Proszę, kliknij mnie

20111206-183528.jpg

Czasy się zmieniły. Kiedyś sami poszukiwaliśmy treści, teraz to content poluje na nas.

Pamiętam dawne lata z 0202122 i szukanie stron o rpgach, muzyce, cthulhu i wampirach. Dziwne domeny, losowe aktualizacje, skomplikowane adresy zapisywane na kartce to był standard.

Problemem było dotarcie do informacji, że już o wychwyceniu nowych rzeczy nie wspomnę. Rozmaite zrzeszenia stron – webringi – miały co prawda ułatwić sprawę, ale tak naprawdę niewiele dawały. Wyszukiwarki też sobie za dobrze me radziły bo o takich rzeczach jak tagi malarzy keywordy mało kto słyszał i stosował. Wielkim stawało się przez aklamacje. Wystarczył artykuł w prasie, czy też polecenie na ircu lub usenecie i bach – było się centrum czegośtam.

I tak to trwało sobie w spokoju, choć były podejmowane próby zmian. Rozmaite automaty starały się sprawdzić czy jest coś nowego, po czym wysyłały maile. Gdzieś po drodze pokawił się też stosowany do tej pory RSS.

Aż internet trafił pod strzechy. A wraz z nim rozmaite facebooki, twittery i takie tam. Nagle czas stał się najważniejszą walutą w rozrywce.

Po raz pierwszy usłyszałem to podczas premiery Xboksa 360. J Allard z Microsoftu stwierdził, ze jego nowa konsola nie konkuruje z Sony, Nintendo czy PC. Ich wrogiem jest wszystko na co ludzie poświęcają wolny czas.

I trudno się z tym nie zgodzić. Dawniej kupijąc pismo x nie czytało się y. Teraz tak już tak nie ma. Za drobną opłatą mamy dostęp do wszystkiego. Liczy się tylko wolny czas i to, na co go poświęcimy.

Nic więc dziwnego, że to content nas szuka, wpycha się na nasze facebookowe ściany, pojawiansię na twitterze, a appki takie jak Zite same domyślają się, co może nam się spodobać. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze ajfonowy push, który natychmiast wyświetli nam na telefonie, co dzieje sie w okolicy. Z poszukiwaczy informacji staliśmy się ich ofiarami.

Proszę kliknij mnie, lajknij post na moim blogasku, opiszę dla ciebie swoje najbardziej wstydliwe tajemnice. Za cenę 10 sekund internetowej sławy prostytuujemy swoje umysły i dusze.

10 sekund, bo mniej więcej tyle poświęcimy uwagi. Porno zmniejszyło ten okres do 3 min, jutub do 5 sekund. Nie jest super wciągające? To spierdalaj, jest jeszcze tyle contentu.

Liczba stron dąży do nieskończoności, tak samo userzy się nie kończą, jedyne ograniczenie to jak na razie czas.

Ciekawe czy kiedyś stanie sie walutą.

(tak, wiem, ze jest taki film nowy)

Epka Dead Can Dance za darmo

(Fuck, nie działa wklejka z javascriptem… trudno)

Do pobrania tutaj.

O tym, jak bardzo zżyłem się z tym zespołem nie ma co pisać. Odkryłem jeszcze w liceum, szukając czegoś podobnego do Clannadu. I chyba w którym radio tak została zaanonsowana płyta Into the Labirynth, od której się zaczęło.

A potem kupiłem po prostu wszystko co było, włącznie z zapisem VHS z koncertu Towards the Within i później DVD o tej samej nazwie.

Najlepsze płyty? Zdecydowanie Within the Realm of Dying Sun i Into the Labirynth. Zresztą – iTunes, jak zawsze, prawdę powie. Poniżej lista najczęściej słuchanych kawałków:

Na koncercie byłem niestety tylko jednym. Już po upadku zespołu, po którym miało coś się nowego pojawić, ale finalnie nic nie wyszło, choć plotki mówią, że Brendan i Lisa znowu nad czymś pracują. Ale i tak było warto. Mistyczne przeżycie.

Za co ich uwielbiam? Chyba za tę poetykę melancholii, głęboki teksty i przepiękną muzykę czerpiącą całymi garściami z różnych kultur. I za to, że się nie starzeją i zawsze mogę do nich wrócić, choć ich solowe płyty prawie zupełnie mi nie podeszły.

I chyba tyle w temacie. Bo słucham ich niby mniej, ale cały czas są gdzieś we mnie.

Zwodnicza moc ankiet

Och te ankiety. Wystarczy, że napisze o nich jedno zagraniczne źródło i nagle stają się prawdą objawioną. Nie jest ważne ile osób wzięło w nich udział, z jakiej próbki, czy miało to w ogóle sens. Ważne, że Zachód o nich napisał. No i potem te polskie blogaski/sajty przepisują i wysnuwają wnioski. A na sam koniec dodają swoje mocne opinie, które grzebią dane produkty lub wskazują na niesamowite korelacje seksu z czymkolwiek (pralki automatyczne, ajfony itd).

Na szczęście lud internetowy głupi nie jest i często komentuje te rewelacje. Przykład wpadł dzisiaj, gdy jeden z autorów w końcu dotarł do tej prawdy.

