Szpital autodestrukcji

20111128-173738.jpg

Super, padł mi ajfon a appka wordpressa chyba nie ma autosave. Więc w zasadzie został tylko tytuł wpisu i fotka z długiej notki.

A szkoda, bo fajna była. Mówiła trochę o szpitalach, które nie okazały się aż tak złe, jak obstawiałem; trochę o kolesiach, którzy chcieli mieć dzieci, a potem nie chcieli się już z nimi spotykać i jak bardzo skurwiałe jest to zachowanie.

20111129-112138.jpg
Nie to, żebym pokładał jakąś dużą wiarę w ludzki rodzaj i spodziewał się po nim altruitycznych zachowań, ale zakładałem, że jak ktoś chce mieć dzieci to mniej więcej wie na czym to polega. Inna sprawa, jak się one przydarzają, czy też są wynikiem jakichś zawirowań. W życiu może się różnie ułożyć, ale uderzanie w matkę za pomocą dziecka to wyższy poziom skurwysyństwa. I nie, to nie jest potem tak, że ma się zupełnie nowe życie.

To chyba kolejny powód, żeby się nie przejmować naszym gatunkiem za bardzo. Nie potrzeba nam kosmitów, wampirów czy zmutowanych owadów. Sami się wykończymy. Mamy w genach wpisaną autodestrukcję.

I w sumie jakby nad tym trochę pomyśleć, to ma to jakiś sens. Skoro nasze komórki w momencie narodzin mają wpisany czas swojego życia (a przynajmniej coś podobnego kiedyś usłyszałem przy okazji dzieciowych rozmów) to czego nam to nie dotyczyć całych gatunków? W końcu z cywilizacjami to właśnie tak działa. I dobrze, może przyjdzie po nas coś co lepiej będzie sobie radzić z emocjami i uczuciami.

Bo my sobie nie radzimy.

A tak w ogóle to zasada dont drink And write powinna być tatuowana każdemu internaucie.

Parodysta vs twórca. Oczywiście, że wierzymy temu pierwszemu

20111127-233735.jpg

Polygamia napisała tekst o Molydeux, czyli twitterowym fejkowym koncie nabijającym się z Molyneuxa. Konto zablokowali, jest dramat.

I to chyba za duży. We wnioskach czytam

Sprawa Molydeux stawia kilka pytań: czy z podsuwanych przez niego pomysłów nie dawałoby się robić ciekawszych gier niż kolejne strzelanki o żołnierzach? Czy to, że autor tych żartów uznaje takie pomysł za naprawdę głupie świadczy o branży źle czy dobrze? Czy udawanie w internecie innej, znanej osoby jest w porządku? Kim trzeba być, aby dać się na to nabrać?

I w sumie sam nie wiem skąd to się mogło wziąć. Bo jedną rzeczą jest posiadać pomysł, a drugą go zrealizować. Pomysły są tanie. Można mieć ich milion na godzinę. Nie oznacza to jednak, że da się z nich zrobić grę. Natomiast na pewno da się nimi zalewać twittera, fejsa i milion innych serwisów lansując się na boga współczesnego designu. Zrobienie działającej i fajnej gry to niestety zupełnie inna para kaloszy.

Jasne – z cytowanych pomysłów kilka zostało użytych, pojawiły się też niezależne produkcje podobne do przedstawionych idei. I chwała ich twórcom za to. A pomysłodawca? Zasługuje na creditsa i tyle. Niewiele więcej. Bo to ktoś inny przemielił to wszystko do kupy i złożył z tego sensowny produkt. Jak już napisałem wcześniej – 140 znaków pomysłu to jeszcze nie jest gra, niezależnie od tego, jak super się to czyta na Twitterze.

I jeszcze raz się powtórzę – pomysły są tanie, zrobienie gry nie. Zwłaszcza, że dodatkowo przywoływane są do tablicy duże firmy, które muszą zarabiać. Strzelanki o żołnierzach może i nie są zwykle przełamującymi standardy grami o wielkim znaczeniu. Są po prostu fajne, ale też i nie wymagajmy od każdej gry czy film bycia arcydziełem. Strasznie nudne i ciężkie stałoby się nasze życie, gdyby nagle każdy jego element musiał mieć wielkie znaczenie.

