Odnośnik

Czy to oznacza, że nieuchronnie zbliżamy się do ery cyborgów? Dziennikarz Piotr Gnyp przekonuje, że ludzie już powoli stają się cyborgami. – Chodzi np. o modyfikację pamięci, która działa współcześnie zupełnie inaczej. Nie pamiętamy numerów telefonów, bo mamy je w smartfonie, na którego patrzymy tuż po przebudzeniu się; nie pamiętamy tras, bo specjalne mapy też mamy w smartfonach – mówił gość Gabrieli Darmetko.

Czy transhumanizm nas odczłowieczy? – Trójka – polskieradio.pl.

„Doniesienia z Krymu, jak początek Call of Duty”

Czytam na Twitterze tytułową refleksję jednego z dziennikarzy dotyczącej sytuacji na Ukrainie i mam wrażenie, że gdzieś to już widziałem, słyszałem, a nawet pisałem. Czuję się wyjątkowo, bo wbrew powiedzeniu Lema „Nikt nic nie czyta, a jeśli czyta, to nic nie rozumie, a jeśli nawet rozumie, to nic nie pamięta” – właśnie pamiętam.

Było i o tym, że wojna w grach wygląda już jak ta rzeczywista. Że czytając relację możemy nie załapać, że to nie intro, a rzeczywistość. No i że niektóre wydarzenia już przerabialiśmy na ekranie monitora.

Rok 2010, na łamach Polygamii, której wówczas byłem naczelnym opisuję sztukę: „Po lewej stronie ekranu widzimy rzeczywisty zapis różnych akcji wojennych z Iraku, które pojawiły się na stronach Wikileaks, po prawej fragment gry wideo Call of Duty: Modern Warfare. Dźwięk jest zmiksowany i puszczany na przemian z obydwu wideo.

Co chce nam przekazać artysta? Jak sam mówi o swoim dziele: „pokazuję, jak moja generacja ogląda wojnę. Od pierwszych surrealistycznych i ziarnistych czarno-białych przekazów telewizyjnych, aż do hyperrealistycznych i ostrych obrazów z gier wideo, przy których dojrzewają Amerykanie”. Bricker w wywiadzie dla LA Times dodał też, że chce być katalizatorem dla rozmów. „Oczywiście mam też swoje cele polityczne, ale chcę dać ludziom miejsce na dyskusje i rozmowy, zamiast wykładać swoją wizję”

Praca znalazła się w 25 najlepszych nagraniach wybranych przez Muzeum Guggenheima w konkursie YouTube Play.”

A jeszcze wcześniej? Rok 2008 – Rosja atakuje Gruzję. Nie, nie w grze, wtedy to działo się naprawdę. Chociaż… „Jest rok 2008. W Rosji do władzy dochodzą ultranacjonaliści, którzy zamierzają spowodować odrodzenie potęgi Związku Radzieckiego. Rosyjska machina wojenna kieruje swoją agresję w kierunku byłych republik radzieckich. Czołgi przekraczają granicę rosyjsko-gruzińską. Cały świat wstrzymuje oddech. Wojna.” – pisze autor niusa na Gry-OnLine. „Taki wstęp zaserwowała nam w 2001 roku w grze zatytułowanej Tom Clancy’s Ghost Recon firma Red Storm Entertainment. Co prawda, póki co Rosjanie jeszcze nie wyciągnęli rąk w kierunku Ukrainy i Białorusi…” – dodaje.

Rok 2014, teraz – „Jak podaje – powołując się na własne źródła – agencja Interfax, rosyjscy żołnierze zajęli lotnisko wojskowe w Sewastopolu na Krymie.” – to nagłówek na wyborcza.pl.

Idę włączyć Call of Duty.

Drodzy gracze, myliłem się – macie się czego bać

tumblr_lrasqvCM5o1qgixvio1_1280

Och jakże prosto było pomyśleć o nich jako oszołomach i śmiać się z wówczas głupich argumentów. „Mogą nas szpiegować” – pisali. „Nie bez powodu wszędzie są te kamerki, Microsoft i CIA wiedzą co robią” – a ja mówiłem sobie w myślach – jasne, na to pewno o to chodzi.

Zauważyliście, że w zasadzie każde urządzenie ma teraz kamerę? Och, powiecie – też mi blogerska rewelacja, przecież to się dzieje od lat. Jasne, tak, zgodzę się. Ale teraz zmieniło się co innego – wskaźnik, kiedy jesteśmy nagrywani. Po raz pierwszy zwróciłem na to uwagę jeszcze za moich agorowych czasów. Robiłem wówczas reportaż o nowym telewizorze Samsunga. Wszystko było pięknie – wymienne bebechy, rozdzielczości i przekątne. A do tego sterowanie gestami i głosem.

Tak była tam kamerka. Ale nie zwróciłem na nią uwagi, gdyż nie było przy niej żadnej diodki, która sygnalizowałaby fakt, że jest ona włączona. Przypomniałem sobie szybko, że przecież coś analogicznego pojawiło się już dawno temu w książce 1984 George Orwella. Tam telewizory służyły do tego, by obserwować obywateli. 28 lat po wydarzeniach z książki Samsung pomysł ten wprowadził w życie.

