Dzieci radośnie wybiegły ze szkoły

Notatka poboczna

Tak w ogóle to widziałem dzisiaj scenę idealnie ilustrującą parę moich tekstów. Pamiętacie jak pisałem o pamięci zewnętrznej? Nie? To przeczytajcie, bo zalinkowałem.

Już? Super. No więc siedzimy dzisiaj z dzieckiem na placu zabaw gdy (jeżeli ktoś pamięta stary utwór Elektrycznych Gitar, to może sobie na tę melodię zanucić) dzieci radośnie wybiegły ze szkoły, wyciągnęły telefony, odpaliły apki.

Jedna z mam pyta córeczki – Ewciu, pamiętasz numer do babci? A po co – odpowiada dziecko – przecież mam w kontaktach w telefonie.

Kurtyna.

#dzieńmówieniaprawdy – poczytaj, co czuje twoje dziecko

„Chcialabym zeby moj chlopak byl badboy’iem i byl dobry tylko dla mnie..” przykuwa moją uwagę. Potem jest jeszcze lepiej. „Nienawidzę swoich rodziców,ale mimo tego gdyby któreś miało odejść ,wiem ze brałkowało by mi ich”, „nie lubię jak np. ja mówię: kocham Cię i ktoś odp: ja Ciebie też, wolę żeby odpowiedział tak samo jak ja powiedziałam” czy „Jestem chamska choc kilka osob mowi ze nie
I po co te kłamstwa” to tylko wierzchołek góry lodowej. Mijają kolejne godziny, a ja zamiast iść spać, zafascynowany czytam, co na Twitterze wypisuje młodzież.

Zrzut ekranu 2014-05-04 18.32.55

Chciałbym napisać – dzieje się, rzucić jakimś żartem, ale to co widzę jest przerażające. I absolutnie nie śmieszne, a smutne.

Nie wiem, skąd się wziął pomysł na hasztaga #dzieńmówieniaprawdy, ale widzę≤ że nie jest to nowe zjawisko. Trwa co najmniej od końcówki zeszłego roku z przerwami, aż do teraz. Nawet gdy piszę ten tekst co chwilę pojawiają się nowe wyznania. Zerkam co chwilę na nowe wpisy. Jasne, to rozprasza jak cholera, ale jest coś hipnotycznego w tych internetowych wyzwaniach.

  • „tak serio to wszystko ukrywam przed realem”
  • „Nie mogę wchodzić strony obrażające Demi,Perrie,1D,albo jeszcze inne osoby,które lubię, bo się wkurzam, a potem płacze”
  • „Wiem, że nie ma możliwości żeby ktoś znalazł mojego tt, ale mimo to cały czas się o to boję”

I tak w kółko.

Tematów jest kilka. Co chwila się powtarzają. Dominuje samotność i brak przyjaciół. Z rodziną nie da się dogadać, rówieśnicy są bezlitości i są przyczyną lęków. Dochodzi do tego, że nastolatki boją się iść środkiem korytarza, by nie zostać ocenione i skrytykowane. Twierdzą, że nie umieją się otworzyć przed nikim, nie umieją z kimś być i boją się, że umrą same. Że to już koniec.

Nie jestem psychologiem, nie będę więc silił się na analizy. Nie wiem czy to przez ten lęk, czy z zupełnie innej przyczyny. Ale do tego dochodzi ogromna autoagresja i niska samoocena. Jestem gruba, nie wiem co powiedzieć, jestem brzydka, pojebana, nudna, nie umiem kochać, jestem głupia. Wszyscy mnie nienawidzą, wszyscy się ze mnie śmieją. Nic nie znaczę.

A za tym idzie już nawet nie uwielbienie, ale kult idoli. W życiu nie słyszałem Biebera czy One Direction, to moje wyznanie z #dzieńmówieniaprawdy, ale z tego co widzę i czytam to niemalże mistyczne istoty. Ludzie naprawdę marzą, by w swej dobroduszności wejrzeli na nich. Sama zła wzmianka o przedmiocie kultu może doprowadzić do płaczu, a nawet fizycznej agresji. Młodzieżowe mohery nie odpowiadają za siebie przy realnym czy też wyimaginowanym ataku na swoje bóstwo.

