Odnośnik

– Właściwie to na Usenecie rodziła się Polygamia.pl – opowiada twórca tego serwisu, Piotr Gnyp. – Pierwsi autorzy byli rekrutowani z ludzi piszących na pl.rec.gry.konsole. Pierwszy link również tam zapostowałem. Nie wierzycie? Sprawdźcie. W ogóle większość ludzi zajmujących się internetem można było poznać na Usenecie i IRC-u. Obecni pracownicy Google, dziennikarze z pierwszych stron gazet, a nawet słynni muzycy – wszyscy oni spierali się kiedyś i kłócili o głupoty na usenecie. Dla mnie to wyznacznik „starej gwardii”.

za pomocą Prawieki sieci – wspominamy Usenet. ‚To był pierwszy serwis społecznościowy, tam rodziły się największe trolle’.

Ktoś w Fakcie nie zrozumiał, co przeczytał u konkurencji

Skąd to wiem? Prosta sprawa, wystarczy poczytać.

Zdarzyła się tragedia, rzecz straszna – 14-latek zgwałcił 3-letnią siostrzenicę. Poza samą informacją mamy tylko wypowiedź winnego:

Grałem akurat na komputerze. W tej grze kobieta tańczyła dla mnie na rurze. Nie wiem, co we mnie wstąpiło. Nagle coś kazało mi podejść do Ewy i to zrobić – zeznał chłopak w sądzie rodzinnym.

Coś w niego wstąpiło, coś mu kazało. Głosy? Cholera wie. W każdym razie, na pewno, jest z nim coś nie tak. Pomijam już fakt, że grał w grę nie przeznaczoną dla niego, a tańczącą na rurze kobietę mógł równie dobrze zobaczyć w telewizji czy internecie. I o ile Super Express relacjonuje to normalnie, o tyle w Fakcie już czytamy: „Straszne skutki gry komputerowej”, a na końcu mamy ankietę „Czy gry komputerowe są niebezpieczne” z binarnym tak/nie.

Nie, nie będę się zniżał do tłumaczenia, co jest nie tak ze stawianiem znaku równości pomiędzy grą wideo a gwałtem. Napisano to już milion razy. Co więcej sam opublikowałem kiedyś tekst mówiący, że to nie jest tak, że gry nie mają na nas wpływu.

W Fakcie najwyraźniej ktoś nie zrozumiał co przeczytał gdzie indziej i sobie dodał, co mu się wydawało. 

A oto i tajemnica pierwszych recenzji i ocen

Smutny Big Daddy

Pierwsze recenzje są bardzo ważne. Działy PR i marketingu starannie dobierają media, w których się one pojawią, często uzależniając możliwość publikacji z czasową wyłącznością od wysokości wystawionej oceny. Dlaczego?

W tekście „Możemy ufać pierwszym ocenom – rzadko kiedy bywają przesadzone” czytamy:

Bo pierwsze oceny rzadko kiedy różnią się od pozostałych, wystawianych później.

I nic dziwnego.

Po to dobiera się media, by nadały one odpowiedni ton. Wszystkie inne recenzje będą już tylko odnosić się do tych pierwszych. Mimo zapewnień recenzentów, sami możecie zobaczyć, że ustalone na początku oceny raczej się utrzymują.

No i nie oszukujmy się, pisząc swoją recenzję każdy autor zajrzy do kolegów po piórze by zobaczyć czy czegoś nie pominął, albo na co zwrócili uwagę inni. I chcąc nie chcąc w jakiś sposób ich ocena będzie wpływać na jego.

Oczywiście można zagrać na skandalu i wystawić drastycznie różną notę, ale wówczas tekst taki zawsze będzie wydawał się podejrzany. No bo co jest nie tak z autorem, skoro jego ocena aż tak odbiega od growego mainstreamu? Czy chodzi tu o kliki? A może najzupełniej się nie zna? To całkowicie naturalne pytania. W końcu przecież cały świat dany tytuł ocenia inaczej.

