Dom Lalki

W teatrze byłem….

Dollhouse w Teatrze Nowym w Poznaniu opowieść o szołbiznesie. I to opowieść, którą wszyscy już znamy i słyszeliśmy tysiąc razy. Gwiazdy ćpają, zdradzają, są nieszczęśliwe, topią się chemicznych ekskursjach, są tępe, nie mają talentu i żerują na nich źli ludzie i psychofani.

Co więcej, Dollhouse to opowieść za długa. I to nie dlatego, że w niej śpiewają. O dziwo, rockowe hity, śpiewane przez poznańskich aktorów nie przeszkadzały, a wręcz pasowały do widowiska. Wykrzyczane słowa, wyrzygane emocje, często z głośnością na granicy bólu dopełniają widowisko. Niestety nie można tego samego powiedzieć o wszystkich wątkach. Kilka z nich dołożonych jest zupełnie od czapy. To samo można powiedzieć o niektórych scenach – są po prostu zbędne. Nic nie wnoszą poza sztucznym przedłużaniem spektaklu. A wiadomo – lepiej pozostawić widza z uczuciem niedosytu niż nadmiaru.

Zaraz, zapomniałem napisać o czym to jest, prawda? Już się poprawiam. Jest producent – mąż, gwiazda pop – żona. W ich domy ma miejsce nowy reality show, który ma się zakończyć ujawnieniem jej nowego albumu. Widowisko ściąga do siebie ludzi chcących ogrzać się w blasku sławy. Dawne koleżanki, chcące powrócić na szczyt, oddanych fanów, bogaczy szukających uciech czy ludzi po prostu złych, szukających łatwego zarobku. Wszystko to wrzucone i przemiksowane przez obraz kamery.

Bo tak naprawdę Dollhouse to opowieść o kamerze.

Nad sceną powieszony jest duży ekran. Po scenie chodzi operator i wszystko nagrywa. Widzimy więc aktorów i na scenie i na ekranie. A czasami tylko w tej innej, telewizyjnej rzeczywistości.

Bohaterowie nawet jak ze sobą rozmawiają, to patrzą się tylko w obiektyw. Wyginają się, prężą, tak by dobrze wyglądać w ekranie. Są razem, ale osobno. Wygładzona rzeczywistoć wyprodukowanego show staje się dominująca. Rzeczywiste problemy i tragedie przykrywają puste wymiany banałów wypowiadanych do widza.

Często na naszych oczach dokonuje się cała dekonstrukcja postaci. Zniszczona gwiazda potrafi się rozsypać na naszych oczach. Nagle kamera pokazuje ją przeoraną dragami twarz, uwydatnia fałdy na brzuchu, prześwietla jej sceniczny makijaż. Wraz z operatorem zaglądamy za zasłonę dymu i luster.

Jest taka scena wyjścia na koncert pary bohaterów. W tle leci piosenka Courtnej Love, aktorzy znikają ze sceny, widać tylko obraz z kamery. On całkowicie zatracony w narcystycznej miłości do siebie, ona coraz bardziej uciekająca od siebie do alkoholu. Kamera pokazuje ich drogą, Mały pokoik za sceną staje się nagle korytarzem, potem kamera wychodzi z nimi do foie, pokazując całą drogę do upadku.

Robi wrażenie.

A takich rzeczy jest więcej.

I dlatego warto pójść na Dollhouse do teatru. Nawet jak jest banalnie i za długo.

Reklamy

Na szybko – za mało czasu, za dużo myśli

Znowu złapała mnie gonitwa myśli. Zapewne każda z nich zasługuje na osobną notkę, ale nie wiem, czy będę miał na to czas. Więc niech to będzie taki szkic i zapis myśli, z których mam nadzieję, powstanie kiedyś coś dłuższego.

Czytaj dalej