This gallery contains 6 photos.
W pracy czasami trzeba się oderwać od zadań doraźnych i puścić swój umysł swobodnie. Mój wrócił z takimi obrazkami. A wasz?
This gallery contains 6 photos.
W pracy czasami trzeba się oderwać od zadań doraźnych i puścić swój umysł swobodnie. Mój wrócił z takimi obrazkami. A wasz?
Skoro pojawiła się lista wszystkich wydanych gier, to czemu się nią nie pobawić? Ściągnąłem ją, przypomniałem sobie komendę sed i za jej pomocą zostawiłem same tytuły bez daty, platformy i wydawcy (sed „s/[(].*//” alternate_list_of_every_video_game_ever_\(v2b > cleaned.txt ).
A potem przepuściłem to przez specjalne narzędzie układające takie ładne grafiki z najczęściej powtarzających się wyrazów.
Wynik powyżej. Ciekawe, co?
This gallery contains 11 photos.
Siedzę i przeglądam zafascynowany na googlach zdjęcia przerażonych dzieci na kolanach dziwnych króliczków. Zastanawiam się, czy coś jest ze mną nie tak. Na wszelki wypadek podzielę się z Wami najlepszymi. Uwaga, są dziwne, ale to już chyba wiecie…
Skoro to, co czytamy, ma na nas wpływ, i to podobno silny, to jak zmieniają nas gry? Wygląda na to, że bardzo.
Człowiek się naogląda tych bajek z dzieckiem i potem ma wątpliwości. Wczorajszy dzień zdominował Scooby Doo i jego przygody z Batmanem.
Tak, dobrze przeczytaliście, Włochaty, Scooby i cała paczka wraz z Batmanem i Robinem wspólnie walczą z Jokerem, Pingwinem i Dwoma Twarzami. Człowiek Nietoperz dzięki temu nie marudzi, że za młodu zabito mu rodziców, zaś Joker staje się nieco sympatyczniejszy i zamiast grozy niesie ze sobą po prostu śmiech, gdy potyka się na skórce od banana, albo daje się załatwić pistoletem na gumowe kule.
Ale ja nie o tym. Najpierw zastanowiło mnie, dlaczego w zasadzie w każdym odcinku tak naprawdę na 5 osób pracują tylko 3. Zwykle w akcji widzimy Velmę, Włochatego i Scooby, zaś z naszych oczu znika Fred i Daphe. Jedni łapią potwora, a drudzy? Wyglądało na to, że gżą się gdzieś zawzięcie i potem przychodzą tylko na gotowe. Wyobraźcie sobie ich życie – w kółko w drodze, w kółko przygoda, fani i ludzie do odwalania brudnej roboty. Żyć nie umierać.
To była pierwsza zagadka. Po niej pojawiła się druga – skąd w zasadzie cała ta ekipa ma kasę na podróże i rozwiązywanie zagadek kryminalnych za darmo. Klawe życie, ale skąd kasa? Pogooglałem, podumałem, popytałem w szerokim internecie.
Odpowiedź na pierwsze zagadnienie przyszła szybko – Fred i Daphne to były nudne postaci i scenarzystom nie chciało się o nich pisać. Normalsi nie pasowali do wykręconej trójki, a w związku z tym ich rola była minimalizowana. Nie byli potrzebni do rozwiązywania zagadek. Co oczywiście nie oznacza, że nie chodzili się gzić, ale robili to raczej z nudów, niż z wykręcania się od wspólnej pracy detektywów.
Drugie zagadnienie było trudniejsze. Odpowiedzi jakie znalazłem, można było podzielić na trzy rodzaje:
http://www.youtube.com/watch?v=RbxcJkz0bDI
I coś jest w tej ostatniej teorii. Zauważyliście, że Scooby i Włochaty są na permanentnej gastrofazie? No i jak bardzo dają się wrabiać i wystawiać jako przynęty? Zupełnie jakby trochę nie ogarniali i byli jacyś tacy przytłumieni. Zupełnie jakby w kółko chodzili zjarani. Zresztą, pamiętacie ten fragment Jaya i Silent Bob Kontratakują?
I wszystko jasne. Włochaty diluje. Owszem, nie jest w tym dobry, bo sam się przy okazji upala, a nie powinien. I to widać też w serialu. Przez tyle lat nie zmienili wraz z ekpią samochodu, ba, nie stać ich nawet na nowe ciuchy.
Powstaje pytanie, co z nimi będzie, gdy w USA marihuana stanie się legalna…
PS Zawsze też istnieje możliwość, że nasi bohaterowie wcale nie pomagają za darmo, tylko przychodzą po wynagrodzenie gdy kamery już przestają kręcić odcinek z ich przygodami.
