Kindle jest super

Zacząłem na nowo dużo czytać. Wszystko dzięki Kindlowi.

C07EAA4C-5370-4A5F-A592-B4E9A66337E4.jpg

Nie to, żebym wcześniej unikał słowa drukowanego, po prostu podróże spędzałem albo na przeglądaniu internetu (Flipboard, instagram, fejs, twitter, www, rss), albo czytaniu magazynów. Książki zdarzały mi się, ale najczęściej nie dźwigałem ich ze sobą, bo duże, nie wiadomo kiedy się przydadzą i w ogóle zajmują miejsce w torbie.

Czytanie na iPadzie się mi jakoś nie sprawdziło. Raz, że go ze sobą nie noszę i raczej używam w domu, dwa że świecący ekran jednak po dłuższej chwili męczy. No i tablet był dla mnie po prostu za ciężki i tak sobie mi się go trzymało. To znaczy – nie wątpię, że się da, ale jakoś się to nie przyjęło. Ajfon z kolei wydawał mi się za mały do komfortowego czytania. I stąd zrodził się pomysł, że nowym gadżetem będzie e-reader. A wiadomo – Kindle zbiera tutaj najlepsze oceny.

Założenia proste – chciałem model z 3G i darmowym internetem, mały, coby się mieścił do kieszeni kurtki/płaszcza i z dotykowym ekranem, bo to trendy i się sprawdza w tabletach. Wybór padł na Kindle Touch i jestem z niego bardzo zadowolony, chociaż nie wszystko działa, tak jak myślałem, że będzie. Napiszę w punktach, bo to i bardziej internetowo i milej się czyta: Czytaj dalej

Reklamy

Kilogramy geeka

I nie chodzi bynajmniej o zbędne kilogramy ciała. Chodzi o to, ile trzeba dźwigać.

Czasu jest mało, atrakcji wiele, każda na innym sprzęcie. Pomyślałem sobie właśnie ile rzeczy bym musiał ze sobą wziąć, żeby móc korzystać ze wszystkich dobroci cyfrowego świata.

No to po kolei:

  • iPhone – wiadomo: telefon, przeglądarka, mp3 player, mail, gry, nie można się bez niego ruszać.
  • iPad – cyfrowe edycje polskich magazynów, gry
  • Kindle – książki, na iPadzie czyta się jednak dużo gorzej. Ale to temat na osobną notkę.
  • 3DS – liczenie kroków, granie (gdzieś tam na horyzoncie majaczy dodatkowo Vita)
  • MacBook – wiadomo – praca

Na szczęście wszystkiego nie noszę, co na przykład skutkuje kupowaniem papierowych magazynów. Cierpią na tym lasy, rzecz jasna, ale człowiek nie czuje się jak magazyn ekranów, czy mokry sen dresiarza z lepkimi rękami.

Zresztą wyraźnie widać, jakie gadżety już zostały wyparte przez te urządzenia. Przenośne odtwarzacze muzyki inne niż telefony mogą się już z nami żegnać, podobny los spotka proste aparaty fotograficznie. Pozostają jeszcze konsole przenośne, ale te smartfony też prawdopodobnie już wykosiły.

Po małym namyśle wychodzi mi, że iPad zastąpi laptopa w domu, Kindle i iPhone wylądują w kieszeni, a konsole przenośne będą konkurować z książkami o mój czas. Dobra powieść wytnie w autobusie średnią grę, analogicznie zresztą będzie w drugą stronę.

Nie zmienia to jednak faktu, że to wszystko waży i zajmuje miejsce w kieszeniach/torbie. I że trzeba to przy sobie nosić, żeby korzystać, bo bez sensu mieć gadżety, które się po prostu kurzą.

Co nas uratuje? Rozwijane ekrany? Kolejna generacja tabletów, łącząca ze sobą zalety iPada i Kindle? W sumie można by sobie wyobrazić coś, co z jednej strony ma normalny dotykowy ekran, a z drugiej kindlowego e-inka.

A póki co – czas kupić większą torbę. Tak, na wszelki wypadek.

Niewolnik aplikacji

Ciekawi mnie bardzo Windows Phone, ale się niego nie przesiądę. Koszt wymiany aplikacji jest za duży.

Możliwości sprzętu nie są najważniejsze. Nie muszę mieć najlepszego aparatu w swoim telefonie, ani najszybszego procesora. Te czasy bezpowrotnie minęły. To, co się liczy, to ilość dostępnych apek, gier i usług. No i oczywiście ilość kasy, którą zostawiłem w danym wirtualnym sklepie.