1984 na żywo

„Nie rozumiem o ci chodzi” – tłumaczył mi wówczas prezentujący telewizor PR-owiec. „Owszem, możesz dzięki specjalnej  oglądać, co się dzieje u ciebie w domu, ale przecież nie oznacza to, że Samsung też to będzie robił. Przecież my mamy standardy!”. Uwielbiam gdy ktoś mówi mi o moralności i standardach korporacji, ale nie miałem ani sił ani ochoty by się o to jakoś specjalnie wykłócać. Nawet informację, że hakerzy nie będą mogli oglądać jak siedzę nagi i smaruję się musztardą podczas oglądania „Jak oni śpiewają”, bo przecież system zabezpieczony jest loginem i hasłem.

Informacje o złamaniu zabezpieczeń pojawiły się kilka miesięcy później.

Patrzę na gadżety w moim posiadaniu. Większość z nich, jeżeli nie wszystkie mają kamerkę. Wszystkie mają dostęp do internetu, praktycznie żaden nie pokazuje kiedy kamera nagrywa. Żeby mieć absolutną pewność, że nikt mnie aktualnie nie podgląda muszę wyłączyć WiFi (bo przecież kabli już nic nie ma, też nie widać kiedy coś jest podpięte, a kiedy nie), uwierzyć na słowo, że nie ma żadnej karty z dostępem po 3G i zakleić obiektyw kamerki. Inaczej cholera wie, co tam się dzieje. Skoro LG mogło wysyłać do centrali nazwy plików z wkładanych do swoich urządzeń pendrive’ów, to czemuż by też i nie nagrywać tego, co widzi telewizor. Bo co, nieładnie?

Podglądam cię

Siedzę sobie i myślę o tych dyskusjach, które pojawiły się przy premierze nowych konsol. Pamiętacie, jaka była jazda z powodu obowiązkowego Kinecta przy każdym Xbox One? Był w każdym zestawie, konsola bez niego nie działała. Wówczas lamenty graczy mówiących, że Microsoft do spółki z CIA będzie ich podglądać klasyfikowałem jako podwyższone stany paranoiczne. Myliłem się. To oni mieli rację. Jest się czego bać.

A wszystko to w związku z nowymi rewelacjami, które ujawnił brytyjski Guardian.

303180-good_tin_foil_hat

Angielska agencja szpiegowska GCHQ, według nowych rewelacji przekazanych przez Snowdena, miała podsłuchiwać rozmowy prowadzone za pomocą komunikatora Yahoo. Dotyczyło to zarówno czatów tekstowych, przechwytywane były też rozmowy głosowe i wideo. Program OPTIC NERVE wyszukiwał ludzi o imionach i ksywkach podobnych do poszukiwanych podejrzanych, przestępców i terrorystów. Podczas swojej co najmniej dwuletniej działalności pracownikom agencji pokazane zostały prywatne konwersacje. Jako ciekawostkę dodam, że około 11% z nich dotyczyła seksu i można było sobie pooglądać na nich różne takie sceny i zdjęcia.

Trochę śmiesznie, a bardziej strasznie, co? Zwłaszcza, że z dokumentów wynika, że program miał być rozszerzony o Kinecta. Z niewiadomych powodów nie został. Albo działa nadal, tylko o tym nie wiem. Cholera wie.

W 2010 Kinect to było tylko akcesorium, w 2014 jest on dokładany do każdego Xbox One. PlayStation 4 też ma kamerkę. Co prawda nie jest ona wymagana do działania konsoli i nie ma jej w każdym zestawie. Ale za to też nie widać kiedy jest włączona i nagrywa.

„Snowden pokazał,że nie dość, że im się chce, to podglądają absolutnie wszystko, co mogą i wszystkie spiskowe teorie okazały się prawdą. A nie fantastyką rodem z Bonda.” – mówi mi w rozmowie znajomy.” – nie sposób się z nim nie zgodzić. Nie wiem, kiedy uwierzyliśmy, że internet to miejsce wolności i swobody. A zwłaszcza ten, z którego korzystają nasze gadżety. Bo wiadomo, komputer to nam mogą szpiegować, ale  przecież te komórki i konsole do gier, to komu by się chciało.

Błąd. Chcą, mogą i będą.

AKTUALIZACJA: Nie uwierzycie, ale Microsoft stwierdził, że nic o tym nie wie, o programie Optic Nerve nie słyszał, a tak w ogóle to jest przeciwny szpiegowaniu.

„Przewyższacie mnie mądrością, ale ja was uczciwością”

Byłem bardzo niepocieszony faktem, że muszę wychodzić z Konika Garbuska. Z jakiegoś powodu sztuka przeznaczona dla widzów od lat trzech nie podeszła mojemu pięciolatkowi, a bardzo spodobała się mi. Może dlatego, że była bardzo życiowa i kazała mi myśleć o Ukrainie, a nie miała nic a nic z w sobie z bajkowej ekonomii.

Wiecie na pewno o czym mówię. W baśniach to ten trzeci syn – idiota – zdobywa rękę księżniczki, złote runo czy łaskę cara. Bycie mądrym staje się analogiczne z byciem złym i wyrachowanym. Do dobra zdolny jest tylko naiwny głupiec. Smutny to obraz, a w bajce podkreślony dodatkowo następującym cytatem

Już od dawna rzecz to znana,

Że skarb trafia do bałwana

Skarbem są przepiękne konie, które mądrzy bracia postanawiają głupiemu bratu podprowadzić i sprzedać z zyskiem carowi. Wania odkrywa ich zamiar, dogania i zwraca się do nich w te tytułowe słowa „Przewyższacie mnie mądrością, ale ja was uczciwością”.

