Nie płakałem po Kimie. Homefront też nie

89AD0476-5926-4C59-83C2-DF67B16930C7.jpg

Kim Jong-Il nie żyje. Ludzie szukają informacji, media ich dostarczają.

Gry mają z tym problem, bo często i gęsto związki sławnych osób z tą branżą są mizerne i nie za bardzo da się wyciągnąć artykuł wiążący te rzeczy.

Udało się przy okazji wojny w Gruzji (szukam i szukam w naszym archiwum tego tekstu o tym, że sytuacja w którym Rosja atakuje Gruzję i jest to przyczynek do światowego konfliktu było już w intrze do jednej z gier i coś mi to nie wychodzi, jak znajdę – podlinkuję), udało się przy śmierci Jacksona – był w grach, był tekst od razu, udało się przy Kimie. Chociaż nie na Polygamii. Z tekstem wystartowało Kotaku, co jednych oburzyło, a mnie jakoś nie.

Ciężko tu mówić o przewidywaniu, czy o jakimś zmyśle analitycznym twórców, ot zdarzyło się, że w ich wersji historii Kim też umiera, z tym że dwa tygodnie wcześniej. Blisko, bardzo blisko, ale to przecież przypadek.

Ciekawe? Dla mnie tak. I nawet nie czuję, żeby to było żerowanie na śmierci, bo to po prostu takie skojarzenie faktów wywołane przez to wydarzenie. No a przy okazji brutalnie rzecz biorąc przynosi te kliki, o które w mediach elektronicznych także chodzi (chyba, że to taki blogasek jak ten pisany bardziej z powodów biegunki tekstowej, a nie celów komercyjnych).

I pewnie taka notka z tą informacją była by ciekawa. Bez wchodzenia w politykę i pisania jakim popieprzonym skurwysynem Kim był i analizowania sytuacji politycznej… Chociaż z tą dyktaturą w zasadzie nic nie wiadomo i czort wie, czy gdzieś tam w testamencie Kima nie ma zapisu mówiącego o potrzebie ataku na drugą Koreę.

No ale to takie spekulowanie funta kłaków warte. Grunt to fakt, że jest ciekawostka, dobre tagi i moc google.

Tytuł ponad wszystko

Na onecie (przedruk z Forbesa) fajne succes story o branży. Dobrze opisane z ciekawymi historiami. I ze zjebanym tytułem

Polskie gry podbijają zachód, wychodzą nam, mamy i duże budżety i nagrody i niesamowite osiągnięcia. Idealny temat i powód by pochwalić się i pochwalić naszych twórców. Jak zatytułować taki tekst?

Zrzut ekranu 2011-12-19 o 12.22.12.jpg

Dziennikarzenie ociekające krwią. Nic innego nie przychodzi mi do głowy.

Nie/anty-notka

20111216-235222.jpg

Nigdy do końca nie rozumiałem serwisów z nie/anty w nazwie, które dodatkowo udają, że branżowe nie są. Do czasu.

Jakoś nie mogę się przekonać do tych nazw, sam nie wiem dlaczego. I nawet nie są to powody osobiste, bo skąd inąd ciekawy blog, nazwijmy go na potrzeby chwili antydrewno, też mnie swoim podejściem i nazewnictwem dziwił. Kochają drewno i pisząc o nim z pasją jestem jednocześnie anty? Jakieś to takie licealne mi się wydaje.

Skąd ta pasja do negacji? Co w tym fajnego? Zwłaszcza, że jeżeli to nie tylko nazwa ale i zbuntowany mit założycielski danego sajtu, to zaczyna się robić ciekawie, gdy pojawiają się pieniądze.

Bo nagle okazuje się, że mimo wcześniejszych deklaracji branżą się jest i zaczynają się pojawiać drobne zmiany, które powodują zwiększenie klików. Jasne, pierdółki, ale zawsze. Bo wyłączenie pełnego kanału rss i dawania tylko leadu o czymś mówi. Tak samo zresztą, jak pojawienie się wyśmiewanych wcześnej ankiet, czy też poradników prezentowych.

I nie piszę oczywiście, że to źle, czy że tak nie można. Po prostu zderzam sobie to co widzę z wcześniejszymi deklaracjami i widzę tryumf smutnej rzeczywistości.

Ciekawe czy to dalej nie jest branża…

Bo chyba bycie anty było modne i fajne tylko przed wejściem do grupy. Teraz to zeszła poza.

PS chociaż oni się akurat za wszystko nie obrażają, jak taki jeden bloger

Wiele śmierci Nintendo

A2D2326C-ED90-4660-91E5-ECABAA3A68E6.jpg

„To już koniec Nintendo!”. Ile razy to słyszeliśmy?

