Niech oni biegną, jak Polska do zwycięstwa

Na fejsie wszyscy dzisiaj zachwycają się tym oto wspaniałym dziełem promującym Warszawę. Zapewne już widzieliście, a jeżeli nie, to zapraszam, bo to niezły w ogóle kawał jest.

Pomijając już ogólną badziewność i śmieszność tego filmu fascynuje mnie wizja spotkania kreatywnych, które musiało mieć miejsce przed nim. Jakie hasła padały gdy planowali swój epokowy materiał? „Niech oni biegną, jak Polska do zwycięstwa”? „Niech erekcja tego kolesia dodaje dziewczynie dodatkowej motywacji, zupełnie jak Pałac Kultury Warszawiakom?” Oj wesoło tam musiało być. Zwłaszcza jeżeli dołożymy do tego wizję gwałciciela goniącego ofiarę.

Ale tak naprawdę najlepiej przywalił aszdziennik, pisząc, że film jest plagiatem z pornola, że wpłynęła skarga, zaś film  „obejrzał już wiceprezydent stolicy Michał Olszew” i „rzeczywiście widzi elementy podobne”. I aż szkoda, że nie jest to prawda, bo wtedy byłoby już zupełnie pythonowsko.

Oczywiście z tą reklamówką zupełnie nie ma co porównywać. Bo to przecież dwa różne materiały.

No i chyba nie ma Sprawy

EFB52ECE-0A58-47F2-9779-2A301F6C1CF9.jpg

Sprawa. Spektakl podobno polityczny. Niestety nie zrozumiałem.

Teatr Narodowy to jeden z najlepszych teatrów jakie znam. Przede wszystkim to tam zobaczyłem po raz pierwszy Merlina – jedną z najlepszych sztuk, które było mi dane widzieć przez 30 lat mojego życia (może kiedyś zbiorę się, przypomnę sobie ten spektakl i napiszę coś więcej. Teraz gra go Laboratorium Dramatu, jakby ktoś szukał). To również tam zakochałem się w Snie Nocy Letniej i starałem się objąć umysłem czystego Lyncha w teatrze, czyli Fedrę. Dostałem dawką patosu w którymś Henryku Szekspira i odpływałem przy słuchaniu soundtracku puszczonego w Ślubach Panieńskich (dlaczego edytor wordpressa nie wpuszcza mi dużego ś?).

Nie to, żeby obyło się bez wpadek. Rzeźna numer 5 skończyła się ciężkim alkoholowym zjazdem, bo mój wewnętrzny plebejusz nie wytrzymał napięcia i karmienia go sacrum i niezrozumiałością mroczka. Zwłaszcza, że przede mną siedziała jakaś para typu – starszy mentor i młody padawan, który przyjmował przez całą sztukę dużo mądrości o życiu, sztuce i teatrze z nieśmiertelnym ęmplłą co drugie słowo, co było niesamowicie frustrujące. Podobnie było na Miłości na Krymie, która była też mocno rozczarowująca i Świętoszku, którego nie czytając w liceum głośno skomentowałem „no bez jaj, to już koniec? Skończyła się dotacja z Unii” w trakcie trwania spektaklu, co ściągnęło na mnie gromiące spojrzenia współoglądaczy.

Ale generalnie zwykle jest to teatr pierwszego wyboru, jeżeli szukam sztuki dla siebie. No i w tym roku wpadły mi w oko dwie. Nosferatu – bo wiadomo. Wampiry, Dracula.. niestety nie udało mi się jeszcze zobaczyć. Najpierw była choroba autora, potem chyba nie grali, albo ja nie znalazłem. A w grudniu spektakli już nie ma.

No więc została Sprawa. Dotarłem do niej w dziwny sposób bo z promocji na fejsie. Że dzisiaj konkurs, taniej i w ogóle. Na początku nic mi to nie mówiło, ale szybki googiel przyniósł taki oto opis:

Inspirowany genezyjską filozofią i autentycznymi wydarzeniami z historii Polski, Słowacki napisał najbardziej intrygujący dramat z tzw. okresu mistycznego. Jego główny bohater, Lucyfer, walczy o – jak napisał niedawno Jerzy Axer – miejsce na krzyżu obok, a może nawet zamiast, Chrystusa.

To nie jest dokładnie ten fragment, ale tamtego najzwyczajniej w świecie nie mogę znaleźć. A było w nim jeszcze o Szatanie, sądzie z głową w ręku itd.

No i do tego wszystkiego doszła polityka. Bo jak twierdzi Uważam Rze:

Po mieście krąży plotka: Jerzy Jarocki zrobił PiS-owski spektakl. Tak ponoć po premierze powiedziała wielkiemu reżyserowi sama Maja Komorowska. I nie jest w tej opinii odosobniona. Oburzeni i zniesmaczeni są też inni

Po takich tekstach nie mogłem nie pójść. I poszedłem. I niestety nie zrozumiałem prawie nic. A w zasadzie niewiele. Ale jestem usprawiedliwiony, bo później na RP znalazłem taki oto fragment recenzji:

„Sprawy” nie da się zrozumieć bez lektury „Samuela Zborowskiego” Jarosława Marka Rymkiewicza.

A książki oczywiście nie czytałem.

W każdym razie – wracając do sztuki. Podzielona jest na trzy części, odpowiednio coraz mniej zrozumiałe.

Pierwsza – najbardziej zrozumiała to wizje Słowackiego w malignie. Enigmatyczne, ale też i osadzone w historycznym settingu z Lucyferem, mnichami i dziwnymi rozmowami. Mocno enigmatyczne, ale też i oniryczne i dla mnie jak najbardziej do przyjęcia. Ładnie zagrane i zrobione – aż do przerwy byłem naprawdę zajarany tym, co zobaczyłem.

Część druga to już dziwny początek z baletem przy muzyce Behemota. To już dialog szatana z duchami, gdzie wyjawia swoje plany. Fajne, ale już schodzące bardziej w rozważania historyczno-polityczne, które mnie jakby mniej.

I część trzecia, od której się zaczęło moje rozczarowanie. Na wideościanach puszczony film z pogrzebu Piłsudzkiego, czy też innego Wielkiego Polaka, rozmowa i komentarz aktora, który siedzi w środku. Nie dało się tego nie odnieść do współczesności, Smoleńska i innego pogrzebu. Przetrwałem, ale to nie moja bajka.

Zaś na samym końcu sąd. No i niestety – dużo o historii, dużo mało dla mnie znaczących monologów, mało ważnej treści. Tak akurat na podsypianie.

Jednym słowem, z fajnego gnostyczno-mistycznego konceptu pojawiła się sztuka wymagająca ode mnie wcześniejszego przygotowania, o którym wcześniej nie wiedziałem. I nie podoba mi się to o tyle, że skoro potrzebny jest klucz do jej właściwego zrozumienia, to twórcy powinni mi go wcześniej przekazać.

No chyba, że to miał być test oddzielający plewy od ziarna, na którym odpadłem. Pytanie brzmi tylko wówczas – czy nie dało się tego zrobić inaczej, tak by sztuka była zrozumiała na wielu poziomach, nawet dla osób nie znających aż tak dobrze akurat tego dzieła Słowackego, książki Rymkiewicza i polskiej historii.

Bo po spektaklu połaziłem po wiki. Poczytałem o Samuelu Zborowskim, ale niestety niewiele mi to dało. I chyba w tym tkwi mój problem ze Sprawą. Nie jest to sztuka uniwersalna, przemawiająca na wielu poziomach.