I o tej uczciwości będzie. Że jak się nie ma nic do powiedzenia, to raczej powinno się siedzieć cicho. Bo nie zawsze na każdy temat należy mieć zdanie. Zwłaszcza gdy brakuje wiedzy.

Staram się nie pisać o polityce, nie popieram partii ani ludzi. Staram się wspierać idee. I wiedzieć cokolwiek o sprawie w której zabieram publicznie głos. Wierzę, że siedzenie cicho i słuchanie, co mają do powiedzenia inni to czasami najlepsza opcja. A dodatkowo dająca czas do wyrobienia sobie własnej opinii. Inaczej można skończyć jak blogerka modowa, która zabiera się za temat Ukrainy.

Od razu zaznaczam – nie mam zadania. Nie wiem, który miał być ten dobry? Janukowycz czy Juszczenko? Nie wiem, jakie były negocjacje Ukrainy z Unią, nie wiem, co było po Pomarańczowej Rewolucji, która wcale tak dawno temu się nie wydarzyło. Nie pamiętam, za co siedzi Julia Tymoszenko. Nie mam zadania w sprawie obecności tego kraju w Unii. Nie wiem, co się nam bardziej opłaca. I nie, nie chwalę się swoją ignorancją.

Nie zmienia to jednak faktu, że przeraża mnie, iż kilkaset kilometrów od Warszawy na ulicach dużego miasta dochodzi do rzezi. Niepokoi, że musi zginąć kilkadziesiąt osób by międzynarodowe instytucje, których mój kraj jest częścią zaczęły coś robić. To nie są kraje arabskie. To nie Wenezuela położona na odległym kontynencie, to się dzieje tu i teraz. Obok.

No ale to chyba ludzkie. Normalne.

Okazuje się, że można i inaczej. Można napisać albo o social media albo o modzie. „Oczywiście na początku zastanawiałam się, jak mam się ubrać, idąc na Majdan. Wiesz, takie typowe rozterki fashionistki. Później zdałam sobie sprawę, że najważniejsze przecież, żeby było mi ciepło. Termiczna bielizna Uniqlo, którą niedawno kupiłam, okazała się wprost idealna na Majdan, a nie – jak wcześniej myślałam – wypad na narty w Alpy” – to tylko pierwszy z rozbrajających cytatów mierzącej się z problemem blogerki modowej, której próżność podpowiadała, że roznoszenie kanapek nie jest odpowiednie dla kogoś o jej pozycji.

Zerkam dalej i widzę,  podobne problemy. Kolejny autor narzeka, że walk o wolność jest „tak dużo, że po prostu się znieczulamy, a zainteresowanie się sprawą wymaga wysiłku, choćby zrozumienia, o co się walczy i na czym polega cała sprawa”. A media mu nie pomagają, bo znieczulają. Rozumiem, że wysiłku do zrozumienia autor nie chce, po co więc to pustosłowie? Bo to modna fraza? Popularne hasło? A może należy zabrać głos, za wszelką cenę, nawet jak się nie ma nic do dodania, poza tym, że oj, nie robią mi te obrazki, bo dużo takich już było. Na szczęście z Wenezueli, gdzie też podobno leje się krew już żadnych nie ma.

Rewolucji nie będzie - to nadal aktualne

Internet jest pojemny, zmieści się w nim dużo treści. Nawet tych o niczym i o tym, że to źle, że są treści o niczym. Ważne, żeby zabrać głos teraz, póki się klika.

No więc ja tak nie chcę. Może to niemądre, ale wydaje mi się po prostu uczciwsze. Nie znam się, to się nie wypowiem. Popiszę sobie o tych grach, technologiach czy kulturze, roztrząsanie o tym, kto zostanie prezydentem, premierem i jaka powinna być ta Ukraina zostawię tym co się znają.

Korzystam ze swojego prawa do siedzenia cicho.

Zakochałeś się kiedyś w Larze Croft?

world-of-warcraft-wedding-1

 

Nie zakochałem się nigdy w postaci rodem z komputera. Czy było blisko? Chyba też nie, bo gdzieś tam zawsze wiedziałem, że to tylko gra i emocje z nią związane. Co by jednak było gdybym na swej drodze spotkał nie komputerowy algorytm a innego człowieka ukrytego za cyfrowym awatarem?

Miłość w cyfrowym świecie to skomplikowane zagadnienie. Znikają jej fizyczne aspekty takie jak cielesność czy odległość. W zamian za to dostajemy cały pakiet nowych problemów i zagrożeń.

I o tym właśnie mówię w audycji, której nagranie zamieściłem poniżej.

[audio https://dl.dropboxusercontent.com/u/206074/audio/0_ZET_Gold%2015%20luty%202014%2007_43_53.mp3]

Internetowe biuro pogrzebowe

facebook-death

Nigdy nie poznałem Sentiego osobiście. Zawsze był dla mnie tylko ciągiem znaków na ekranie. Dużo się kłóciliśmy na usenecie, potem gadaliśmy razem na IRC-u, by finalnie razem projektować serwis, który w przyszłości stał się Polygamią. Jego śmierć była dla mnie, jak i dla wielu, szokiem. Do tej pory mam go w znajomych na PSN.