Wiele. I to od dawna. A firma jakoś upaść nie chce i chyba ma się dobrze. Po trudnym starcie 3DSa konsola zaczyna znowu się sprzedawać i już ma lepsze wyniki niż DS w swoim pierwszym roku (choć należy tu pamiętać, że wówczas był to nowy koncept i trudniej się mu było przebić), zaś w Australii bije rekordy popularności.

Fakt, nakłada się na to niższa cena i pojawienie się gier na tę platformę, ale czy nie o to chodziło? Jak widać wydawcy uczą się na błędach. Szkoda, że na swoich i nie korzystają z doświadczeń innych, bo przecież Sony popełniało wcześniej z PS3 dokładnie te same błędy. Nintendo udało się odbić i aktualnie ich sytuacja jest lepsza. Oby tylko nie osiedli na laurach i nie przestali dostarczać nam świetnych gier.

Nadal twierdzę, że 3DS to ostatnie tradycyjne konsole przenośne, bo to smartfony złapały graczy niedzielnych i tam przeniósł się cały segment mobilnego grania. Nie oznacza to jednak, że Nintendo zupełnie przegrało na tym rynku, bo ma przecież niesamowicie silną markę (nie w Polsce oczywiście) i masę, ale to masę świetnych serii, które rodzice mogą kupować swoim dzieciom. Bo przecież sami pamiętają, jak dobrze bawili się grając w Mario.

Nie ma więc co lamentować i załamywać rąk, że w 5 lat po premierze Nintendo nie zarabia już niesamowicie dużo, tylko bardzo dużo na Wii. Zwłaszcza, że w przyszłym roku wychodzi przecież Wii U, które z pierwszych zwiastunów gier przygotowywanych na tę platformę zamierza na nowo podbić serca hardcorowych graczy. Graczy, których podejście do gier może się zmienić, bo przecież cały czas są oni bombardowani nowościami takimi jak Facebook, tablety czy smarfony i część z nich ze zdziwieniem odkrywa, że może być to fajne.

A 3DS? Dopóki będą pojawiać się nowe, świetne pozycje i rozwijany będzie eShop, jak również usługa sieciowa (bo tu jest mnóstwo do nadrobienia) nadal znajdą się klienci na tę konsolę. Ja wiem, że w przyszłym roku są dla mnie tam co najmniej 3 gry, w które chce zagrać.

Innym pytaniem jest, czy gry Nintendo powinny pojawić się na platformach mobilnych. W końcu Microsoft ze swoimi Kinectimals zadebiutował na iPhonie. I tu mam dylemat. Bo z jednej strony uproszczone wersje kultowych gier byłyby świetną reklamą dla firmy. Z drugiej zaś… firma traci koronny argument przemawiający za tym, by kupić ich produkcje – wyjątkowe gry.

W każdym razie – nie ma co tak szybko skreślać Nintendo. Pamiętacie jaką falę krytyki na starcie miał iPhone i iPad? Widzicie tabelkę na górze, gdzie widać ile razy było już po tej firmie? No właśńie.

Och Skyrim, tylko ty budzisz tak sprzeczne uczucia

Gram sobie w tego Skyrima i gram. Drażni mnie, jestem wiecznie przeciążony i z niepokojem patrzę na każdą rzecz, którą mogę podnieść.

Czy na pewno jej potrzebuję, czy to mi się przyda, czy warto? Towarzysze broni (och Lydia) też już dźwigają swoje, a tu się okazuje, że gra wystawia mi coraz więcej śmiecia do noszenia. I to aż to punktu, w którym serio rozważam, czy kupno domu, gdzie składowałbym to całe cholerstwo, nie jest dobrym pomysłem. Bo a nuż się przyda?

I drażni mnie to, do tego nie jestem fanem widoku FPP w RPGach, nie podoba mi się chyba do końca system levelowania postaci i questy. Bo są proste i nie wymagają myślenia. Jak do tej pory (około 20 godzin) to idź, przynieś, zabij… nie spotkałem się jeszcze z czymś, co porównywalne byłby z Dark Brotherhood z Obliviona. Co oczywiście nie znaczy, że takich misji tam nie ma. Ja po prostu do nich nie dotarłem.

Dlaczego więc w kółko w to gram? Dla żyjącego świata. Dla piaskownicy, która sama z siebie wypluwa ciekawe i śmieszne historie. Przykłady? Ależ proszę.

Mój dzielny koń zatłukł własnoręcznie (własnokopytnie) 4 zbirów, po czym popełnił samobójstwo skacząc ze skały. Macki mi opadły i przeklinałem go za wyrzuty sumienia. A to tylko jedna mała rzecz, która może przydarzyć się w tym świecie.

Ratowaliście kiedyś kolesia z rąk bandytów, który w imię wdzięczności ganiałby was po okolicy chcąc zatłuc gołymi pięściami? A ja tak miałem. Nie wiem dlaczego NPC nagle uznał mnie za wroga, ale widocznie coś mu się nie spodobało.