Good is new perfect, a po wydaniu setek dolarów wirtualnych sklepach zmiana telefonu/komputera/konsoli na inną jest dużo cięższy. Nie mówię, że nie da, ale na pewno będzie to trudniejsze. Zresztą, o ile można mieć wiele konsol i grać na nich jak się komu podoba, o tyle noszenie ze sobą wielu telefonów jest nieco bez sensu (choć znam ludzi, którzy mają stale przy sobie 3 smartfony)

Przyzwyczajamy się do jednego systemu. Byłem bardzo zadowolony z iPoda -> kupiłem sobie maka. Z makiem i ajpodem przesiadka na ajfona była kwestią czasu. Tak samo wyglądało to z dokupieniem ajpada jako domyślnego tabletu. Dlaczego? Integracja, prostota wymiany danych. Zresztą zapewne tak samo jest w przypadku gadżetów Samsunga, Microsoftu i Sony.

Ale wracając do aplikacji. Mamy swoje przyzwyczajenia, zakupiony stuff i przesiadka na kolejny system to masa wydatków. Skoro smartfon zastępuje nam komputer i zawsze jest z nami, to nic dziwnego że wraz z czasem gromadzi nam się ilość niezbędnego oprogramowania danych. Danych, które bardzo łatwo przeniesiemy na kolejnego ajfona, ale już nie na Androida czy Windows Phone. To trochę jak dawno temu z reinstalacjami Windowsa (teraz po prostu nie wiem, jak to wygląda, więc się nie będę wymądrzał) – zawsze były jakieś ofiary. A tutaj? Poza kontaktami, które możemy pewnie za pomocą google jakoś przenieść reszta danych pójdzie się paść.

I tak oto w dość prosty sposób stajemy się niewolnikami danego systemu. Bo nagle okazuje się, że nawet jak nowy super telefon dostaniemy za darmo, to i tak musimy wydać mnówsto kasy i spędzić nad nim masę czasu, by mieć mniej więcej to samo, co kiedyś. A prawie nikomu się nie będzie chciało tego robić. A na pewno nie mi – stałem się wygodnicki. No i dobrze mi z moim ajfonem, mimo, że Windows Phone kusi.

Ojej, internet jest popularny i zmienia naszą cywilizację

Nasze życie toczy się też w internecie i nie jest to nic strasznego. Mimo, że co jakiś czas pojawiają się „tru drama story”.

Wysokie obcasy, tekst Cała klasa jest na Facebooku

– Zaraz!- krzyknął 13-letni Antek i spokojnie wrócił do rozmowy z kolegą. Małgosia, jego mama, głośno się zamyśliła: – Czuję, jakbym go bezskutecznie wzywała z podwórka na obiad, z tą jedynie różnicą, że on siedzi w swoim pokoju, rozmawia z kolegą z gimnazjum przez skajpa i równocześnie ustawia z nim zdalnie jakieś klocki w tej nowej grze komputerowej.

Brzmi strasznie, ale takie nie jest. To znaczy prosto jest lamentować, że spędzamy dużo czasu na fejsie, czacie czy stronach www. O zgrozo w grach też zdarza nam się na długo zamulić (a już zupełnie inną rzeczą jest, że przywołane jako przykład dzieci zamiast mordować się w Call of Duty budują i tworzą światy w Minecrafcie).

Internet pojawił się w naszej cywilizacji i sporo namieszał, ale dajemy sobie radę. Zresztą, jest tak chyba ze wszystkimi wynalazkami. Pojawiają się, pierwsze pokolenie nie ogarnia i robi sobie masę problemów, kolejne uczą się żyć z nowinkami i traktują je, jak coś normalnego. No i do zmian technologicznych przyzwyczajamy się coraz szybciej.

Pamiętam swoje początki z internetem. Odkrycie stałego łącza na uniwerku zaowocowało siedzeniem 5 rano 23 non stop na pc xt z monitorem amber i trybem hercules. Tryb tekstowy, papierosy, brak jedzenia i snu. I to nie byłem tylko ja. Ludzie wsiąkali w IRCa, Usenet, gry sieciowo-tekstowe typu MUD. Potem pojawiły się czaty, forumy i inne wynalazki. I co? I nic, umiem wyjść na imprezę, spotkać się ze znajomymi, a jak mi się nie chce ruszać z domu, to pogadam z nimi na fejsie, czy innym komunikatorem. TO JEST NORMALNE.

