Zagubiony flejm

Przeglądałem pliki do skasowania w dokumentach i znalazłem jakąś odpowiedź na list, która nigdy nie została wysłana. Plik datowany jest na 9 kwietnia 2008, 23:52. Zostawiam jak jest, bez poprawek i redakcji. Minęły 3 lata, a ile się zmieniło..

Od dawna już wiadomo, że rozwój techniki i internetu jest tak szybki, że prawo i inne dziedziny nauki często nie nadążają z ujęciem w definicje i normy, tego co tam się dzieje. Blogi to zjawisko stosunkowo młode, ale jest chyba jednym z najprężniej i najszybciej się rozwijających. Dawno już przestały to być internetowe pamiętniki, gdzie ludzie opisywali to, co im się danego dnia przydarzyło. Od pewnego czasu obserwujemy powstanie blogów tematycznych, czyli skupiających się na jednym, wybranym wycinku rzeczywistości. Tu właśnie moim zdaniem wpisuje się Polygamia. Interesują nas konsole, gry na nie i to, jak wpływają na popkulturę (i vice versa). Prostym erystyką i usenetowym zagraniem byłoby tu poproszenie o definicję od ilu wpisów blog staje się serwisem i zredukowanie wszystkiego w ten sposób do absursu spychając dyskusję na wałkowanie definicji. Spróbuję więc przedstawić swój pogląd na tę sprawę.

Blog to komentarz autora/autorów do wybranego wycika rzeczywistości. W sumie nie tak bardzo różnimy się od nastolatki, która pisze o tym, co dzisiaj zjadła i jakiej wysłuchała piosenki, z tymże u nas są to wskazania na teksty, jakie nas zainteresowały, gry czy trailery. Możesz więc potraktować Polygamię jako przegląd czytnika RSS i skrzynki emailowej blogerów zrzeszonych w tym projekcie. Bo w sumie tak właśnie traktuję współczsne blogi. Są to drogowskazy, które mówią, gdzie warto zajrzeć i co zobaczyć. Z kolei serwis musi dla mnie mieć dużo autorskich treści, wnikliwą analizę tematu i formułę tekstu będącą czymś więcej niż komentarz do znalezionej informacji.

Patrząc więc z tej strony Polygamia byłaby bardzo słabym serwisem. Nie mamy na mówiąc szczerze sił. Uważny czytelnik zauważy, że lwią część tworzy parę osób, którym zajmuje to naprawdę dużo czasu. Jasne, chcielibyśmy robić dużo więcej, ale jak na razie nie mamy takich zasobów, które by na to pozwoliły. Chcę tu też przypomnieć, że blog ten jest nadal amatorski, nikt z nas nie uważa się za „dziennikarzy growych“. Piszemy o tym, co zwróciło naszą uwagę, co naszym zdaniem warto omówić i komentujemy aktualne wydarzenia. Czasami lepiej, czasami gorzej – to jasne. Wydaje mi się, że właśnie datego czyta nas te parę tysięcy osób, bo w końcu te same informacje pojawiają się w wielu innych miejscach.

Tu od razu napiszę o jeszcze jednej rzeczy, chociaż ty o niej nie wspomniałeś, jednak warto na nią zwrócić uwagę. Jest to zarzut o kopiowaniu treści. Przy skończonym źródle informacji i nieskończonej ilości blogów, serwisów itd ciężko być tym jedynym. Równeż bardzo ciężko wskazać faktyczne źródło, przez które dotarliśmy do danej informacji. Bo jeżeli na raz dostajemy wskazanie od 6 stron , które śledzimy, to w zasadzie, którą powinniśmy wskazać jako pierwszą? A jeżeli sami zaczęliśmy pisać dużo wcześniej, ale publikacja wydarzyła się później? Zwykle staramy się podawać źródło informacji, o ile jest to możliwe.

Czas też odnieść się do zarzutu, że nie piszemy o naszej rodzimej blogosferze. Mam nieco odmienne wrażenie. Nie chcę tu przytaczać przykładów, ale wskazujemy ciekawe teksty, jakie znajdziemy. Jasne, zapewne jest ich dużo więcej, ale polegamy na naszych źródłach rss, jak również na mailach od czytelników. Co więcej, nawiązujemy polemikę, staramy się przedstawić swój punkt widzenia na dany temat i odpowiednio go skomentować. Problem w tym, że przeglądamy naprawdę dużo stron i bieżące informacje zwykle zgarniamy szybciej z zagrancznych źródeł, więc ciężko po fakcie dopisywać, że u kogoś też to się pojawiło, no chyba, że pojawi się nieco odienny od naszego komentarz, na który chcemy odpowiedzieć.

Odnoszę również wrażene, być może mylne, że niewiele innych blogów poza nami to robi. Tu pada temat Fantasmagieri i Twojej informacji. Powiem szczerze, że jeszcze nie słuchałem tego podcastu z bardzo prostego powodu – braku czasu. Generalnie pisanie na Polygamię i robienie polygadki zajmuje mi większość wolnego czasu, również tego na słuchanie innych podcastów. W zasadzie starcza mi czasu na dwa – 1up Yours i HotSpot. Uważam, że umieszczanie informacji o tym, że pojawił się kolejny odcinek cyklicznej audycji jest nieco bez sensu. Tak jak nikt nie pisze, że jest kolejna polygadka, bo wiadomo, że się pojawi. Oczywiście, jeżeli któryś z moich autorów znalazłby coś w Twoim podcaście, co jego zdaniem wymagałoby komentarza, rozszerzenia lub polemiki to idę o zakład, że pojawiłby się u nas odpowiedni wpis.