Problem w tym, że nie mamy jeszcze tego Internetu i cyfrowości oswojonej. Brakuje nam rytuałów, swoistego przewodnika co i jak robić w cyfrowym świecie. Ebook to taki sam prezent jak książka, a jakoś nie za bardzo wiem, jak go dać komuś w prezencie. Sam mail to za mało, jest jakiś taki bezosobowy. Brakuje też fizycznego przekazania, zdejmowania opakowania i innych rytualnych czynności. Póki co, najlepsze co wymyśliłem, to kartka świąteczna z kodem do pobrania. Ale to tylko proteza, bo nadal pojawia się jakiś fizyczny odpowiednik, zupełnie niepotrzebny w cyfrowym świecie.

Prezenty to tylko mały wycinek problemu. Dużo większym wyzywaniem są tematy trudne – jak chociażby śmierć. Co wtedy zrobić? Jak się zachować? Można sobie robić oczywiście nieprzystojne żarty i namawiać znajomych by pośmiertnie straszyli w naszym imieniu znajomych, przekazując im wcześniej hasła do naszych kont na Facebooku itp. Ale ja nie o tym. W sumie to nadal nie wiem jak zachować się w stosunku do zmarłych w internecie.

A temat nie jest już nowy. W zasadzie pojawił się wraz z rosnącym zjawiskiem spamu. Automaty zbierały adresy emailowe z grup dyskusyjnych i wysyłały w ich imieniu niechcianą pocztę. kiedyś dostanie elektronicznego listu od zmarłej osoby było szokiem, Teraz nie dziwi. Wiemy, że ludzie umierają. W świecie fizycznym mamy to ograne. Pogrzeb, złożenie do grobu, podział pozostałego majątku podług testamentu bądź prawa. A świat cyfrowy? Nie wiadomo. Nadal brakuje rytuału.

Czy rodzina bądź bliscy powinni do facebookowego tajmlajnu wpisać „wydarzenie z życia” – śmierć? Jesteśmy przyzwyczajeni, że w sieciach społecznościowych mówimy głównie o sukcesach. Jak w to wpisać śmierć? Jest się czym pochwalić? Czy powinno się to lajkować? Czy można być znajomym ze zmarłym? A może usunięcie go ze znajomych to brak szacunku? Same dylematy. Choć jakoś sobie zaczynamy z nimi razić. Senti z początku mojej historii nadal figuruje w moich znajomych. A badania wskazują, że znakomita większość z nas robi podobnie.

Nasi znajomi to zarówno zmarli, jak i żywi. W cyfrowym świecie nie ma segregacji. Profile i awatary nie znają pojęcia śmierci. Możemy oglądać ich zdjęcia, patrzeć na przeszłe wydarzenia, a jak mówią badania, nawet pisać do nich. Badania wskazują. że takie rozmowy, czy też w zasadzie pisanie do awatara zmarłej osoby mogą pomóc poradzić sobie ze stratą.

„Profil moze być przekształcony w pomnik” – mówi mi w rozmowie Joanna – znajoma dziennikarka zajmująca się nowymi technologiami. „Jest zamknięty, nie można komciowac, znajomi widza to co widzieli, obcy widza to co publiczne” – dodaje. Ale, jak sama mówi proces przekształcania jest skomplikowany (zerknijcie na ten formularz). I prawie nikt o nim nie wie, tak samo jak o specjalnych internetowych cmentarzach. Niby są, ale nikt nie wie po co. W każdym razie ja nie wiem. Większość z Was zapewne też. A przecież umrze kiedyś każdy z nas.

Może więc internetowy dom pogrzebowy to nie jest taki zły pomysł na biznes?

Twój komputer cię nie pokocha, bo i niby dlaczego by miał?

spike-jonzes-her-movie-review

Trudne randki z komputerem to dopiero początek. Nie wiadomo kiedy przyszła do nas przyszłość i stała się naszą szarą teraźniejszością. Żyjemy w świecie marzeń – mamy internet w powietrzu, możemy odkrywać nieistniejące światy i spełniać mokre sny surrealistów z początku XX wieku. Ok, może nie jest aż tak odjechanie jak w Blade Runnerze, ale przynajmniej możemy machać łapami przed Kinectem, jak w raporcie mniejszości.

Tylko te komputery i SI to nas nie będą kochać. Już raz o tym pisałem – a teraz możecie posłuchać, jak o tym mówię.

Pokaż swojemu dziecku, jak przegrywa prawdziwy facet!

Och my wspaniali faceci -ojcowie, alfy i omegi, dla których nie ma rzeczy niemożliwych. W domu albo nie mamy czasu, albo jak ten bóg miłościwy pochylamy się nad problemami dziecka by z uśmiechem i bez problemu je rozwiązać.

I skąd nasz mały synek/córeczka ma się nauczyć jak radzić sobie z przegraną, frustracją czy zwykłym ludzkim wkurwieniem? Jak ma nauczyć się przegrywać, nie poddawać się i próbować dalej? Przecież pomiędzy przedszkolem a wspólną zabawą/rodzice są zmęczeni w życiu nie będzie miało okazji poobserwować nas w takiej sytuacji.

Chyba, że zaczniemy z nim grać w gry wideo. I o tym między innymi mówię w audycji w Radio PIN. Miłego słuchania.

Historia pewnej marynarki

Dokładnie trzy lata zajęło mi zrealizowanie tego pomysłu. Czyli – wziąć najbardziej kanoniczną bluzę dresową, oderwać od niej rękawy i wszyć do eleganckiej marynarki. Design wydawałoby się prosty, ale zawsze na drodze stawało mi coś… A to nie było odpowiedniej marynarki w ciuchlandzie, a to akurat bluz nie było czy w końcu cała zabawa robiła się za droga. Musiałem wyjechać do Tajlandii, żeby się udało.