Szał po chwili mija i zaczynamy z tego normalnie korzystać, jak z innych dobrodziejstw cywilizacji. Jasne – więcej czasu online, ale przekłada się to też na więcej interakcji i szerszy krąg znajomych. Czy jest płycej? Cholera wie, pewnie u niektórych tak, u innych nie, ale ja wolę częsty onlineowy kontakt niż rwane spotkania co pół roku, kiedy w zasadzie w kółko trzeba te więzi odbudowywać i podtrzymywać, a nie rozwijać. Bo to co nas łączy to wspólne wspomnienia i przeżycia. Nieważne czy z rzeczywistości, wspólnego grania czy rozmów przez internet. Ważne, że to był wspólnie spędzony czas.

Kluczem dla rodziców i znajomych jest po prostu pokazywanie ludziom, że istnieje świat poza siecią i że również jest on atrakcyjny. Jeżeli cytowana matka Małgosia nie umie pokazać, że są inne fajne zajęcia, to niech się nie dziwi, że jej dziecko tonie gdzie indziej.

I nie chodzi tu bynajmniej o kupienie mu zestawu Młody Chemik i powiedzenie – a teraz baw się, a ja obejrzę S jak Szpital, czy też zapisanie go na sekcję instrumentów dętych, ale zrozumienie co go jara i pokazanie mu tych rzeczy. Wspólne wizyty na fajnych sztukach w teatrze, wyjście do kina, wyjazdy itede to jest sposób, a nie lamentowanie, że internet kradnie dzieci.

A jeżeli chodzi o dorosłych… No litości:

młodzież studencka, mając do wyboru dostęp do internetu i własne auto, w sporej większości wybrała to pierwsze (64%). A co trzeci z badanych uważa internet za czynnik niezbędny do życia, porównywalny z powietrzem i wodą.

No pewnie że wybrała, bo dzięki internetowi można milion spraw załatwić szybciej niż za pomocą samochodu. Co więcej, milion rzeczy nam zostanie podwiezionych pod nos i wcale nie trzeba będzie po nie jeździć. Co w tym dziwnego? Co w tym strasznego? Lubimy sobie ułatwiać życie, nikt (poza amiszami) nie chce tępić narzędzi by pracować w większym znoju. A przynajmniej nikt, kogo ja znam.

Zresztą potem w cytowanym tekście jest niewiele lepiej:

ponad 1/4 badanych studentów woli zaktualizować swój status na Facebooku niż pójść na imprezę.

Błąd, oni zaktualizują swój status na Facebooku będąc na imprezie. Zresztą, co to w ogóle za idiotyczny wybór?! Przecież to nie są rzeczy rozłączne.

I jasne, zapewne jakiemuś procentowi naszej wspaniałej ludzkości internet zrobił wodę z mózgu, zrujnował życia i doprowadził do krawędzi. Jeżeli nie było by sieci winne mogłyby być temu gołębie, książki albo komiksy. Po prostu zawsze jakaś część sobie nie poradzi. I to nie zależnie od technologii czy innych czynników.

Internet stał się nieodłączną częścią naszego życia, upraszcza je i pozwala na więcej. Co nie oznacza, że można się od niego raz na jakiś czas odciąć i zrobić sobie wakacje. Da się. Trzeba tylko chcieć i znać alternatywy dla siedzenia na fejsie.

Konkurowanie konsol przenośnych ze smartfonami to wcale nie jest bzdura

Marcin Kosman z GameZilli nazywa porównywanie PlayStation Vita ze smarfonami bzdurą. A ja się z nim nie zgadzam.

W jego tekście na GZ możemy przeczytać:

Zestawianie tych dwóch różnych rynków ma tyle sensu, co doszukiwanie się spadku sprzedaży kalarepy w rosnącej popularności płynu do płukania ust. W końcu obie rzeczy trafiają do gęby, więc można porównywać, tak?

Marcin pisze, że jedyne co łączy konsole przenośne i smartfony to fakt, że „Sprzęty działają bez podłączenia do prądu”. Jako różnice wskazuje sposób dystrybucji gier, cenę i ich jakość i główne funkcje. Zresztą całość tekstu do przeczytania tutaj. Zainteresowanych odsyłam do lektury, sam zaś przedstawię swoje zdanie na ten temat.