Na sam koniec Blogfrog. W swoim założeniu to platforma skupiająca wszystkie blogi, oceniająca je i promująca najciekawsze treści. Ponieważ Polygamia została tam dopisana, założyliśmy, zakładaliśmy, że będziemy podlegać tym samym regułom co wszyscy. Tam czasem, bez wyraźnych zmian w regulaminie i bez wcześniejszego poinformowania nas o tym, zostaliśmy potraktowani gorzej niż inni. Nie miałbym żalu, gdybyśmy przestali spełaniać jakieś warunki formalne i w związku z tym zostali usunięci z tego agregatu. Tymczasem jednak mamy sytuację przedziwną. Polygamia nadaje się by być, ale jest traktowana gorzej. Wskazuje to na nieoskonałość tego seriwsu i jego nieprzygotowanie, bo przecież podobne blogi tematyczne istnieją w internecie i można było założyć, że kiedyś pojawią się i w Polsce. Co więcej, wydaje mi się nawet, że jest prosty sposób na rozwiązanie tej sytuacji, no ale skoro Agora wybrała metody partyzanckie, to trudno. Jeden telefon, czy mail by wystaczył.

Nigdy nie poszło. W sumie to ciekawi mnie na co wtedy odpowiadałem. Pogooglam, bo to był jeden z tych pierwszych flejmów z innymi małymi sajtami.

Wróćmy na chwilę do adminowania

Decyzja zapadła. Discordia.pl leży a z nią DNS i domena, xname.org nie zgadza się na transfer ustawień do dns.42.pl. Trzeba od zera.

No to sprawdźmy ile pamiętam. No i czy uda się przełożyć blogaska na toread.discordia.pl

Na początek wiadomo – polecą wszystkie ustawienia, jakie mają ludzie. Trzeba ich poinformować – czyli do akcji ruszy kombo twitter + fejs.

A teraz ustawienia domeny.

No dobrze, teraz trzeba wyłapać, gdzie kierować ruch na toread.discordia.pl. Googlamy. I wychodzi na to, że najpierw trzeba nameservery pozmieniać na wordpressowe i że to jest płatne. Nawet jak domena jest hostowana gdzie indziej. Albo ja źle rozumiem te instrukcje.

Soraski, ale to nie jest warte 12$ na rok. W sumie ciekawe, skąd te opłaty. Przecież hosting na zewnątrz i prosty redirect ic nie kosztują. Może chodzi o brak propagacji marki? Pewnie tak.

No dobrze, to pozostaje tylko zmiana nameseverów na nowe w home.pl, gdzie jest zaparkowana domena.

I gotowe. Domeny toread.discoria.pl nie ma. Za to jest kontrola nad tym wszystkim. Mam tylko nadzieję, że poczta nie przestanie za chwilę działać.

W sumie to miało być takie success story i w ogóle, a wyszedł pamiętnik emo-admina sknery. Trudno.

25 powodów smutku (1)

Zrzut ekranu 2011-12-1 o 03.20.54.jpg

Pisząc sobie o Republice 69 kliknęło mi się w ajtjunsach na top 25 i jej – ale ze mnie smutas. Melancholijne tematy, smutne plumkanie i brzmienia. Taki jak widać jestem.

Patrzę sobie na te utwory i każdy z nich był zapętlony w kółko przez dłuższy czas i związany z jakąś porażką, czy też życiowym fuckupem. Zresztą ilość odtworzeń mówi sama za siebie. Co ciekawe – każdy z nic ma historię, o każdym z nich umiem coś opowiedzieć.

To tak bez większych szczegółów. I ponieważ jak widzę będzie tego trochę, to teraz pierwsza dziesiątka.

Mad World z Donnie Darko towarzyszył mi długo, chyba aż za długo. A sama miłość do niego wzięła się oczywiście z niesamowitego zwiastuna Gearsów. Zobaczyłem po raz pierwszy, namierzyłem kawałek. Zakochałem się. A potem tak 460 razy. Sporo słabych momentów z nim przeżyłem i towarzyszył mi w słuchawkach podczas nocnego szlajania się.

Let Your Love Grow to z kolei relatywnie nowe odkrycie. Przyszło z tuba.fm z radia Noviki, kiedy sądziłem, że w muzyce to mnie już nic nie zajara. Jak zwykle się myliłem – zajarało. Moderat, Apparat, Modesektor, Trentemoller – to wszystko nowe zespoły, które pojawiły się dzięki temu jednemu utworowi. Końcówka 2010 i 2011 należy do niego. Serio.

Snow Patrol to etap Mad World. O kapeli dowiedziałem się z MTV, które to zaprosiło ich na premierę Xboksa 360. Zagrali zupełnie inne utwory a mi w ajtjunsach został tylko ten. I do tej pory czasami go słucham.

Dayvan Cowboy znalazłem na last.fm. Lubię słuchać stacji z polecanymi utworami i tak poznałem Boards of Canada. Ich jedyny utwór w top 25 wszech czasów jest suuupe. Szkoda tylko, że nie ma dobrego teledysku. Ten z falami jakoś tak…. no niew wiem, można było lepiej.