Bo i żadnej PiSowości w niej nie wychwyciłem, ani innych rzeczy, o których pisali recenzenci. Jasne, były odniesienia do współczesnej Polski, ale pozbawione własnej interpretacji, a jedynie stawiające pytania i pokazujące podobieństwa. Oczywiście – fanatycy obydwu stron zaraz sobie dopiszą swoje projekcje na ten temat, ale nie należy się nimi przejmować.

No i tak, jestem rozczarowany, bo spodziewałem się czegoś innego, niż dostałem.

Mam nadzieję, że Nosferatu (jak w końcu uda mi się go zobaczyć) będzie lepszy.

This is waiting

20111204-194522.jpg

Współczesne konsole, a zwłaszcza PS3 robią jedną rzecz źle. Zamiast od razu wrzucać gracza w rozgrywkę każą mu czekać w nieskończoność.

I dzieje się to w zasadzie na każdej platformie, ale to PlayStation 3 opanowało wkurwianie ludzi do perfekcji.

Im jesteśmy starsi tym mamy mniej czasu na granie, ale i też więcej pieniędzy i chęci na kupowanie oprogramowania. No i teraz wyobraźnię sobie następującą sytuację – ma. Na granie 2 godziny czasu. Mam PS3 z wykupionym PSN+ i łącze 10mbit. Wkładam płytkę do konsoli i dostanę w twarz do pobrania łatkę, co będzie trwać „jedyne” 20min.

20 min z dwóch godzin tl dużo, zwłaszcza, że po pobraniu aktualizację trzeba zainstalować, po czym sama gra konfiguruje się i ustawia na naszej konsoli. Łączny czas oczekiwania na możliwość zagrania – ok 40 min. Dramat.

Ja rozumiem, że multiplayer, że cheatowanie, że ulepszenia, ale czy naprawdę nie można graczowi przy pierwszym uruchomieniu odpalić tego pieprzonego singla i zassać wszystko w tle? Bo jak na razie na PS3 wygląda to nieco absurdalnie.

Chciałbym żeby w przyszłej generacji konsol (podobno next year) takie rzeczy się już nie zdarzały. Żeby po wsadzieniu płytki z grą/ściągnięciu jej z internetu zacząć natychmiast grać.

Takie rzeczy jak PSN+ czy WiiConnect24 to powinien być standard , a nie bonusowa płatna usługa.

Bo gracz marnujący czas na na patrzenie się w ekran z paskiem postępu w końcu pójdzie po rozum do głowy i albo kupi konsolę konkurencji, albo zajmie się czymś innym.

Porno z San Fernando Valley

20111204-032835.jpg

Carson City było przedstawieniem, które zrobiło na mnie ogromne wrażenie. San Fernando Valley to niestety odcinanie kuponów.

Obydwa przedstawienian widziałem jakiś czas temu, ale są warte opisania, bo to rzeczy warte zobaczenia. O pierwszym z nich pisałem już na Polygamii, tutaj skupię się na drugim z nich. Tym nieco słabszym.

Ale do rzeczy. Carson City to niesamowicie przedstawiona opowieść o zazębiających sie historiach ludzi w mieście gdzie zainstalowano komorę gazową. Ich losy są ze sobą połączone, opowieść jest spójna, a wątki są połączone i zmierzają do mocnego finału.

Aktorzy w swoje role wczuwają się świetnie (z jednym małym wyjątkiem) a ich alegoryczne przedstawienia niektórych sytuacji (seks, tortury, czy wizje niektórych bohaterów) to mistrzostwo świata. A do tego idzie za tym większy przekaz. Gracze dodatkowo zwrócą uwagę na postać mario i gamifikację jednego z niepełnosprytnych pielęgniarzy. Carson City to jedno z tych przedstawień, które należy zobaczyć.

Po mojej recenzji udało mi się spotakać z twórcami i posłuchać o ich nowym projekcie – San Fernando Valley. Założenia boskie – gry na Atari 2600 i kino porno lat 70. Niestety realizacja aż tak dobrze nie wypadła.

Co bowiem dostajemy? Grę aktorską na podobnym, lub nawet lepszym poziomie i ciekawe, ale niepowiązane ze sobą sceny,

Po Carson City większość zastosowanych tricków jest nam już znana. Zarówno alegoryszne przedstawienia niektórych wydarzeń (nadal boskie), jak i płynne przejścia pomiędzy kolejnymi sekwencjami. Zabrakło jednak spoiwa. Nie nadążalem za historią całości, o ile taka w ogóle była. Poszczególne epizody były super, ale ńie budowały napięcia, jak to miało miejsce w poprzednim spektaklu. Ot kalejdoskop scen związanych z produkcją i życiem branży porno. Fajne, ale spodziewałem się czegoś więcej. Chyba, że bardzo ukrytym założeniem twórców było stworzenie czegoś przypominającego scenariusz porno, gdzie tak naprawdę liczą się tylko kolejne sceny z pieprzeniem i nikogo sens całości nie interesuje. No ale to takie przemyślenie na 3:30 w nocy.

Ach – wątek gier też gdzieś zupełnie wyparował. Nie to, żeby mi ich jakoś strasznie brakowało, ale skłamałbym mówiąc, że na niego nie czekałem.

Ciekawe jest też, że w San Fernando Valley widzimy jeszcze wicęcej wykorzystania multimediów w teatrze. Niektóre sceny są na żywo filmowane kamerą i to jej obraz widzi publiczność, zdarzają się tez dialogi z postaciami na ekranie, czy wizualizacje czytanych listów i wspomnień postaci. I to jest super.

Dobrze tez, że aktorzy zrezygnowali z prób interakcji z publicznością, bo o ile mie jest to wyraźńie zaznaczone w trakcie trwania sztuki, to zwykle się to mie udaje i wychodzi sztucznie. Tutaj mamy dużo lepiej rozegraną scenę z postapokaliptycznym prestidigatorem, który symuluje dialog z widzanimi i nie zmusza ich do niego,

Jednym słowem? Warto, ale osoby, które widziały Carson City mogą być troszeczkę rozczarowane scenariuszem, bo reszta jest świetna. A jeżeli to pierwsza bedzie to pierszwe przedstawienie tego typu to pzostaje tylko serdecznie polecić.

Ja z niecierpliwością wyczekuję kolejnego projektu tej grupy. Bo i zapewne jest na co czekać.

Infotortura

20111203-160904.jpgUzależnienie od informacji i przeładowanie danymi to teoretycznie choroba współczesna. Ha! Wcale nie. Z jednej z wymiany maili (tak, ostatnio piszę oldskulowe maile z treścią i cytowaniem i odpowiadanien pod odpowiednimi fragmentami. Sooo 90’s, czasami aż chcę pry tym słuchać muzyki z walkmana) wpadł mi taki cytat:

Chińska torura sprzed kilku tysiecy lat – odcięcie powiek, nie możesz
spac, nie możesz choc na chwile zamknąc oczu, brak możliwości resetu
zuepłny, ponoc ofiary umierały po 3 tygodniach – te najsilniejsze..

Czad. Uzależnienie od informacji, niemożności wypoczęcia i wyciszenia się – teraz robimy to sobie sami. Stajemy się zarówno infokatem, jak i ofiarą.

No i chyba powoli uczymy się spać bez wirtualnych powiek. A może tak nam się tylko wydaje?

Słowo i Odrodzenie – scenariusze z dawnych lat

Nie wiem, jak wordpress sobie radzi z dodawaniem PDF. Ale kiedyś wziąłem i zeskanowałem swoje dwa stare wydrukowane w MiM scenariusze.

To się podzielę, co mi tam.