Te rzeczy smucą, ale niepokoi co innego. Nie pamiętam, jak wyglądał mój okres dojrzewania, bo cóż.. było to dawno temu. Ale zakładam, że też miałem huśtawki emocjonalne, bałem się opinii grupy, nie mogłem dogadać się z rodzicami. No i oczywiście czułem się wyjątkowy i niezrozumiany. Każdy to ma. Rzecz w tym, że w tym stanie nie miałem kontaktu z całym światem i swoje sekrety mogłem wygadać co najwyżej po pijaku koledze.

Teraz jest nieco inaczej.

Wydawało by się, że co jak co, ale cyfrowi tubylcy, osoby urodzone w erze powszechnego dostępu do internetu powinny go lepiej ogarniać. Błąd. Jak możemy przeczytać na stronie Pawła Tkaczyka – Danah Boyd, autorka książki It’s complicated definiuje podstawową różnicę między „realem” a światem wirtualnym. Jeśli chodzi o komunikację w miejscach publicznych, oczywiście:

W „realu” stanem domyślnym jest komunikacja prywatna. Musimy uczynić wysiłek, by stała się publiczna (niczym gwiżdżący na Ciebie głośno pracownik budowy). W świecie wirtualnym stanem domyślnym jest komunikacja publiczna. A my musimy uczynić wysiłek, by coś stało się prywatne.

Fakt, którego dorośli zdają się nie pojmować: jeśli masz dostęp do jakiejś informacji nie oznacza wcale, że jest przeznaczona dla Ciebie. W świecie realnym to rozumiemy: podsłuchiwanie czyjejś rozmowy w barze (który jest przecież przestrzenią publiczną) jest odbierane jako naruszenie normy społecznej. Ale już wejście na blog nastolatki (który także jest przestrzenią publiczną) jest dla dorosłego czymś normalnym: „Mamo, dlaczego czytasz mój blog?” „Bo skoro go opublikowałaś w sieci, to chcesz, żeby był czytany przez każdego!” Prawda? Otóż, nieprawda – czytamy na blogu.

I nie inaczej jest tutaj. Największe sekrety, niepewność preferencji seksualnych, pociąg do starszych mężczyzn są jawnie przekazywane, a w zasadzie wykrzykiwane w pustkę intenernetu. Gdzie nie wiadomo kto słucha. A uwierzcie mi, że te nastolatki zostawiają o sobie mnóstwo informacji i bardzo łatwo nawiązać z nimi kontakt. Zwłaszcza, gdy wie się, czego im brakuje.

Wystarczy udać, że się słucha, rozumie i wie, że są wyjątkowi by zdobyć ich zaufanie. I niezbędne dane.

A stąd do nieszczęścia już blisko.

Trzeba być cierpliwym, sukces przyjdzie

Ależ pięknie się te dwa wpisy zazębiają. Poprzednio pisałem, jak to współczesna młodzież pędzi do sukcesu, zupełnie nieprzygotowane na fakt, że trzeba będzie na niego poczekać. Że sukces kosztuje. I że mało kto osiąga go w młodym wieku. Popisałem, pomarudziłem sobie, że za moich czasów było inaczej i spojrzałem krytycznie na swoje życie.

Za dużo sukcesu tam też nie zobaczyłem.

Ale potem wpadły mi w rękę ten cykl i, wow, obejrzyjcie sami. Jeżeli pracujecie w branżach kreatywnych to warto przypomnieć sobie historię pewnego losera. Tak, Leonardo Da Vinci na swój czas czekał aż do 30. A potem jeszcze długie 16 lat.

Powinni uczyć o tym w szkołach! Uczą? Ach, to soraski, już zapomniałem…

Brakuje nam kanonu

6-1

Kompletnie się nie rozumiemy, żyjemy w innych światach – mówi podczas spotkania Bownik. Ja mu coś pokazuję, żeby sobie sprawdził, a on nie jest zainteresowany. I tak samo jest w drugą stronę – dodaje. Brakuje nam kanonu.