Uczulony przez Wasze uszczypliwe komentarze podchodzą z większą dozą rezerwy do wszelkich ankiet i badań, ale tym razem mamy coś względnie wiarygodnego.

I dzięki bogu. Bo często i gęsto jesteśmy sami zdolni zrobić dużo lepsze opracowania i badania. Jasne, nie będzie to socjologiczno doskonałe i nie da prawd objawionych, ale na potrzeby danego medium może być dużo bardziej przydatne niż losowa ankieta z japońskiej strony, w której wzięło udział 200 osób.

No i dodam od siebie, że ankiety są fajne i ludzie je lubią. A że trudniej wymyślić swoją i potem ją opracować, to już zupełnie inna sprawa.

No ale tak to jest w tym polskim internecie, że prościej machnąć copypaste niż coś samemu zrobić.

Fuck You Money – też tak chcę

Z tekstu o Googlu ,Microsofcie i Mozilli autorstwa Tomka G.:

Posłużę się tu słowami mojego kolegi, który tłumaczył kiedyś jednemu dziennikarzowi, co oznacza: „Fuck you money”: wyobraź sobie, że sprzedajesz firmę za kupę kasy. W zasadzie do końca życia nie musiałbyś pracować, ale chcesz, bo lubisz. Zatrudniasz się gdzieś i pewnego dnia przychodzi szef i każe ci robić coś kompletnie bez sensu. Jest twoim szefem, ale w każdej chwili możesz mu powiedzieć: „Odpieprz się”. Bo w razie czego masz za co żyć.

Och chciałbym i każdemu życzę.

Tajemna moc kasety

2D89A2AB-D8AD-4BC4-BDDD-030BA3CE1325.jpg

Kaseta wróciła, stała się modna i hipsterzy natychmiast ją odrzucili. Cykl się dopełnił

Piszę to sobie, bo miała być taka sekcja specjalna na jednym portalu z szeregiem artykułów o kasecie właśnie. I o jej krótkiej historii i o tym jak zmieniła zarówno popkulturę, jak i sposób słuchania muzyki (można wszędzie). Ale wszystko wskazuje na to, że nie będzie, bo kryzys i takie tam, i w ogóle jest ciężko. A jak ciężko, to ja tu, prywatnie pokrótce o planach ambitnych i że zobaczyłem na wiosnę trend, o którym warto napisać coś więcej. Teraz to pewnie po ptokach, ale ku pamięci i budowaniu własnego ego, że oto proszę, w pierwszym szeregu i awangardzie.

Dość tego dryfu, wracając do tematu – miało być o tym, że kaseta wróciła do łask i znowu zaczynają się ludzie (hipsterzy i inni) na niej wydawać, czy też wysyłać „popularnym blogerom” (szisz, jak ja nie lubię tego określenia) swoje nagrania na tymże nośniku właśnie, tak żeby nie dało się tego odtworzyć tak po prostu i trzeba było pokombinować. I to nie tylko w jakimś tam njujorku, ale u nas, swojsko w Warszawie. W całym wielkim powrocie do lat 80 zarówno w muzyce (wszelakie elektrokapele grające i inspirujące się tym, co było 30 lat temu) i w modzie nie mogło zabraknąć kultowego gadżetu tamtej epoki, czyli kasety i walkmana. I zegarka elektronicznego, ale o nich kiedy indziej.

Ba! To wydawanie się na kasetach zaczęło wręcz być już passe, bo wszyscy to robią, jak dowiedziałem się nieoficjalnie od Kurka (taki artysta i znajomy z liceum – gra fajne, wykręcone rzeczy), który owszem, raz się na kasecie wydał, ale potem już przestał bo było za mainstreamowo, czy coś. W każdym razie teraz taka forma promocji musi być dokładnie przemyślana, bo nie wiadomo czy jeszcze załapiemy się na ostatnie fazy fajności, czy raczej zaklasyfikują nas do obciachu i nie zdążenia na pociąg, którym jadą cool ludzie.

Czyli gdzieś w mgnieniu oka pojawił się trend, został łyknięty i na tyle się spopularyzował, że stał się już za bardzo i trzeba szukać czegoś nowego. Problem w tym, że przed kasetą czy też po niej to niewiele sensownych rzeczy się pojawiło. Bo ani magnetofony szpulowe aż tak wygodne nie są (choć zaraz znajdą się pewnie tacy, co będą udowadniać, że tam jest prawdziwa dusza muzyki) a Mini Disk chyba Sony zajebało dokumentnie i nie da się tego nigdzie znaleźć. Nawet „popularni blogerzy” mogli by mieć problem z odtworzeniem.

A sama kaseta każdemu kto ma 30+ dobre się kojarzy. Bo to w końcu młodość i to pierwsze odkrywanie różnych rodzajów muzyki. Punkowe koncerty nagrywane na zdartych taśmach, pierwsze zgrywania techno z CD na kasety, jamniki z tagu, które przegrywały z prędkością x2, kasprzak, grundig i wilga. Umiejętność wykorzystania ołówka do przewinięcia jej do początku i wiedza, że dłuższe niż 90 nie ma co kupować, bo się szybko urwą to kolejne cenne lekcje wyniesione z młodości.

No i nie wolno zapomnieć o słynnym „Tact to nie Takt”, czyli wojny piratów o markę, puszczanie programów komputerowych i gier przez ogólnopolską państwową radiostacje do nagrania ich na kasety, że o wczytywaniu gier na Atari i Commodore nie wspomnę (Paweł Winiarki na Polygamii o tym fajnie napisał – polecam).

