Immortals – piękny bezsens w 3D

Parę dni temu udało mi się obejrzeć Immortals w kinie. To piękny film z jednym z najlepszych 3D, jakie widziałem. Za to prawie totalnie bez sensu.

Popcorn, cola, okulary 3D, akcja. W zasadzie to nie od razu, bo przecież trzeba obejrzeć obowiązkowe pół godziny reklam (większość słabych z kampanią Orbit wołającą o pomstę do nieba – nie wiem kto wpadł na pomysł złych warzyw które czyhają na nasze Ph, ale powinien częściej brać tabletki z suszonej żaby). Oczywiście część z nich jest w obowiązkowym 3D, w tym parę udających zwiastuny filmów, co jest słabe.

Ale to nie wszystko, bo oczywiście okulary 3D wcześniej też trzeba kupić. Kosztuje to co prawda tylko 3zł, ale wszyscy wiemy, że to nie pierwsza para, którą kupujemy. Bo przecież przy kolejnym spontanicznym wyjściu do kina zorientujemy się, że nie wzięliśmy starych i chaching – nabędziemy je ponownie.

No dobra, wszystko za nami, chwila dla sponsora minęła, okulary na nosie, zaczyna się film i oh my, jakie to ładne, a zwłaszcza w 3D. Do tej pory poza Awatarem filmy w trójwymiarze jakiegoś większego wrażenia na mnie nie robiły. Zwykle polegało to na pokazywaniu co jakiś czas, że coś w nas leci, albo innej zabawy z prostymi efektami.

W Immortals 3D zdaje się być nieodłączną część filmu. Sceny są przemyślne i sfilmowane by dobrze się w trójwymiarze prezentować, przy czym nie jest to tanie efekciarstwo. No po prostu super – widoki są monumentalne, epicki i piękne. Zresztą pokazywanie batalistycznych scenerii wychodzi filmowcom coraz lepiej. Podsumowując – ładne, ale tego się spodziewali chyba wszyscy, bo przecież 300 wcześniej też robiło niemałe wrażenie.

Ale ten scenariusz… dżizas. W skrócie – wracamy do walki bogów z tytanami. Wiadomo – bogowie – ci dobrzy, tytani – ci źli. Dlaczego? Nie wiadomo. Poprawność polityczna nie pozwala powiedzieć w zasadzie o co chodziło, poza tym, że to zwycięzcy napisali historię i chyba muszą być fajni, bo są ładniejsi na ekranie i mają hipsterskie wąsiki. Ten dobry – Tezeusz ma powstrzymać tego złego – Heperiona. Po drodze jedna laska, jeden stosunek, dużo pobocznych postaci umiera. Wygrywają ci dobrzy.

Mickey Rurke jako główny zły daje radę i jest coś w tym kolesiu złego. Być może to ta szczera, zniszczona życiem twarz, która uwiarygadniaja kreowaną przez niego postać. Może i jego motywacje nie są jakoś super narysowane (umarła mi żona i dziecko, bogów nie było, to ja im pokażę), ale przynajmniej jest wiarygodnym pojebem – torturuje, niszczy i zabija bez szczególnego przejmowania się tym, jak porządny psychopata.

A tortury ma fajne, wymyślne i dobrze pokazane. Za przykład może posłużyć gotowanie ludzi w wielkim żelaznym byku, kastrowanie czy okaleczanie w wymyślny sposób. Oj Rurke w roli skurwiela robi dobrą robotę i polubiłem go.

W ogóle Hyperion ma dość proste założenie – świat ma cierpieć, by zapewnić mu nieśmiertelność i nie ma u niego momentów zawahania, ani żalu. No i ta pogarda dla ludzi i otoczenia – pasuje. Ludzi traktuje jak narzędzia, a te nie są warte uwagi, litości, większego zainteresowania, o ile realizują dobrze swój cel istnienia, czyli służbę. I w zasadzie to wszystko co można dobrego powiedzieć o wykreowanych przez scenarzystów postaciach, bo potem jest coraz gorzej.