To nie słynni amerykańscy naukowcy! To firma Nikon i jej pion badawczy! Ci dzielni, bezimienni badacze wzięli i przepytali 1974 Europejczyków (to brzmi dumnie) w jaki sposób niszczyli w ostatnich 5 latach swój sprzęt. Wyniki badań przerosły najśmielsze oczekiwania, a świat w końcu ujrzał prawdę. Nie ma sensu przedłużać, przedstawiam wam gołe fakty. Niech one mówią same za siebie.
Oto i mapa Polski z podziałem na najczęściej słuchanych wykonawców w Spotify. Patrzę sobie na swoje Lubelsko – Warszawskie rejony i widzę, że mogło być dużo gorzej. Z Kasi Kowalskiej to nawet coś mi się podobało z zakładki guilty pleasure… Co to było… poczekajcie, zerknę na Spotify. Ach wiem – Antidotum.
Nie śmiejcie się, mogło być gorzej. Wolę to Antidotum, że pachniało Saską Kępą czy tam Małgośki, da się tego słuchać. A takiego Podlaskiego nic nie tłumaczy. Co nie?
AKTUALIZACJA: Spotify Polska mówi, że dane nie są od nich, zaś autor inspirował się wersja amerykańska… może miał dostęp do tych samych danych – posprawdzam.
Jest taki serwis – Forgotify – , który wyciąga ze Spotify te kawałki, których jeszcze nikt inny nie słuchał. Serio, są piosenki z zerową liczbą odsłuchań. Serwis za darmo, liczba użytkowników sieci rośnie, a tu proszę – są jeszcze nieodkryte pokłady muzyki w internecie. I jest ich niemało, bo, jak podają twórcy – na słuchaczy czekają około cztery miliony samotnych utworów. Jest w czym wybierać.
Ja na pierwszy ogień dostałem na przykład takie cudo:
Niezłe, co? A jest tego więcej. Dużo więcej. No po prostu mnóstwo.
Są utwory klasyczne, mnóstwo dziwacznych kawałków z Niemiec, jak również całkiem sporo artystów z Czech. No i te hinduskie kawałki… przyznajcie, że są rozbrajające. Siedzę już kilka godzin i słucham. I czuję jak mój wewnętrzny hipster rośnie i puchnie z dumy, że wysłuchał tyle nieznanej muzyki. Jest tylko jego, sssssłodka i niezzzzzznana.
Szkoda tylko, że nie ma jednej playlisty i przy każdym kawałki trzeba nacisnąć to głupie play.
PS Dajcie znać, jak znajdziecie coś fajnego. Albo dziwnego
Jest taka stronka – PornMD – a na niej same dziwy. I nie chodzi tu o filmowe zapisy nieudanych prób przedłużania gatunku ludzkiego, a o jedną sekcję, która pokazuje w czasie rzeczywistym, co ludzie wpisują w wyszukiwarki porno.
Stało się. Poznałem prawdę i nie mogę już żyć jak dawniej. Świat stał się mrocznym, obcym miejscem i nie wiem, czy uda mi się w nim na nowo odnaleźć. Dlatego też i ostrzegam Was. Wiedza, którą dzielę się z Wami nie jest przeznaczona dla wszystkich. Jeszcze macie szansę się wycofać. Ja już jej nie mam.
A zaczęło się tak niewinnie. Od tego kolesia.
Widziałem go wielokrotnie, ale jakoś nigdy się nie złożyło, by podejść i pogadać. No i by nabyć reklamowaną przez niego płytę. W końcu zawierała nie byle jakie dane – jak słusznie zauważył jeden z komcionautów – nie było ich jeszcze w internecie. Aż do tej pory.
Tak – kupiłem! I już się dzielę.
Samo DVD to półtoragodzinny film i ponad 200 slajdów z czasami ogromną ilością tekstu pieczołowicie złożonych w MS Paint. Oj, a jest tam o czym czytać. Już pierwszy slajd powala.
Masturbujące się płody, orgazmy od myca zębów, od myślenia, orgazmy po śmierci… no dużo tego. I ciekawe.
W zasadzie co robicie z grami? Przechodzicie? Kończycie? Calakujecie?
Pytanie nie jest takie głupie, jak się wydaje. I pokazuje, jakie do gier mamy podejście. Zauważcie, że nie wygrywamy z grą (czy w grę). To bardziej jest dla nas przeżycie, czy też inna forma uczestnictwa w opowieści, która ma swój koniec.