Wszystko było nowe, ciekawe i niespotykane. Co więcej – dostępność była mała, więc ludzie z ciekawymi nagraniami byli na wagę złota. Już nie było tak, że sobie posłucham, złapię SoundHoundem co to jest i zaraz kupię w iTunes. O nie. Ludzie, którzy mogli jeździć na zachód (bo mogli i było ich stać) po prostu przywozili nową muzykę, ewentualnie czatowało się na nią w radio.

Masa fajnych wspomnień, co? Nic dziwnego, że 30+ kupują sobie kasetowe gadżety (etui na iPhone na przykład), biżuterię czy koszulki i torby z symbolem kasety.

A przy okazji ma ona coś w sobie. Jej wygląd to zarówno retro, jak i cyberpunk. I w sumie ciekawe, że nigdy żadne kasetopunkowe klimaty nie powstały (tak w serii miały być zamówione odpowiednie obrazki, jak windows 8 na kasetach, wiedźmin 2, czy serwer operujący tym nośnikiem pamięci).

W sumie szkoda, że to nigdy nie powstało. To jeden z tych kolejnych fajnych pomysłów, które pokazują, że od zamysłu do realizacji daleka droga i to, że coś sobie wymyślimy, nie oznacza, że jesteśmy jakoś bardziej. Bo pomysły są tanie i można mieć ich milion. Za to bardzo niewiele z nich finalnie staje się czymś więcej. A ta słitaśna blogonotka jest trochę po to właśnie, żeby jednak coś z tym zrobić. I tak długo się marnowało.

PS Jakby ktoś widział fajne etui na iPhone 4 z kasetą – niech da znać, to co mam się jednak nie nadaje, bo nie ma dziurki na kabel ładujący, przez co trzeba to w kółko ściągać, przez co finalnie etui zaczyna sie słabo trzymać.

PPS A co kolejne? Dyskietka? W sumie jakby dobrze pomyśleć to symbol zapisu, czyli 3,5 calowe FDD może dzisiejszej młodzieży nic nie mówić i być tylko mało znaczącym obrazkiem. A w końcu to też jest kawał historii i wspomnień wartych wyciągnięcia. Może ciuchowi designerzy zaczęli by już robić ciuchy z tym motywem? Ja bym kupił. Serio.

Życie w utworach

Czasami ciężko jest napisać tak po prostu co się dzieje… W każdym razie w 5 urodziny P dostałem od życia prezent w postaci decyzji A. Łatwo się domyślić o co chodzi? Łatwo. No to dalej będzie jeszcze prościej bo utworami.

I tak, też nie lubię jutubowych postów. Ale serio, chyba wprost tego nie chcę pisać, bo i po co. Jak już podejmie się jakaś decyzja, to będzie wiadomo, a ja będę miał taki miły statement, że jest super.

Niech oni biegną, jak Polska do zwycięstwa

Na fejsie wszyscy dzisiaj zachwycają się tym oto wspaniałym dziełem promującym Warszawę. Zapewne już widzieliście, a jeżeli nie, to zapraszam, bo to niezły w ogóle kawał jest.

Pomijając już ogólną badziewność i śmieszność tego filmu fascynuje mnie wizja spotkania kreatywnych, które musiało mieć miejsce przed nim. Jakie hasła padały gdy planowali swój epokowy materiał? „Niech oni biegną, jak Polska do zwycięstwa”? „Niech erekcja tego kolesia dodaje dziewczynie dodatkowej motywacji, zupełnie jak Pałac Kultury Warszawiakom?” Oj wesoło tam musiało być. Zwłaszcza jeżeli dołożymy do tego wizję gwałciciela goniącego ofiarę.

Ale tak naprawdę najlepiej przywalił aszdziennik, pisząc, że film jest plagiatem z pornola, że wpłynęła skarga, zaś film  „obejrzał już wiceprezydent stolicy Michał Olszew” i „rzeczywiście widzi elementy podobne”. I aż szkoda, że nie jest to prawda, bo wtedy byłoby już zupełnie pythonowsko.

Oczywiście z tą reklamówką zupełnie nie ma co porównywać. Bo to przecież dwa różne materiały.

No i chyba nie ma Sprawy

EFB52ECE-0A58-47F2-9779-2A301F6C1CF9.jpg

Sprawa. Spektakl podobno polityczny. Niestety nie zrozumiałem.

Teatr Narodowy to jeden z najlepszych teatrów jakie znam. Przede wszystkim to tam zobaczyłem po raz pierwszy Merlina – jedną z najlepszych sztuk, które było mi dane widzieć przez 30 lat mojego życia (może kiedyś zbiorę się, przypomnę sobie ten spektakl i napiszę coś więcej. Teraz gra go Laboratorium Dramatu, jakby ktoś szukał). To również tam zakochałem się w Snie Nocy Letniej i starałem się objąć umysłem czystego Lyncha w teatrze, czyli Fedrę. Dostałem dawką patosu w którymś Henryku Szekspira i odpływałem przy słuchaniu soundtracku puszczonego w Ślubach Panieńskich (dlaczego edytor wordpressa nie wpuszcza mi dużego ś?).