Ot i cała tajemnica podobnych ocen i selekcji mediów do pierwszych, ekskluzywnych recenzji.

To tylko część działań mających na celu uzyskanie prze grę dobrej średniej oceny na serwisie Metacritic. Nikogo nie powinno chyba dziwić, że media których recenzja jest znacząca dla tego agregatu są traktowane z większą uwagą przez wydawców.

Nic dziwnego – w dzisiejszym świecie jakość ocenia się właśnie w ten sposób. I z niej są rozliczani twórcy.

Twój komputer cię nie pokocha, bo i niby dlaczego by miał?

spike-jonzes-her-movie-review

Trudne randki z komputerem to dopiero początek. Nie wiadomo kiedy przyszła do nas przyszłość i stała się naszą szarą teraźniejszością. Żyjemy w świecie marzeń – mamy internet w powietrzu, możemy odkrywać nieistniejące światy i spełniać mokre sny surrealistów z początku XX wieku. Ok, może nie jest aż tak odjechanie jak w Blade Runnerze, ale przynajmniej możemy machać łapami przed Kinectem, jak w raporcie mniejszości.

Tylko te komputery i SI to nas nie będą kochać. Już raz o tym pisałem – a teraz możecie posłuchać, jak o tym mówię.

Czat ze zmarłym?

„Mój mąż, proszę pani, z zawodu jest dyrektorem” – słyszymy w jednym z nieśmiertelnych filmów Barei. Na tej samej zasadzie zacząłem się nazywać dziennikarzem. Bo po prostu nie wiem, jak się teraz nazwać, a to określenie jest na tyle pojemne, że przyjmie wszystko.

Tym razem dla radiowej Trójki mówiłem długo i namiętnie o cyfrowej nieśmiertelności. Głównie o tym, że nawet jeżeli uda się nas przenieść do komputera i uwiecznić to w zasadzie nie wiadomo, którą wersję nas się zachowa.

No, zostało z tego jedno zdanie, ale zawsze.

Czat ze zmarłym? Naukowcy projektują, psycholog ostrzega – Trójka – polskieradio.pl.

Jak obejść paywall Agory, czyli będę bronił Spider’s Web (o dziwo)

Wielka internetowa drama się zaczęła – Gazeta Wyborcza zamknęła swoje internetowe treści za paywallem, jeden z serwisów napisał, jak go obejść. Niektórzy załamują ręce, że jak to. A ja mówię, że nic się nie stało.

W paywalle nie wierzę. Mam inną receptę na płacenie za treści, o której zresztą piszę od dawna. Opłata powinna być pobierana w miejscu, którego nie da się ominąć – czyli u operatora. Potem takie UPC czy TPSA dogaduje się z Agorą, Onetem i tym podobnymi, płacąc im „symboliczną złotówkę” za użytkownika. Nikt nie może ominąć płacenia, koszt dla komcionauty jest praktycznie pomijalny, dostawcy treści mogą zaplanować swoje budżety wiedząc ile mniej więcej kasy do nich spłynie i nie zalewać nas banerami. Fajne? Pewnie, że tak. Proste? Na pierwszy rzut oka tak. Choć, jak wiadomo, diabeł tkwi w szczegółach. A tych nie dopracowałem, bo potrzeby takowej nie było.

No ale jest jak jest. Mamy więc paywall Agory, który jak się okazuje banalnie prosto obejść. Nie wymagane są żadne hakowania, włamania na serwer, modyfikacje oprogramowania czy usuwanie ciasteczek. Wydawca dobrze wie, że zamknięcie się całkowite to brak ruchu z Google i sieci społecznościowych. Próbuje więc być trochę w ciąży – zamyka się dla użytkownika, ale daje wjazd wyszukiwarkom.

I w prosty sposób można to wykorzystać. Jak czytamy na łamach serwisu.

Kopiujemy tytuł interesującego nas tekstu i wrzucamy w wyszukiwarkę Google. Na pierwszym miejscu pojawi się interesujący nas tekst.