HURT i Załoga G to reminiscencje punkowego okresu. Pamiętam, jak kiedyś nagrałem ich koncert na kasecie z Jarocina 89. Było tam protest song o słowach

NIE MAM MATURY I NIE MAM PIENIĘDZY
LATA MIJAJĄ, JA ŻYJĘ W NĘDZY
MOŻE IŚĆ DO PRACY? CHYBA ZWARIOWAŁEŚ !
MOŻE ZOSTAĆ PANKIEM? ALBO RASTAMANEM!
MOŻE ZOSTAĆ STRÓŻEM? NIE TO NIELOGICZNE
MUSIAŁBYM ZNÓW JADAĆ SERKI DIETETYCZNE
SERKI DIETETYCZNE? SERKI DIETETYCZNE!

Nawet znalazłem to na yt:

Czad, co? Te głębokie słowa.. i to zaskakujące, z niczym się nie kojarzące zakończenie. Ale wtedy byłem w liceum i jebałem system. Podobało mi się. A nowy Hurt to cóś, co jest 4 klasy wyżej. A przynajmniej ten kawałek.

City of Rome to muzyka do Assassin’s Creed. Ostatnie czasy, nie ma co się rozwodzić nad tym więcej, może poza faktem, że Assassin’s Creed 2 to świetna seria gier z cudowną muzyką, a Jeper Kyd to jeden z największych kompozytorów muzyki z gier.

I against I to z kolei mocno o mnie. Bo czasami się też tak czuję, jakby mój umysł był moim wrogiem i robił mi psikusy. Nic strasznego, ot po prostu nie pozwalał skupić się czy wypocząć. Trochę mi się to kojarzy z małymi złośliwościami jakie są gotowi zrobić sobie bracia.

W każdym razie – kupiłem w ciemno nową płytę Massive Attack, zgrałem na iPoda (nie było ajfonów. ha!) i słuchałem w metrze. Czytałem też nałogowo Malazańską Księgę Poległych. Nie pamiętam, który tom, ale jak to tam zwykle bohaterowie mieli przejebane. Wpadli do miasta pułapki, które zostało podpalone, armia zaczęła się palić, nie było ucieczki. Gdzieś tam w tle szalał żywiołak ognia. No i do tego było I against I które tak zajebiście pasowało, że musiałem skończyć ten opis z tą muzyką. I jeździłem metrem, aż tak się nie stało. Bo było to wówczas najważniejsze.

Low Place Like Home – też przylazł z last.fm i w sumie nie ma się czemu dziwić, skoro w owym czasie najczęściej w moim ajtjunsie gościł Mad World.

Ale romans ze Sneaker Pimps był krótki. Do stałego zestawu weszło tylko parę kawałków, a nowe płyty jakoś mi nie zaskoczyły. No ale ze 3 utwory cenię baaaardzo.

No i na koniec True to Form Hybrida. O nim szczerze mówiąc wiem najmniej. Jakoś pojawił się u mnie i został. I baaaardzo długo był to jedyny utwór który miałem.

Na moje oko minęło jakieś 4-5 lat zanim kupiłem resztę utworów i potem kupiłem i wysłuchałem chyba wszystkiego co zrobili. aktualnie to mój personalny numer jeden. Aż dziw bierze, że wszystko zaczęło się (chyba znowu od last.fm) i fragmentu utworu mówiącego o tym, że podmiot liryczny żałuje, że się urodził.

A teraz? Nie dość że kupiłem ich płyty zarówno jako Hybrida, jak i jako Hybrid Soundsystem to jeszcze poluję i zgrywam wszystkie ich sety DJskie z radia. No i zarażam kogo mogę. Są już pierwsze ofiary.

Ale tak ogólnie? Poza jednym drum.n.basowym radyjkiem same smęty. Smutas ze mnie, bo w drugiej 10, czy też nawet 15 lepiej nie jest. Ale o tym później.

Nie boję się Linii Oporu

A630D2A4-7EB4-4F70-90CB-2E4FC9CDD2DB.jpg

Na wyborczej wywiad z Dukajem no i pada pytanie o moją ukochaną minipowieść Linia Oporu (do przeczytania fragmenty tutaj).

Zanim zacytuję, to trochę o nim. Kupiłem po dość ciepłych opiniach znajomych, którzy dodatkowo mówili, że sporo tam i trafnie o tym co nas czeka w przyszłości i z grami i z technologią. A jakoś super zajarany nie byłem, bo i wcześniejsze książki jakoś tak średnio mi wchodziły. Wymiękłem na Lodzie, wykończył mnie czas teraźniejszy narracji w Perfekcyjnej Niedoskonałości. Także do najnowszej książki podchodziłem z taką lekką nieśmiałością.

Kupiłem, bo i też leciałem do Azji z wizją 8 godzin na lotnisku, a Dukaj, to ho ho, umie się rozpisać, więc na długo starczy. Nie starczyło.

Otworzyłem książkę, zacząłem czytać i od razu instant love. Styl, sposób pisania, przekazywane treści. To było o mnie, o świecie w którym się obracam, o ludziach których znam. Jasne, dodano masę technologii, ale przecież większość z tych opisywanych tam zjawisk dzieje się już teraz. A przynajmniej ja je zauważam i widzę. Do tego styl i sposób pisania idealnie oddawał przesiąknięte siecią społeczeństwo i świat.

Na wakacjach czytałem w kółko Króla Bólu. Zamiast łazić do basenu czytałem książkę. Muzyka z ajfona/ipada, książka w dłoń i wio. Na podbój cyfrowej przyszłości wirtualnych światów. Podczas lektury starałem się wyłapać i zanotować najciekawsze zdania czy też fragmenty. Po jakimś czasie przestałem- większość z nich była gotowymi quote’ami do sygnaturek czy dyskusji.

Przykład? Proszę.

Dla tych, co nie pracują, musimy – my, którzy pracujemy – dostarczać nieustannie contentu ich życia.