Elektroniczna rozgrywka dotarła do nas dużo później. A w związku z tym dość późno poznaliśmy domowe gry wideo. Wcześniej, w epoce automatów rozgrywka nie miała końca. Wzrastał poziom trudności, a my w końcu odpadaliśmy z powodu braku umiejętności, bądź też funduszy. Problem, jak nazwać dojście do napisu „the end” pojawił się wraz z domowymi sprzętami do grania i tytułami posiadającymi koniec.
We wczesnych wersjach nie miały one jeszcze fabuły. Pojawiła się ona dopiero potem. Ale już wtedy amerykanie zaczynali gry pokonywać („beat the game”). To było wyzwanie. My załapaliśmy się na gry, które się przechodziło. A więc ważny był proces, a nie zwycięstwo.
A jak reszta świata?
Ciekawe, co?
PS Wszystkie informacje na podstawie Twitterowej wymiany zdań na profilu @leighalexander. Jeżeli macie lepsze tłumaczenie, podajcie w komciach, z chęcią zmienię. Z chęcią też dopiszę inne kraje. Dzięki za pomoc.
Jak kraj długi i szeroki ludzie w Google rzeczy wpisują. I chcąc nie chcąc tworzą też obraz miast naszych wojewódzkich. A jest on dość ciekawy – trochę w nim kompleksów, trochę rozczarowania i wiele pobożnych życzeń.
Z prostego zapytania „miasto jest” i zobaczenia sugestii algorytmu wyszukiwarki otrzymujemy całkiem ciekawy obraz kraju, w którym żyjemy. W końcu Polska jest… najważniejsza – jak widzę w pierwsze dopełnienie.
A zatem jedziemy:
Wychodzi na to, że jesteśmy regionalnymi patriotami. Lubimy miasta, w których mieszkamy (no może poza Wrocławiem) i szukamy dobrych stron. Najbardziej bezpłciowe są te województwa, w których mamy dwie stolice. Ludzie nie za bardzo wiedzą, co o nich myśleć. Przynajmniej według Googla.
Bo reszta miast jest piękna, kocha swoich mieszkańców, jest potęgą lub aspiruje do bycia stolicą.
Fajnie!
Dokładnie trzy lata zajęło mi zrealizowanie tego pomysłu. Czyli – wziąć najbardziej kanoniczną bluzę dresową, oderwać od niej rękawy i wszyć do eleganckiej marynarki. Design wydawałoby się prosty, ale zawsze na drodze stawało mi coś… A to nie było odpowiedniej marynarki w ciuchlandzie, a to akurat bluz nie było czy w końcu cała zabawa robiła się za droga. Musiałem wyjechać do Tajlandii, żeby się udało.
Khao San to jedna z ulic turystycznej części Bangkoku. Są tam dziesiątki barów, salonów z tatuażem, sklepów z tanimi ciuchami, straganów z bransoletkami i naganiacze pracujący dla krawców.
Zaczepiają prawie każdego pokazując katalog Bossa i wołając – hej mister, niska cena, markowy garnitur, chodź! Po kilku odmowach w końcu stwierdziłem – czemu w zasadzie nie – i za jednym z nich poszedłem.
Oj ciężko było krawcom zrozumieć mój koncept. Chcieli go ugrzecznić, sami uszyć rękawy czy też podbijali cenę mówiąc, że to niemożliwe. W końcu jeden z nich, bodajże czwarty czy piąty w kolejce zgodził się na mój plan i podał sensowną cenę. Ustaliliśmy, że to ja wybieram bluzę, on robi resztę.
Nie byłem pewien efektu. Pomysł był na tyle zwariowany, że liczyłem się z możliwością porażki. Ale za 200zł warto było zaryzykować. Efekt możecie zobaczyć powyżej. Mi się podoba BARDZO. Krawiec również był niesamowicie dumny ze swojego dzieła.
A droga powrotna do hotelu to było dopiero coś. Zatrzymał mnie dosłownie KAŻDY krawiec na Khao San z pytaniem gdzie to kupiłem i za ile. Gdy mówiłem, że to uszyte na zamówienie od razu pytali u kogo. Badali materiał i sposób uszycia. Przez chwilę stałem się atrakcją dla tubylców.
Jeżeli więc zobaczycie więc taki design, to wiedzcie, że byłem pierwszy. A co!
PS Spodnie też zamówiłem i też nie są do końca normalne. Jak przyjdą, to też się pochwalę.
Miałem trochę nakłamać.. wróć, podkoloryzować notkę, żeby było ciekawiej. Wszystkie wydarzenia co prawda miały miejsce, ale chciałem trochę pozmieniać chronologię wydarzeń, żeby było ciekawiej. Wiecie, prawda czasu i prawda ekranu. Rzeczywistość przebiła jednak wszystko. Nie trzeba było wprowadzać zmian.