Błędu z weselem co prawda nie napotkałem osobiście, ale opowiadał mi o nim znajomy. Otóż, jak zapewne wiecie, w Skyrimie można wziąć ślub. I na to wesele, co jest w ogóle super pomysłem, przychodzą spotkane w grze postaci. Problem w tym, że gra może nam czasami wylosować martwego towarzysza. Takiego, który pojawi się na imprezie tylko po to, by teatralnie na niej paść trupem znowu. Zgadnijcie kogo oskarżą o morderstwo goście? No właśnie.

O nasyłaniu smoków na giganty wie pewnie każdy, tak samo o pojedynkach potworów, czy wykorzystywaniu wieśniaków do walki z potworami.

I stąd właśnie siła tej gry. Że sama z siebie dostarcza nam takich historii i opowieści, że nie koniecznie muszą je wymyśla twórcy, wystarczy zapewnić żyjący i działający świat dookoła, a gracze zrobią resztę.

Wystarczy tylko zobaczyć ile takich opowieści pojawiło się w internecie. Czy chociażby dzisiaj na Polygamii.

Gdy twórcy kłamią

Jest duża różnica pomiędzy powstrzymaniem się z podaniem informacji, a kłamaniemnapisał na swoim blogu Matt Leone z 1UP. I nie sposób się z nim nie zgodzić.

David Jaffe próbował. I mu nie wyszło.

Każda branża rozrywkowa, a pewnie można by to i rozszerzyć dalej to gra. Dziennikarze próbują się czegoś dowiedzieć jako pierwsi, PR czeka na odpowiedni moment, wybiera partnerów i ma całą strategię dozowania informacji.

Problem w tym, że przy projektach, w które zaangażowane jest po kilkaset osób i kilka firm często trudno utrzymać tajemnicę i jakieś plotki zawsze się pojawiają. Pijany tester w knajpie, koleś na zmywaku sprzątający biura, znajomy znajomego… dróg wydostania się informacji jest wiele.

Pewnie, niektórym się udaje – wystarczy wywołać do tablicy ostatnie przykłady Last of Us i nowej gry Epic, o których w zasadzie dowiedzieliśmy się dopiero na chwilę przed VGA, co odpowiednio budowało hype na to wydarzenie. Ale zwykle jest inaczej.

No i często po prostu dziennikarze (czy też osoby z mediów, jeżeli upierać się, że pisanie o grach dziennikarstwem nie jest) wiedzą, bo przecież rozmawiają z różnymi ludźmi i umieją wysnuć logiczne wnioski z przesłanek. Ogłoszenia o pracę, CV deweloperów, rejestracje znaków towarowych, zakupy technologii…. wszystko to daje podstawy do knucia, co dana firma może teraz kombinować. Czasami się trafia, czasami nie.

Może też się po prostu zdarzyć, że dane medium ma po prostu już podpisane umowy na wyłączność i tylko czekają z wypuszczeniem swoich materiałów. A w ich redakcjach też pracują różne osoby, które mogą coś usłyszeć, zobaczyć. Generalnie plotki są i będą, Należy się z tym pogodzić.

Zresztą działa to dobrze dla obydwu stron, bo media mają swoje kliki, a firmy często mogą zmierzyć popularność, zainteresowanie i opinie o swoim tytule. Taki to już jest świat, i tyle.

Problem pojawia się, gdy w wywiadach czy rozmowach twórca kłamie.

Nie mam problemu z usłyszeniem „no comment”, „za wcześnie by o tym mówić”, „nie komentujemy plotek i spekulacji”. Otwiera to oczywiście pole do spekulacji, ale generalnie obydwie strony są wobec siebie fair. Jest jakaś plotka, rzetelny dziennikarz stara się ją potwierdzić, zostaje z domysłami i wszyscy są w sumie zadowoleni.

Inną sytuacją jest, gdy pojawia się kłamstwo. Bo po pierwsze jest ono szybko weryfikowalne, po drugie niszczy relacje pomiędzy mediami a twórcami.

Wartością dziennikarza jest jego wiarygodność i rzetelność. To jest główny powód dla którego ludzie go czytają. Bo wiedzą, że nie robi ich w konia, że opisuje i tłumaczy to co wie i widzi. Okłamywanie go, to niszczenie jego pozycji. A co więcej podkopywanie innych ludzi z branży, bo facet który wpadnie na minę przestanie ufać generalnie wszystkim. Bo skąd wiadomo, że historia się nie powtórzy?

Jaka na to rada? Znaj swoich dziennikarzy. Część z nich to ludzie warci zaufania, którym można powiedzieć parę rzeczy więcej. Przy wzajemnym zaufaniu ma się pewność, że nie pobiegną i nie napiszą o tym, za to oni będą wdzięczni za dodatkowy insight w branży. Co więcej, w momencie ujawnienia informacji ich materiały będą po prostu lepsze.