Nasz główny bohater – Tezeusz bez skazy i zmazy – ani grzeje ani ziębi. Ot, w pewnej chwili dostaje misję, którą nie wiadomo kiedy przyjmuje i nie wiadomo po co ją w zasadzie robi. Emocji zero – ot taka zimna ryba. Ani wojownik, ani trybun, ani kochanek. Słabo. Podobnie zachowuje się towarzysząca mu wyrocznia-dziewica. Ma wizje, które pomagają drużynie i chyba w związku z tym po chwili idzie z nim do łóżka, by te pomocne wizje zakończyć. Bo w sumie po co jej one w trakcie misji, nie?

Bogowie greccy to w ogóle jakiś jeden żart. Nie knują, nie walczą i generalnie czas spędzają na oglądaniu tego, co się dzieje na ziemi. Mają też bzdurny zakaze nie ingerowania w losy ludzi, którego złamanie w trakcie filmu w zasadzie nic nie robi i nie wiadomo skąd on się w zasadzie wziął.

Zeus karci jednych bogów, na wybryki innych nie reaguje i w zasadzie sam z siebie przed nadchodzącą wojną pozbawia się wojowników – mistrz strategii po prostu.

W ogóle działania bóstw zapewniają sporo pytań o sens ich istnienia. Bo mogą, umieją i mają powery do działania i walki, tylko ich w ogóle sensownie nie wykorzystują, albo robią to o wiele za późno. Ich walka z głównymi złymi też jest jakaś taka bezsensowna. Najpierw im wychodzi i są w ogóle w pięcioro zdolni zrobić im masę przykrych rzeczy, by nagle zginąć po kolei w dość głupi sposób.

Chyba nie zdradzę za dużo pisząc, że w trakcie filmu wszyscy bogowie zostają wybici. Do tego tandetne zakończenie zmusza do wysnucia wniosku, że w filmie pokazano przejście od politeizmu do monoteizmu przez wytłuczenie całego panteonu i pozostawienie samego Zeusa. Imię prosto zmienić, prawda?

Nawet walki są w porównaniu do 300 są słabe. Tam była masa cudownych scen, tu jest ich niewiele i nie aż tak efektownych. Tam walczyliśmy na górach trupów, tu walka w ciasnym korytarzy z milionem przeciwników w ogóle zdaje się nie uwzględniać, że ludzie umierają i zalegają na podłodze. Tak jakby działały tam jakieś służby czyszczące pole walki i były bardziej skuteczne od tych z Warszawy.

No i tak gonimy bezsens za bezsensem w ślicznej scenografii. Wygląda to pięknie, ale już nie tak efektownie. Ot zestaw mini scen w 3D ze starożytnej Grecji, trochę ładnych scen batalistycznych, ciapowaci bogowie i fajny skurwiel z misją.

Ładne, miłe i do zapomnienia natychmiast. Oglądać wyłącznie w kinie i po lekkim znieczuleniu.

Niezrealizowane ambitne kinowe plany

Miałem pójść na tyyyyle filmów i się nie udało

I trochę mnie to drażni, bo co, jak co, ale do kina to lubię chodzić. Po pierwsze bo wielki ekran, po drugie, bo to jakieś wydarzenie, którego nie przerywają telefony komórkowe, znudzenie i „to sobie obejrzę to później”, po trzecie, bo wielki ekran i dobre nagłośnienie, no a po czwarte, bo popcorn, cola i cały ten feeling.

No i w tym czwartym kwartale szykowałem się na trzy filmy i finalnie ich nie zobaczyłem. A szkoda, bo zakładam, że część z nich nadaje się wyłącznie do kina.