Khao San to jedna z ulic turystycznej części Bangkoku. Są tam dziesiątki barów, salonów z tatuażem, sklepów z tanimi ciuchami, straganów z bransoletkami i naganiacze pracujący dla krawców.

View this post on Instagram

Lejemy dużo wody, nie sprawdzamy dowodów

A post shared by Piotr Gnyp (@toread) on

Zaczepiają prawie każdego pokazując katalog Bossa i wołając – hej mister, niska cena, markowy garnitur, chodź! Po kilku odmowach w końcu stwierdziłem – czemu w zasadzie nie – i za jednym z nich poszedłem.

Oj ciężko było krawcom zrozumieć mój koncept. Chcieli go ugrzecznić, sami uszyć rękawy czy też podbijali cenę mówiąc, że to niemożliwe. W końcu jeden z nich, bodajże czwarty czy piąty w kolejce zgodził się na mój plan i podał sensowną cenę. Ustaliliśmy, że to ja wybieram bluzę, on robi resztę.

Nie byłem pewien efektu. Pomysł był na tyle zwariowany, że liczyłem się z możliwością porażki. Ale za 200zł warto było zaryzykować. Efekt możecie zobaczyć powyżej. Mi się podoba BARDZO. Krawiec również był niesamowicie dumny ze swojego dzieła.

A droga powrotna do hotelu to było dopiero coś. Zatrzymał mnie dosłownie KAŻDY krawiec na Khao San z pytaniem gdzie to kupiłem i za ile. Gdy mówiłem, że to uszyte na zamówienie od razu pytali u kogo. Badali materiał i sposób uszycia. Przez chwilę stałem się atrakcją dla tubylców.

Jeżeli więc zobaczycie więc taki design, to wiedzcie, że byłem pierwszy. A co!

PS Spodnie też zamówiłem i też nie są do końca normalne. Jak przyjdą, to też się pochwalę.

Jakie pierwsze trofeum, taki cały rok

Wyjątkowo późno w tym roku zaczynam zabawę w noworoczne growe wróżby. Pamiętacie jeszcze tę wymyśloną przez Jakuba Kowlalskiego z Zagraconycych zabawę? Nie? Nic nie szkodzi – już tłumaczę. Patrzymy sobie jakie to trofeum na plejstejszynowym PSN czy też Osiągnięcie na Xbox LIVE uda nam się zdobyć. Z nazwy wnioskujemy jakaż to przyszłość na nas czeka.

W zeszłym roku z Assassin’s Creed 3 wyszły mi „Białka ich oczu” i za cholerę nie wiedziałem, co to może znaczyć.  Czy to referencja do Ojca Chrzestnego i cytatu „”Zabijaj, gdy widzisz białka ich oczu”? Cholera wie.

W tym roku mam nieco prościej. Mam nadzieję, że nie naginam za bardzo zasad przyznając sobie trofeum, które mi wpadło podczas wspólnej gry z potomkiem, bo jeżeli tak, to na swoje własne, zdobyte samodzielnie będę musiał jeszcze trochę poczekać. To dzisiejsze zaś to „Pech?” z gry Lego Marvel Heroes.

Brzmi tajemniczo i mam nadzieję, że to takie lekceważące „pech? to nie dla mnie”. Zeszły rok obfitował w najogólniej rzecz biorąc niefajne wydarzenia i przydało by mi się dla odmiany w tym trochę niespodziewanych, dobrych wydarzeń, zwanych potocznie szczęściem.

AKTUALIZACJA: Ok, mam swoje pierwsze samodzielnie zdobyte na PS4 Trofeum – Tak długo przygnębiony z Assassin’s Creed 4.Wszystko w klimacie, jak widzę.

Na straganie w dzień targowy

Podeszły do mnie gdy wypłacałem z bankomatu zawrotną sumę 2 milionów czegoś tam. Tym razem nie udało mi się załapać nazwy lokalnej waluty. Tajskie baty, kambodżańskie riele… ale tu w Wietnamie za cholerę nie wiedziałem, co tak naprawdę wypłacam. Zresztą czy nazwa jest tak naprawdę ważna? Ważne, że bez kalkulatora tu ani rusz.

– Hej, masz chwilę czasu? Jesteśmy studentkami, uczymy się angielskiego i chciałybyśmy się podszkolić rozmawiając z cudzoziemcami – dwie, ładne, mówiące po angielsku. Pech chciał, że ja akurat czasu nie miałem. Spojrzałem na telefon (zabawne, chciałem napisać na zegarek, ale w porę się zreflektowałem), miałem kilka minut. – OK, ale mam naprawdę mało czasu – zmieścimy się w 15 minutach?

Zmieściliśmy się. A mowa była o tym, jak bardzo zakręcony jest Wietnam, a w zasadzie ta turystyczna część, którą dane mi było zobaczyć. Burger King przy sierpie i młocie, reklamy zachodnich sklepów zachęcające do polajkowania ich fanpejdży na zakazanym w Wietnamie Facebooku czy propagandowe plakaty wietnamskich żołnierzy walczących o pokój wiszące obok wszechobecnych jabłuszek Apple.