A reszta? Zadowoli ich „no comment”. Serio. Będą próbować, niuchać i starać się wydobyć to co chcą usłyszeć, ale przecież większość z nich to młodzi ludzie, którzy nie stanowią większego wyzwania dla doświadczonego PRowca.

Przykład? Jeden z blogów wpadł na rewolucyjny pomysł pytania zamiast „Dlaczego twoja gra jest super/Sprzedaj nam swoją grę” – „Dlaczego twoja gra nie jest do dupy”. Efekt? Idealny dla PRu, bo przecież wystarczy zmienić tylko pierwsze zdanie wypowiedzi: „Moja gra nie ssie bo” i dalej polecieć wyuczonym przez setki powtórzeń strumieniem wymieniającym wszystkie unique selling points itd.

Zresztą rozmawianie i sugerowanie też ma swoje zalety, bo przecież młody bloger od razu poczuje się wyróżniony i dopuszczony do wewnętrznego kręgu wiedzących i zapewne wszystkie puszczone sugestie dzielnie powieli w swoich tekstach. Raz oszukany zawsze już będzie wietrzył podstępne spiski marketingu i hipsteryzował.

I piszę to rozumiejąc obydwie strony. I tę, która żyje ze sprzedania gry, czego częścią jest kampania marketingowa, ujawnianie informacji wybranym mediom i dozowanie napięcia, jak i tej, która żyje z klików, czytelników i reklam. To zamknięty ekosystem, który wzajemnie się na siebie przekłada. Bo w końcu media o grach i tak będą o nich pisać, nawet jak nie dostaną gry czy wyłączności (a przynajmniej powinny, bo są dla czytelników, a nie odwrotnie), a twórcy i tak prędzej czy później u nich się pojawią, bo zwiększają sobie one zasięg właśnie takimi wyciekami. A przez to więcej osób usłyszy o ich produkcie.

Zresztą tak samo bez sensu jest obrażanie się za wyrywanie z kontekstu czy krzykliwe nagłówki. Radą, żeby ich nie było to pilnowanie tego, co się mówi. Nie każdy jest stworzony do przemówień publicznych, nie wszyscy umieją utrzymać swoją rolę i tajemnicę. No i dodatkowo może mieć to swój urok „twórcy mówiącego prosto z mostu”. To jest atrakcyjne, to buduje świadomość nazwiska i reputację. Serio.

Media są, jakie są i inne nie będą. Te komercyjne muszą z czegoś żyć, a to są kliki. Zresztą to przyciąga czytelników – ciekawe historie, a nie nudne informacje prasowe, czy kolejny sztampowy zwiastun gry X. A wydawcy i twórcy ich potrzebują, bo mają one zasięg, znają branżę i wiedzą, co mniej więcej z czego wynika. A przez to są w stanie przekazać swojemu czytelnikowi nieco szerszy obraz i wyjaśnić niektóre działania i fakt, że wydawcy to robią te gry dla pieniędzy.

Należy nauczyć się z nimi po prostu żyć. I nie robić ich w konia, bo jest to chyba najgorsze, co można sobie zafundować.

Growi hipsterzy

Growi hipsterzy są wśród nas. Gry weszły do mainstreamu, a ten – jak powszechnie wiadomo – to źródło wszelkiego zła.

Bo gry przestały już być fajne i modnie jest na nie narzekać. W zasadzie za wszystko. Że wtórne, że głupie, że a trudne, czy też za łatwe, że fabuła nie taka i że na pewno to będzie słabe. A wszędzie macki zła rozsiewa ten cholerny marketing, który rujnuje wszystko. Ekscytować się grami już nie wypada. Trzeba narzekać.

Przykład? Ależ proszę bardzo – sprzed paru chwil.

Mamy grę Last of Us. Robi ją jedno z najlepszych studiów – Naughty Dog. Doświadczeni, z wieloma świetnymi tytułami na swoim koncie. Zwykle dostarczają. Jest się czym cieszyć? Pewnie. Bo gra wygląda przepięknie, jest nowym tytułem, a więc to oryginalny pomysł, a nie kolejna kontynuacja i porusza ciekawe tematy. A przynajmniej je tak zarysowuje. Co więc możemy o niej napisać, żeby trochę pohipsteryzować? Że jesteśmy, a jakże, zawiedzeni.

Nie chcę tu nic rozstrzygać, The Last of Us może być świetną grą, ale póki co jestem zawiedziony, że będzie kolejną produkcją rozgrywającą się już po końcu świata, a nie w jego trakcie.

//dodam tylko, że sam tekst jest bardzo fajny, czepiam się tylko tego jednego zdania//

A to nie wszystko, bo zawodzić nas może, że będą w niej zombie, że nie zobaczymy apokalipsy, że będziemy walczyć, eksplorować i uciekać. I to wszystko przed zobaczeniem tego tytułu. Powodów do narzekania jest wiele.