Content: gameplay.

„Co mam ze sobą zrobić?” Otóż właśnie to lub to lub to lub to lub –

„Pracowaliśmy nad ofertą dla pana miesiącami”.

Na początku nazywało się „spędzaniem wolnego czasu”. Ale w miarę wzrostu wydajności pracy ów czas wolny rósł w proporcji do czasu pracy. Rosły działy gospodarki zajmujące się dostarczaniem contentu dla życia w „wolnym czasie”.

Tak zwana rozrywka

Tak zwany lifestyle

Tak zwane celebryctwo (life by proxy)

Tak zwane samokształcenie

Tak zwany sportowy tryb życia

Tak zwana działalność charytatywna

Tak zwana działalność publiczna

Tak zwana polityka

Tak zwana religia

Tak zwane narkotyki

Content. Wypełniacz. (Content to be content).

Bo przecież – coś musisz robić, kiedy nie musisz robić niczego.

Pasuje? Bardzo.

No a potem, jak to ja zacząłem ewangelizować, opowiadać i wciskać ludziom. I w sumie wtedy po raz pierwszy usłyszałem, że to straszna wizja i że się jej boją. Na początku myślałem, że to tylko psychologiczne wyparcie, ale nie. W wyborczej WO ma tak samo:

Wizje przyszłości w twoich książkach są tak ponure, że strach tego dożyć – wolałbym nigdy nie zobaczyć na własne oczy świata, który opisujesz w „Czarnych oceanach” czy „Linii oporu”. Twojej depresji to nie budzi?

– Nigdy nie pisałem z nastawieniem: a teraz pokażę coś pesymistycznego. No, może „Xavrasa Wyżryna”. Pewnie nie uwierzysz, ale „Linię oporu” założyłem sobie wręcz jako optymistyczną odpowiedź na egzystencjalny posthumanizm Houellebecqa – jak ludzkość może jednak wydobyć się z pułapki nihilistyczngo życia.

Gdy konstruuję światy, w ogóle nie zastanawiam się, czy chciałbym w nich żyć – obchodzi mnie tylko, czy trzymają się one kupy, czy działają literacko i czy wyprowadziłem je z sensem z nauki i naszych realiów. Taka czy inna wymowa wychodzi przy okazji.

Rozumiem, że można te teksty czytać w przerażeniu – ale zarazem prawie z każdego czytelnicy wyciągają rzeczy, które właśnie chcieliby mieć w życiu. Jeśli nie całe światy – chociaż znam wielu chętnych do przeprowadzki w świat „Perfekcyjnej niedoskonałości” czy „Innych pieśni” – to poszczególne elementy, gadżety. Z „Czarnych oceanów” mógłbym sprzedać kilkanaście serii produktów dla Apple’a przyszłości. A sam bym zapłacił każdą sumę np. za menedżera pamięci zapisującego ciągi myślowe.

Co właściwie cię przeraziło w „Linii oporu”?

Chyba sama wizja przyszłości postludzkiej, bo opisałeś ją bardziej realistycznie od Houellebecqa, a więc bardziej prawdopodobnie, a więc bardziej przerażająco.

– Muszę cię zmartwić. To nie jest przyszłość, to teraźniejszość. To się dzieje teraz, na naszych oczach. Już teraz żyjemy w epoce transhumanizmu. Możliwość odczytywania procesów myślowych w korze mózgowej oraz terapii genowych już stanowi podstawę potężnych biznesów. To długa, ciągła, rozłożona na wiele dziedzin zmiana, już nieodwracalna. Chyba że zawali się cała cywilizacja.

Który konkretnie element tak przeraża? Manipulacje biologią człowieka? Uzależnienie od technologii? Zmiana trybu życia i struktur społecznych? Bezradność tradycji wobec wolności wyboru formy człowieczeństwa? Sam przyglądam się temu wszystkiemu bez entuzjazmu, ale raczej z dystansu przyrodnika poszukującego reguł, stawiającego hipotezy.

W XVIII w. ludzi też przerażała wizja ogromu zmian społecznych powodowanych przez maszynę parową.

za Dukaj: Czuję się jak kukułczy podrzutek.

No i właśnie nie wiem skąd ten lęk. Przecież serio – 3/4 z tego co jest w Linii Oporu opisywane już się dzieje. Od wirtualnych światów, których ekonomia może przebijać na rzeczywistość (chińscy gold farmerzy i WoW, rynki aukcyjne, kradzieże wirtualnych przedmiotów), emocjonalnego i intelektualnego puszczania się z nieznajomymi na fejsie, g+, twitterze czy teraz już starodawnych blogaskach, łykania prochów i chemii na wszystko, zanim to się nawet wydarzy. A o kamerze czytającej myśli i uczucia sam pisałem z GamesComu, że jest, bo się Ubisoft przyznał, że widział. Brakuje nam tylko trochę wiedzy w dziedzinie biotechnologii i jazda.

Czy to jest takie straszne? Bo ja jakoś szczerze tego nie rozumiem. Od CyberJoli Dream jaram się rozwojem i zmianami, jakie daje sieć. I to zarówno w sposobie naszego myślenia i postrzegania, ale też i stylu życia. Fajnie, że przenosimy część siebie do wirtualnej przestrzeni.

Czy nie jest to gnostycki ideał oderwania się od materii, która jest dziełem Demiurga, a nie prawdziwego Boga?

Wychodzi też na to, że muszę poczytać więcej tego Houellebecqa sprawdzić i poczytać. No i w końcu doczytać do końca wszystkie mini powieści z Króla Bólu, bo przyznam, że jeszcze ze dwie mi zostały.