Słowo

Odrodzenie

Oczywiście jest tego więcej, ale nigdy nie miałem czasu żeby znaleźć i poskanować. Muszę też sobie przypomnieć ile lat temu to napisałem. Ale „parę” to na pewno. Słowo to w ogóle chyba moja pierwsza wydrukowana przez MiM przygoda. I faaajnie się ją prowadziło. Teraz zapewne napisałbym ją zupełnie inaczej.

Enjoy.

Nowe The Thing nie działa

Obejrzałem prequel do The Thing. Jak ktoś nie wie, że tam jest kosmita, to niech dalej nie czyta, bo i spoilerów trochę zapewne będzie.

Anyways, obejrzałem i tak mnie tknęło, że cała koncepcja nie ma sensu. Pierwszą część widziałem dawno temu i zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Niepewność, izolacja, zaszczucie i idealnie maskujący się skurwysyn z kosmosu dawało sporo emocji. No i te testowanie kto jest kim. Nawet tekst na tę okoliczność zamówiłem, który odnosił się do tej sytuacji. O tu jest (i w ogóle fajny, polecam, tartq dostarsza).

A tam przykład z The Thing:

W tej scenie zarówno widzowie, jak i postacie wiedzą już, że któryś z bohaterów jest obcym. MacReady przeprowadza test, który ma na celu odkrycie tożsamości obcego. Dotykając próbek krwi rozgrzaną igłą, obserwuje reakcję, mającą ujawnić, kto z nich jest obcym. Mamy więc pierwszy etap, czyli suspens. MacReady musi dokonać jakiejś czynności (test krwi) pod presją, nie zdając sobie sprawy z rezultatów […] Nagle krew wyskakuje z pojemnika – zaskoczenie. Trwa to zaledwie ułamek sekundy i sytuacja szybko staje się napięta. Zagrożenie jest już jawne i należy przejść do działania. Zwróćcie uwagę na to, że MacReady nie może uruchomić miotacza, więc napięcie rośnie w miarę postępu sceny. Gdyby zwyczajnie wycelował miotacz i wypalił, scena miałaby fatalny finał po tak genialnym wstępie.

No i to wszystko jest super fajne, zwłaszcza, że w pierwszej części ten kosmita z tego co pamiętam, to był dopiero pod koniec.

A w nowej wersji? Już na starcie widzimy gigantyczny statek kosmiczny i coś, co jest zakute w lodzie. Ale ja nie o tym, bo to w sumie prequel i każdy wie, na co idzie do kina.

Ja o czymś innym, O samym bad guyu, czyli dużym wirusie z kosmosu. Bo jest w filmie taka scena, kiedy on czyha na naszą bohaterkę w swoim statku uruchamia go i w ogóle. I moje pytanie brzmi – jak. Skoro przez cały film pokazywana nam jest istota, która z inteligencją ma mało wspólnego i generalnie chce wszystkich zeżreć, to w jaki sposób operuje ona tym pojazdem? Jakoś przez całość trwania filmu nie wykazała się żadnymi zdolnościami technicznymi wykraczającymi poza nasze ludzkie możliwości. A tu nagle pod koniec – ho ho – polecimy sobie w kosmos.

Zresztą już samo gananie się z laską po statku i ropirzanie wszystkiego po drodze jakoś kłóci mi się z ideą gwiezdnego podróżnika, który chce sobei gdzieś polecieć. Bo latając po korytarzy i rozbijając głową ściany istnieje spora szansa na zniszczenie jakiegoś ważnego kabelka.

Wolałbym inny scenariusz. Innego zarażonego obcego, który rozbija się na ziemi w oddaleniu od wszystkich i wrzuca się głęboko pod lód, żeby nikt się już nie zaraził, żeby raz na zawsze to cholerstwo zniszczyć zanim go pochłonie. Jakoś ten scenariusz mi się bardziej podoba i chyba był on zastosowany nawet w Aliensach. Albo w drugim filmie, albo w książkach po.

Nie miałoby to więcej sensu? Choć pewnie zaraz się w jakiejś fanowskiej wiki okaże, że jest na to jakieś sensowne wyjaśnienie, tylko przegapiłem 16 klatkę w 3 minucie, gdzie było widć coś, co tłumaczyło wszystko, albo też brakuje mi wiedzy z jakiegoś fanfika.

Pffff.

A może trzeba po prostu coś robić drogi fandomie?

O tych złych młodych, co to nie chcą czytam od dawna. Ba, często i gęsto byłem jednym z nich. W końcu załapałem się na clash kulturowy pomiędzy graczami RPG a czytaczami starej dobrej SF.

Jedni nas nie chcieli, myśmy trochę mieli ich gdzieś, poza paroma walczącymi jednostkami. Wesoło było.

Ale i też cała ta przepychanka sprawiała, że trzeba było poznać i dowiedzieć się o czym Oni w zasadzie mówią, żeby nie dostać w pysk za mocno podczas flejmu na usenecie i nie dać się zepchnąć do narożnika.

Więc się czytało. A teraz podobno już nie. Sedeńko na swoim blogasku polemizuje z jeszcze jednym autorem. No i tam taki fragment.

Młodzi czytają dzisiaj innych autorów, ze swego pokolenia i oni są dla nich guru. Ci nowi piszą to, co już w fantastyce było, ale że ta generacja nie zna klasyki, więc tego nie widzi. To trzeba im pokazać. Więc dobrze, że Fabryka robi te antologie, bo jak się komuś spodoba Ellison, czy Cadigan, to zacznie szperać i sięgnie po moje książki.

No więc ja od razu powiem, że po tę antologię bym nie sięgnął, gdyby ktoś mi jej nie polecił. Czas na rozrywkę skrócił się ludziom drastycznie i bez dobrych rekomendacji nie wiem, czy znalazłbym czas na kupowanie i czytanie książek w ciemno, jak kiedyś mi się to zdarzało. Mam swoich autorów, którym ufam, mam ludzi, których rekomendacji słucham. Jak wszyscy zresztą.

Nikt nie wiem, że „Ci nowi piszą to, co już w fantastyce było” – może więc należałoby im to pokazać? Fabryka Słów ma swoją stronę? Zapewne ma. Może to na niej powinny pojawiać się fajne opracowania mówiące dlaczego daną antologię warto poczytać i że tam dowiem się, jak wtórne są aktualne pomysły? Parę przykładów na zanęcenie i wio. Mnie by zaciekawiło. Zwłaszcza gdyby taki tekst znalazł się też w tej antologii (być może jest, nie wiem).

Jakbym ja miał taki problem, to takie coś bym właśnie zamówił. Albo poprosił zaprzyjaźnione redakcje o napisanie tego w ramach świadczeń czy też wsparcia redakcyjnego.

Brakuje tu roli edukacyjnej, forum do wymiany poglądów, jaką pełniła kiedyś „Fantastyka”. Dzięki niej wszyscy znali wypowiedzi, eseje, publicystyką Jęczmyka, Oramusa i innych. Potem zostali tego pozbawieni (może i dlatego, że redakcja pozbyła się tak znakomitych publicystów, straciła zaufanie czytelników?). To są, Krzysztofie, nazwiska nieznane młodemu pokoleniu.  Na wspomnianym Falkonie spotkanie z Peterem Wattsem zgromadziło ledwie kilkunastu czytelników, tymczasem prelekcja na temat seksu w średniowieczy wypełniła salę po brzegi, a prelegent był w wieku słuchaczy.

Well, coż można rzecz – dobry tytuł i temat zawsze przyciągnął większą publikę i nie ma na co tu narzekać. Zresztą na poziom i jakoś konwentowych prelekcji narzekałem już dawno. Dużo tu winy zarówno organizatorów, jak i samych prelegentów.