Nie pamiętam, czy już to pisałem, ale na wszelki wypadek powtórzę. Azja, a przynajmniej kraje, które odwiedziłem, to królestwo motorów. Są wszędzie, ma je każdy, służą do wszystkiego. Można nimi wozić turystów jak taksówką, można mieć przyczepkę z daszkiem, czyli tak zwanego tuk tuka, dla większej liczby pasażerów, inna przyczepka może służyć za przenośną kuchnię, a specjalne uchwyty czynią z nich ciężarówki. Są motory sklepy, motory restauracje, zapewne jakby dobrze poszukać znalazłyby się i motory z pługami czy też po prostu motory ciągniki.
Doszło nawet do tego, że na motorze nauczyłem się jeździć i ja. Znałem tylko skutery, no ale tak się stało, że w górzystym rejonie Monte Kiri nikt takowych nie miał.
– Nie przejmuj się – mówił właściciel hotelu – jeździ się tak samo, szybko złapiesz. Nie byłem co do tego przekonany. Do tłumaczeń, że nie umiem dołożyłem też informację, że na motor to ja nie mam prawa jazdy. Skwitował to wzruszeniem ramion.
Faktycznie – jeździło się prawie tak samo. Choć przyznaję, zmiana biegów na początku do najprostszych nie należała.
– A kask? – zapytałem naiwnie – A po co ci? – szczerze zdziwił się właściciel – przecież tu prawie nie ma policji.
No właśnie – z tą policją chciałem nakłamać, bo nie wiem, czy wiecie, ale jak wszystko w Kambodży i policja jest właśnie skorumpowana. A ich ulubionym przewinieniem, za które płaci się od 1 do 10 dolarów jest jazda z włączonymi światłami w dzień.
No i tak sobie policzyłem, że jadę po piwie, bez kasku, bez prawa jazdy motorem, w którym jak się okazało, nie działał prędkościomierz i tylne światła. A ja wcześniej wypiłem piwo. No ale zgodnie z obietnicą policji nie spotkałem, za to zmierzyłem się z drogami krajowymi, które w Polsce miałyby kategorię offroad. Zmieniać biegi się nauczyłem, wyprzedziłem na trzeciego ciągnik marki Białoruś, który wyprzedzał słonia i wtedy wpadłem na to, że do tej historii wsadzę też i policjanta.
Wtedy zobaczyłem motor na którym jechały 3 osoby. Po kambodżańskich wertepach jechało małżeństwo z babcią. Mąż kierował, babcia siedziała w środku a jego żona trzymała kij, do którego przeczepiona była kroplówka. Wtedy stwierdziłem, że nie ma sensu zmyślać tej policji. I tak mi nikt nie uwierzy.
I bym o tym wszystkim zapomniał gdyby nie moje zderzenie z transportem miejskim w Sjagonie… wróć – Ho Chi Minh. To piękne miasto i z miejsca się w nim zakochałem, ale teraz nie o tym, a o drogach. Co tam się dzieje to masakra. Liczba motorów na metr kwadratowy przekracza ludzkie pojęcie. Zobaczycie zresztą na zdjęciach. Natomiast ja postarałem się zebrać zasady ruchu w 10 prostych przykazaniach.
Pojazdy
1. Znaki drogowe i sygnalizacja świetlna są dla turystów
2. Kierunek jazdy wyznacza większość poruszających się motorów
3. Częste trąbienie zwiększa twoje bezpieczeństwo
4. Parking to przestrzeń pomiędzy budynkiem a jezdnią
5. Szczególną uwagę należy zwrócić na pieszych, którzy mogą wymuszać pierwszeństwo na chodnikach
6. Autobusy mają pierwszeństwo nad samochodami, samochody nad motorami, motory nad skuterami, piesi w butach nad roeramni, rowery nad pieszymi w klapkach
Piesi
1. Znaki drogowe i sygnalizacja świetlna są dla turystów
2. Przez ulicę można przechodzić w dowolnym momencie
3. By przejść przez ulicę należy:
– iść wolno, acz stanowczo
– nie okazywać strachu
– nie patrzeć w oczy kierowcom
– pod żadnym pozorem się nie zatrzymywać
4. Na chodniku szczególną uwagę należy zwrócić na nadjeżdżające i wyprzedzające się motory
Dla mnie sprawdzało się zawsze. Zwłaszcza to przechodzenie przez ulicę, które tu wcale proste nie jest.
Mam nadzieję, że się Wam przyda.