– Teraz to w ogóle jest ciekawy czas – mówi jedna ze studentek – dopiero co był sylwester, a już 31 stycznia mamy chiński nowy rok. Rok konia. To chyba twój znak – dodaje. Faktycznie, w tym roku powinno być nieco lepiej. Ale nie to mnie interesuje – Czyli który będzie teraz rok według chińskiego kalendarza – pytam. 2014 – pada odpowiedź.

Zajmuje mi to chwile, ale w końcu łapię, gdzie leży błąd w rozumowaniu. – Nie no, 2014 minęło od narodzin Chrystusa. Chińczycy przecież nie mogą liczyć swoich lat od tego wydarzenia. – tłumaczę. – Ach, w takim razie to będzie 2013 – mówi z przekonaniem druga ze studentek.

W kraju gdzie młodzież nie wie, którego roku nadejście zaraz będą świętować, a turyści gubią się w lokalnych cenach handel kwitnie. Po jednej oficjalne sklepy Prady, Ralfa Laurena, po drugiej targ z podróbkami, gdzie kupić można wszystko. Nawet oficjalne klapki Apple.
W zasadzie turysta nie ma w byłych Indochinach żadnych szans. Kiedyś myślałem, że najlepszymi sprzedawcami są Arabowie. Myliłem się. Azjaci sprzedali by im ich własne paliwo po zawyżonej cenie, tak że tamci czuliby się, jakby to był interes życia.

Tu nawet nie trzeba za bardzo oglądać produktów. Handlarze albo podtykają ci najcenniejsze wyroby, albo pytają się czego szukasz. Na pewno to znajdą. Pierwszy kontakt wystarczy, zachodni turysta prawdopodobnie już wówczas dokonał zakupu chociaż jeszcze o tym nie wie. Sprzedawca cały czas pilnuje, by nie spoglądać na inne stragany. – Na co patrzysz? – pyta kontrolnie – też to mam. Zaraz ci pokażę. Najgorsze w sumie jest to, że nigdy nie wiadomo ile tak naprawdę należy zapłacić. Wcześniej wydawało mi się, że połowa ceny to dobra oferta. Niestety często okazywało się, że i tu przepłaciłem.

Klienta nie wolno wypuścić z rąk. Idzie do bankomatu? Świetnie, sprzedawca pokaże drogę i przypilnuje, by kupca nie przejął nikt inny. Chce odejść, bo za drogo? Natychmiast pada prośba o zaproponowanie własnej ceny. I ten osobisty kontakt….

Skąd jesteś? Na jak długo? Jak masz na imię? Normalnie tego nie robię, ale niech ci będzie, dla ciebie specjalna cena. Tak, to faktycznie niskiej jakości, tu mam nieco lepsze. I tak do upadłego, aż kupisz, albo uda Ci się odjeść od stoiska. Najlepsi mają nawet przygotowane listy we wszystkich językach świata sławiące ich uczciwość i oddanie, które niby to dostali od wdzięcznych klientów. To nic, że każdy z nich brzmi dokładnie tak samo.

Zwycięzcą w negocjacjach poczułem się tylko dwa razy. Po raz pierwszy, gdy dziecko sprzedawczyni nauczona widocznie by nie kłamać pokazało mi na palcach ile naprawdę kosztuje kapelusz, przez co cena spadła z 10 do 2 dolarów. Drugi raz sprzedawczyni machnęła się w cenie i podała mi tę niższego modelu. Co mnie zdziwiło to fakt, że mimo jęku zawodu i wyraźnego wkurwu w oczach cenę utrzymała. W sumie – słowo się rzekło.

Czy jest to męczące? Na dłuższą metę tak. Wiem, że w moim plecaku jest masa rzeczy, których kupna nie planowałem, a które w jakichś magiczny sposób nagle okazały się mi niezbędne. Bo przecież szkoda przegapić takiej okazji.

Z drugiej strony czy nie po to chodzi się na azjatycki targ?

10 zasad ruchu drogowego w Azji

View this post on Instagram

Gotowi, do startu, start!

A post shared by Piotr Gnyp (@toread) on

Miałem trochę nakłamać.. wróć, podkoloryzować notkę, żeby było ciekawiej. Wszystkie wydarzenia co prawda miały miejsce, ale chciałem trochę pozmieniać chronologię wydarzeń, żeby było ciekawiej. Wiecie, prawda czasu i prawda ekranu. Rzeczywistość przebiła jednak wszystko. Nie trzeba było wprowadzać zmian.

Nie pamiętam, czy już to pisałem, ale na wszelki wypadek powtórzę. Azja, a przynajmniej kraje, które odwiedziłem, to królestwo motorów. Są wszędzie, ma je każdy, służą do wszystkiego. Można nimi wozić turystów jak taksówką, można mieć przyczepkę z daszkiem, czyli tak zwanego tuk tuka, dla większej liczby pasażerów, inna przyczepka może służyć za przenośną kuchnię, a specjalne uchwyty czynią z nich ciężarówki. Są motory sklepy, motory restauracje, zapewne jakby dobrze poszukać znalazłyby się i motory z pługami czy też po prostu motory ciągniki.

IMG_6730

Doszło nawet do tego, że na motorze nauczyłem się jeździć i ja. Znałem tylko skutery, no ale tak się stało, że w górzystym rejonie Monte Kiri nikt takowych nie miał.

– Nie przejmuj się – mówił właściciel hotelu – jeździ się tak samo, szybko złapiesz. Nie byłem co do tego przekonany. Do tłumaczeń, że nie umiem dołożyłem też informację, że na motor to ja nie mam prawa jazdy. Skwitował to wzruszeniem ramion.