Nie to, żeby obyło się bez wpadek. Rzeźna numer 5 skończyła się ciężkim alkoholowym zjazdem, bo mój wewnętrzny plebejusz nie wytrzymał napięcia i karmienia go sacrum i niezrozumiałością mroczka. Zwłaszcza, że przede mną siedziała jakaś para typu – starszy mentor i młody padawan, który przyjmował przez całą sztukę dużo mądrości o życiu, sztuce i teatrze z nieśmiertelnym ęmplłą co drugie słowo, co było niesamowicie frustrujące. Podobnie było na Miłości na Krymie, która była też mocno rozczarowująca i Świętoszku, którego nie czytając w liceum głośno skomentowałem „no bez jaj, to już koniec? Skończyła się dotacja z Unii” w trakcie trwania spektaklu, co ściągnęło na mnie gromiące spojrzenia współoglądaczy.

Ale generalnie zwykle jest to teatr pierwszego wyboru, jeżeli szukam sztuki dla siebie. No i w tym roku wpadły mi w oko dwie. Nosferatu – bo wiadomo. Wampiry, Dracula.. niestety nie udało mi się jeszcze zobaczyć. Najpierw była choroba autora, potem chyba nie grali, albo ja nie znalazłem. A w grudniu spektakli już nie ma.

No więc została Sprawa. Dotarłem do niej w dziwny sposób bo z promocji na fejsie. Że dzisiaj konkurs, taniej i w ogóle. Na początku nic mi to nie mówiło, ale szybki googiel przyniósł taki oto opis:

Inspirowany genezyjską filozofią i autentycznymi wydarzeniami z historii Polski, Słowacki napisał najbardziej intrygujący dramat z tzw. okresu mistycznego. Jego główny bohater, Lucyfer, walczy o – jak napisał niedawno Jerzy Axer – miejsce na krzyżu obok, a może nawet zamiast, Chrystusa.

To nie jest dokładnie ten fragment, ale tamtego najzwyczajniej w świecie nie mogę znaleźć. A było w nim jeszcze o Szatanie, sądzie z głową w ręku itd.

No i do tego wszystkiego doszła polityka. Bo jak twierdzi Uważam Rze:

Po mieście krąży plotka: Jerzy Jarocki zrobił PiS-owski spektakl. Tak ponoć po premierze powiedziała wielkiemu reżyserowi sama Maja Komorowska. I nie jest w tej opinii odosobniona. Oburzeni i zniesmaczeni są też inni

Po takich tekstach nie mogłem nie pójść. I poszedłem. I niestety nie zrozumiałem prawie nic. A w zasadzie niewiele. Ale jestem usprawiedliwiony, bo później na RP znalazłem taki oto fragment recenzji:

„Sprawy” nie da się zrozumieć bez lektury „Samuela Zborowskiego” Jarosława Marka Rymkiewicza.

A książki oczywiście nie czytałem.

W każdym razie – wracając do sztuki. Podzielona jest na trzy części, odpowiednio coraz mniej zrozumiałe.

Pierwsza – najbardziej zrozumiała to wizje Słowackiego w malignie. Enigmatyczne, ale też i osadzone w historycznym settingu z Lucyferem, mnichami i dziwnymi rozmowami. Mocno enigmatyczne, ale też i oniryczne i dla mnie jak najbardziej do przyjęcia. Ładnie zagrane i zrobione – aż do przerwy byłem naprawdę zajarany tym, co zobaczyłem.

Część druga to już dziwny początek z baletem przy muzyce Behemota. To już dialog szatana z duchami, gdzie wyjawia swoje plany. Fajne, ale już schodzące bardziej w rozważania historyczno-polityczne, które mnie jakby mniej.

I część trzecia, od której się zaczęło moje rozczarowanie. Na wideościanach puszczony film z pogrzebu Piłsudzkiego, czy też innego Wielkiego Polaka, rozmowa i komentarz aktora, który siedzi w środku. Nie dało się tego nie odnieść do współczesności, Smoleńska i innego pogrzebu. Przetrwałem, ale to nie moja bajka.

Zaś na samym końcu sąd. No i niestety – dużo o historii, dużo mało dla mnie znaczących monologów, mało ważnej treści. Tak akurat na podsypianie.

Jednym słowem, z fajnego gnostyczno-mistycznego konceptu pojawiła się sztuka wymagająca ode mnie wcześniejszego przygotowania, o którym wcześniej nie wiedziałem. I nie podoba mi się to o tyle, że skoro potrzebny jest klucz do jej właściwego zrozumienia, to twórcy powinni mi go wcześniej przekazać.

No chyba, że to miał być test oddzielający plewy od ziarna, na którym odpadłem. Pytanie brzmi tylko wówczas – czy nie dało się tego zrobić inaczej, tak by sztuka była zrozumiała na wielu poziomach, nawet dla osób nie znających aż tak dobrze akurat tego dzieła Słowackego, książki Rymkiewicza i polskiej historii.

Bo po spektaklu połaziłem po wiki. Poczytałem o Samuelu Zborowskim, ale niestety niewiele mi to dało. I chyba w tym tkwi mój problem ze Sprawą. Nie jest to sztuka uniwersalna, przemawiająca na wielu poziomach.