PS A pierwszy odcinek Life’s too short jakoś mi nie wszedł. To chyba nie jest serial dla mnie. Sprawdzę ten Treme, który poleca Dukaj. A nuż będzie fajny?

Republika 69 jakoś tak…

41F5E7A8-3AC1-4853-A08A-9B2DCB1018FD.jpg

Agressiva 69 gra Republikę? To się niby nie mogło nie udać.

Ale się nie udało. Podniecenie szybko upadło. O samej płycie Republika 69 dowiedziałem się dopiero dzisiaj rano z radio. No i kurcze, ucieszyłem się, bo w końcu Republika to i znane, zajebiste tekstowo kawałki i świetna muzyka. Agressiva 69 z kolei to ten zdrowy polski industrial, który tak mnie kiedyś oczarował.

Pamiętam, jak jeszcze w Lublinie usłyszałem w radio Situations i dłuuugo słuchałem. A było to jeszcze w erze przed smartfonowej, więc nie było opcji na wyciągnięcie ajfona i sprawdzenia SoundHoundem co to. Więc trochę mi zajęło poznanie nazwy zespołu.

A potem już było prosto. Pierwszy koncert w Lublinie, chyba w Chatce Żaka (na którym zresztą jeden z moich studenckich byłych ziomów zapoznałbył swoją małżonkę), kolejna fala fascynacji i zakup wszystkich płyt.

A potem słuchanie. Masa słuchania. W ajtjunsach wygląda to mniej więcej tak:

Zrzut ekranu 2011-11-30 o 23.12.00.jpg

Heh, i właśnie zobaczyłem, że Situations nie jest na pierwszym miejscu tylko „Każdy dzień jest taki sam”. I też jest dobre. Oj, bardzo dobre.

Ostatni kawałek przd Republiką 69 który straszliwie mi podszedł to remix „Na końcu świata”, którego o dziwo nie ma w internecie, a przynajmniej nie w tej wersji. Nie wiem, czy mogę go tak po prostu tu zamieścić. Mam nadzieję, że nikt mi głowy nie urwie.

Dobra, co? Miasto, magia, maszyna. Golemy pracujące w fabrykach, tryumf pary i wysokich technologii, które zmieszały się z magią. Ten kawałek pobudza wyobraźnię. I to bardzo. A potem się jeszcze okazało, że Agressiva 69 lubi się z CDP i że to ich muzyka jest w zwiastunach Wiedźmina 2.

A Republika 69? Słowo daję, że gdyby płyta była dostępna w cyfrowej dystrybucji – iTMS, 7digital itp to kupiłbym ją od razu. Potem pewnie żałował, ale kupiłbym. A tak? Chwila poszukiwania w sklepach i podróż na YouTube. A tam kilka przykładowych kawałków. I niestety rozczarowanie.

Głos wokalisty brzmi zupełnie inaczej niż ten znany mi z Republiki i nie pasuje. Tak na pierwszy „rzut ucha” jest co najmniej o klasę niżej. Niby to zrozumiałe i pewnie do przejścia, bo w końcu nikt nie lubi zmian i instynktownie uważa, że są na gorsze. Przerabiałem to wiele razy przy kolejnych wyglądach serwisu i wiem, jak to działa.

Ale też bardziej razi mnie co innego. Te aranżacje są po prostu takie sobie. Ani to oryginał, ani industrialowa wersja. Ot, inny zespół gra kawałki Republiki. Nie byłem jej specjalnym fanem, po prostu lubię i doceniam. I tak bez większej wiedz wydaje mi się, że to brzmi po prostu za podobnie.

Usłyszałem dwa kawałki i chyba mówię pass zakupom dopóki nie usłyszę gdzieś całości. Bo nie wykluczone, że jakiś fajny utwór się jednak znajdzie. A na szczęście minęły czasy gdy trzeba było kupować całą płytę.

PS Ciekawe czy nowa Siekiera też rozczaruje

Prawicowe marudzenie zaczyna się robić nudne

20111130-201010.jpgUnikam polityki. A zwłaszcza rozmawiania o niej.

Nie to, żebym nie miał jakichś tam poglądów, ale ma to teraz małe znaczenie, w co się wierzy. Można być albo za, albo przeciw. Nie ma form pośrednich i nikt nie bierze jeńców. Gdzieś nagle umarło centrum i nie można być pomiędzy Kaczorem a Donaldem.

Znajomi zwykle zapieklają się, gdy ktoś powie coś przeciw powszechnie przyjętemu paradygmatowi bycia cool. A ja czasami nie jestem cool, tak po prostu.

Bo na przykład nie przeszkadza mi, że ktoś stoi pod krzyżem w centrum i sobie śpiewa, o ile w tym samym czasie nikt mi nie robi wyrzutów, że piję wódkę dokładnie na przeciwko w Zakąskach. Nie lubię zarówno parady równości, jak i marszu niepodległości i wszelkie blokowanie ruchu w centrum napawa mnie niezbyt ciepłymi uczuciami do organizatora. Chcę żeby ludzie, którzy robią demonstracje płacili za zniszczenia, które zrobią ich radykalne frakcje. Tak, żeby ich sami pilnowali. Nie rechoczę z rozmaitych teorii spiskowych o TYM samolocie, tak jak i nie zwalczam wszelakich teorii o JFK. No i chciałbym podatku liniowego – ale w sumie ten już płacę jako firma.