Pierwszą i podstawową rzeczą, na którą należy zwrócić uwagę to czas który mamy na rozrywkę. Grając na konsoli, nie gramy na PC, nie idziemy na spacer, nie chodzimy do kina, nie czytamy książki. Konkurencją dla Xboksa 360 jest każda forma spędzania wolnego czasu. I przywołuję tu konsolę Microsoftu nie bez powodu, bo to właśnie ta firma jako pierwsza zwróciła na to uwagę, mówiąc o tym w jednym z wywiadów udzielonych z okazji premiery tej plafomy. Idąc tym tokiem rozumowania łatwo wysnuć wniosek, że jeżeli gram na iPhonie i Androidzie w cokolwiek, to nie gram na 3DS i Vita.

No dobrze, skoro z tym się zgadzamy to zastanówmy się, co częściej będziemy mieć przy sobie. Mulitmedialny kombajn, z którego dzwonimy, przeglądamy internet, gramy i generalnie coraz trudniej nam się bez niego poruszać (da się, jasne, ale nie w tym rzecz), czy konsolę, o której musimy pamiętać by ją zabrać. A idąc w jeszcze większe ekstremum – co na pewno kupimy, bo jest nam potrzebne – telefon, na którym możemy też grać, czy wyspecjalizowaną konsolę do gier. I ile urządzeń chcemy na raz nosić przy sobie. Jedno (smartfon), czy osobno telefon i konsolę (zakładając, że handheld pozwala nam wejść do sieci, posłuchać muzyki, wejść na fejsa i zrobić fotkę).

Po co te wszystkie funkcje społecznościowe jak StreetPass czy Near w Vicie i 3DS? Dlaczego twórcy przenośnych konsol kopiują funkcje smartfonów (dotykowy ekran, odtwarzanie muzyki, internet itd.)? Przecież konsola ma być do gier.

Ano po to, żeby nawet bez gry mieć je przy sobie. Bo jeżeli mamy je dostępne, to jest spora szansa na to, że nudząc się kupimy jakąś grę z cyfrowej dystrybucji, czy też pomyślimy o kolejnym zakupie większej produkcji. Inaczej nasza zabawka będzie leżeć zakurzona w kącie.

A trudno będzie jej konkurować z platformami, na których codziennie pojawiają się setki gier, w ogromnej większość albo tańszych od tych dostępnych na konsolach przenośnych, albo wręcz darmowych. A nie oferują one gorszej rozrywki. Jasne, może nie mają tak pięknej oprawy audiowizualnej, ale stawiają na coś innego. I możemy je kupić wszędzie. Nie czekamy na dostawę ze sklepu, na przesyłkę. W momencie powstania potrzeby zagrania w Infinity Blade 2 czas oczekiwania wynosi dokładnie tyle ile pobranie gry z internetu.

Co więcej, są to gry dostosowane do mobilnego grania. Do krótkich, przerywanych sesji i oferują nam nowe doznania. Nie są to kopie gier ze stacjonarnych konsol, ale zupełnie inne pozycje. I zyskują one niesamowitą popularność. Przykłady? Od Angry Birds można by zacząć, a potem wymienić inne, wielkie mobilne gry z milionowymi wynikami sprzedaży.

I zgadzam się z Marcinem, że znakomita większość tych produkcji jest słaba. Nie zmienia to jednak faktu, że przy wolumenie wypuszczanych tytułów ilość tych dobrych w zupełności wystarcza. Zwłaszcza, że „good is new perfect”. Gracze zadowolą się dużą ilością dobrych gier, a nie oczekiwaniem przez długi czas na te najlepsze. Za przykład wystarczy tu podać start 3DSa.

Co więcej – gry na smartfony są coraz lepsze. Twórcy powoli, ale konsekwentnie uczą się jak tworzyć coraz lepsze i bardziej wciągające produkcje na ekrany dotykowe. A gracze hardcorowi (casuale nie mają z tym problemów) powoi się do tego przyzwyczajają. Zresztą – sygnałem zmiany jest chyba fakt, że największe hity z konsol przenośnych pojawiają się również na smartfonach.

Co dają nam do kupy te wszystkie argumenty. Ano tłumaczą poniższy wykres:

Zrzut ekranu 2011-12-15 o 17.47.12.jpg

Widzimy na nim, jak powoli, ale nieubłaganie smartfony zjadają rynek mobilnej rozrywki.