A wiadomo – osoba narzekająca jest o tyle bardziej cool niż ta, która po prostu poczeka, na to co pokażą twórcy, albo o zgrozo, będzie się z tych nowych produkcji cieszyć.

Dlaczego cool? Bo jest krytyczna, przeszła już wiele i z pozycji mędrca może głosić słowo o upadku i ogólnym syfie popkultury. A wiadomo – negacja jest prostsza niż kreacja. A jeżeli do tego dołożymy fakt, że pomysły są tanie i można rzucać z nimi jak z rękawa dostajemy w zasadzie internetowego supermena bez skazy.

Tu widzi błąd, tam wtórność, tu ponarzeka, ale też i spoko, ma wizje, jak to naprawić. To nic, że nie tworzył gier, że nie implementował swoich pomysłów i sprawdzał, czy to jest grywalne. „Trzeba to było zrobić tak” zawsze działa.

Mainstream jest zły. Duże gry są fatalne. Jedyny ratunek to tytuły niezależne, bo tam jest przecież prawdziwa pasja i innowacja. To nic, że większość z nich nie wygląda i nie nadaje się. Ważne, że mało kto o nich wie i są poza nawiasem. A jak już się spopularyzują, to należy się przenieść gdzie indziej. Bo to się zaraz zepsuje i tak fajnie, jak wtedy gdy grało w to 10 osób już nigdy nie będzie.

I tylko trochę mi smutno, że taki ton zaczyna dominować w mediach. Wśród ludzi, którzy powinni cieszyć się graniem i grami, a nie na siłę pokazywać swoje nimi rozczarowanie. Bo skoro jest tak źle, to może warto zająć się czymś innym? Albo pisać o wspaniałym świecie indie do garstki fanów, nie zajmując się tym znienawidzonym mainstreamem.

Mainstreamem, gdzie mamy przemyślaną konstrukcję, grafikę i wciągającą historię. Mainstreamem, w którym poza mechaniką rozgrywki dochodzą też emocje i żądza przeżywania nie polegająca na mechanicznym masterowaniu kolejnych poziomów i zagadek związanych z budową poziomów, ale na emocjach związanych z przeżywaną przygodą.

Bo to właśnie mój świat – opowieści, przygód i emocji. Świat, którego domeną są dopracowane i ładne produkcje. Świat gier, w które mogę grać sam, a nie umawiać się z innymi i być od nich zależny. Świat kupowania produktu, a nie wiecznie trwającej usługi, gdzie sztab behawiorystów knuje, jak mnie już z niej nie wypuścić.

I pewnie stąd moja niechęć do tego całego hipsteryzowania.

PS I tak, pisałem wcześniej, że chcę pożyczać, nie posiadać i że odchodzimy od produktu do usługi. I dalej to podtrzymuję, pod warunkiem, że pożyczę sobie na 2 dni Batmana, czy MW3, a nie utknę na 5 lat w World of Warcraft czy League of Legends.

Proszę, kliknij mnie

20111206-183528.jpg

Czasy się zmieniły. Kiedyś sami poszukiwaliśmy treści, teraz to content poluje na nas.

Pamiętam dawne lata z 0202122 i szukanie stron o rpgach, muzyce, cthulhu i wampirach. Dziwne domeny, losowe aktualizacje, skomplikowane adresy zapisywane na kartce to był standard.

Problemem było dotarcie do informacji, że już o wychwyceniu nowych rzeczy nie wspomnę. Rozmaite zrzeszenia stron – webringi – miały co prawda ułatwić sprawę, ale tak naprawdę niewiele dawały. Wyszukiwarki też sobie za dobrze me radziły bo o takich rzeczach jak tagi malarzy keywordy mało kto słyszał i stosował. Wielkim stawało się przez aklamacje. Wystarczył artykuł w prasie, czy też polecenie na ircu lub usenecie i bach – było się centrum czegośtam.

I tak to trwało sobie w spokoju, choć były podejmowane próby zmian. Rozmaite automaty starały się sprawdzić czy jest coś nowego, po czym wysyłały maile. Gdzieś po drodze pokawił się też stosowany do tej pory RSS.

Aż internet trafił pod strzechy. A wraz z nim rozmaite facebooki, twittery i takie tam. Nagle czas stał się najważniejszą walutą w rozrywce.

Po raz pierwszy usłyszałem to podczas premiery Xboksa 360. J Allard z Microsoftu stwierdził, ze jego nowa konsola nie konkuruje z Sony, Nintendo czy PC. Ich wrogiem jest wszystko na co ludzie poświęcają wolny czas.

