Słodka niewola polecania

20111213-183834.jpg

Ratunku, nie wiem, co jest ważne. Inni wybierają za mnie.

A skąd to skę wzięło? Z Flipboarda. Opcja cover stories wybierająca najlepsze zdaniem apki treści w zasadzie zdominowała używanie tej aplikacji.

Co to oznacza? Że jakiś algorytm decyduje co przeczytam, które informacje skonsumuje mój mózg. Nie ma czasu na przeglądanie wszystkiego – tak jak w przyrodzie zostają najsilniejsi. Pisałem to już, ale powtórzę – content dąży do nieskończoności, czas jest ograniczony.

I dlatego potrzebujemy pomocy w segregacji tego co ważne. Tego co zasługuje na naszą uwagę. W co zagrać? Z kim rozmawiać? Co czytać? Coraz częściej decyduje o tym algorytm.

Nie prawda? Flipboard to tylko przykład. Spójrzmy na Facebooka – dość szybko zobaczymy, że o ile nie zaznaczymy, ze jesteśmy z kimś w bliskiej relacji, to zobaczymy tylko najważniejsze statusy. Czyli nie koniecznie dowiemy sie co fajnego zobaczył, czy przeczytał. Bo nie. Jakiś algorytm zadecydował.

Zresztą mechanizmy polecenia stają się coraz doskonalsze. Zostawiamy w sieci tonę informacji o sobie. I są one wykorzystywane. Aktualnie sklepy polecają nam produkty na podstawie podobnych rzeczy i decyzji innych klientów. Ale to dopiero początek. Już prowadzone są badania nad wprowadzeniem zmiennych metod przekonywania w zależności od człowieka. Bardziej przekonują cię lajki znajomych, czy ilość sprzedanych sztuk. Trzeba cie prosić, czy przekonywać promocja? To już się dzieje. I to wszędzie – sklepy, strony internetowe, odtwarzacze muzyki… Wszystkie chcą nam uprościć wybór. Pomóc.

Nie mamy czasu. Paradoksalnie im łatwiejsze staje się życie tym mniej mamy czasu na każdą z aktywności. Bo ich liczba stałe rośnie i milion z nich walczy o naszą uwagę. Nie da sie przeczytać wszystkiego, więc skupiamy sie na najważniejszych rzeczach. A tam czekają juz na nas pająki algorytmów.

I tylko czekam na moment kiedy usłyszę głos z komputera – nie czytaj tego, to bez sensu. Zajmij sie lepiej tym filmem.

A potem pojawi sie Skynet.

Nie masz jeszcze Flipboarda na iPhone? To na co czekasz?!

20111212-032218.jpg

Flipboard to jedna z moich ulubionych aplikacji na iPada i domyślny sposób konsumowania treści z sieci społecznościowych i rss. Do tej pory niestety wykorzystywany rzadko, bo i iPada ze sobą po prostu nie noszę. Ale to się teraz zmieni.

Nie to żebym planował zacząć dźwigać znowu to urządzenie. Co to, to nie. Ograniczam ilość ekraników przy sobie. Smartfon, laptop i czasami 3DS (są nowe puzzle, po aktualizacji, znowu jest sens go ze sobą zabierać) wystarczą. A w planach jeszcze Kindle…. Dużo się tego robi.

Ale ja nie o tym. Ekraniki to jedno, a Flipboard na iPhone to drugie. I jeżeli ktoś jeszcze tej apki nie ma, to powinien ją czym prędzej zassać, zwłaszcza, że jego darmowa (piszę z iPhone, jest 3:30, więc darujcie, że linka nie wstawię, jesteście na tyle inteligentni, że sobie sami na App Store znajdziecie).

W każdym razie – Flipboard to takie ustrojstwo, co zasysa subskrybowane przez nas treści i sugeruje swoje tematyczne zestawy. Dodajemy je sobie podlegustów i potrzeb, a apka układa je tak, że przypominają one ilustrowany magazyn. Czad. To trzeba zobaczyć w akcji.

W wersji iPhonowej pojawia sie dodatkowo cover stories, czyli najlepsze treści wybrane przez magiczny algorytm z subskrybowanych przez nas źródeł. Działa i sprawdza się świetnie, co zresztą możecie zobaczyć na obrazku powyżej. Całość w tym przypadku nie jest też już magazynem, a kołonotatnikiem, co w przypadku kształtów i wymiarów smartfona ma większy sens.