Politycy w moich oczach polegli tam, gdzie mieli być silni. PO za gospodarkę i brak liberalizmu, PiS za prawodawstwo, SLD i PSL nie wliczam, bo to sieroty po PRL, a tu jest no pasaran. Soraski. Chociaż śmieszy mnie strasznie, że to Miller dał mi 19%, a Kaczor moim pracownikom obniżył do 18%. Taki tam chichot historii.Nie należy się nimi przejmować. I tak to, co obiecają i powiedzą przed wyborami nie ma żadnego znaczenia.

Już samo doprowadzenie do sytuacji, gdzie przymiotnik „polityczny” zaczął być pejoratywny pokazuje nam poziom naszych reprezentantów. No ale jaki naród…

Oj dość o nich, wróćmy do dziennikarzy, bo to oni mnie natchnęli. Do tej notki ofc.

Staram się czytać tych z lewej i tych z prawej strony. Nie to, żeby codziennie, bo można by od tego oszaleć, ale zdarza mi się.Przeglądam i Uważam Rze i Wprost, czytam blogaski i RAZa i WO. Zaglądam i do RP i GW. Lubię zresztą te felietonowe przepychanki i różne punkty widzenia.

Lubię, kiedy ludzie mają poglądy i kiedy ich bronią. Najbardziej ujmuje mnie, gdy potrafią przyznać się do błędu, czy przyjąć punkt widzenia przeciwnika, bo oznacza to, że nie są tępymi siepaczami danej idei, ale myślą i analizują to co mówi ich interlokutor.

Niestety zdarza się to rzadko i w ogóle wszyscy zaczęli się zapętlać. Mam nieodmienne wrażenie, że nagle wszyscy zaczęli pisać to samo w kółko i nie mogą wyjść z zaklętego kręgu swoich żali. Jakoś brakuje mi oryginalnych myśli naszych publicystów a nie tylko reakcji na to, co dany polityk powie.

Wiadomo, że RAZ odniesie się jakoś do historii ze swoich trzech ostatnich książek, że WO spróbuje kogoś wyśmiewać, albo napisze coś o autostradach, Wildstein napisze coś o lewicowym niszczeniu rodziny i wartości a Lis… będzie Lisem.

Jakoś z tym żyję, bo i też nie determinuje to mojego życia. Znam ludzi, dla których czytanie i słuchanie komentarzy do wypowiedzi polityków, a potem komentarzy do komentarzy i komentarzy do komentarzy komentarzy jest sensem życia i mogą swój dzień spędzić przełączając się pomiędzy Tok FM, TVN24 i Faktami, sprawdzając czy przypadkiem nikt się nowy się nie zająknął. Been there, done that. Znudziło mi się, bo nic to absolutnie nie zmienia. A nauka życia bez telewizora czyni ludzi szczęśliwszymi – serio.

Ostatnie pół roku wiadomości oglądam sporadycznie. Omija więc mnie cała masa ekscytacji, którą mają inni, bo ktoś coś powiedział. Przez dzień cały mirmiłują w najlepsze, że to już koniec, wstyd, hańba, jak tak można, bo Targowica, Smoleńsk i w ogóle, po tygodniu ledwo już o tym pamiętają, a po dwóch zapominają w ogóle. Więc kiedy po czasie dopytuję się, o co chodziło tym razem i dlaczego nie powinienem już chcieć żyć, czy też natychmiast żałować że nie wyjechałem na zmywak na Nowego Jorku, nie wygląda to już tak tragicznie. Zresztą, wystarczy zrobić sobie proste ćwiczenie i przejrzeć nagłówki portali sprzed 5 lat. Pamiętacie którąś z tych niewyobrażalnie haniebnych akcji? No właśnie. Ja też nie.

Tym bardziej też zdziwił mnie ostatni numer Uważam Rze. Nie przeczytałem całego, ale główne danie już tak – czyli narzekanie na media. I zaczęło mnie to już na serio drażnić. Dlaczego osoby mówiące o sobie, że są liberałami narzekają, że ktoś nie chce ich zatrudnić? Zwłaszcza w prywatnych mediach? Dlaczego narzekają na to, że nikt nie chce z nimi rozmawiać, skoro sami nie chcą przychodzić? Mają swój tygodnik, mają swoje inne media – niech tam działają i pokazują, jak powinno się robić dziennikarstwo. A potrzeba sławy i pieniędzy jest silniejsza od ideałów, to well… coś trzeba wybrać. Swoich słuchaczy i czytelników mają.

A tak btw to szczytem jest robienie wywiadu o mediach z Czarzastym. On przypadkiem nie był zamieszany w jakąś aferę?

Zgodzę się, że media publiczne powinny po równo pokazywać jedną i drugą stronę. Ale od prywatne? No soraski.

Szpital autodestrukcji

20111128-173738.jpg

Super, padł mi ajfon a appka wordpressa chyba nie ma autosave. Więc w zasadzie został tylko tytuł wpisu i fotka z długiej notki.

A szkoda, bo fajna była. Mówiła trochę o szpitalach, które nie okazały się aż tak złe, jak obstawiałem; trochę o kolesiach, którzy chcieli mieć dzieci, a potem nie chcieli się już z nimi spotykać i jak bardzo skurwiałe jest to zachowanie.

20111129-112138.jpg
Nie to, żebym pokładał jakąś dużą wiarę w ludzki rodzaj i spodziewał się po nim altruitycznych zachowań, ale zakładałem, że jak ktoś chce mieć dzieci to mniej więcej wie na czym to polega. Inna sprawa, jak się one przydarzają, czy też są wynikiem jakichś zawirowań. W życiu może się różnie ułożyć, ale uderzanie w matkę za pomocą dziecka to wyższy poziom skurwysyństwa. I nie, to nie jest potem tak, że ma się zupełnie nowe życie.