W każdym razie – zmierzam do tego, że jak wydawcy brakuje takich rzeczy, to w ramach swojego PR powinien o nie zadbać. Nie jest to jakoś strasznie trudne i kosztowne do wykonania, a na pewno przyniosłoby pożytek wszystkim.

PS A tak btw. – Drogi Polterze, ja nie mówię, że macie na serwisie tworzyć jakieś wiekopomne dzieła, ale jak na razie wasza redakcja jest słabsza od połączonego feedu twitterowego z linkami. Może czas na ludzi, którzy mają jakąś opinię, a nie umieją jedynie zalinkować niusa?

Bujanie w chmurach

20111201-190627.jpg

Chciałbym już żyć w chmurze. Nie chce przejmować się backupami, synchronizacją, przenoszeniem danych i resztą tych cudowności.

Tyczy się to zarówno komputerów, jak i konsol. Długo dziwiłem się, że ani MS czy Valve nie zaoferowali odpowiednich rozwiązań. O Sony i Nintendo nic nie mówię, bo tym pierwszym na początku zwykle nie wychodzi, a ci drudzy żyją tak z dekadę do tyłu.

A przecież problem istnieje i każdy kto przyjdzie kiedyś grać do kolegi zauważa subtelną różnicę pomiędzy posiadaniem danego trofeum, a konfiguracji i save’a do gry. Są niby pierwsze jaskółki – ale oczywiście mój wykupiony PSN+ już nie daje sobie rady z trzymaniem sejwów do tych 8 gier, które na niego wgrałem, bo jest za mało. No ale wiadomo – Sony. This is living. Przynajmniej samo ściąga łatki i aktualizacje, co jest miłe.

To wszystko też bierze się stąd, że przestałem być mentalnie adminem i mogę już z czystym sumieniem płacić komuś, by wykonywał prace, które co prawda mógłbym sam zrobić, ale mi się nie chce.

Po części też stąd wziął się umnie wybór Apple jako głównego dostawcy rozwiązań. I mimo, że Mac OS X żre dysk na swap jak głupie, że zdarza się mu działać koszmarnie wolno przy operacja u dyskowych, a czasami nawet ordynarnie zwiesić, to nie zamierzam się przesiadać. Wygoda przenoszenia danych pomiędzy nowymi makami plus Time calsule robi swoje. No a do tego wspólne zasoby z ajfonem i ajpadem. To po prostu działa i wiem, bo używam (mimo, że szczerzę muszę dodać, że nie rozumiem, dlaczego iPad i iPhone nie dzielą ustawień aplikacji i sejwów gier. Mam TĘ SAMA aplikację na dwóch sprzętach synchronizujących się z JEDNYM kompem i nie, nie mogą sobie przenieść wszystkich danych… to jest chore)

Nie interesują mnie flejmy o to gdzie jest lepiej. Od dawna nie widziałem i nie pracowałem na windowsie (na desktopie), android za bardzo kojarzy mi sie z linuksem i w zasadzie jedyna opcja na zmianę byłoby dostanie telefonu z Windows Phone 7. Pomijając już fakt o koszcie przeniesienia tam odpowiednich aplikacji z iOS i ile to by kosztowało, co jest tematem na osobną notkę.

Do szczęścia brakuje mi dobrej chmury. Owszem, mam i używam dropboksa, staram sie synchronizować z iCloud. Problemem jest jak zawsze miejsce i funkcjonalność.

Co musiałaby robić moja wymarzona usługa? Po pierwsze backupowac moje backupy (z pewnych rzeczy nigdy sie nie wyrasta, jak raz zostanie sie adminem), Londynie backupować moje sprzęty, ale w sposób inteligentny.

Bo skoro mój telefon i tablet lwią część rzeczy ma tożsamych z komputerem, to dwa razy wygrywać ich nie potrzeba. Wystarczy sprytne linkowanie i sprawdzanie sum kontrolnych, czy mówimy o tym samym pliku.

Po trzecie też chciałbym priorytezować w prosty sposób synchronizację. Dokumenty nad ltórymi pracuję z innymi powinny zmieniać się w czasie rzeczywistym, kolekcje mp3 niekoniecznie.

No i oczywiście dostęp ze wszystkiego co ma ekran i jakąś formę klawiatury. W końcu po to nam to bujanie w obłokach, żeby wgrany na kompa film obejrzeć w autobusie, a przypadkowo skasowany plik odzyskać u kolegi, czy też po prostu odpalić konsolę i kontynuować dalej swoją grę, tam gdzie jest ostatni save.

W zasadzie to dopiero teraz wpadłem na to, że dla większej internetowości trzeba to było zawrzeć w punktach i dać tytuł X rzeczy, których chce od chmury. Well, next time Gadget, next time.

Na koniec jedna ważna rzecz – ja mogę za to rzecz jasna płacić, ale za realnie używane gigabajty. Zresztą nie miałbym nic przeciwko usuwaniem duplikatów u userów i trzymaniem fizycznie tylko jednej kopii pliku, jak to kiedyś robił dropbox.

A póki co bujam się pomiędzy dropboksem i przepełnionym iCloudem i zastanawiam się skąd Apple wzięło swoje ceny na tę usługę. Bo na pewno musiała za tym stać jakaś sprytna strategia (głupi user i tak kupi), nie?

Kiedyś ktos dostarczy tego, co chcę i świat na powrót stanie się lepszym miejscem. A może już jest takie rozwiązanie, a ja o nim po prostu nie wiem? Ale takie, które po prostu działa i jest user friendly, a nie wymaga ode mnie studiowania manuali do 4 kolejnych programów i pisania skryptów.

I nie, nie boję się, że ktoś zobaczy jakie porno oglądam. I tak już wiedzą. A poza tym to chyba nie jest jakaś szczególnie ciekawa wiedza.

Zagubiony flejm

Przeglądałem pliki do skasowania w dokumentach i znalazłem jakąś odpowiedź na list, która nigdy nie została wysłana. Plik datowany jest na 9 kwietnia 2008, 23:52. Zostawiam jak jest, bez poprawek i redakcji. Minęły 3 lata, a ile się zmieniło..

Od dawna już wiadomo, że rozwój techniki i internetu jest tak szybki, że prawo i inne dziedziny nauki często nie nadążają z ujęciem w definicje i normy, tego co tam się dzieje. Blogi to zjawisko stosunkowo młode, ale jest chyba jednym z najprężniej i najszybciej się rozwijających. Dawno już przestały to być internetowe pamiętniki, gdzie ludzie opisywali to, co im się danego dnia przydarzyło. Od pewnego czasu obserwujemy powstanie blogów tematycznych, czyli skupiających się na jednym, wybranym wycinku rzeczywistości. Tu właśnie moim zdaniem wpisuje się Polygamia. Interesują nas konsole, gry na nie i to, jak wpływają na popkulturę (i vice versa). Prostym erystyką i usenetowym zagraniem byłoby tu poproszenie o definicję od ilu wpisów blog staje się serwisem i zredukowanie wszystkiego w ten sposób do absursu spychając dyskusję na wałkowanie definicji. Spróbuję więc przedstawić swój pogląd na tę sprawę.

Blog to komentarz autora/autorów do wybranego wycika rzeczywistości. W sumie nie tak bardzo różnimy się od nastolatki, która pisze o tym, co dzisiaj zjadła i jakiej wysłuchała piosenki, z tymże u nas są to wskazania na teksty, jakie nas zainteresowały, gry czy trailery. Możesz więc potraktować Polygamię jako przegląd czytnika RSS i skrzynki emailowej blogerów zrzeszonych w tym projekcie. Bo w sumie tak właśnie traktuję współczsne blogi. Są to drogowskazy, które mówią, gdzie warto zajrzeć i co zobaczyć. Z kolei serwis musi dla mnie mieć dużo autorskich treści, wnikliwą analizę tematu i formułę tekstu będącą czymś więcej niż komentarz do znalezionej informacji.