Minus w tym taki, że casualowy juser może nie wiedzieć co to Twitter i Google Reader, o rss nie wspominając, przez co odpadnie mu możliwość śledzenia i dodawania polskiego contentu do flipboarda. Ale jakby co to swoją listę Polskie Media na twitterze mam i jakby co – mogę się podzielić. Brakuje też wtyczki do Google+, na którym co prawda mało się dzieje, ale czasami są tam ciekawe dyskusje.

Ciekawi mnie też, kiedy Flipboard zacznie nam polecać inne mogące zaciekawić na greści, jak ma to w zwyczaju Zite (inna apka na iPada). Zapewne jest to kwestia czasu. No i mam nadzieję, że tu będzie to wykonane lepiej, bo na Zite do tej pory nie pojawiły mi się żadne treści z polskiego internetu.

W skrócie – nie masz, zainstaluj. Za darmo i świetne. Content będzie kontent.

Słuchający w ciemnościach

Pękły mi oczy.

20111208-111132.jpg

Tak wyglądało to mniej więcej dwa lata temu w LA, teraz w zasadzie jest podobnie. Czerwone oczy, ropa w kącikach i takie uczucie piasku po powiekami towarzyszy mi cały czas. Do tego oczywiście łzawią cały czas, więc na ngrodę emo w branży mam sporą szansę.

Przyczyny? Jakże proste – stres, zmęczenie, niewyspanie. Organizm po raz kolejny mówi zwolnij i nie pchaj brudnych paluchów do oczu.

Dokładając do tego regularne bóle głowy (chyba zatoki) czuję się naprawdę jak po gwarancji. Dochodzę do jakiegoś kresu wytrzymałości na życie i łatwo się psuję. Winter is coming.

Ale ja w zasadzie nie o tym, pomarudzilem sobe na siebie, wystarczy. Bo tak naprawdę rzecz jest o audiobookach. Kiedy człowiek palący, grający w gry, uzależniony od informacji i oglądający seriale dowiedzieć sie, że w zasadzie ma się za dużo nie patrzeć, a na ekrany to zwłaszcza, życie nie pozostawia za dużo opcji.

I wydawało by się, że audiobook będzie tu idealnym rozwiązaniem. Niestety często nie jest.

Dlaczego? Po pierwsze jeżeli nic nie robię, tylko słucham, to się nudzę i natychmiast szukam zajęcia. Wczoraj na przykład sięgnąłem po magazyn i zacząłem czytać.

Stało się też tak dlatego, że polskie audiobooki są (zwykle) nudnie czytane. Nikt nam nie opowiada tej historii, tylko czyta jak pani w podstawówce, tak żeby każdy zrozumiał. Jeżeli nie ma tam dobrego aktora to jedyne co nożna z taką audioksiążką osiągnąć to szybkie zaśnięcie.

Za to słuchowiska… Mniam! Wystarczy porównać Narrenturn do dowolnego audiobooka, by usłyszeć różnicę. Na szczęście będzie ich produkowanych więcej. Szkoda tylko, ze z książek, które już znam.

A tak w zasadzie to Polskie radio ma tyle zajebistych słuchowisk. Dlaczego nie zaczną ich sprzedawać, czy udostępniać na www? W końcu zapłaciłem za nie ze swoich podatków i abonamentu. A chciałbym paru z nich raz jeszcze posłuchać.

Jak choćby historii Żyda wiecznego tułacza

Proszę, kliknij mnie

20111206-183528.jpg

Czasy się zmieniły. Kiedyś sami poszukiwaliśmy treści, teraz to content poluje na nas.

Pamiętam dawne lata z 0202122 i szukanie stron o rpgach, muzyce, cthulhu i wampirach. Dziwne domeny, losowe aktualizacje, skomplikowane adresy zapisywane na kartce to był standard.

Problemem było dotarcie do informacji, że już o wychwyceniu nowych rzeczy nie wspomnę. Rozmaite zrzeszenia stron – webringi – miały co prawda ułatwić sprawę, ale tak naprawdę niewiele dawały. Wyszukiwarki też sobie za dobrze me radziły bo o takich rzeczach jak tagi malarzy keywordy mało kto słyszał i stosował. Wielkim stawało się przez aklamacje. Wystarczył artykuł w prasie, czy też polecenie na ircu lub usenecie i bach – było się centrum czegośtam.

I tak to trwało sobie w spokoju, choć były podejmowane próby zmian. Rozmaite automaty starały się sprawdzić czy jest coś nowego, po czym wysyłały maile. Gdzieś po drodze pokawił się też stosowany do tej pory RSS.

Aż internet trafił pod strzechy. A wraz z nim rozmaite facebooki, twittery i takie tam. Nagle czas stał się najważniejszą walutą w rozrywce.