Marcin argumentuje, że porównujemy sprzęt, który ma 7 lat z nowoczesnymi telefonami – dla mnie nie ma z tym problemu. Bo raz, że graficzne osiągi są zwykle podobne, dwa że starszy sprzęt jest tańszy. Czyli powinien nawiązać równorzędną walkę.

I na sam koniec już. Marcin pisze: „Monitory od Samsunga i LG sprawdzisz sobie w sklepie RTV, a w salonie AGD zobaczysz stojące obok siebie pralki Amiki i Beko. Tymczasem Nintendo 3DS albo PSP raczej nie znajdziesz w sklepie z telefonami, a Ultima czy Gram ani myślą wprowadzać do swojej oferty telefony.” Jestem bardzo ciekawy, co powie, gdy Vitę z 3G znajdzie tylko u jednego z polskich operatorów komórkowych. Bo taki scenariusz jest przecież możliwy.

A o tym, że casuale, czyli ludzie, którzy generalnie kupują gry i nie marudzą przesiedli się już na smartfony chyba nie trzeba pisać. Wystarczy tylko spojrzeć do kogo kierowane są gry na konsole przenośne. A są to hardcorowcy, bo tylko ich już interesuje dedykowany sprzęt do grania. I są oni w mniejszości.

W skrócie? Vita konkuruje ze smartfonami i wcale nie jest to bzdura. Tak samo jak fakt, że laptopy konkurują z tabletami, konsole pomiędzy sobą a PC, a wszystko to walczy o naszą uwagę i czas. Na równych prawach. Bo wyjście do klubu czy pójście na siłownie może być równie ważne dla kogoś jak zagrania w najnowszą megaprodukcję.

Pisz, co myślę

20111214-112318.jpg

Tracimy bezsensownie dużo czasu na pisanie.

Bo przecież kiecyś było prościej. Pan mówił, sługa pisał i chyba czas do tego wrócić. Oczywiście zastępując skrybę urządzeniem, które nas wysłucha i przełoży to na tekst.

Będzie łatwiejj Pewnie. Nie zawsze mamy czas wyciąg możliwości by wyciągnąć notatnik i zacząć notować. Poza tym słyszymy od razu jak to brzmi i odpowiednio zmieniamy tempo i układ tekstu. no i nawet jeżeli nagramy coś ciekawego to przewidywania jest męką.

No a do tego odpada cała zabawa z ortografią, autokorektą (pamiętacie, że piszę na ajfonie?) i tym podobnymi zabawami.

A soft do rozpoznawania mowy jest coraz lepszy.

A wersja przyszłościowa, ta na którą czekam? Kabelek do mózgu i dump strumienia myśli. To było dopiero blogowanie.

I masa ciekawych wstawek z dryfami myślowymi.

Słodka niewola polecania

20111213-183834.jpg

Ratunku, nie wiem, co jest ważne. Inni wybierają za mnie.

A skąd to skę wzięło? Z Flipboarda. Opcja cover stories wybierająca najlepsze zdaniem apki treści w zasadzie zdominowała używanie tej aplikacji.

Co to oznacza? Że jakiś algorytm decyduje co przeczytam, które informacje skonsumuje mój mózg. Nie ma czasu na przeglądanie wszystkiego – tak jak w przyrodzie zostają najsilniejsi. Pisałem to już, ale powtórzę – content dąży do nieskończoności, czas jest ograniczony.

I dlatego potrzebujemy pomocy w segregacji tego co ważne. Tego co zasługuje na naszą uwagę. W co zagrać? Z kim rozmawiać? Co czytać? Coraz częściej decyduje o tym algorytm.

Nie prawda? Flipboard to tylko przykład. Spójrzmy na Facebooka – dość szybko zobaczymy, że o ile nie zaznaczymy, ze jesteśmy z kimś w bliskiej relacji, to zobaczymy tylko najważniejsze statusy. Czyli nie koniecznie dowiemy sie co fajnego zobaczył, czy przeczytał. Bo nie. Jakiś algorytm zadecydował.

Zresztą mechanizmy polecenia stają się coraz doskonalsze. Zostawiamy w sieci tonę informacji o sobie. I są one wykorzystywane. Aktualnie sklepy polecają nam produkty na podstawie podobnych rzeczy i decyzji innych klientów. Ale to dopiero początek. Już prowadzone są badania nad wprowadzeniem zmiennych metod przekonywania w zależności od człowieka. Bardziej przekonują cię lajki znajomych, czy ilość sprzedanych sztuk. Trzeba cie prosić, czy przekonywać promocja? To już się dzieje. I to wszędzie – sklepy, strony internetowe, odtwarzacze muzyki… Wszystkie chcą nam uprościć wybór. Pomóc.

