Jak obejść paywall Agory, czyli będę bronił Spider’s Web (o dziwo)

Wielka internetowa drama się zaczęła – Gazeta Wyborcza zamknęła swoje internetowe treści za paywallem, jeden z serwisów napisał, jak go obejść. Niektórzy załamują ręce, że jak to. A ja mówię, że nic się nie stało.

W paywalle nie wierzę. Mam inną receptę na płacenie za treści, o której zresztą piszę od dawna. Opłata powinna być pobierana w miejscu, którego nie da się ominąć – czyli u operatora. Potem takie UPC czy TPSA dogaduje się z Agorą, Onetem i tym podobnymi, płacąc im „symboliczną złotówkę” za użytkownika. Nikt nie może ominąć płacenia, koszt dla komcionauty jest praktycznie pomijalny, dostawcy treści mogą zaplanować swoje budżety wiedząc ile mniej więcej kasy do nich spłynie i nie zalewać nas banerami. Fajne? Pewnie, że tak. Proste? Na pierwszy rzut oka tak. Choć, jak wiadomo, diabeł tkwi w szczegółach. A tych nie dopracowałem, bo potrzeby takowej nie było.

No ale jest jak jest. Mamy więc paywall Agory, który jak się okazuje banalnie prosto obejść. Nie wymagane są żadne hakowania, włamania na serwer, modyfikacje oprogramowania czy usuwanie ciasteczek. Wydawca dobrze wie, że zamknięcie się całkowite to brak ruchu z Google i sieci społecznościowych. Próbuje więc być trochę w ciąży – zamyka się dla użytkownika, ale daje wjazd wyszukiwarkom.

I w prosty sposób można to wykorzystać. Jak czytamy na łamach serwisu.

Kopiujemy tytuł interesującego nas tekstu i wrzucamy w wyszukiwarkę Google. Na pierwszym miejscu pojawi się interesujący nas tekst.

Wyborcza - paywall, 2

Klik w niego przeniesie nas do pełnej jego treści. Nie musimy za nic płacić.

Proste? Banalnie. Czy robimy coś nielegalnego? Nie. Problem więc nie leży po stronie opisujących sposób mediów, a twórcy zabezpieczenia. Trzeba być naprawdę naiwnym, by sądzić, że ludzie o tym by się nie dowiedzieli prędzej czy później. A że akurat informacja najpierw pojawiła się na SW? Ich zysk.

Piłka po stronie Agory. Firma wie, że bardziej zaawansowani użytkownicy ogólnoświatowej sieci Internet płacić im nie muszą. Może zatem liczyć, że liczba młodych niewykształconych z wielkich miast, którzy ich czytają i nie poradzą sobie z obejściem zabezpieczenia, będzie na tyle duża, że nie będzie  potrzeby zamykać się na Google i tracić ruch. Mogą też zupełnie zamknąć się na świat i sprawdzić w warunkach bojowych ile ludzi tak naprawdę chce płacić za ich treści w internecie.

Coś jednak mi się nie wydaje, żeby zdecydowali się na taki krok. W końcu w analogicznej sytuacji w świecie drukowanej prasy jakoś możemy za darmo wziąć i poczytać sobie Wyborczą w Starbucksach, McDonaldach i innych lokalach. A przecież to to samo.

Reklamy

Czas na trochę hejtu, znowu o blogerach będzie

Nie wiem, czy teraz jestem blogerem. Pewnie kiedyś byłem, teraz już raczej nie. Generalnie w środowisku się nie obracam, nie bywam, znam tylko parę osób, a to i tak pobieżnie. Mogę więc sobie popatrzeć na to wszystko z boku i krytykować. O tym, co mnie drażni w autorach (choć będzie jeszcze jedna mała aktualizacja) już było, czas na wjazd na ranking!

Czytaj dalej