W końcu zrozumiałem dyskretny urok nadawania

Zrzut ekranu 2013-11-22 11.52.12

Przyznam, że nie rozumiałem, o co chodzi z tym całym streamingiem gier z konsol nowej generacji. Dlaczego miałoby mnie kręcić, że ktoś może zobaczyć, jak gram? Zrozumiałem, gdy podłączyłem swoje PlayStation 4 do internetu.

Coś wyjątkowego

Co jest wyjątkowego w nadchodzącej generacji konsol? Jaki jest wyznacznik? Co rewolucyjnego proponują nam producenci tym razem? O ile wcześniej prosto było wymienić zalety następców platform do gier, o tyle w tym przypadku miałem z tym problem.

Jeżeli miałbym wymienić największe zmiany, jakie wprowadzono w Xbox 360 i PlayStation 3 to bez wahania wymieniłbym integrację systemu konsol z usługami sieciowymi Xbox LIVE/PlayStation Network i system Osiągnięć/Trofeów. Poprzednia generacja nauczyła nas grać razem, sprawdzać w co bawią się nasi znajomi, zanim zdecydujemy się uruchomić jakąś grę, oraz do natychmiastowych gratyfikacji za wykonywani zadań przewidzianych przez twórców poszczególnych tytułów.

Z Xboxem One i PS4 tak prosto nie było. Obydwie konsole w zasadzie niczym się od siebie nie różniły, a jedyną nowością w stosunku do ich poprzedniczek, poza lepszymi parametrami technologicznymi, była możliwość streamowanie swoich rozgrywek – czyli transmitowania za pomocą popularnych serwisów Twitch.tv i Ustream.com tego, co dzieje się na naszym ekranie.

Gamechanger

Czy jest to – jak mówią amerykańcy eksperci – „gamechanger”? Co jest fajnego w tym, że możemy pokazać jak gramy. I kto będzie chciał to oglądać? Teoretycznie musi być to przecież koszmarnie nudne. Nie każdemu wychodzi, nie każdy umie dobrze komentować swoje poczynania czy ciekawie opowiadać podczas rozgrywki.

Czy tak samo nie mówiliśmy jaki czas temu o blogach? No właśnie.

Świat mediów zmienia się szybko. Dopiero co pogodziliśmy się z końcem papierowych gazet, a tu już kolejna grupa ludzi mediów – blogerzy – zaczyna ustępować miejsca  vlogerom. Wystarczy kamerka wbudowana w laptop i już można nagrywać i udostępniać swoje filmy z komentarzem w serwisie YouTube.

I okazuje się, że to się ludziom podoba. Liczba widzów popularnych jutuberów często przewyższa liczbę czytelników blogów czy serwisów, są oni bardziej rozpoznawalni, szybko też się profesjonalizują wynajmując własne ekipy techniczne, które zapewniają im lepszy i szybszy montaż materiałów. Emisje mogą iść w miliony, a serwis YouTube zapewnia gigantyczną grupę odbiorców. No i każdy może spróbować swych sił. Mówić jest przecież prościej niż pisać.

Ci źli jutuberzy

Wydawcy gier szybko zrozumieli gdzie leży przyszłość. Twórcy internetowego wideo zaczęli być traktowani nawet lepiej niż dziennikarzy zajmujący się grami od wielu lat. Okazało się, że nowe pokolenie nie do końca kojarzy kim są recenzenci z zamierzchłej epoki pisanego internetu. Mają już swoich idoli. Innych.

Zresztą trudno im się dziwić. Zamiast czytać o tym, jak gra wygląda, lepiej zobaczyć ją na żywo, wraz z komentarzem osoby grającej. Internet pełen jest osób nagrywających  czy też streamujących na żywo swoje rozgrywki. I co więcej są one dla widzów bardziej wiarygodne. To w końcu gracze, tacy jak oni. Nie są częścią układu, ich recenzje nie są oceniane, jako „sprzedane”.

Jakie to proste

Kiedyś do nagrania rozgrywki z konsoli czy też puszczenia jej na żywo w intrernecie potrzebne było specjalistyczne oprzyrządowanie, zabawa z kablami i oprogramowaniem. Dało się, ale ale nie było to szczególnie proste. Wraz z nową generacją konsol stało się to banalnie proste. W przypadku PlayStation 4 wystarczy podpiąć konsolę do internetu i wpisać swój login i hasło do jednej z usług sieciowych. Tyle.

I nagle okazuje się, że ludzie chcą oglądać jak gramy, słuchać naszego komentarza, zadawać pytania. Gracze sami reklamują, opisują i polecają sobie gry. Bez udziału mediów. Jest ich więcej, patrzą pod różnymi kątami na rozgrywkę, wracają do starszych tytułów. No i jest ich mnóstwo.

„Streamowanie to taka uspołeczniona forma grania, coś w stylu grupowego, wspartego technologią siedzenia z kumplem i patrzenia mu przez ramię jak gra. Nie tylko dla samej gry ogląda się streamy, ale po to, aby poprzebywać z lubianą osobą streamera, zobaczyć jak grają esportowi zawodowcy albo obejrzeć tytuł, którego nie ma się w domu i poznać na żywo odczucia towarzyszące graniu” – tłumaczy Tomek „Quaz” Drabik, jeden z popularniejszych w Polsce twórców wideo w internecie. „W Polsce streamowanie nie jest tak popularne jeszcze u nas, na zachodzie za to zjawisko jest dość szalone dość. Ma na przykład własnych celebrytów” – dodaje.

Inaczej się gra, gdy ktoś patrzy.

Człowiek się bardziej stara, odpowiada na pytania, a uwaga innych jest jak narkotyk.

Czy zmienia to całkowicie granie? Nie, ale dodaje mu dużo nowego uroku.

Nie rozumiałem tego, ale kiedy moje boje w Assassin’s Creed 4 zaczęło obserwować 15 osób nagle poczułem się jakoś lepiej. Niby nic, a cieszy.

Spróbujcie sami.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s