Bo i żadnej PiSowości w niej nie wychwyciłem, ani innych rzeczy, o których pisali recenzenci. Jasne, były odniesienia do współczesnej Polski, ale pozbawione własnej interpretacji, a jedynie stawiające pytania i pokazujące podobieństwa. Oczywiście – fanatycy obydwu stron zaraz sobie dopiszą swoje projekcje na ten temat, ale nie należy się nimi przejmować.

No i tak, jestem rozczarowany, bo spodziewałem się czegoś innego, niż dostałem.

Mam nadzieję, że Nosferatu (jak w końcu uda mi się go zobaczyć) będzie lepszy.

This is waiting

20111204-194522.jpg

Współczesne konsole, a zwłaszcza PS3 robią jedną rzecz źle. Zamiast od razu wrzucać gracza w rozgrywkę każą mu czekać w nieskończoność.

I dzieje się to w zasadzie na każdej platformie, ale to PlayStation 3 opanowało wkurwianie ludzi do perfekcji.

Im jesteśmy starsi tym mamy mniej czasu na granie, ale i też więcej pieniędzy i chęci na kupowanie oprogramowania. No i teraz wyobraźnię sobie następującą sytuację – ma. Na granie 2 godziny czasu. Mam PS3 z wykupionym PSN+ i łącze 10mbit. Wkładam płytkę do konsoli i dostanę w twarz do pobrania łatkę, co będzie trwać „jedyne” 20min.

20 min z dwóch godzin tl dużo, zwłaszcza, że po pobraniu aktualizację trzeba zainstalować, po czym sama gra konfiguruje się i ustawia na naszej konsoli. Łączny czas oczekiwania na możliwość zagrania – ok 40 min. Dramat.

Ja rozumiem, że multiplayer, że cheatowanie, że ulepszenia, ale czy naprawdę nie można graczowi przy pierwszym uruchomieniu odpalić tego pieprzonego singla i zassać wszystko w tle? Bo jak na razie na PS3 wygląda to nieco absurdalnie.

Chciałbym żeby w przyszłej generacji konsol (podobno next year) takie rzeczy się już nie zdarzały. Żeby po wsadzieniu płytki z grą/ściągnięciu jej z internetu zacząć natychmiast grać.

Takie rzeczy jak PSN+ czy WiiConnect24 to powinien być standard , a nie bonusowa płatna usługa.

Bo gracz marnujący czas na na patrzenie się w ekran z paskiem postępu w końcu pójdzie po rozum do głowy i albo kupi konsolę konkurencji, albo zajmie się czymś innym.

Porno z San Fernando Valley

20111204-032835.jpg

Carson City było przedstawieniem, które zrobiło na mnie ogromne wrażenie. San Fernando Valley to niestety odcinanie kuponów.

Obydwa przedstawienian widziałem jakiś czas temu, ale są warte opisania, bo to rzeczy warte zobaczenia. O pierwszym z nich pisałem już na Polygamii, tutaj skupię się na drugim z nich. Tym nieco słabszym.

Ale do rzeczy. Carson City to niesamowicie przedstawiona opowieść o zazębiających sie historiach ludzi w mieście gdzie zainstalowano komorę gazową. Ich losy są ze sobą połączone, opowieść jest spójna, a wątki są połączone i zmierzają do mocnego finału.

Aktorzy w swoje role wczuwają się świetnie (z jednym małym wyjątkiem) a ich alegoryczne przedstawienia niektórych sytuacji (seks, tortury, czy wizje niektórych bohaterów) to mistrzostwo świata. A do tego idzie za tym większy przekaz. Gracze dodatkowo zwrócą uwagę na postać mario i gamifikację jednego z niepełnosprytnych pielęgniarzy. Carson City to jedno z tych przedstawień, które należy zobaczyć.

Po mojej recenzji udało mi się spotakać z twórcami i posłuchać o ich nowym projekcie – San Fernando Valley. Założenia boskie – gry na Atari 2600 i kino porno lat 70. Niestety realizacja aż tak dobrze nie wypadła.

Co bowiem dostajemy? Grę aktorską na podobnym, lub nawet lepszym poziomie i ciekawe, ale niepowiązane ze sobą sceny,

Po Carson City większość zastosowanych tricków jest nam już znana. Zarówno alegoryszne przedstawienia niektórych wydarzeń (nadal boskie), jak i płynne przejścia pomiędzy kolejnymi sekwencjami. Zabrakło jednak spoiwa. Nie nadążalem za historią całości, o ile taka w ogóle była. Poszczególne epizody były super, ale ńie budowały napięcia, jak to miało miejsce w poprzednim spektaklu. Ot kalejdoskop scen związanych z produkcją i życiem branży porno. Fajne, ale spodziewałem się czegoś więcej. Chyba, że bardzo ukrytym założeniem twórców było stworzenie czegoś przypominającego scenariusz porno, gdzie tak naprawdę liczą się tylko kolejne sceny z pieprzeniem i nikogo sens całości nie interesuje. No ale to takie przemyślenie na 3:30 w nocy.

Ach – wątek gier też gdzieś zupełnie wyparował. Nie to, żeby mi ich jakoś strasznie brakowało, ale skłamałbym mówiąc, że na niego nie czekałem.