Nie mamy czasu. Paradoksalnie im łatwiejsze staje się życie tym mniej mamy czasu na każdą z aktywności. Bo ich liczba stałe rośnie i milion z nich walczy o naszą uwagę. Nie da sie przeczytać wszystkiego, więc skupiamy sie na najważniejszych rzeczach. A tam czekają juz na nas pająki algorytmów.

I tylko czekam na moment kiedy usłyszę głos z komputera – nie czytaj tego, to bez sensu. Zajmij sie lepiej tym filmem.

A potem pojawi sie Skynet.

Nie masz jeszcze Flipboarda na iPhone? To na co czekasz?!

20111212-032218.jpg

Flipboard to jedna z moich ulubionych aplikacji na iPada i domyślny sposób konsumowania treści z sieci społecznościowych i rss. Do tej pory niestety wykorzystywany rzadko, bo i iPada ze sobą po prostu nie noszę. Ale to się teraz zmieni.

Nie to żebym planował zacząć dźwigać znowu to urządzenie. Co to, to nie. Ograniczam ilość ekraników przy sobie. Smartfon, laptop i czasami 3DS (są nowe puzzle, po aktualizacji, znowu jest sens go ze sobą zabierać) wystarczą. A w planach jeszcze Kindle…. Dużo się tego robi.

Ale ja nie o tym. Ekraniki to jedno, a Flipboard na iPhone to drugie. I jeżeli ktoś jeszcze tej apki nie ma, to powinien ją czym prędzej zassać, zwłaszcza, że jego darmowa (piszę z iPhone, jest 3:30, więc darujcie, że linka nie wstawię, jesteście na tyle inteligentni, że sobie sami na App Store znajdziecie).

W każdym razie – Flipboard to takie ustrojstwo, co zasysa subskrybowane przez nas treści i sugeruje swoje tematyczne zestawy. Dodajemy je sobie podlegustów i potrzeb, a apka układa je tak, że przypominają one ilustrowany magazyn. Czad. To trzeba zobaczyć w akcji.

W wersji iPhonowej pojawia sie dodatkowo cover stories, czyli najlepsze treści wybrane przez magiczny algorytm z subskrybowanych przez nas źródeł. Działa i sprawdza się świetnie, co zresztą możecie zobaczyć na obrazku powyżej. Całość w tym przypadku nie jest też już magazynem, a kołonotatnikiem, co w przypadku kształtów i wymiarów smartfona ma większy sens.

Minus w tym taki, że casualowy juser może nie wiedzieć co to Twitter i Google Reader, o rss nie wspominając, przez co odpadnie mu możliwość śledzenia i dodawania polskiego contentu do flipboarda. Ale jakby co to swoją listę Polskie Media na twitterze mam i jakby co – mogę się podzielić. Brakuje też wtyczki do Google+, na którym co prawda mało się dzieje, ale czasami są tam ciekawe dyskusje.

Ciekawi mnie też, kiedy Flipboard zacznie nam polecać inne mogące zaciekawić na greści, jak ma to w zwyczaju Zite (inna apka na iPada). Zapewne jest to kwestia czasu. No i mam nadzieję, że tu będzie to wykonane lepiej, bo na Zite do tej pory nie pojawiły mi się żadne treści z polskiego internetu.

W skrócie – nie masz, zainstaluj. Za darmo i świetne. Content będzie kontent.

Bujanie w chmurach

20111201-190627.jpg

Chciałbym już żyć w chmurze. Nie chce przejmować się backupami, synchronizacją, przenoszeniem danych i resztą tych cudowności.

Tyczy się to zarówno komputerów, jak i konsol. Długo dziwiłem się, że ani MS czy Valve nie zaoferowali odpowiednich rozwiązań. O Sony i Nintendo nic nie mówię, bo tym pierwszym na początku zwykle nie wychodzi, a ci drudzy żyją tak z dekadę do tyłu.

A przecież problem istnieje i każdy kto przyjdzie kiedyś grać do kolegi zauważa subtelną różnicę pomiędzy posiadaniem danego trofeum, a konfiguracji i save’a do gry. Są niby pierwsze jaskółki – ale oczywiście mój wykupiony PSN+ już nie daje sobie rady z trzymaniem sejwów do tych 8 gier, które na niego wgrałem, bo jest za mało. No ale wiadomo – Sony. This is living. Przynajmniej samo ściąga łatki i aktualizacje, co jest miłe.