Z Bownikiem widzę się po raz drugi w życiu. Pierwszy raz, prawie 5 lat temu, rozmawialiśmy gdy zupełnym przypadkiem trafiłem na jego wystawę Gamers. Patrzę teraz na to wideo i widzę, że dla mnie to zupełnie inna epoka.

To artysta fotograf – wydawałoby się, że przedstawiciel ginącego zawodu. W końcu kto kupi sobie ładną fotkę w epoce Instagrama? Z rozmowy wynika jednak coś zupełnie przeciwnego. Fotografia przeżywa w Polsce boom i da się z niej całkiem nieźle wyżyć. A przynajmniej tak interpretuję jego „nie narzekam”.

Sporo się zmieniło przez te parę lat. Bownik stał się znanym i sławnym artystą, którego prace się kolekcjonuje. A do tego zaczął wykładać w prywatnej szkole. Kiedy opowiada o swoich uczniach robi się naprawdę ciekawie. Po pierwsze dlatego, że ciekawie posłuchać jak moje pokolenia narzeka na to młodsze, a po drugie, że chyba nikt nigdy tak ciekawie nie charakteryzował mi cyfrowych tubylców.

Są niecierpliwi i nie chcą na nich czekać. Świadomość, że coś może się wydarzyć za dłużej niż chwilę, jest nie do przyjęcia – zaczyna opowiadać Bownik. I wszystko musi być za darmo. Nie zdają sobie sprawy, że wszystko ma swoją cenę i trzeba być gotowym ją zapłacić. Pokolenie torrenta – wtrącam. Być może – mówi po chwili. Ale to nie wszystko. Najciekawszy jest brak porozumienia.

Każdy żyje w swoim świecie. Zamkniętym. Nie odwiedzamy się – słyszę. Inflacja contentu spowodowała, że nie nadążamy konsumować tego, co nas interesuje. Nawet dla najbardziej wyrafinowanych gustów i smaków pojawia się mnóstwo propozycji. Nie ma czasu sprawdzać innych opcji.

Przeglądam sobie w myślach swoje poprzednie notki i wiem, że już o tym pisałem. Okazuje się, że teraz problem jest powszechny i coraz poważniejszy. Nie mamy ze sobą o czym gadać i nie rozumiemy się. Brakuje nam kanonu, bazy którą znaliby wszyscy. W zasadzie jedyne, co się przebija do szerszej świadomości to rzeczy wypromowane przez masowe media, takie jak telewizja czy Hollywood. Bez gigantycznej maszyny promocyjnej i wielkich budżetów nie ma co marzyć, by stało się inaczej.

Tymczasem wszyscy chcą być indie i szukać swojej niszy.

Co to oznacza?

Że poznawać będziemy coraz mniej. Owszem, będzie coraz więcej pasujących nam treści, ale wszystkich do siebie podobnych. Będziemy coraz bardziej, jak inżynier Mamoń, który lubił tylko te piosenki, których już kiedyś posłuchał.

Nam też się nie będzie chciało poznawać nowych rzeczy, bo i po co. To trudne i wymagałby ryzyka i zmiany przyzwyczajeń, a internet na tyle nas zbliżył, że nie trudno będzie znaleźć znajomych o takich samych zainteresowaniach. Znajomych dostępnych w każdej chwili za pomocą dowolnego komunikatora. Odległych, ale bliższych i prostszych w obsłudze niż ci dostępni na żywo.

Witamy w świecie małych wszechświatów pełnych samotności.

 

Masa kretyniczna

2014-04-25 21.13.43

NIech ta Warszawska Masa Krytyczna sobie gdzieś pójdzie i nie przeszkadza ludziom jeździć na rowerach. Bo robi więcej złego, niż dobrego.