Ciekawe jest też, że w San Fernando Valley widzimy jeszcze wicęcej wykorzystania multimediów w teatrze. Niektóre sceny są na żywo filmowane kamerą i to jej obraz widzi publiczność, zdarzają się tez dialogi z postaciami na ekranie, czy wizualizacje czytanych listów i wspomnień postaci. I to jest super.

Dobrze tez, że aktorzy zrezygnowali z prób interakcji z publicznością, bo o ile mie jest to wyraźńie zaznaczone w trakcie trwania sztuki, to zwykle się to mie udaje i wychodzi sztucznie. Tutaj mamy dużo lepiej rozegraną scenę z postapokaliptycznym prestidigatorem, który symuluje dialog z widzanimi i nie zmusza ich do niego,

Jednym słowem? Warto, ale osoby, które widziały Carson City mogą być troszeczkę rozczarowane scenariuszem, bo reszta jest świetna. A jeżeli to pierwsza bedzie to pierszwe przedstawienie tego typu to pzostaje tylko serdecznie polecić.

Ja z niecierpliwością wyczekuję kolejnego projektu tej grupy. Bo i zapewne jest na co czekać.

Infotortura

20111203-160904.jpgUzależnienie od informacji i przeładowanie danymi to teoretycznie choroba współczesna. Ha! Wcale nie. Z jednej z wymiany maili (tak, ostatnio piszę oldskulowe maile z treścią i cytowaniem i odpowiadanien pod odpowiednimi fragmentami. Sooo 90’s, czasami aż chcę pry tym słuchać muzyki z walkmana) wpadł mi taki cytat:

Chińska torura sprzed kilku tysiecy lat – odcięcie powiek, nie możesz
spac, nie możesz choc na chwile zamknąc oczu, brak możliwości resetu
zuepłny, ponoc ofiary umierały po 3 tygodniach – te najsilniejsze..

Czad. Uzależnienie od informacji, niemożności wypoczęcia i wyciszenia się – teraz robimy to sobie sami. Stajemy się zarówno infokatem, jak i ofiarą.

No i chyba powoli uczymy się spać bez wirtualnych powiek. A może tak nam się tylko wydaje?

Słowo i Odrodzenie – scenariusze z dawnych lat

Nie wiem, jak wordpress sobie radzi z dodawaniem PDF. Ale kiedyś wziąłem i zeskanowałem swoje dwa stare wydrukowane w MiM scenariusze.

To się podzielę, co mi tam.

Słowo

Odrodzenie

Oczywiście jest tego więcej, ale nigdy nie miałem czasu żeby znaleźć i poskanować. Muszę też sobie przypomnieć ile lat temu to napisałem. Ale „parę” to na pewno. Słowo to w ogóle chyba moja pierwsza wydrukowana przez MiM przygoda. I faaajnie się ją prowadziło. Teraz zapewne napisałbym ją zupełnie inaczej.

Enjoy.

Nowe The Thing nie działa

Obejrzałem prequel do The Thing. Jak ktoś nie wie, że tam jest kosmita, to niech dalej nie czyta, bo i spoilerów trochę zapewne będzie.

Anyways, obejrzałem i tak mnie tknęło, że cała koncepcja nie ma sensu. Pierwszą część widziałem dawno temu i zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Niepewność, izolacja, zaszczucie i idealnie maskujący się skurwysyn z kosmosu dawało sporo emocji. No i te testowanie kto jest kim. Nawet tekst na tę okoliczność zamówiłem, który odnosił się do tej sytuacji. O tu jest (i w ogóle fajny, polecam, tartq dostarsza).

A tam przykład z The Thing:

W tej scenie zarówno widzowie, jak i postacie wiedzą już, że któryś z bohaterów jest obcym. MacReady przeprowadza test, który ma na celu odkrycie tożsamości obcego. Dotykając próbek krwi rozgrzaną igłą, obserwuje reakcję, mającą ujawnić, kto z nich jest obcym. Mamy więc pierwszy etap, czyli suspens. MacReady musi dokonać jakiejś czynności (test krwi) pod presją, nie zdając sobie sprawy z rezultatów […] Nagle krew wyskakuje z pojemnika – zaskoczenie. Trwa to zaledwie ułamek sekundy i sytuacja szybko staje się napięta. Zagrożenie jest już jawne i należy przejść do działania. Zwróćcie uwagę na to, że MacReady nie może uruchomić miotacza, więc napięcie rośnie w miarę postępu sceny. Gdyby zwyczajnie wycelował miotacz i wypalił, scena miałaby fatalny finał po tak genialnym wstępie.

No i to wszystko jest super fajne, zwłaszcza, że w pierwszej części ten kosmita z tego co pamiętam, to był dopiero pod koniec.

A w nowej wersji? Już na starcie widzimy gigantyczny statek kosmiczny i coś, co jest zakute w lodzie. Ale ja nie o tym, bo to w sumie prequel i każdy wie, na co idzie do kina.

Ja o czymś innym, O samym bad guyu, czyli dużym wirusie z kosmosu. Bo jest w filmie taka scena, kiedy on czyha na naszą bohaterkę w swoim statku uruchamia go i w ogóle. I moje pytanie brzmi – jak. Skoro przez cały film pokazywana nam jest istota, która z inteligencją ma mało wspólnego i generalnie chce wszystkich zeżreć, to w jaki sposób operuje ona tym pojazdem? Jakoś przez całość trwania filmu nie wykazała się żadnymi zdolnościami technicznymi wykraczającymi poza nasze ludzkie możliwości. A tu nagle pod koniec – ho ho – polecimy sobie w kosmos.