I trudno się z tym nie zgodzić. Dawniej kupijąc pismo x nie czytało się y. Teraz tak już tak nie ma. Za drobną opłatą mamy dostęp do wszystkiego. Liczy się tylko wolny czas i to, na co go poświęcimy.

Nic więc dziwnego, że to content nas szuka, wpycha się na nasze facebookowe ściany, pojawiansię na twitterze, a appki takie jak Zite same domyślają się, co może nam się spodobać. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze ajfonowy push, który natychmiast wyświetli nam na telefonie, co dzieje sie w okolicy. Z poszukiwaczy informacji staliśmy się ich ofiarami.

Proszę kliknij mnie, lajknij post na moim blogasku, opiszę dla ciebie swoje najbardziej wstydliwe tajemnice. Za cenę 10 sekund internetowej sławy prostytuujemy swoje umysły i dusze.

10 sekund, bo mniej więcej tyle poświęcimy uwagi. Porno zmniejszyło ten okres do 3 min, jutub do 5 sekund. Nie jest super wciągające? To spierdalaj, jest jeszcze tyle contentu.

Liczba stron dąży do nieskończoności, tak samo userzy się nie kończą, jedyne ograniczenie to jak na razie czas.

Ciekawe czy kiedyś stanie sie walutą.

(tak, wiem, ze jest taki film nowy)

Zwodnicza moc ankiet

Och te ankiety. Wystarczy, że napisze o nich jedno zagraniczne źródło i nagle stają się prawdą objawioną. Nie jest ważne ile osób wzięło w nich udział, z jakiej próbki, czy miało to w ogóle sens. Ważne, że Zachód o nich napisał. No i potem te polskie blogaski/sajty przepisują i wysnuwają wnioski. A na sam koniec dodają swoje mocne opinie, które grzebią dane produkty lub wskazują na niesamowite korelacje seksu z czymkolwiek (pralki automatyczne, ajfony itd).

Na szczęście lud internetowy głupi nie jest i często komentuje te rewelacje. Przykład wpadł dzisiaj, gdy jeden z autorów w końcu dotarł do tej prawdy.

Uczulony przez Wasze uszczypliwe komentarze podchodzą z większą dozą rezerwy do wszelkich ankiet i badań, ale tym razem mamy coś względnie wiarygodnego.

I dzięki bogu. Bo często i gęsto jesteśmy sami zdolni zrobić dużo lepsze opracowania i badania. Jasne, nie będzie to socjologiczno doskonałe i nie da prawd objawionych, ale na potrzeby danego medium może być dużo bardziej przydatne niż losowa ankieta z japońskiej strony, w której wzięło udział 200 osób.

No i dodam od siebie, że ankiety są fajne i ludzie je lubią. A że trudniej wymyślić swoją i potem ją opracować, to już zupełnie inna sprawa.

No ale tak to jest w tym polskim internecie, że prościej machnąć copypaste niż coś samemu zrobić.

Życie w utworach

Czasami ciężko jest napisać tak po prostu co się dzieje… W każdym razie w 5 urodziny P dostałem od życia prezent w postaci decyzji A. Łatwo się domyślić o co chodzi? Łatwo. No to dalej będzie jeszcze prościej bo utworami.

I tak, też nie lubię jutubowych postów. Ale serio, chyba wprost tego nie chcę pisać, bo i po co. Jak już podejmie się jakaś decyzja, to będzie wiadomo, a ja będę miał taki miły statement, że jest super.

Zagubiony flejm

Przeglądałem pliki do skasowania w dokumentach i znalazłem jakąś odpowiedź na list, która nigdy nie została wysłana. Plik datowany jest na 9 kwietnia 2008, 23:52. Zostawiam jak jest, bez poprawek i redakcji. Minęły 3 lata, a ile się zmieniło..

Od dawna już wiadomo, że rozwój techniki i internetu jest tak szybki, że prawo i inne dziedziny nauki często nie nadążają z ujęciem w definicje i normy, tego co tam się dzieje. Blogi to zjawisko stosunkowo młode, ale jest chyba jednym z najprężniej i najszybciej się rozwijających. Dawno już przestały to być internetowe pamiętniki, gdzie ludzie opisywali to, co im się danego dnia przydarzyło. Od pewnego czasu obserwujemy powstanie blogów tematycznych, czyli skupiających się na jednym, wybranym wycinku rzeczywistości. Tu właśnie moim zdaniem wpisuje się Polygamia. Interesują nas konsole, gry na nie i to, jak wpływają na popkulturę (i vice versa). Prostym erystyką i usenetowym zagraniem byłoby tu poproszenie o definicję od ilu wpisów blog staje się serwisem i zredukowanie wszystkiego w ten sposób do absursu spychając dyskusję na wałkowanie definicji. Spróbuję więc przedstawić swój pogląd na tę sprawę.