Słowo daję, że nie mam pojęcia, w jaki sposób wkurzanie dokładnie całej reszty uczestników ruchu drogowego, czyli pieszych i zmotoryzowanych ma pomóc sprawie osób jeżdżących na rowerach. A dzieje się to regularnie, raz w miesiącu w imię „zwrócenia uwagi na obecność rowerów w mieście, o czym często zapominają urzędnicy podejmując różne decyzje”. No więc ja zwróciłem uwagę, choć urzędnikiem nie jestem i byłem blisko organizowania masy krytycznej pieszych na ścieżkach rowerowych celem zwrócenia uwagi organizatorów na idiotyzm ich akcji.

Po pierwsze dlatego, że WMK przejechała dokładnie obok fajnych eventów, jakie odbywały się w mieście zakłócając ich odbiór. Był na przykład super mapping 3D na jednym z budynków propagujący działania i osobę Jana Karskiego w którego trakcie jakiś debil nawoływał przez megafon do jeżdżenia na rowerze, a inni radośnie dzwonili. Nie dało się usłyszeń nic. Nie dało się też przejść na drugą stronę krakowskiego. Ludzie z misją pokazali innym, kto tu jest najważniejszy.

I jak się okazuje, to nie tylko w Warszawie są ludzie, którzy czują potrzebę ronienia idiotycznych akcji dla mojego dobra. W Łodzi na przyklad było tak:

https://www.facebook.com/groups/32547254966/permalink/10150381395019967/

Mam nadzieję, że przeczytaliście wypowiedzi komcionautów i zwróciliście uwagę, jak litościwa była tym razem Masa Krytyczna. Nie dość, że nie pozwała staruszka, to jeszcze może nawet nie wniesie skargi. A mogła przecież zabić, nie?

Sam dużo jeżdżę, przemieszczam się głównie na rowerze i wiecie co? Jeździ się super. Ścieżek rowerowych jest coraz więcej, kierowcy przepuszczają rowerzystów i na nich uważają, są rowery miejskie, miejsca, gdzie rower można zostawić. No nic tylko jeździć. I wpływać na rządzących miastem by było jeszcze lepiej.

I nie powinno to oznaczać blokowania miasta dla innych.

Serio rozumiem, że mieszkam w stolicy, z tym są związane różne atrakcje typu demonstracje, przemarsze i tym podobne. Akceptuję te niedogodności, bo to koszt wyższych zarobków i większych możliwości. Ale każdy, kto robi nadprogramowowe blokady miasta bez dokładnego wyjaśnisnia dlaczego naraża się na gniew i ma efekt przeciwny do zakładanego.

Bardzo bym chciał, żeby WMK, która „bardzo często przy okazji Masy zwraca uwagę na inne problemy, które są aktualne w danym miesiącu lub dzielnicy przez którą przejeżdża, a przy tym wszystkim stara się dobrze bawić” zwróciła uwagę na problem przejeżdżającej Masy i pozwoliła się dobrze bawić innym.

PS W temacie rowerów jeszcze jedna szybka uwaga – zwróćcie uwagę, jak niesamowitą robotę robią rowery miejskie. Jest taki filmik, gdzie dwóch niepełnosprytnych chłopców zjeżdża nimi po schodach. Pod koniec upadek, kupa śmiechu i zdawałoby się, że hit internetu. A tu nie. Zerknijcie w komcie jaki dostają łomot za niszczenie wspólnego sprzętu. Aż serce rośnie, co nie?

Nie kupuj nowego kompa, wymień stary dysk na SSD

No i stało się, musiałem z powrotem przesiąść się na swój stary komputer. Zamiast ślicznego jedenastocalowego MacBooka Air czekał mnie MacBook Pro z 2010 roku. Z systemem operacyjnym, który nie był reinstalowany od co najmniej 10 lat.

Działało to wolno, obrzydliwie wolno. Nie uwierzylibyście, że laptop może tak się wlec. Ale się wlekł i w zasadzie nie było na niego sposobu. Nic nie chodziło w tle, cache były poczyszczone, ale nic to nie dawało.

Zrobiłem opcję zero, a w zasadzie opcja sama się zrobiła, bo okazało się, że z backupu nici.