Patrząc więc z tej strony Polygamia byłaby bardzo słabym serwisem. Nie mamy na mówiąc szczerze sił. Uważny czytelnik zauważy, że lwią część tworzy parę osób, którym zajmuje to naprawdę dużo czasu. Jasne, chcielibyśmy robić dużo więcej, ale jak na razie nie mamy takich zasobów, które by na to pozwoliły. Chcę tu też przypomnieć, że blog ten jest nadal amatorski, nikt z nas nie uważa się za „dziennikarzy growych“. Piszemy o tym, co zwróciło naszą uwagę, co naszym zdaniem warto omówić i komentujemy aktualne wydarzenia. Czasami lepiej, czasami gorzej – to jasne. Wydaje mi się, że właśnie datego czyta nas te parę tysięcy osób, bo w końcu te same informacje pojawiają się w wielu innych miejscach.

Tu od razu napiszę o jeszcze jednej rzeczy, chociaż ty o niej nie wspomniałeś, jednak warto na nią zwrócić uwagę. Jest to zarzut o kopiowaniu treści. Przy skończonym źródle informacji i nieskończonej ilości blogów, serwisów itd ciężko być tym jedynym. Równeż bardzo ciężko wskazać faktyczne źródło, przez które dotarliśmy do danej informacji. Bo jeżeli na raz dostajemy wskazanie od 6 stron , które śledzimy, to w zasadzie, którą powinniśmy wskazać jako pierwszą? A jeżeli sami zaczęliśmy pisać dużo wcześniej, ale publikacja wydarzyła się później? Zwykle staramy się podawać źródło informacji, o ile jest to możliwe.

Czas też odnieść się do zarzutu, że nie piszemy o naszej rodzimej blogosferze. Mam nieco odmienne wrażenie. Nie chcę tu przytaczać przykładów, ale wskazujemy ciekawe teksty, jakie znajdziemy. Jasne, zapewne jest ich dużo więcej, ale polegamy na naszych źródłach rss, jak również na mailach od czytelników. Co więcej, nawiązujemy polemikę, staramy się przedstawić swój punkt widzenia na dany temat i odpowiednio go skomentować. Problem w tym, że przeglądamy naprawdę dużo stron i bieżące informacje zwykle zgarniamy szybciej z zagrancznych źródeł, więc ciężko po fakcie dopisywać, że u kogoś też to się pojawiło, no chyba, że pojawi się nieco odienny od naszego komentarz, na który chcemy odpowiedzieć.

Odnoszę również wrażene, być może mylne, że niewiele innych blogów poza nami to robi. Tu pada temat Fantasmagieri i Twojej informacji. Powiem szczerze, że jeszcze nie słuchałem tego podcastu z bardzo prostego powodu – braku czasu. Generalnie pisanie na Polygamię i robienie polygadki zajmuje mi większość wolnego czasu, również tego na słuchanie innych podcastów. W zasadzie starcza mi czasu na dwa – 1up Yours i HotSpot. Uważam, że umieszczanie informacji o tym, że pojawił się kolejny odcinek cyklicznej audycji jest nieco bez sensu. Tak jak nikt nie pisze, że jest kolejna polygadka, bo wiadomo, że się pojawi. Oczywiście, jeżeli któryś z moich autorów znalazłby coś w Twoim podcaście, co jego zdaniem wymagałoby komentarza, rozszerzenia lub polemiki to idę o zakład, że pojawiłby się u nas odpowiedni wpis.

Na sam koniec Blogfrog. W swoim założeniu to platforma skupiająca wszystkie blogi, oceniająca je i promująca najciekawsze treści. Ponieważ Polygamia została tam dopisana, założyliśmy, zakładaliśmy, że będziemy podlegać tym samym regułom co wszyscy. Tam czasem, bez wyraźnych zmian w regulaminie i bez wcześniejszego poinformowania nas o tym, zostaliśmy potraktowani gorzej niż inni. Nie miałbym żalu, gdybyśmy przestali spełaniać jakieś warunki formalne i w związku z tym zostali usunięci z tego agregatu. Tymczasem jednak mamy sytuację przedziwną. Polygamia nadaje się by być, ale jest traktowana gorzej. Wskazuje to na nieoskonałość tego seriwsu i jego nieprzygotowanie, bo przecież podobne blogi tematyczne istnieją w internecie i można było założyć, że kiedyś pojawią się i w Polsce. Co więcej, wydaje mi się nawet, że jest prosty sposób na rozwiązanie tej sytuacji, no ale skoro Agora wybrała metody partyzanckie, to trudno. Jeden telefon, czy mail by wystaczył.

Nigdy nie poszło. W sumie to ciekawi mnie na co wtedy odpowiadałem. Pogooglam, bo to był jeden z tych pierwszych flejmów z innymi małymi sajtami.

Wróćmy na chwilę do adminowania

Decyzja zapadła. Discordia.pl leży a z nią DNS i domena, xname.org nie zgadza się na transfer ustawień do dns.42.pl. Trzeba od zera.

No to sprawdźmy ile pamiętam. No i czy uda się przełożyć blogaska na toread.discordia.pl

Na początek wiadomo – polecą wszystkie ustawienia, jakie mają ludzie. Trzeba ich poinformować – czyli do akcji ruszy kombo twitter + fejs.

A teraz ustawienia domeny.

No dobrze, teraz trzeba wyłapać, gdzie kierować ruch na toread.discordia.pl. Googlamy. I wychodzi na to, że najpierw trzeba nameservery pozmieniać na wordpressowe i że to jest płatne. Nawet jak domena jest hostowana gdzie indziej. Albo ja źle rozumiem te instrukcje.

Soraski, ale to nie jest warte 12$ na rok. W sumie ciekawe, skąd te opłaty. Przecież hosting na zewnątrz i prosty redirect ic nie kosztują. Może chodzi o brak propagacji marki? Pewnie tak.

No dobrze, to pozostaje tylko zmiana nameseverów na nowe w home.pl, gdzie jest zaparkowana domena.

I gotowe. Domeny toread.discoria.pl nie ma. Za to jest kontrola nad tym wszystkim. Mam tylko nadzieję, że poczta nie przestanie za chwilę działać.

W sumie to miało być takie success story i w ogóle, a wyszedł pamiętnik emo-admina sknery. Trudno.

25 powodów smutku (1)

Zrzut ekranu 2011-12-1 o 03.20.54.jpg

Pisząc sobie o Republice 69 kliknęło mi się w ajtjunsach na top 25 i jej – ale ze mnie smutas. Melancholijne tematy, smutne plumkanie i brzmienia. Taki jak widać jestem.

Patrzę sobie na te utwory i każdy z nich był zapętlony w kółko przez dłuższy czas i związany z jakąś porażką, czy też życiowym fuckupem. Zresztą ilość odtworzeń mówi sama za siebie. Co ciekawe – każdy z nic ma historię, o każdym z nich umiem coś opowiedzieć.

To tak bez większych szczegółów. I ponieważ jak widzę będzie tego trochę, to teraz pierwsza dziesiątka.