To wszystko też bierze się stąd, że przestałem być mentalnie adminem i mogę już z czystym sumieniem płacić komuś, by wykonywał prace, które co prawda mógłbym sam zrobić, ale mi się nie chce.

Po części też stąd wziął się umnie wybór Apple jako głównego dostawcy rozwiązań. I mimo, że Mac OS X żre dysk na swap jak głupie, że zdarza się mu działać koszmarnie wolno przy operacja u dyskowych, a czasami nawet ordynarnie zwiesić, to nie zamierzam się przesiadać. Wygoda przenoszenia danych pomiędzy nowymi makami plus Time calsule robi swoje. No a do tego wspólne zasoby z ajfonem i ajpadem. To po prostu działa i wiem, bo używam (mimo, że szczerzę muszę dodać, że nie rozumiem, dlaczego iPad i iPhone nie dzielą ustawień aplikacji i sejwów gier. Mam TĘ SAMA aplikację na dwóch sprzętach synchronizujących się z JEDNYM kompem i nie, nie mogą sobie przenieść wszystkich danych… to jest chore)

Nie interesują mnie flejmy o to gdzie jest lepiej. Od dawna nie widziałem i nie pracowałem na windowsie (na desktopie), android za bardzo kojarzy mi sie z linuksem i w zasadzie jedyna opcja na zmianę byłoby dostanie telefonu z Windows Phone 7. Pomijając już fakt o koszcie przeniesienia tam odpowiednich aplikacji z iOS i ile to by kosztowało, co jest tematem na osobną notkę.

Do szczęścia brakuje mi dobrej chmury. Owszem, mam i używam dropboksa, staram sie synchronizować z iCloud. Problemem jest jak zawsze miejsce i funkcjonalność.

Co musiałaby robić moja wymarzona usługa? Po pierwsze backupowac moje backupy (z pewnych rzeczy nigdy sie nie wyrasta, jak raz zostanie sie adminem), Londynie backupować moje sprzęty, ale w sposób inteligentny.

Bo skoro mój telefon i tablet lwią część rzeczy ma tożsamych z komputerem, to dwa razy wygrywać ich nie potrzeba. Wystarczy sprytne linkowanie i sprawdzanie sum kontrolnych, czy mówimy o tym samym pliku.

Po trzecie też chciałbym priorytezować w prosty sposób synchronizację. Dokumenty nad ltórymi pracuję z innymi powinny zmieniać się w czasie rzeczywistym, kolekcje mp3 niekoniecznie.

No i oczywiście dostęp ze wszystkiego co ma ekran i jakąś formę klawiatury. W końcu po to nam to bujanie w obłokach, żeby wgrany na kompa film obejrzeć w autobusie, a przypadkowo skasowany plik odzyskać u kolegi, czy też po prostu odpalić konsolę i kontynuować dalej swoją grę, tam gdzie jest ostatni save.

W zasadzie to dopiero teraz wpadłem na to, że dla większej internetowości trzeba to było zawrzeć w punktach i dać tytuł X rzeczy, których chce od chmury. Well, next time Gadget, next time.

Na koniec jedna ważna rzecz – ja mogę za to rzecz jasna płacić, ale za realnie używane gigabajty. Zresztą nie miałbym nic przeciwko usuwaniem duplikatów u userów i trzymaniem fizycznie tylko jednej kopii pliku, jak to kiedyś robił dropbox.

A póki co bujam się pomiędzy dropboksem i przepełnionym iCloudem i zastanawiam się skąd Apple wzięło swoje ceny na tę usługę. Bo na pewno musiała za tym stać jakaś sprytna strategia (głupi user i tak kupi), nie?

Kiedyś ktos dostarczy tego, co chcę i świat na powrót stanie się lepszym miejscem. A może już jest takie rozwiązanie, a ja o nim po prostu nie wiem? Ale takie, które po prostu działa i jest user friendly, a nie wymaga ode mnie studiowania manuali do 4 kolejnych programów i pisania skryptów.

I nie, nie boję się, że ktoś zobaczy jakie porno oglądam. I tak już wiedzą. A poza tym to chyba nie jest jakaś szczególnie ciekawa wiedza.