi nie przeszkadza, ale też i byłoby miło, jakby różnorodność była większa. Ale spoko – wiem, że to się kiedyś wydarzy.

A tak? Spokojnie można sobie pić kawę w Starbaksie i na swoim ajpadzie pisać pracę domową dla swojego psychologa. chodzić na kawkę do czytelni, wybierać pomiędzy kuchniami, pomiędzy klubami, festiwalami, czy teatrami. Dzieje się masa rzeczy na raz i jest w czym wybierać, o ile się za bardzo nie wpadnie w marudzenie i da szansę swojemu discovery engine. A do tego mamy zarówno tę niską, europejską zabudowę, jak i wieżowce, dające przepiękny skyline, gdy patrzy się na nie od strony Wisły, rzeki, parki, plaże… po prostu jest prawie wszystko. Drażniące są tylko te cholerne demonstracje, pielgrzymki i protesty, ale cóż – takie są koszta życia w stolicy.

Wracając do dobrych stron – śą sklepy z fajnymi i dziwnymi rzeczami. Czy to gadżety z gier, czy modne, designerskie ciuchy. Da się znaleźć i poczuć to, co kiedyś miałem w njujorku, kiedy po raz pierwszy poczułem się – jej, eBay na żywo.

Lubię Warszawę. Fajnie się tu mieszka. Nie ruszam się.

Drżyjcie portfele – Point Games w Warszawie

No i pojawił się w końcu fajny sklep z gamingowymi gadżetami w Warszawie.

86197C65-6298-4CA6-8132-414ABDE0D8EB.jpg

Point Games, bo o nim mowa, istnieje jakieś 2 tygodnie i już zdobył moje serce. Nie grami, bo te są wszędzie – ale akcesoriami, figurkami i gadżetami, które się w nim znajdują.

Główny asortyment – Nintendo i Star Wars, bo z tych uniwersów znajdziemy najwięcej rzeczy. Czego tam nie ma… czapki dla dzieci, koszulki, bluzy, figurki, klamry do pasków, plecaki – dużo tego, serio.

I co najważniejsze, wszystko można zobaczyć, obejrzeć i sprawdzić, z czym to się je. Dla mnie raj, bo w końcu nie trzeba płacić za przesyłki bajońskich sum, czekać i potem się rozczarowywać porównując faktyczny przedmiot ze zdjęciem na stronie internetowego sklepu.

Poza tym są jeszcze pluszaki i plecaki z kórlików, figurka z Bayonetty, kubki z retro grami i pewnie masa rzeczy na które nie zwróciłem uwagi.

A problem? Złe stargetowanie. Bo żyjemy w Polsce i o ile mnie Mario i Nintendo jara, to zapewne większość ma to gdzieś i wolałaby coś z Diablo czy też Warcrafta. No ale może właściciel po jakimś czasie też do tego dojdzie, że mamy nieco inną specyfikę graczy i popularności gier i odpowiedni asortyment sprowadzi.

A to co jest puści w niskich cenach na wyprzedaży. O!

W każdym razie – zamierzam wracać i wspierać, bo oferta jest lepsza niż w niejednym GameStopie na zgniłym zachodzie.

Niech oni biegną, jak Polska do zwycięstwa

Na fejsie wszyscy dzisiaj zachwycają się tym oto wspaniałym dziełem promującym Warszawę. Zapewne już widzieliście, a jeżeli nie, to zapraszam, bo to niezły w ogóle kawał jest.

Pomijając już ogólną badziewność i śmieszność tego filmu fascynuje mnie wizja spotkania kreatywnych, które musiało mieć miejsce przed nim. Jakie hasła padały gdy planowali swój epokowy materiał? „Niech oni biegną, jak Polska do zwycięstwa”? „Niech erekcja tego kolesia dodaje dziewczynie dodatkowej motywacji, zupełnie jak Pałac Kultury Warszawiakom?” Oj wesoło tam musiało być. Zwłaszcza jeżeli dołożymy do tego wizję gwałciciela goniącego ofiarę.

Ale tak naprawdę najlepiej przywalił aszdziennik, pisząc, że film jest plagiatem z pornola, że wpłynęła skarga, zaś film  „obejrzał już wiceprezydent stolicy Michał Olszew” i „rzeczywiście widzi elementy podobne”. I aż szkoda, że nie jest to prawda, bo wtedy byłoby już zupełnie pythonowsko.

Oczywiście z tą reklamówką zupełnie nie ma co porównywać. Bo to przecież dwa różne materiały.