Blog to komentarz autora/autorów do wybranego wycika rzeczywistości. W sumie nie tak bardzo różnimy się od nastolatki, która pisze o tym, co dzisiaj zjadła i jakiej wysłuchała piosenki, z tymże u nas są to wskazania na teksty, jakie nas zainteresowały, gry czy trailery. Możesz więc potraktować Polygamię jako przegląd czytnika RSS i skrzynki emailowej blogerów zrzeszonych w tym projekcie. Bo w sumie tak właśnie traktuję współczsne blogi. Są to drogowskazy, które mówią, gdzie warto zajrzeć i co zobaczyć. Z kolei serwis musi dla mnie mieć dużo autorskich treści, wnikliwą analizę tematu i formułę tekstu będącą czymś więcej niż komentarz do znalezionej informacji.

Patrząc więc z tej strony Polygamia byłaby bardzo słabym serwisem. Nie mamy na mówiąc szczerze sił. Uważny czytelnik zauważy, że lwią część tworzy parę osób, którym zajmuje to naprawdę dużo czasu. Jasne, chcielibyśmy robić dużo więcej, ale jak na razie nie mamy takich zasobów, które by na to pozwoliły. Chcę tu też przypomnieć, że blog ten jest nadal amatorski, nikt z nas nie uważa się za „dziennikarzy growych“. Piszemy o tym, co zwróciło naszą uwagę, co naszym zdaniem warto omówić i komentujemy aktualne wydarzenia. Czasami lepiej, czasami gorzej – to jasne. Wydaje mi się, że właśnie datego czyta nas te parę tysięcy osób, bo w końcu te same informacje pojawiają się w wielu innych miejscach.

Tu od razu napiszę o jeszcze jednej rzeczy, chociaż ty o niej nie wspomniałeś, jednak warto na nią zwrócić uwagę. Jest to zarzut o kopiowaniu treści. Przy skończonym źródle informacji i nieskończonej ilości blogów, serwisów itd ciężko być tym jedynym. Równeż bardzo ciężko wskazać faktyczne źródło, przez które dotarliśmy do danej informacji. Bo jeżeli na raz dostajemy wskazanie od 6 stron , które śledzimy, to w zasadzie, którą powinniśmy wskazać jako pierwszą? A jeżeli sami zaczęliśmy pisać dużo wcześniej, ale publikacja wydarzyła się później? Zwykle staramy się podawać źródło informacji, o ile jest to możliwe.

Czas też odnieść się do zarzutu, że nie piszemy o naszej rodzimej blogosferze. Mam nieco odmienne wrażenie. Nie chcę tu przytaczać przykładów, ale wskazujemy ciekawe teksty, jakie znajdziemy. Jasne, zapewne jest ich dużo więcej, ale polegamy na naszych źródłach rss, jak również na mailach od czytelników. Co więcej, nawiązujemy polemikę, staramy się przedstawić swój punkt widzenia na dany temat i odpowiednio go skomentować. Problem w tym, że przeglądamy naprawdę dużo stron i bieżące informacje zwykle zgarniamy szybciej z zagrancznych źródeł, więc ciężko po fakcie dopisywać, że u kogoś też to się pojawiło, no chyba, że pojawi się nieco odienny od naszego komentarz, na który chcemy odpowiedzieć.

Odnoszę również wrażene, być może mylne, że niewiele innych blogów poza nami to robi. Tu pada temat Fantasmagieri i Twojej informacji. Powiem szczerze, że jeszcze nie słuchałem tego podcastu z bardzo prostego powodu – braku czasu. Generalnie pisanie na Polygamię i robienie polygadki zajmuje mi większość wolnego czasu, również tego na słuchanie innych podcastów. W zasadzie starcza mi czasu na dwa – 1up Yours i HotSpot. Uważam, że umieszczanie informacji o tym, że pojawił się kolejny odcinek cyklicznej audycji jest nieco bez sensu. Tak jak nikt nie pisze, że jest kolejna polygadka, bo wiadomo, że się pojawi. Oczywiście, jeżeli któryś z moich autorów znalazłby coś w Twoim podcaście, co jego zdaniem wymagałoby komentarza, rozszerzenia lub polemiki to idę o zakład, że pojawiłby się u nas odpowiedni wpis.

Na sam koniec Blogfrog. W swoim założeniu to platforma skupiająca wszystkie blogi, oceniająca je i promująca najciekawsze treści. Ponieważ Polygamia została tam dopisana, założyliśmy, zakładaliśmy, że będziemy podlegać tym samym regułom co wszyscy. Tam czasem, bez wyraźnych zmian w regulaminie i bez wcześniejszego poinformowania nas o tym, zostaliśmy potraktowani gorzej niż inni. Nie miałbym żalu, gdybyśmy przestali spełaniać jakieś warunki formalne i w związku z tym zostali usunięci z tego agregatu. Tymczasem jednak mamy sytuację przedziwną. Polygamia nadaje się by być, ale jest traktowana gorzej. Wskazuje to na nieoskonałość tego seriwsu i jego nieprzygotowanie, bo przecież podobne blogi tematyczne istnieją w internecie i można było założyć, że kiedyś pojawią się i w Polsce. Co więcej, wydaje mi się nawet, że jest prosty sposób na rozwiązanie tej sytuacji, no ale skoro Agora wybrała metody partyzanckie, to trudno. Jeden telefon, czy mail by wystaczył.