To chyba kolejny powód, żeby się nie przejmować naszym gatunkiem za bardzo. Nie potrzeba nam kosmitów, wampirów czy zmutowanych owadów. Sami się wykończymy. Mamy w genach wpisaną autodestrukcję.

I w sumie jakby nad tym trochę pomyśleć, to ma to jakiś sens. Skoro nasze komórki w momencie narodzin mają wpisany czas swojego życia (a przynajmniej coś podobnego kiedyś usłyszałem przy okazji dzieciowych rozmów) to czego nam to nie dotyczyć całych gatunków? W końcu z cywilizacjami to właśnie tak działa. I dobrze, może przyjdzie po nas coś co lepiej będzie sobie radzić z emocjami i uczuciami.

Bo my sobie nie radzimy.

A tak w ogóle to zasada dont drink And write powinna być tatuowana każdemu internaucie.

Parodysta vs twórca. Oczywiście, że wierzymy temu pierwszemu

20111127-233735.jpg

Polygamia napisała tekst o Molydeux, czyli twitterowym fejkowym koncie nabijającym się z Molyneuxa. Konto zablokowali, jest dramat.

I to chyba za duży. We wnioskach czytam

Sprawa Molydeux stawia kilka pytań: czy z podsuwanych przez niego pomysłów nie dawałoby się robić ciekawszych gier niż kolejne strzelanki o żołnierzach? Czy to, że autor tych żartów uznaje takie pomysł za naprawdę głupie świadczy o branży źle czy dobrze? Czy udawanie w internecie innej, znanej osoby jest w porządku? Kim trzeba być, aby dać się na to nabrać?

I w sumie sam nie wiem skąd to się mogło wziąć. Bo jedną rzeczą jest posiadać pomysł, a drugą go zrealizować. Pomysły są tanie. Można mieć ich milion na godzinę. Nie oznacza to jednak, że da się z nich zrobić grę. Natomiast na pewno da się nimi zalewać twittera, fejsa i milion innych serwisów lansując się na boga współczesnego designu. Zrobienie działającej i fajnej gry to niestety zupełnie inna para kaloszy.

Jasne – z cytowanych pomysłów kilka zostało użytych, pojawiły się też niezależne produkcje podobne do przedstawionych idei. I chwała ich twórcom za to. A pomysłodawca? Zasługuje na creditsa i tyle. Niewiele więcej. Bo to ktoś inny przemielił to wszystko do kupy i złożył z tego sensowny produkt. Jak już napisałem wcześniej – 140 znaków pomysłu to jeszcze nie jest gra, niezależnie od tego, jak super się to czyta na Twitterze.

I jeszcze raz się powtórzę – pomysły są tanie, zrobienie gry nie. Zwłaszcza, że dodatkowo przywoływane są do tablicy duże firmy, które muszą zarabiać. Strzelanki o żołnierzach może i nie są zwykle przełamującymi standardy grami o wielkim znaczeniu. Są po prostu fajne, ale też i nie wymagajmy od każdej gry czy film bycia arcydziełem. Strasznie nudne i ciężkie stałoby się nasze życie, gdyby nagle każdy jego element musiał mieć wielkie znaczenie.

Zresztą nie wiem skąd się bierze to janosikowanie mediów growych i stawanie zawsze po stronie mniejszych. Ja rozumiem, że mają bronić klienta, mają opisywać rzeczywistość i ją tłumaczyć, ale też nie mogą po prostu nawalać wydawców i twórców, za to, że chcą zarabiać.

Przecież to nie jest tak, że ktoś nas zmusza do kupowania tych przywołanych strzelanek o żołnierzach i nakazuje gardzić tymi o 256 graczach kontrolujących kości. Ludzie chcą czasami prostej rozrywki i potępianie ich za to jest po prostu hipsteryzowaniem. Niczym więcej.

Branża ma się dobrze. Rozwój technologii i cyfrowych platform dystrybucji pozwala powstawać zarówno Call of Duty, jak i Flowerowi, Echochrome czy The Path. Każda z tych produkcji ma swoje miejsca, każda ma swoich klientów i odbiorców.

Pozwólmy im decydować w co i jak chcą się bawić. To, że ktoś gra w WoWa i lubi FIFE nie czyni z niego gorszego człowieka. Wystarczy tylko napisać mu, jaki ma wybór. I w danej kategorii polecić najlepsze produkcje.

Słowem – nie hipsteryzujmy. Wysokobudżetowe produkcje też są fajne i warto się w nie bawić. Bo wbrew pozorom jest w nich masę fajnych patentów.

PS A Molyneux udowodnił już, że gry robić umie. Nawet jeżeli te ostatnie do najlepszych nie należały. Czy jego prześmiewca może pochwalić się swoimi dokonaniami? Bo to, że jacyś dziennikarze rozmawiali i wiedzą, to trochę mało. A zresztą świetnie podsumował to Błażej.

Zrzut ekranu 2011-11-27 o 16.28.50.jpg

 

Przestałem być adminem

20111127-222227.jpg

Discordia – mój ukochany serwer – leży bez życia parę miesięcy. Albo jest problem ze zmianą ip w serwerowni, albo po prostu sprzęt fizycznie wyzionął ducha. I co? Nic. A kiedyś byłoby to dla mnie niedopuszczalne.