Mad World z Donnie Darko towarzyszył mi długo, chyba aż za długo. A sama miłość do niego wzięła się oczywiście z niesamowitego zwiastuna Gearsów. Zobaczyłem po raz pierwszy, namierzyłem kawałek. Zakochałem się. A potem tak 460 razy. Sporo słabych momentów z nim przeżyłem i towarzyszył mi w słuchawkach podczas nocnego szlajania się.

Let Your Love Grow to z kolei relatywnie nowe odkrycie. Przyszło z tuba.fm z radia Noviki, kiedy sądziłem, że w muzyce to mnie już nic nie zajara. Jak zwykle się myliłem – zajarało. Moderat, Apparat, Modesektor, Trentemoller – to wszystko nowe zespoły, które pojawiły się dzięki temu jednemu utworowi. Końcówka 2010 i 2011 należy do niego. Serio.

Snow Patrol to etap Mad World. O kapeli dowiedziałem się z MTV, które to zaprosiło ich na premierę Xboksa 360. Zagrali zupełnie inne utwory a mi w ajtjunsach został tylko ten. I do tej pory czasami go słucham.

Dayvan Cowboy znalazłem na last.fm. Lubię słuchać stacji z polecanymi utworami i tak poznałem Boards of Canada. Ich jedyny utwór w top 25 wszech czasów jest suuupe. Szkoda tylko, że nie ma dobrego teledysku. Ten z falami jakoś tak…. no niew wiem, można było lepiej.

HURT i Załoga G to reminiscencje punkowego okresu. Pamiętam, jak kiedyś nagrałem ich koncert na kasecie z Jarocina 89. Było tam protest song o słowach

NIE MAM MATURY I NIE MAM PIENIĘDZY
LATA MIJAJĄ, JA ŻYJĘ W NĘDZY
MOŻE IŚĆ DO PRACY? CHYBA ZWARIOWAŁEŚ !
MOŻE ZOSTAĆ PANKIEM? ALBO RASTAMANEM!
MOŻE ZOSTAĆ STRÓŻEM? NIE TO NIELOGICZNE
MUSIAŁBYM ZNÓW JADAĆ SERKI DIETETYCZNE
SERKI DIETETYCZNE? SERKI DIETETYCZNE!

Nawet znalazłem to na yt:

Czad, co? Te głębokie słowa.. i to zaskakujące, z niczym się nie kojarzące zakończenie. Ale wtedy byłem w liceum i jebałem system. Podobało mi się. A nowy Hurt to cóś, co jest 4 klasy wyżej. A przynajmniej ten kawałek.

City of Rome to muzyka do Assassin’s Creed. Ostatnie czasy, nie ma co się rozwodzić nad tym więcej, może poza faktem, że Assassin’s Creed 2 to świetna seria gier z cudowną muzyką, a Jeper Kyd to jeden z największych kompozytorów muzyki z gier.

I against I to z kolei mocno o mnie. Bo czasami się też tak czuję, jakby mój umysł był moim wrogiem i robił mi psikusy. Nic strasznego, ot po prostu nie pozwalał skupić się czy wypocząć. Trochę mi się to kojarzy z małymi złośliwościami jakie są gotowi zrobić sobie bracia.

W każdym razie – kupiłem w ciemno nową płytę Massive Attack, zgrałem na iPoda (nie było ajfonów. ha!) i słuchałem w metrze. Czytałem też nałogowo Malazańską Księgę Poległych. Nie pamiętam, który tom, ale jak to tam zwykle bohaterowie mieli przejebane. Wpadli do miasta pułapki, które zostało podpalone, armia zaczęła się palić, nie było ucieczki. Gdzieś tam w tle szalał żywiołak ognia. No i do tego było I against I które tak zajebiście pasowało, że musiałem skończyć ten opis z tą muzyką. I jeździłem metrem, aż tak się nie stało. Bo było to wówczas najważniejsze.

Low Place Like Home – też przylazł z last.fm i w sumie nie ma się czemu dziwić, skoro w owym czasie najczęściej w moim ajtjunsie gościł Mad World.

Ale romans ze Sneaker Pimps był krótki. Do stałego zestawu weszło tylko parę kawałków, a nowe płyty jakoś mi nie zaskoczyły. No ale ze 3 utwory cenię baaaardzo.

No i na koniec True to Form Hybrida. O nim szczerze mówiąc wiem najmniej. Jakoś pojawił się u mnie i został. I baaaardzo długo był to jedyny utwór który miałem.

Na moje oko minęło jakieś 4-5 lat zanim kupiłem resztę utworów i potem kupiłem i wysłuchałem chyba wszystkiego co zrobili. aktualnie to mój personalny numer jeden. Aż dziw bierze, że wszystko zaczęło się (chyba znowu od last.fm) i fragmentu utworu mówiącego o tym, że podmiot liryczny żałuje, że się urodził.

A teraz? Nie dość że kupiłem ich płyty zarówno jako Hybrida, jak i jako Hybrid Soundsystem to jeszcze poluję i zgrywam wszystkie ich sety DJskie z radia. No i zarażam kogo mogę. Są już pierwsze ofiary.

Ale tak ogólnie? Poza jednym drum.n.basowym radyjkiem same smęty. Smutas ze mnie, bo w drugiej 10, czy też nawet 15 lepiej nie jest. Ale o tym później.

Nie boję się Linii Oporu

A630D2A4-7EB4-4F70-90CB-2E4FC9CDD2DB.jpg

Na wyborczej wywiad z Dukajem no i pada pytanie o moją ukochaną minipowieść Linia Oporu (do przeczytania fragmenty tutaj).

Zanim zacytuję, to trochę o nim. Kupiłem po dość ciepłych opiniach znajomych, którzy dodatkowo mówili, że sporo tam i trafnie o tym co nas czeka w przyszłości i z grami i z technologią. A jakoś super zajarany nie byłem, bo i wcześniejsze książki jakoś tak średnio mi wchodziły. Wymiękłem na Lodzie, wykończył mnie czas teraźniejszy narracji w Perfekcyjnej Niedoskonałości. Także do najnowszej książki podchodziłem z taką lekką nieśmiałością.

Kupiłem, bo i też leciałem do Azji z wizją 8 godzin na lotnisku, a Dukaj, to ho ho, umie się rozpisać, więc na długo starczy. Nie starczyło.

Otworzyłem książkę, zacząłem czytać i od razu instant love. Styl, sposób pisania, przekazywane treści. To było o mnie, o świecie w którym się obracam, o ludziach których znam. Jasne, dodano masę technologii, ale przecież większość z tych opisywanych tam zjawisk dzieje się już teraz. A przynajmniej ja je zauważam i widzę. Do tego styl i sposób pisania idealnie oddawał przesiąknięte siecią społeczeństwo i świat.

Na wakacjach czytałem w kółko Króla Bólu. Zamiast łazić do basenu czytałem książkę. Muzyka z ajfona/ipada, książka w dłoń i wio. Na podbój cyfrowej przyszłości wirtualnych światów. Podczas lektury starałem się wyłapać i zanotować najciekawsze zdania czy też fragmenty. Po jakimś czasie przestałem- większość z nich była gotowymi quote’ami do sygnaturek czy dyskusji.

Przykład? Proszę.

Dla tych, co nie pracują, musimy – my, którzy pracujemy – dostarczać nieustannie contentu ich życia.

Content: gameplay.

„Co mam ze sobą zrobić?” Otóż właśnie to lub to lub to lub to lub –

„Pracowaliśmy nad ofertą dla pana miesiącami”.

Na początku nazywało się „spędzaniem wolnego czasu”. Ale w miarę wzrostu wydajności pracy ów czas wolny rósł w proporcji do czasu pracy. Rosły działy gospodarki zajmujące się dostarczaniem contentu dla życia w „wolnym czasie”.