Faktycznie – jeździło się prawie tak samo. Choć przyznaję, zmiana biegów na początku do najprostszych nie należała.

– A kask? – zapytałem naiwnie – A po co ci? – szczerze zdziwił się właściciel – przecież tu prawie nie ma policji.

View this post on Instagram

Droga krajowa

A post shared by Piotr Gnyp (@toread) on

No właśnie – z tą policją chciałem nakłamać, bo nie wiem, czy wiecie, ale jak wszystko w Kambodży i policja jest właśnie skorumpowana. A ich ulubionym przewinieniem, za które płaci się od 1 do 10 dolarów jest jazda z włączonymi światłami w dzień.

No i tak sobie policzyłem, że jadę po piwie, bez kasku, bez prawa jazdy motorem, w którym jak się okazało, nie działał prędkościomierz i tylne światła. A ja wcześniej wypiłem piwo. No ale zgodnie z obietnicą policji nie spotkałem, za to zmierzyłem się z drogami krajowymi, które w Polsce miałyby kategorię offroad. Zmieniać biegi się nauczyłem, wyprzedziłem na trzeciego ciągnik marki Białoruś, który wyprzedzał słonia i wtedy wpadłem na to, że do tej historii wsadzę też i policjanta.

2f9b53ea7c4011e390610e1acc8eda8b_8

Wtedy zobaczyłem motor na którym jechały 3 osoby. Po kambodżańskich wertepach jechało małżeństwo z babcią. Mąż kierował, babcia siedziała w środku a jego żona trzymała kij, do którego przeczepiona była kroplówka. Wtedy stwierdziłem, że nie ma sensu zmyślać tej policji. I tak mi nikt nie uwierzy.

I bym o tym wszystkim zapomniał gdyby nie moje zderzenie z transportem miejskim w Sjagonie… wróć – Ho Chi Minh. To piękne miasto i z miejsca się w nim zakochałem, ale teraz nie o tym, a o drogach. Co tam się dzieje to masakra. Liczba motorów na metr kwadratowy przekracza ludzkie pojęcie. Zobaczycie zresztą na zdjęciach. Natomiast ja postarałem się zebrać zasady ruchu w 10 prostych przykazaniach.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pojazdy
1. Znaki drogowe i sygnalizacja świetlna są dla turystów
2. Kierunek jazdy wyznacza większość poruszających się motorów
3. Częste trąbienie zwiększa twoje bezpieczeństwo
4. Parking to przestrzeń pomiędzy budynkiem a jezdnią

View this post on Instagram

Parking

A post shared by Piotr Gnyp (@toread) on

5. Szczególną uwagę należy zwrócić na pieszych, którzy mogą wymuszać pierwszeństwo na chodnikach
6. Autobusy mają pierwszeństwo nad samochodami, samochody nad motorami, motory nad skuterami, piesi w butach nad roeramni, rowery nad pieszymi w klapkach

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Piesi
1. Znaki drogowe i sygnalizacja świetlna są dla turystów
2. Przez ulicę można przechodzić w dowolnym momencie
3. By przejść przez ulicę należy:
– iść wolno, acz stanowczo
– nie okazywać strachu
– nie patrzeć w oczy kierowcom
– pod żadnym pozorem się nie zatrzymywać
4. Na chodniku szczególną uwagę należy zwrócić na nadjeżdżające i wyprzedzające się motory

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dla mnie sprawdzało się zawsze. Zwłaszcza to przechodzenie przez ulicę, które tu wcale proste nie jest.

Mam nadzieję, że się Wam przyda.

Party bus

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Padłem, wstałem, wytrzeźwiałem i poszedłem na imprezę. Wszystko na odwrót. Wszystko przez to, że zachciało mi się być rycerzem w lśniącej zbroi. No i przez Jamesa.

Pół Irlandczyk pół Rumun. Pijany, niezorganizowany, z rozsypanymi rzeczami i pomalowany. Jak mówił – z wczorajszej imprezy. Był pełen sprzeczności, naiwności, a jego niebieskie oczy podkreślała spódniczka, którą nosił założoną na spodenki.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

– Ej, nie zachowuj się jak dupek – w sumie sam nie wiem, czego to powiedziałem. MIałem gdzieś, że był pijany, nie przeszkadzało mi, że puszczał swoją muzykę na małym głośniczku. Nawet to, że palił w busiku było dla mnie ok. Nie było dla Joy – siedzącej obok mnie Chinki. I tak oto po kilkudziesięciu latach życia odkryłem, że czasami potrafię i sam siebie zaskoczyć dobrym uczynkiem.

O dziwo James się posłuchał, przeprosił i zaczął się tłumaczyć. Po czym wyciągnął brandy. To zdefiniowało wieczór. W trakcie podróży wspólnie odkryliśmy, że najbardziej międzynarodowym sygnałem przystanku na fajkę nie jest ani wee wee, ani pee pee a zupełnie niemłodzieżowe toilet. Próbowaliśmy upić Chinkę przekonując ją, że w sumie każdy powód jest dobry, żeby wypić, a zwłaszcza, jak ktoś jest chory, bo ku zdrowotności. Opowiedzieliśmy sobie historie życia (moja ciekawsza), dowiedziałem się, że Polacy na budowach w Anglii narzekają na Litwinów, że zabierają im pracę i ofiarnie skończyłem butelkę, jako ten bardziej odpowiedzialny. Dokupiliśmy oczywiście piwo na stacji – w końcu Polak, Irlandczyk dwa bratanki, nie? No i finalnie James po wielu nieświadomych próbach w końcu rozwalił swojego laptopa o podłogę.