Zresztą już samo gananie się z laską po statku i ropirzanie wszystkiego po drodze jakoś kłóci mi się z ideą gwiezdnego podróżnika, który chce sobei gdzieś polecieć. Bo latając po korytarzy i rozbijając głową ściany istnieje spora szansa na zniszczenie jakiegoś ważnego kabelka.

Wolałbym inny scenariusz. Innego zarażonego obcego, który rozbija się na ziemi w oddaleniu od wszystkich i wrzuca się głęboko pod lód, żeby nikt się już nie zaraził, żeby raz na zawsze to cholerstwo zniszczyć zanim go pochłonie. Jakoś ten scenariusz mi się bardziej podoba i chyba był on zastosowany nawet w Aliensach. Albo w drugim filmie, albo w książkach po.

Nie miałoby to więcej sensu? Choć pewnie zaraz się w jakiejś fanowskiej wiki okaże, że jest na to jakieś sensowne wyjaśnienie, tylko przegapiłem 16 klatkę w 3 minucie, gdzie było widć coś, co tłumaczyło wszystko, albo też brakuje mi wiedzy z jakiegoś fanfika.

Pffff.

A może trzeba po prostu coś robić drogi fandomie?

O tych złych młodych, co to nie chcą czytam od dawna. Ba, często i gęsto byłem jednym z nich. W końcu załapałem się na clash kulturowy pomiędzy graczami RPG a czytaczami starej dobrej SF.

Jedni nas nie chcieli, myśmy trochę mieli ich gdzieś, poza paroma walczącymi jednostkami. Wesoło było.

Ale i też cała ta przepychanka sprawiała, że trzeba było poznać i dowiedzieć się o czym Oni w zasadzie mówią, żeby nie dostać w pysk za mocno podczas flejmu na usenecie i nie dać się zepchnąć do narożnika.

Więc się czytało. A teraz podobno już nie. Sedeńko na swoim blogasku polemizuje z jeszcze jednym autorem. No i tam taki fragment.

Młodzi czytają dzisiaj innych autorów, ze swego pokolenia i oni są dla nich guru. Ci nowi piszą to, co już w fantastyce było, ale że ta generacja nie zna klasyki, więc tego nie widzi. To trzeba im pokazać. Więc dobrze, że Fabryka robi te antologie, bo jak się komuś spodoba Ellison, czy Cadigan, to zacznie szperać i sięgnie po moje książki.

No więc ja od razu powiem, że po tę antologię bym nie sięgnął, gdyby ktoś mi jej nie polecił. Czas na rozrywkę skrócił się ludziom drastycznie i bez dobrych rekomendacji nie wiem, czy znalazłbym czas na kupowanie i czytanie książek w ciemno, jak kiedyś mi się to zdarzało. Mam swoich autorów, którym ufam, mam ludzi, których rekomendacji słucham. Jak wszyscy zresztą.

Nikt nie wiem, że „Ci nowi piszą to, co już w fantastyce było” – może więc należałoby im to pokazać? Fabryka Słów ma swoją stronę? Zapewne ma. Może to na niej powinny pojawiać się fajne opracowania mówiące dlaczego daną antologię warto poczytać i że tam dowiem się, jak wtórne są aktualne pomysły? Parę przykładów na zanęcenie i wio. Mnie by zaciekawiło. Zwłaszcza gdyby taki tekst znalazł się też w tej antologii (być może jest, nie wiem).

Jakbym ja miał taki problem, to takie coś bym właśnie zamówił. Albo poprosił zaprzyjaźnione redakcje o napisanie tego w ramach świadczeń czy też wsparcia redakcyjnego.

Brakuje tu roli edukacyjnej, forum do wymiany poglądów, jaką pełniła kiedyś „Fantastyka”. Dzięki niej wszyscy znali wypowiedzi, eseje, publicystyką Jęczmyka, Oramusa i innych. Potem zostali tego pozbawieni (może i dlatego, że redakcja pozbyła się tak znakomitych publicystów, straciła zaufanie czytelników?). To są, Krzysztofie, nazwiska nieznane młodemu pokoleniu.  Na wspomnianym Falkonie spotkanie z Peterem Wattsem zgromadziło ledwie kilkunastu czytelników, tymczasem prelekcja na temat seksu w średniowieczy wypełniła salę po brzegi, a prelegent był w wieku słuchaczy.

Well, coż można rzecz – dobry tytuł i temat zawsze przyciągnął większą publikę i nie ma na co tu narzekać. Zresztą na poziom i jakoś konwentowych prelekcji narzekałem już dawno. Dużo tu winy zarówno organizatorów, jak i samych prelegentów.

W każdym razie – zmierzam do tego, że jak wydawcy brakuje takich rzeczy, to w ramach swojego PR powinien o nie zadbać. Nie jest to jakoś strasznie trudne i kosztowne do wykonania, a na pewno przyniosłoby pożytek wszystkim.

PS A tak btw. – Drogi Polterze, ja nie mówię, że macie na serwisie tworzyć jakieś wiekopomne dzieła, ale jak na razie wasza redakcja jest słabsza od połączonego feedu twitterowego z linkami. Może czas na ludzi, którzy mają jakąś opinię, a nie umieją jedynie zalinkować niusa?