Nigdy nie poszło. W sumie to ciekawi mnie na co wtedy odpowiadałem. Pogooglam, bo to był jeden z tych pierwszych flejmów z innymi małymi sajtami.

Parodysta vs twórca. Oczywiście, że wierzymy temu pierwszemu

20111127-233735.jpg

Polygamia napisała tekst o Molydeux, czyli twitterowym fejkowym koncie nabijającym się z Molyneuxa. Konto zablokowali, jest dramat.

I to chyba za duży. We wnioskach czytam

Sprawa Molydeux stawia kilka pytań: czy z podsuwanych przez niego pomysłów nie dawałoby się robić ciekawszych gier niż kolejne strzelanki o żołnierzach? Czy to, że autor tych żartów uznaje takie pomysł za naprawdę głupie świadczy o branży źle czy dobrze? Czy udawanie w internecie innej, znanej osoby jest w porządku? Kim trzeba być, aby dać się na to nabrać?

I w sumie sam nie wiem skąd to się mogło wziąć. Bo jedną rzeczą jest posiadać pomysł, a drugą go zrealizować. Pomysły są tanie. Można mieć ich milion na godzinę. Nie oznacza to jednak, że da się z nich zrobić grę. Natomiast na pewno da się nimi zalewać twittera, fejsa i milion innych serwisów lansując się na boga współczesnego designu. Zrobienie działającej i fajnej gry to niestety zupełnie inna para kaloszy.

Jasne – z cytowanych pomysłów kilka zostało użytych, pojawiły się też niezależne produkcje podobne do przedstawionych idei. I chwała ich twórcom za to. A pomysłodawca? Zasługuje na creditsa i tyle. Niewiele więcej. Bo to ktoś inny przemielił to wszystko do kupy i złożył z tego sensowny produkt. Jak już napisałem wcześniej – 140 znaków pomysłu to jeszcze nie jest gra, niezależnie od tego, jak super się to czyta na Twitterze.

I jeszcze raz się powtórzę – pomysły są tanie, zrobienie gry nie. Zwłaszcza, że dodatkowo przywoływane są do tablicy duże firmy, które muszą zarabiać. Strzelanki o żołnierzach może i nie są zwykle przełamującymi standardy grami o wielkim znaczeniu. Są po prostu fajne, ale też i nie wymagajmy od każdej gry czy film bycia arcydziełem. Strasznie nudne i ciężkie stałoby się nasze życie, gdyby nagle każdy jego element musiał mieć wielkie znaczenie.

Zresztą nie wiem skąd się bierze to janosikowanie mediów growych i stawanie zawsze po stronie mniejszych. Ja rozumiem, że mają bronić klienta, mają opisywać rzeczywistość i ją tłumaczyć, ale też nie mogą po prostu nawalać wydawców i twórców, za to, że chcą zarabiać.

Przecież to nie jest tak, że ktoś nas zmusza do kupowania tych przywołanych strzelanek o żołnierzach i nakazuje gardzić tymi o 256 graczach kontrolujących kości. Ludzie chcą czasami prostej rozrywki i potępianie ich za to jest po prostu hipsteryzowaniem. Niczym więcej.

Branża ma się dobrze. Rozwój technologii i cyfrowych platform dystrybucji pozwala powstawać zarówno Call of Duty, jak i Flowerowi, Echochrome czy The Path. Każda z tych produkcji ma swoje miejsca, każda ma swoich klientów i odbiorców.

Pozwólmy im decydować w co i jak chcą się bawić. To, że ktoś gra w WoWa i lubi FIFE nie czyni z niego gorszego człowieka. Wystarczy tylko napisać mu, jaki ma wybór. I w danej kategorii polecić najlepsze produkcje.

Słowem – nie hipsteryzujmy. Wysokobudżetowe produkcje też są fajne i warto się w nie bawić. Bo wbrew pozorom jest w nich masę fajnych patentów.

PS A Molyneux udowodnił już, że gry robić umie. Nawet jeżeli te ostatnie do najlepszych nie należały. Czy jego prześmiewca może pochwalić się swoimi dokonaniami? Bo to, że jacyś dziennikarze rozmawiali i wiedzą, to trochę mało. A zresztą świetnie podsumował to Błażej.

Zrzut ekranu 2011-11-27 o 16.28.50.jpg