Po raz pierwszy usłyszałem to podczas premiery Xboksa 360. J Allard z Microsoftu stwierdził, ze jego nowa konsola nie konkuruje z Sony, Nintendo czy PC. Ich wrogiem jest wszystko na co ludzie poświęcają wolny czas.

I trudno się z tym nie zgodzić. Dawniej kupijąc pismo x nie czytało się y. Teraz tak już tak nie ma. Za drobną opłatą mamy dostęp do wszystkiego. Liczy się tylko wolny czas i to, na co go poświęcimy.

Nic więc dziwnego, że to content nas szuka, wpycha się na nasze facebookowe ściany, pojawiansię na twitterze, a appki takie jak Zite same domyślają się, co może nam się spodobać. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze ajfonowy push, który natychmiast wyświetli nam na telefonie, co dzieje sie w okolicy. Z poszukiwaczy informacji staliśmy się ich ofiarami.

Proszę kliknij mnie, lajknij post na moim blogasku, opiszę dla ciebie swoje najbardziej wstydliwe tajemnice. Za cenę 10 sekund internetowej sławy prostytuujemy swoje umysły i dusze.

10 sekund, bo mniej więcej tyle poświęcimy uwagi. Porno zmniejszyło ten okres do 3 min, jutub do 5 sekund. Nie jest super wciągające? To spierdalaj, jest jeszcze tyle contentu.

Liczba stron dąży do nieskończoności, tak samo userzy się nie kończą, jedyne ograniczenie to jak na razie czas.

Ciekawe czy kiedyś stanie sie walutą.

(tak, wiem, ze jest taki film nowy)

Przestałem być adminem

20111127-222227.jpg

Discordia – mój ukochany serwer – leży bez życia parę miesięcy. Albo jest problem ze zmianą ip w serwerowni, albo po prostu sprzęt fizycznie wyzionął ducha. I co? Nic. A kiedyś byłoby to dla mnie niedopuszczalne.

Poleciały konta ludzi, dokumenty, konfiguracji i godziny spędzone na dopieszczaniu sprzętu. Powinno mnie to wkurwiać, smucić i skłaniać do wydzwaniania po ludziach. Tymczasem nie czuję nic.

Pocztę już dawno przełożyłem na Google Apps, w zasadzie jedyną ważną i działającą tam usługą był ftp (w mojej założenie katalogu jest praktycznie niewykonalne), irc (doh) i dns.

Brakuje mi w zasadzie tylko tego ostatniego, ale jakoś nie mogę się zmusić żeby przenieść się z discordia.pl do darmowego hostingu na 42.pl. No i póki co wszystko działa. Może jakimś motorem będzie dla mnie udostępnienie tego nieczytanego blogaska pod swój własny adres – taka sztuka dla sztuki.

To trochę taka sama ewolucja jak z komputerami. Kiedyś musiałem znać każdy komponent i jego możliwości. Śmiałem się z ludzi, którzy na pytanie o to jaki mają sprzęt odpowiadali: szary. Teraz sam mam szarego makbuka pro z Banksym na obudowie. I chyba mi z tym dobrze.

Teraz software poszedł drogą hardware. Niech ktoś inny martwi się o dostępność, zasoby, konfiguracje i aktualizacje.

Mi wystarczy, że działa. Z admina stałem się zwykłym userem. Z może nieco większymi aspiracjami.

Za dużo social

Google+ mi namieszał.

W zasadzie wszystko już miałem poukładane, jeżeli chodzi o web 2.0 – różne media, różne komunikaty.
Twitter – „spotkanie z @znajomy”
Facebook – „jestem z @znajomy w xxx, ktoś się jeszcze chce najebać?”

Proste, prawda?

No właśnie. I do tego wszystkiego wszedł G+., z którym nie wiadomo co robić.

Trochę mi sie nie chce po prostu kopiowac tam treści z fejsa, a wtyczki do twittera nie ma. Przez co moze i są tam same unikalne treści, ale i też po prostu wieje tam nudą. a branżowe dyskusje – well…. No ale jest, a skoro są tam ciekawi ludzie, to należy zaglądać. I kółko się zamyka.

No a do tego wszystkiego doszedł jeszcze ten blogasek, z którym nie za bardzo wiem jeszcze co zrobić.

Na pewno super się pisze na nim w podróży metrem czy autobusem. Na razie mnie to kręci. I też nie mam zamiaru chwalić się nim światowi. Takie tam terapeutyczne pisanie dla siebie i o sobie. Zerowa publika to brak pokus do napisania nakże wyświechtanego „czy też tak macie?”, co jest miłą odmianą.

Takie tam ajfonowe przemyślenia z podróży

20111127-195039.jpg