Zresztą nie wiem skąd się bierze to janosikowanie mediów growych i stawanie zawsze po stronie mniejszych. Ja rozumiem, że mają bronić klienta, mają opisywać rzeczywistość i ją tłumaczyć, ale też nie mogą po prostu nawalać wydawców i twórców, za to, że chcą zarabiać.

Przecież to nie jest tak, że ktoś nas zmusza do kupowania tych przywołanych strzelanek o żołnierzach i nakazuje gardzić tymi o 256 graczach kontrolujących kości. Ludzie chcą czasami prostej rozrywki i potępianie ich za to jest po prostu hipsteryzowaniem. Niczym więcej.

Branża ma się dobrze. Rozwój technologii i cyfrowych platform dystrybucji pozwala powstawać zarówno Call of Duty, jak i Flowerowi, Echochrome czy The Path. Każda z tych produkcji ma swoje miejsca, każda ma swoich klientów i odbiorców.

Pozwólmy im decydować w co i jak chcą się bawić. To, że ktoś gra w WoWa i lubi FIFE nie czyni z niego gorszego człowieka. Wystarczy tylko napisać mu, jaki ma wybór. I w danej kategorii polecić najlepsze produkcje.

Słowem – nie hipsteryzujmy. Wysokobudżetowe produkcje też są fajne i warto się w nie bawić. Bo wbrew pozorom jest w nich masę fajnych patentów.

PS A Molyneux udowodnił już, że gry robić umie. Nawet jeżeli te ostatnie do najlepszych nie należały. Czy jego prześmiewca może pochwalić się swoimi dokonaniami? Bo to, że jacyś dziennikarze rozmawiali i wiedzą, to trochę mało. A zresztą świetnie podsumował to Błażej.

Zrzut ekranu 2011-11-27 o 16.28.50.jpg

 

Ocean muzyki

muzyka2011-page-001.jpg

Lubię last.fm. Ogólnie jakoś nie mam stresu związanego z dzieleniem się danymi przez Google i FB. Chyba głównie dlatego, że dość szybko nauczyłem się co można, a co nie w internecie i raczej nie zamieszczam tam rzeczy, których później bym się wstydził.

No ale wysyłanie swoich danych daje czasami fajne efekty. Na przykład taki oto wykres z muzyką od 2010 roku aż do teraz.

Widać wyraźnie erę soundtrackowo-ambientową, kiedy rządziła muzyka z Assassins Creed i Battlestar Galactica. Widać stabilną miłość do Massive Attack i wybuch Moderata. No a potem erę rządów Hybrida, z nowymi odkryciami takimi, jak Agoria. Zresztą pewnie można to połączyć z koncertami czy też eventami na których byłem.

Pewnie jakby nad tym głębiej posiedzieć, to dałoby się z tego wyciągnąć więcej ciekawych rzeczy no i przedstawić je w bardziej odjechanej graficznie formie. Póki co jednak (a jak wiadomo – prowizorki są mega trwałe) to musi wystarczyć ;)

iPhonowe początki

Udało się założyć blogaska wyłącznie za pomocą iPhone.

Oczywiście wszystkie fajne nazwy były już zajęte, więc musiałem kombinować. I wyszło takie coś. Fajne? Sam nie wiem. Ale jest.

W ogóle to się zastanawiam nad sensownością tego przedsięwzięcia. W końcu jakoś super szczerze pisać nie będę o znajomych, bo prędzej czy później tu wpadną i poczytają. A używane nazw kodowych jest takie sobie. I tak się zaraz wszyscy domyślą.

Pozostają więc mądre przemyślenia o rzeczach nie będących szeroko rozumianą rozrywką, bo te wylądują na Polygamii. A technologie też wiadomo gdzie.

No nic. Pierwsze koty za płoty.