Poleciały konta ludzi, dokumenty, konfiguracji i godziny spędzone na dopieszczaniu sprzętu. Powinno mnie to wkurwiać, smucić i skłaniać do wydzwaniania po ludziach. Tymczasem nie czuję nic.

Pocztę już dawno przełożyłem na Google Apps, w zasadzie jedyną ważną i działającą tam usługą był ftp (w mojej założenie katalogu jest praktycznie niewykonalne), irc (doh) i dns.

Brakuje mi w zasadzie tylko tego ostatniego, ale jakoś nie mogę się zmusić żeby przenieść się z discordia.pl do darmowego hostingu na 42.pl. No i póki co wszystko działa. Może jakimś motorem będzie dla mnie udostępnienie tego nieczytanego blogaska pod swój własny adres – taka sztuka dla sztuki.

To trochę taka sama ewolucja jak z komputerami. Kiedyś musiałem znać każdy komponent i jego możliwości. Śmiałem się z ludzi, którzy na pytanie o to jaki mają sprzęt odpowiadali: szary. Teraz sam mam szarego makbuka pro z Banksym na obudowie. I chyba mi z tym dobrze.

Teraz software poszedł drogą hardware. Niech ktoś inny martwi się o dostępność, zasoby, konfiguracje i aktualizacje.

Mi wystarczy, że działa. Z admina stałem się zwykłym userem. Z może nieco większymi aspiracjami.

Ocean muzyki

muzyka2011-page-001.jpg

Lubię last.fm. Ogólnie jakoś nie mam stresu związanego z dzieleniem się danymi przez Google i FB. Chyba głównie dlatego, że dość szybko nauczyłem się co można, a co nie w internecie i raczej nie zamieszczam tam rzeczy, których później bym się wstydził.

No ale wysyłanie swoich danych daje czasami fajne efekty. Na przykład taki oto wykres z muzyką od 2010 roku aż do teraz.

Widać wyraźnie erę soundtrackowo-ambientową, kiedy rządziła muzyka z Assassins Creed i Battlestar Galactica. Widać stabilną miłość do Massive Attack i wybuch Moderata. No a potem erę rządów Hybrida, z nowymi odkryciami takimi, jak Agoria. Zresztą pewnie można to połączyć z koncertami czy też eventami na których byłem.

Pewnie jakby nad tym głębiej posiedzieć, to dałoby się z tego wyciągnąć więcej ciekawych rzeczy no i przedstawić je w bardziej odjechanej graficznie formie. Póki co jednak (a jak wiadomo – prowizorki są mega trwałe) to musi wystarczyć ;)

Za dużo social

Google+ mi namieszał.

W zasadzie wszystko już miałem poukładane, jeżeli chodzi o web 2.0 – różne media, różne komunikaty.
Twitter – „spotkanie z @znajomy”
Facebook – „jestem z @znajomy w xxx, ktoś się jeszcze chce najebać?”

Proste, prawda?

No właśnie. I do tego wszystkiego wszedł G+., z którym nie wiadomo co robić.

Trochę mi sie nie chce po prostu kopiowac tam treści z fejsa, a wtyczki do twittera nie ma. Przez co moze i są tam same unikalne treści, ale i też po prostu wieje tam nudą. a branżowe dyskusje – well…. No ale jest, a skoro są tam ciekawi ludzie, to należy zaglądać. I kółko się zamyka.

No a do tego wszystkiego doszedł jeszcze ten blogasek, z którym nie za bardzo wiem jeszcze co zrobić.

Na pewno super się pisze na nim w podróży metrem czy autobusem. Na razie mnie to kręci. I też nie mam zamiaru chwalić się nim światowi. Takie tam terapeutyczne pisanie dla siebie i o sobie. Zerowa publika to brak pokus do napisania nakże wyświechtanego „czy też tak macie?”, co jest miłą odmianą.

Takie tam ajfonowe przemyślenia z podróży

20111127-195039.jpg

Nakręcenie

Kręci mnie to jednak. Z czasów Polygamii na wordproesie pozostało mi trochę softu do blogowania – jak chociażby MarsEdit na maka. No i właśnie się nim bawię. Wiem, wiem – zaraz pewnie mi się znudzi

Wybieranie motywu, widgetów.. fajne to i na początku trochę nawet emocjonuje, co jak wiadomo – jest pożądane. Bo w końcu te dobre emocje i myśli ostatnią są bardzo w cenie.

No i dodałem na boczku twittera. Teraz identyfikacja i namierzenie zajmie potencjalnemu czytelnikowi parę sekund, ale trudno. W sumie i tak byłoby prosto to wszystko wyczaić.

I zastanawia mnie, czy się nie pogubię teraz z tym fejsem, g+ i blogaskiem na raz. Gdzie co napisać? ;)

Tu przynajmniej jak na razie nikt nie zagląda.

iPhonowe początki

Udało się założyć blogaska wyłącznie za pomocą iPhone.

Oczywiście wszystkie fajne nazwy były już zajęte, więc musiałem kombinować. I wyszło takie coś. Fajne? Sam nie wiem. Ale jest.

W ogóle to się zastanawiam nad sensownością tego przedsięwzięcia. W końcu jakoś super szczerze pisać nie będę o znajomych, bo prędzej czy później tu wpadną i poczytają. A używane nazw kodowych jest takie sobie. I tak się zaraz wszyscy domyślą.

Pozostają więc mądre przemyślenia o rzeczach nie będących szeroko rozumianą rozrywką, bo te wylądują na Polygamii. A technologie też wiadomo gdzie.

No nic. Pierwsze koty za płoty.