Sprzedaj mi swoją biedę

Płyniemy razem łódką. Poza mną jest dwóch Khmerów obsługujących łódź i śmieszny napis nad nimi. „Ja zadowolony z pokazywania tobie rzeka i pływająca wioska. Jeżeli ty zadowolony daj napiwek kierowcy” czytam. Śmieję się w myślach. Na głos nie wypada.

Kambodża to biedny kraj. Jeden z najbiedniejszych w całej Azji. Wizyty w Hong Kongu, Singapurze, Dubaju czy Bangkoku mogą u Warszawiaka spowodować kompleks małej stolicy. Tu jest inaczej – czas się zatrzymał i szklanym okiem aparatu można zobaczyć sceny jak z programu National Geographic. Ludzie piorą ręcznie w rzekach, rybacy wypływają rano na połów, kobiety ścinają trzcinę cukrową. Słowo daję, że Kambodża oferuje wszystko, co przeciętny Polak widzi w głowie po usłyszeniu frazy „daleka Azja”.

Biedę widać, czuć i co ciekawe – również się nią handluje. Bezdomni, małedzieci, handlarze, sprzedawcy czy kalecy chętnie pozują do zdjęć pokazujących ich niedostatki – za łandolarpliz oczywiście. Dzieci pracują tu od najmłodszych lat nie tylko wraz ze swoimi rodzicami, ale też i ucząc się sztuki sprzedania swojej biedy. Jestem głodny, dasz mi dolara? – pyta się mnie mały chłopczyk. Wcześniej widziałem, jak zsiadł z motoru wraz z bratem, przywieziony chyba przez swojego ojca, by naciągać turystów. Milczę. Dlaczego? – ponawia pytanie chłopiec. Widać, ze wie, co robi. Serca białych kobiet miękną szybko, za chwile dziecko wraca do swojego opiekuna z kilkoma dolarami.

A tutaj to sporo.

Jakby o tym pomyśleć, to lepsze to niż sprzedawanie dzieci pedofilom, czy do burdeli. Dopiero teraz dojechałem do bardziej turystycznej części Kambodży. A tu wszędzie plakaty mówiące o tym, by dzieci chronić. A jest przed kim.

Okazuje się, że ta bieda to jedno z dóbr narodowych Kambodży. Wszyscy turyści z aparatami trzaskają foty ciężko pracujących ludzi, ruder służących za mieszkania czy ubogich strojów. Słowne współczucie, okrzyki niedowierzania, czy opowieści o ekstremalnych warunkach Kambodżan to standard. I dobry icebreaker na wyjeździe. Zawsze jest o czym opowiedzieć nieznajomemu.

Turyści przyjeżdżają, dowiadują się o Czerwonych Khmerach, Polach Śmierci, komunizmie, biedzie i korupcji, zszokują się, porobią fotki, rozdadzą te parę dolarów i wrócą do swoich krajów z pakietem zachowanych na Instagramie wspomnień.

I w sumie nie mam nic przeciwko temu. Na świecie mamy mnóstwo organizacji, które chcą pomóc, banków udzielających pożyczek i tym podobnych. Jak ktoś chce, to może. Reszta niech płaci podatki i wspiera dany kraj wydając tam swoje pieniądze,.

Wkurza mnie tylko to żerowanie biednych na biedniejszych.

Pływające wioski to jedna z atrakcji Kambodży. Na Tonle Sap- największym jeziorze Azji i wpadających do niego rzekach osiedlili się Wietnamczycy. Żyją jak Cyganie. Zamiast wozów mają pływające domy. Zresztą to mało powiedziane – są tam całe wioski. Ze szkołami, sklepami, warsztatami i tym wszystkim, co ludziom do życia niezbędne. A mieszkają tam ludzie bardzo biedni. Ich jedyny posiłek to ryby i ryż. Codzienność to walka o przetrwanie – zdobycie pożywienia, nie utopienie się podczas połowów, nie bycie pożartym przez krokodyle. Sierot tu dużo, mają nawet dla nich osobny internat.

‚Wpływamy do wioski. Silnik starej łódki wyje głośno. Zresztą innych turystów też słychać. A jest ich dużo. Robią zdjęcia, pokazują sobie mieszkańców palcami. No istne z kamerą wśród zwierząt. Przewodnik łamanym angielskim mówi mi ile osób ginie co roku, jak jest tu ciężko. I że przy nich Kambodżanie są naprawdę zamożni. Czuję, że moja wizyta może zrobić coś dobrego, że z pieniędzy które zapłaciłem, część pójdzie dla mieszkańców. Potrzeb mają dużo, więc każda kwota się im przyda.

– Nie, oni nic nie dostają – uświadamia mnie przewodnik. Moja firma po prostu pokazuje ich turystom i zbiera całą kasę. Nie dzieli się z nimi.

Nic dziwnego, że wyglądali na wkurzonych. Mnie też to wkurza.

Dopiero masaż ukoił moje nerwy.

Reklamy