Tak zwana rozrywka

Tak zwany lifestyle

Tak zwane celebryctwo (life by proxy)

Tak zwane samokształcenie

Tak zwany sportowy tryb życia

Tak zwana działalność charytatywna

Tak zwana działalność publiczna

Tak zwana polityka

Tak zwana religia

Tak zwane narkotyki

Content. Wypełniacz. (Content to be content).

Bo przecież – coś musisz robić, kiedy nie musisz robić niczego.

Pasuje? Bardzo.

No a potem, jak to ja zacząłem ewangelizować, opowiadać i wciskać ludziom. I w sumie wtedy po raz pierwszy usłyszałem, że to straszna wizja i że się jej boją. Na początku myślałem, że to tylko psychologiczne wyparcie, ale nie. W wyborczej WO ma tak samo:

Wizje przyszłości w twoich książkach są tak ponure, że strach tego dożyć – wolałbym nigdy nie zobaczyć na własne oczy świata, który opisujesz w „Czarnych oceanach” czy „Linii oporu”. Twojej depresji to nie budzi?

– Nigdy nie pisałem z nastawieniem: a teraz pokażę coś pesymistycznego. No, może „Xavrasa Wyżryna”. Pewnie nie uwierzysz, ale „Linię oporu” założyłem sobie wręcz jako optymistyczną odpowiedź na egzystencjalny posthumanizm Houellebecqa – jak ludzkość może jednak wydobyć się z pułapki nihilistyczngo życia.

Gdy konstruuję światy, w ogóle nie zastanawiam się, czy chciałbym w nich żyć – obchodzi mnie tylko, czy trzymają się one kupy, czy działają literacko i czy wyprowadziłem je z sensem z nauki i naszych realiów. Taka czy inna wymowa wychodzi przy okazji.

Rozumiem, że można te teksty czytać w przerażeniu – ale zarazem prawie z każdego czytelnicy wyciągają rzeczy, które właśnie chcieliby mieć w życiu. Jeśli nie całe światy – chociaż znam wielu chętnych do przeprowadzki w świat „Perfekcyjnej niedoskonałości” czy „Innych pieśni” – to poszczególne elementy, gadżety. Z „Czarnych oceanów” mógłbym sprzedać kilkanaście serii produktów dla Apple’a przyszłości. A sam bym zapłacił każdą sumę np. za menedżera pamięci zapisującego ciągi myślowe.

Co właściwie cię przeraziło w „Linii oporu”?

Chyba sama wizja przyszłości postludzkiej, bo opisałeś ją bardziej realistycznie od Houellebecqa, a więc bardziej prawdopodobnie, a więc bardziej przerażająco.

– Muszę cię zmartwić. To nie jest przyszłość, to teraźniejszość. To się dzieje teraz, na naszych oczach. Już teraz żyjemy w epoce transhumanizmu. Możliwość odczytywania procesów myślowych w korze mózgowej oraz terapii genowych już stanowi podstawę potężnych biznesów. To długa, ciągła, rozłożona na wiele dziedzin zmiana, już nieodwracalna. Chyba że zawali się cała cywilizacja.

Który konkretnie element tak przeraża? Manipulacje biologią człowieka? Uzależnienie od technologii? Zmiana trybu życia i struktur społecznych? Bezradność tradycji wobec wolności wyboru formy człowieczeństwa? Sam przyglądam się temu wszystkiemu bez entuzjazmu, ale raczej z dystansu przyrodnika poszukującego reguł, stawiającego hipotezy.

W XVIII w. ludzi też przerażała wizja ogromu zmian społecznych powodowanych przez maszynę parową.

za Dukaj: Czuję się jak kukułczy podrzutek.

No i właśnie nie wiem skąd ten lęk. Przecież serio – 3/4 z tego co jest w Linii Oporu opisywane już się dzieje. Od wirtualnych światów, których ekonomia może przebijać na rzeczywistość (chińscy gold farmerzy i WoW, rynki aukcyjne, kradzieże wirtualnych przedmiotów), emocjonalnego i intelektualnego puszczania się z nieznajomymi na fejsie, g+, twitterze czy teraz już starodawnych blogaskach, łykania prochów i chemii na wszystko, zanim to się nawet wydarzy. A o kamerze czytającej myśli i uczucia sam pisałem z GamesComu, że jest, bo się Ubisoft przyznał, że widział. Brakuje nam tylko trochę wiedzy w dziedzinie biotechnologii i jazda.

Czy to jest takie straszne? Bo ja jakoś szczerze tego nie rozumiem. Od CyberJoli Dream jaram się rozwojem i zmianami, jakie daje sieć. I to zarówno w sposobie naszego myślenia i postrzegania, ale też i stylu życia. Fajnie, że przenosimy część siebie do wirtualnej przestrzeni.

Czy nie jest to gnostycki ideał oderwania się od materii, która jest dziełem Demiurga, a nie prawdziwego Boga?

Wychodzi też na to, że muszę poczytać więcej tego Houellebecqa sprawdzić i poczytać. No i w końcu doczytać do końca wszystkie mini powieści z Króla Bólu, bo przyznam, że jeszcze ze dwie mi zostały.

PS A pierwszy odcinek Life’s too short jakoś mi nie wszedł. To chyba nie jest serial dla mnie. Sprawdzę ten Treme, który poleca Dukaj. A nuż będzie fajny?

Republika 69 jakoś tak…

41F5E7A8-3AC1-4853-A08A-9B2DCB1018FD.jpg

Agressiva 69 gra Republikę? To się niby nie mogło nie udać.

Ale się nie udało. Podniecenie szybko upadło. O samej płycie Republika 69 dowiedziałem się dopiero dzisiaj rano z radio. No i kurcze, ucieszyłem się, bo w końcu Republika to i znane, zajebiste tekstowo kawałki i świetna muzyka. Agressiva 69 z kolei to ten zdrowy polski industrial, który tak mnie kiedyś oczarował.

Pamiętam, jak jeszcze w Lublinie usłyszałem w radio Situations i dłuuugo słuchałem. A było to jeszcze w erze przed smartfonowej, więc nie było opcji na wyciągnięcie ajfona i sprawdzenia SoundHoundem co to. Więc trochę mi zajęło poznanie nazwy zespołu.

A potem już było prosto. Pierwszy koncert w Lublinie, chyba w Chatce Żaka (na którym zresztą jeden z moich studenckich byłych ziomów zapoznałbył swoją małżonkę), kolejna fala fascynacji i zakup wszystkich płyt.

A potem słuchanie. Masa słuchania. W ajtjunsach wygląda to mniej więcej tak:

Zrzut ekranu 2011-11-30 o 23.12.00.jpg

Heh, i właśnie zobaczyłem, że Situations nie jest na pierwszym miejscu tylko „Każdy dzień jest taki sam”. I też jest dobre. Oj, bardzo dobre.

Ostatni kawałek przd Republiką 69 który straszliwie mi podszedł to remix „Na końcu świata”, którego o dziwo nie ma w internecie, a przynajmniej nie w tej wersji. Nie wiem, czy mogę go tak po prostu tu zamieścić. Mam nadzieję, że nikt mi głowy nie urwie.

Dobra, co? Miasto, magia, maszyna. Golemy pracujące w fabrykach, tryumf pary i wysokich technologii, które zmieszały się z magią. Ten kawałek pobudza wyobraźnię. I to bardzo. A potem się jeszcze okazało, że Agressiva 69 lubi się z CDP i że to ich muzyka jest w zwiastunach Wiedźmina 2.