Na przykład takie Immortals:

O samym filmie wiem niewiele, poza tym, że robili go jacyś kolesie od 300. A to w sumie mi wystarcza za rekomendację, bo 300 uwielbiam i nawet sobie kupiłem na HD-DVD ten film kiedyś. Głownie za wizualia i slow-mo, jak również za świetne pokazanie bohaterów. Bez tego całego schematu – jestem super, dostaję łomot, zamykam się w sobie, trenuję, wygrywam. Nie, tu po prostu byli twardziele, którzy od początku do końca wiedzieli co robią i gdzie są. No a do tego jej, jak to wyglądało. Czysta orgia audiowizualna, świetna choreografia, kostiumy, efekty.. w zasadzie nawet taka sobie fabuła nie przeszkadzała. W końcu This is Spartaaaaa!

No i teraz ci sami ludzie, w podobny sposób zrobili film o mitach greckich. Co prawda Filmaster.pl powiedział, że dałbym temu filmowi 1, zaś oceny innych też nie są jakieś szczególnie budujące, ale zakładam, że w kinie film mógłby zrobić na mnie ogromne wrażenie. Bo i też zwykle wiem, na co idę i nie oczekuję od każdej produkcji kina moralnego niepokoju. Czasami na serio wystarczają mi ładne widoki pod popcorn i colę i ten film gdzieś w tych rejonach umieszczałem.

//tak btw to ten cały Filmaster.pl wydaje się być ciekawym i fajnym serwisem. Jak na razie miał najbardziej trafne i fajne rekomendacje, jakie widziałem w sieci i na pewno, jak się dłużej nim pobawię, to coś na jego temat skrobnę, bo zasługuje//

Problem w tym, że w kinach go już nie ma, a na DVD/Blu-ray zapewne tak samo już nie będzie. Szkoda.

Anonymous z kolei wpisywał się w fajny wysokobudżetowy film mieszający spiskowe teorie dziejów z wartką akcją i fajnymi efektami.

O Shakespearze i tym czy był, nie było go, czy też była to cała grupa osób czytałem sporo. No i samego Shakespeara lubię, bo jego sztuki w Teatrze Narodowym robią zwykle na mnie duże wrażenie. Albo jest tam wymagany poziom patosu, wbijania sobie noży w plecy i knucia czy też magiczny świat z elfami – zwykle działa.

Filmaster powiedział mi, że dałbym mu całe 2/10, co z jednej strony jest pocieszające, z drugiej zaś.. Cóż, nadal chcę wierzyć, że to jest lepszy film, niż im się wydaje, że mi się będzie wydawać. W każdym razie, tu opcja DVD już brzmi lepiej niż przy Immortalsach. W końcu oprawa audiowizualna nie jest tutaj aż tak kluczowa, jak przy wcześniejszym filmie.

Na sam koniec Trzech Muszkieterów.

I tu muszę napisać, że ja po prostu lubię tę historię. Przeczytałem książkę dość wcześnie, będąc chyba jeszcze w liceum. Sam nie wiem dlaczego. Czy skłonił mnie do tego jakiś serial, odwołanie w innym dziele literackim, a może potrzebowałem do którejś z przygód… w każdym razie znam od dawna. Zresztą – potem pojawiły się 9 wrota, a za nimi lektura Klubu Dumas, gdzie znowu przewinęli się Trzej Muszkieterowie, a na to wszystko nakłada się jeszcze miłość do kina nowej przygody, stylistyki płaszcza i szpady, co zawsze pozwala mi cieszyć się tego typu filmami. I na sam koniec jeszcze – mrw polecał na swoim blogasku, a on ma zwykle trafne obserwacje.

Tu na szczęście opcja DVD w ogóle mi pasuje, chociaż tak jak i wcześniej wolałbym kino, 3D i popcorn.

Po drodze pojawił się jeszcze Szpieg, który polecają znajomi, ale na to powinienem zdążyć. No i 9 stycznia nowy Sherlock Holmes na którego już MUSZĘ pójść. Ale to sobie wpiszę po prostu do realizowalnych postanowień noworocznych.

Bo te z zeszłego roku… a zresztą sami się możecie domyślić. Nadal aktualne.