Bujanie w chmurach

20111201-190627.jpg

Chciałbym już żyć w chmurze. Nie chce przejmować się backupami, synchronizacją, przenoszeniem danych i resztą tych cudowności.

Tyczy się to zarówno komputerów, jak i konsol. Długo dziwiłem się, że ani MS czy Valve nie zaoferowali odpowiednich rozwiązań. O Sony i Nintendo nic nie mówię, bo tym pierwszym na początku zwykle nie wychodzi, a ci drudzy żyją tak z dekadę do tyłu.

A przecież problem istnieje i każdy kto przyjdzie kiedyś grać do kolegi zauważa subtelną różnicę pomiędzy posiadaniem danego trofeum, a konfiguracji i save’a do gry. Są niby pierwsze jaskółki – ale oczywiście mój wykupiony PSN+ już nie daje sobie rady z trzymaniem sejwów do tych 8 gier, które na niego wgrałem, bo jest za mało. No ale wiadomo – Sony. This is living. Przynajmniej samo ściąga łatki i aktualizacje, co jest miłe.

To wszystko też bierze się stąd, że przestałem być mentalnie adminem i mogę już z czystym sumieniem płacić komuś, by wykonywał prace, które co prawda mógłbym sam zrobić, ale mi się nie chce.

Po części też stąd wziął się umnie wybór Apple jako głównego dostawcy rozwiązań. I mimo, że Mac OS X żre dysk na swap jak głupie, że zdarza się mu działać koszmarnie wolno przy operacja u dyskowych, a czasami nawet ordynarnie zwiesić, to nie zamierzam się przesiadać. Wygoda przenoszenia danych pomiędzy nowymi makami plus Time calsule robi swoje. No a do tego wspólne zasoby z ajfonem i ajpadem. To po prostu działa i wiem, bo używam (mimo, że szczerzę muszę dodać, że nie rozumiem, dlaczego iPad i iPhone nie dzielą ustawień aplikacji i sejwów gier. Mam TĘ SAMA aplikację na dwóch sprzętach synchronizujących się z JEDNYM kompem i nie, nie mogą sobie przenieść wszystkich danych… to jest chore)

Nie interesują mnie flejmy o to gdzie jest lepiej. Od dawna nie widziałem i nie pracowałem na windowsie (na desktopie), android za bardzo kojarzy mi sie z linuksem i w zasadzie jedyna opcja na zmianę byłoby dostanie telefonu z Windows Phone 7. Pomijając już fakt o koszcie przeniesienia tam odpowiednich aplikacji z iOS i ile to by kosztowało, co jest tematem na osobną notkę.

Do szczęścia brakuje mi dobrej chmury. Owszem, mam i używam dropboksa, staram sie synchronizować z iCloud. Problemem jest jak zawsze miejsce i funkcjonalność.

Co musiałaby robić moja wymarzona usługa? Po pierwsze backupowac moje backupy (z pewnych rzeczy nigdy sie nie wyrasta, jak raz zostanie sie adminem), Londynie backupować moje sprzęty, ale w sposób inteligentny.

Bo skoro mój telefon i tablet lwią część rzeczy ma tożsamych z komputerem, to dwa razy wygrywać ich nie potrzeba. Wystarczy sprytne linkowanie i sprawdzanie sum kontrolnych, czy mówimy o tym samym pliku.

Po trzecie też chciałbym priorytezować w prosty sposób synchronizację. Dokumenty nad ltórymi pracuję z innymi powinny zmieniać się w czasie rzeczywistym, kolekcje mp3 niekoniecznie.

No i oczywiście dostęp ze wszystkiego co ma ekran i jakąś formę klawiatury. W końcu po to nam to bujanie w obłokach, żeby wgrany na kompa film obejrzeć w autobusie, a przypadkowo skasowany plik odzyskać u kolegi, czy też po prostu odpalić konsolę i kontynuować dalej swoją grę, tam gdzie jest ostatni save.

W zasadzie to dopiero teraz wpadłem na to, że dla większej internetowości trzeba to było zawrzeć w punktach i dać tytuł X rzeczy, których chce od chmury. Well, next time Gadget, next time.

Na koniec jedna ważna rzecz – ja mogę za to rzecz jasna płacić, ale za realnie używane gigabajty. Zresztą nie miałbym nic przeciwko usuwaniem duplikatów u userów i trzymaniem fizycznie tylko jednej kopii pliku, jak to kiedyś robił dropbox.

A póki co bujam się pomiędzy dropboksem i przepełnionym iCloudem i zastanawiam się skąd Apple wzięło swoje ceny na tę usługę. Bo na pewno musiała za tym stać jakaś sprytna strategia (głupi user i tak kupi), nie?

Kiedyś ktos dostarczy tego, co chcę i świat na powrót stanie się lepszym miejscem. A może już jest takie rozwiązanie, a ja o nim po prostu nie wiem? Ale takie, które po prostu działa i jest user friendly, a nie wymaga ode mnie studiowania manuali do 4 kolejnych programów i pisania skryptów.

I nie, nie boję się, że ktoś zobaczy jakie porno oglądam. I tak już wiedzą. A poza tym to chyba nie jest jakaś szczególnie ciekawa wiedza.