Wyborcza - paywall, 2

Klik w niego przeniesie nas do pełnej jego treści. Nie musimy za nic płacić.

Proste? Banalnie. Czy robimy coś nielegalnego? Nie. Problem więc nie leży po stronie opisujących sposób mediów, a twórcy zabezpieczenia. Trzeba być naprawdę naiwnym, by sądzić, że ludzie o tym by się nie dowiedzieli prędzej czy później. A że akurat informacja najpierw pojawiła się na SW? Ich zysk.

Piłka po stronie Agory. Firma wie, że bardziej zaawansowani użytkownicy ogólnoświatowej sieci Internet płacić im nie muszą. Może zatem liczyć, że liczba młodych niewykształconych z wielkich miast, którzy ich czytają i nie poradzą sobie z obejściem zabezpieczenia, będzie na tyle duża, że nie będzie  potrzeby zamykać się na Google i tracić ruch. Mogą też zupełnie zamknąć się na świat i sprawdzić w warunkach bojowych ile ludzi tak naprawdę chce płacić za ich treści w internecie.

Coś jednak mi się nie wydaje, żeby zdecydowali się na taki krok. W końcu w analogicznej sytuacji w świecie drukowanej prasy jakoś możemy za darmo wziąć i poczytać sobie Wyborczą w Starbucksach, McDonaldach i innych lokalach. A przecież to to samo.

Google Glass to takie nowe komórki

Google Glass sprawiają, że człowiek czuje się odseparowany. „Pokazują, że miałeś 1,5 tys. dol. do wydania. Że Google uznało, że jesteś na tyle wyjątkowy, by ci je dać. Okulary są podziałem klasowym wypisanym na twojej twarzy. Ludzie, którzy zostali wybrani razem z tobą, często nie ułatwiają sprawy. Widziałem grupki młodych ludzi, często w drogich ubraniach. Przebywali we własnym świecie, z własnym żargonem, za wejście do którego trzeba zapłacić górę dolarów. Byłem jednym z nich. I wiem, że to irytowało innych. – Spójrz na tego dupka – wołali za mną”

Czytam bardzo ciekawy tekst –  Noszę Google Glass. Przeszkadzam innym. Szczerze? Gdziekolwiek pójdę, nazywają mnie dupkiem i mam totalnie inne wrażenie. Może dlatego, że swoje lata już mam i pamiętam, jak to było dawniej. Możecie mi nie wierzyć, ale były takie czasy, gdy ludzie nie mieli telefonów komórkowych.

Sam do końca nie ogarniam, jak wówczas nawet nie tyle, że udawało się egzystować, ale organizować ogólnopolskie zloty fanów, prowadzić stronę internetową i bujne życie towarzyskie. Z większych szaleństw pamiętam podróż na trasie Warszawa – Lublin w tę i z powrotem z powodu złego umówienia się. Jak widać, człowiek miał też wtedy i więcej czasu.

Pojawienie się pierwszych telefonów komórkowych było szokiem. Nagle okazało się, że można dzwonić zewsząd i złapać każdego w dowolnym punkcie świata, o ile oczywiście był tam już zasięg. Często go nie było. Aparaty były koszmarnie drogie, operatorzy przed ich wydaniem kazali podpisać cyrografy i udowodnić, że zarabia się krocie, a abonamenty maksymalnie niekorzystne.

Szybko więc telefon stał się oznaką statusu. Dzwonienie w autobusie czy pociągu było uważane za słabą próbę lansu. Niegrzecznie było przerywać rozmowę, by odebrać telefon, używało się go tylko w niektórych miejscach.

Słowem – historia się powtarza. Teraz obciachem i oznaką niedopasowania jest nie posiadanie smatfona. Przerywanie rozmowy, bo ktoś napisał coś w internecie jest standardem. Zachowania kiedyś nieakceptowalne stały się społeczną normą.

I tak samo będzie z Google Glass – o ile oczywiście te okulary się przyjmą. Bo moim zdaniem wcale takich dużych szans na to nie mają.