– To tylko rzeczy – skomentował. – Ale wiesz ile to kosztowało? – dodał zaraz potem.

I wtedy zrozumiałem jak ogromną nienawiść musieli budzić tu amerykańscy żołnierze. Pomiatający ludźmi, szastający dolarami, pijący i palący tam gdzie nie wolno. 23 letni Jamesowie z Ameryki mówiący o wolności zarabiającym grosze wieśniakom, czyniący z ich córek dziwki, agresywni i pijani. I z bronią. Siedziałem, piłem i w wyobraźni cofałem się w czasie do lat 60. Analogie tworzyły się same.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jamesa nienawidzili równo wszyscy, którzy nie spali i nie pili. Za to, że rzucał w kierowcę dolarami by móc palić, za to, że głośno puszczał muzykę, za to że palił, gdy niewolno. On bełkotał o wolności i opresyjnym państwie Amerykańskim i faszystach z Anglii – ja widziałem za oknem dziesiątki ciężarówek przywożących robotników do fabryki. Ludzi, którzy za miesiąc ciężkiej pracy zarobią ok 300zł.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

James w końcu odpłynął w krainy własnej fantazji. Dokładnie w momencie, kiedy w jakimś dziwnym przebłysku zacząłem analizować, czy przypadkiem taka mini z falbankami nie powinna stać się plażowym standardem. Wtedy uaktywniła się Joy. I Było jej przykro.

W Kambodży nie ma powszechnego dostępu do Internetu, nie tak jak u nas – tłumaczyła – tu nie można tak po prostu dowiedzieć się wszystkiego. Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Chiny – kraj który wyłączył serwisy społecznościowe, cenzuruje sieć, usuwa niewygodne informacje staje się nagle oazą wolności. Potem zrozumiałem.

Chińskie imperium Joy kolonizuje ten kraj. Wysyła swoich nauczycieli języka, remontuje, buduje drogi, stawia fabryki. W delikatny sposób uzależnia od siebie i swoich pieniędzy. A wysłali przedstawiciele muszą wierzyć i szerzyć dobrą nowinę. Jeżeli oni w nią by nie uwierzyli, to jak mają przekonać innych?

A o techno w Phnom Penh nie ma co mówić. To zdjęcie mówi wszystko.

Jak nie zwariować w sylwestra?

A co w zasadzie robisz w sylwestra? Jakieś plany? – nie znam osoby, która by reagowała pozytywnie na takie pytania. Sylwester to temat trudny, kosztowny i wymagający planowania. To ta noc w roku, w której MUSISZ się dobrze bawić i imprezować. Albo ostentacyjnie zostać w domu. Nie ma opcji środka.

Moje doświadczenia mówią, że impreza na siłę, bo trzeba i wypada, rzadko kończy się dobrze. Ludzie trafiają na losowe, opłacone imprezy i żeby dobrze się bawić muszą się wspomóc, co może skończyć się różnie. A na pewno bólem głowy. Zresztą całe to strojenie się, ubieranie, walczenie o taksówkę, kupowanie wina musującego.. bleh. To nie dla mnie.

W sumie najlepsze sylwestry udały się przypadkiem. Grupa osób dużo imprezujących i nie przepadająca za nadmuchaną okazją spotkała się razem. No i jakoś tak się stało, że pojawiło się 2 DJów ze sprzętem, mnóstwo ludzi. Ale ma łut szczęścia nie ma co liczyć. Lepiej mu pomóc.

Co więc robić, żeby nie zwariować? Wyjeżdżać. Tak się składa, że pomiędzy świętami a nowym rokiem czasu jest dużo i można sobie podróżować. Po pierwsze może to mocno skrócić okres siedzenia przy stole i dopychania się resztkami, po drugie gwarantuję Wam, że sylwester na ulicy w Bangkoku na długo przykryje wrażenia z innych tego typu imprez. A jeżeli Azja to dla Was za dużo, to zawsze pozostaje Barcelona, Londyn czy chociażby czeska Praga. Sugerowałbym jednak ciepłe kraje – wiadomo, że na zimnie zabaw na ulicy wcale aż tak fajna nie musi być.

Zamiast wydawać te paręset złotych za parę na badziewnym balu, być może lepiej dołożyć i wybrać się w egzotyczną podróż. Jakby co upić się tam też można, ale w ciekawszym otoczeniu i dostać na nowy rok nie tylko potężnego kaca,ale i pakiet nowych, niezapomnianych doświadczeń. Nowe potrawy, ciekawi ludzie (bo głównie tacy podróżują w egzotyczne miejsca), salony masażu, tatuaże, nowe drinki, pozycje, muzyka, tańce i zabytki – mam wymieniać dalej? Imprezy tutaj naprawdę są bardziej szalone od tych, które widziałem w naszym rodzimym kraju. I dużo tańsze przy okazji, jeżeli oczywiście jest się już na miejscu.

Czego sobie i Wam oczywiście w przyszłym roku życzę.

PS Jeżeli zastanawiacie się, co przygotowuję linie lotnicze dla pasażerów samolotów lądujących o 00:00 31.12 to mogę Wam odpowiedzieć na bazie moich doświadczeń. Nic.

No może poza śpiewem podpitej winem musującym stewardessy. Ale to nie było chyba planowane.