A Republika 69? Słowo daję, że gdyby płyta była dostępna w cyfrowej dystrybucji – iTMS, 7digital itp to kupiłbym ją od razu. Potem pewnie żałował, ale kupiłbym. A tak? Chwila poszukiwania w sklepach i podróż na YouTube. A tam kilka przykładowych kawałków. I niestety rozczarowanie.

Głos wokalisty brzmi zupełnie inaczej niż ten znany mi z Republiki i nie pasuje. Tak na pierwszy „rzut ucha” jest co najmniej o klasę niżej. Niby to zrozumiałe i pewnie do przejścia, bo w końcu nikt nie lubi zmian i instynktownie uważa, że są na gorsze. Przerabiałem to wiele razy przy kolejnych wyglądach serwisu i wiem, jak to działa.

Ale też bardziej razi mnie co innego. Te aranżacje są po prostu takie sobie. Ani to oryginał, ani industrialowa wersja. Ot, inny zespół gra kawałki Republiki. Nie byłem jej specjalnym fanem, po prostu lubię i doceniam. I tak bez większej wiedz wydaje mi się, że to brzmi po prostu za podobnie.

Usłyszałem dwa kawałki i chyba mówię pass zakupom dopóki nie usłyszę gdzieś całości. Bo nie wykluczone, że jakiś fajny utwór się jednak znajdzie. A na szczęście minęły czasy gdy trzeba było kupować całą płytę.

PS Ciekawe czy nowa Siekiera też rozczaruje

Prawicowe marudzenie zaczyna się robić nudne

20111130-201010.jpgUnikam polityki. A zwłaszcza rozmawiania o niej.

Nie to, żebym nie miał jakichś tam poglądów, ale ma to teraz małe znaczenie, w co się wierzy. Można być albo za, albo przeciw. Nie ma form pośrednich i nikt nie bierze jeńców. Gdzieś nagle umarło centrum i nie można być pomiędzy Kaczorem a Donaldem.

Znajomi zwykle zapieklają się, gdy ktoś powie coś przeciw powszechnie przyjętemu paradygmatowi bycia cool. A ja czasami nie jestem cool, tak po prostu.

Bo na przykład nie przeszkadza mi, że ktoś stoi pod krzyżem w centrum i sobie śpiewa, o ile w tym samym czasie nikt mi nie robi wyrzutów, że piję wódkę dokładnie na przeciwko w Zakąskach. Nie lubię zarówno parady równości, jak i marszu niepodległości i wszelkie blokowanie ruchu w centrum napawa mnie niezbyt ciepłymi uczuciami do organizatora. Chcę żeby ludzie, którzy robią demonstracje płacili za zniszczenia, które zrobią ich radykalne frakcje. Tak, żeby ich sami pilnowali. Nie rechoczę z rozmaitych teorii spiskowych o TYM samolocie, tak jak i nie zwalczam wszelakich teorii o JFK. No i chciałbym podatku liniowego – ale w sumie ten już płacę jako firma.

Politycy w moich oczach polegli tam, gdzie mieli być silni. PO za gospodarkę i brak liberalizmu, PiS za prawodawstwo, SLD i PSL nie wliczam, bo to sieroty po PRL, a tu jest no pasaran. Soraski. Chociaż śmieszy mnie strasznie, że to Miller dał mi 19%, a Kaczor moim pracownikom obniżył do 18%. Taki tam chichot historii.Nie należy się nimi przejmować. I tak to, co obiecają i powiedzą przed wyborami nie ma żadnego znaczenia.

Już samo doprowadzenie do sytuacji, gdzie przymiotnik „polityczny” zaczął być pejoratywny pokazuje nam poziom naszych reprezentantów. No ale jaki naród…

Oj dość o nich, wróćmy do dziennikarzy, bo to oni mnie natchnęli. Do tej notki ofc.

Staram się czytać tych z lewej i tych z prawej strony. Nie to, żeby codziennie, bo można by od tego oszaleć, ale zdarza mi się.Przeglądam i Uważam Rze i Wprost, czytam blogaski i RAZa i WO. Zaglądam i do RP i GW. Lubię zresztą te felietonowe przepychanki i różne punkty widzenia.

Lubię, kiedy ludzie mają poglądy i kiedy ich bronią. Najbardziej ujmuje mnie, gdy potrafią przyznać się do błędu, czy przyjąć punkt widzenia przeciwnika, bo oznacza to, że nie są tępymi siepaczami danej idei, ale myślą i analizują to co mówi ich interlokutor.

Niestety zdarza się to rzadko i w ogóle wszyscy zaczęli się zapętlać. Mam nieodmienne wrażenie, że nagle wszyscy zaczęli pisać to samo w kółko i nie mogą wyjść z zaklętego kręgu swoich żali. Jakoś brakuje mi oryginalnych myśli naszych publicystów a nie tylko reakcji na to, co dany polityk powie.

Wiadomo, że RAZ odniesie się jakoś do historii ze swoich trzech ostatnich książek, że WO spróbuje kogoś wyśmiewać, albo napisze coś o autostradach, Wildstein napisze coś o lewicowym niszczeniu rodziny i wartości a Lis… będzie Lisem.

Jakoś z tym żyję, bo i też nie determinuje to mojego życia. Znam ludzi, dla których czytanie i słuchanie komentarzy do wypowiedzi polityków, a potem komentarzy do komentarzy i komentarzy do komentarzy komentarzy jest sensem życia i mogą swój dzień spędzić przełączając się pomiędzy Tok FM, TVN24 i Faktami, sprawdzając czy przypadkiem nikt się nowy się nie zająknął. Been there, done that. Znudziło mi się, bo nic to absolutnie nie zmienia. A nauka życia bez telewizora czyni ludzi szczęśliwszymi – serio.

Ostatnie pół roku wiadomości oglądam sporadycznie. Omija więc mnie cała masa ekscytacji, którą mają inni, bo ktoś coś powiedział. Przez dzień cały mirmiłują w najlepsze, że to już koniec, wstyd, hańba, jak tak można, bo Targowica, Smoleńsk i w ogóle, po tygodniu ledwo już o tym pamiętają, a po dwóch zapominają w ogóle. Więc kiedy po czasie dopytuję się, o co chodziło tym razem i dlaczego nie powinienem już chcieć żyć, czy też natychmiast żałować że nie wyjechałem na zmywak na Nowego Jorku, nie wygląda to już tak tragicznie. Zresztą, wystarczy zrobić sobie proste ćwiczenie i przejrzeć nagłówki portali sprzed 5 lat. Pamiętacie którąś z tych niewyobrażalnie haniebnych akcji? No właśnie. Ja też nie.

Tym bardziej też zdziwił mnie ostatni numer Uważam Rze. Nie przeczytałem całego, ale główne danie już tak – czyli narzekanie na media. I zaczęło mnie to już na serio drażnić. Dlaczego osoby mówiące o sobie, że są liberałami narzekają, że ktoś nie chce ich zatrudnić? Zwłaszcza w prywatnych mediach? Dlaczego narzekają na to, że nikt nie chce z nimi rozmawiać, skoro sami nie chcą przychodzić? Mają swój tygodnik, mają swoje inne media – niech tam działają i pokazują, jak powinno się robić dziennikarstwo. A potrzeba sławy i pieniędzy jest silniejsza od ideałów, to well… coś trzeba wybrać. Swoich słuchaczy i czytelników mają.

A tak btw to szczytem jest robienie wywiadu o mediach z Czarzastym. On przypadkiem nie był zamieszany w jakąś aferę?

Zgodzę się, że media publiczne powinny po równo pokazywać jedną i drugą stronę. Ale od prywatne? No soraski.