Jak? Już tłumaczę. Wiedziałem, że wymiana kompa nie wchodzi w rachubę, ale na dysk SSD mnie stać. Wyjąłem więc nieużywany napęd CD, w jego miejsce zainstalowałem stary dysk 500GB, a a na miejsce wsadziłem nowiutkie 256GB SSD. I co się okazało?

Że mimo, iż teoretycznie mam teraz 750GB w systemie, to 500GB backupu przywrócić się nie da. Time Capsule od razu zaczęło marudzić, zaś przenoszenie profilu po kabelku FireWire po prostu się wywalało. Poczułem się jak za starych windowsowych czasów, gdy przenosić wszystko trzeba było ręcznie.

No i przeniosłem. Skopiowałem dokumenty, a reszta jakoś pojawiła się sama. Nawet nie zdajecie sobie sprawy, ile rzeczy trzymacie w chmurze. Muzyka, maile, dane logowań… słowo daję, że większość rzeczy po zalogowaniu się do rozmaitych usług pojawiła się sama.

Skutek? Komputer śmiga. Na cycki Eris, taki szybki to on nigdy chyba nie był. Renderuje, montuje, odgrywa i pisze jak szalony. A wszystko to za mniej niż 800zł. CD-Romu i tak już nikt przy zdrowych zmysłach nie używa, a większa powierzchnia dyskowa cieszy.

Jedyny minus? Póki co, z niewyjaśnionych powodów czas pracy na baterii zjechał mi do maksymalnie 3 godzin. Co boli, zwłaszcza, że nie wiadomo dlaczego tak się stało i, póki co, żadne rozwiązanie nie pomaga. Z dwojga złego wolę mieć jednak sprawny i szybko komp na parę godzin niż wlekącego się trupa nawet i na 10.

No a przy okazji odciąłem cały syf, który w systemie nagromadził się przez lata. I nie żałuję.

Tak samo jak chwilowej przesiadki na Androida.

Jak miałem wystawę to znaczy, że jestem artystą?

Galeria

This gallery contains 5 photos.

No słowo daję, że w życiu nie spodziewałem się, że będę miał swoją wystawę. Rzeczywistość mnie jednak znowu przerosła i oto proszę, podczas „Śmieci Internauty” – interaktywnej ekspozycji zorganizowanej w Mieszkaniu Gepperta we Wrocławiu, pojawiły się założone przeze mnie Wiersze z … Czytaj dalej

Szkoda czasu

Infinity-Time1

Fineasz Fogg założył się o niebagatelną wówczas sumę 20 tysiący funtów, że objedzie świat dookoła w 80 dni. W owych czasach wydawało się to wykonalne, ale mało możliwe, by w tak krótkim czasie przebyć tak wielką odległość. Teraz na analogiczną podróż samolotem potrzebowalibyśmy około 20 godzin, samochodem wyrobilibyśmy się okolicach 15 dni. Czasy się zmieniły, ale czas pozostał ten sam. Niezmienny.

80 dni to dużo czasu. Na swoją wyprawę do Azji poświęciłem dużo mniej – bo zaledwie trochę ponad 3 tygodnie. Zwiedziłem 3 kraje, głaskałem tygrysy, nauczyłem się jeździć na motorze. To wszystko zajęło mi jakieś 504 godziny. Według strony hltb.com zajmującej się określaniem, ile średnio czasu potrzeba nam na przejście gry, w tym samym okresie byłbym w stanie przejść na swoim PS3: Borderlands 2, Falllout: New Vegas, Skyrima, Dragon Age, MotorStorma i gdybym był hardcorowym masochistą to któreś Dark Souls.

Oczywiście – nieco tu naciągam fakty. Przede wszystkim podałem głównie tytuły wielkich i długaśnych RPGów, z drugiej strony, to wszystko gry dla pojedynczego gracza. Kampanie, które mają początek i koniec. Zapewne takie League of Legends czy Battlefield mogą zjeść dużo więcej czasu.

Po co to piszę? Bynajmniej nie dlatego, żeby zakończyć to wszystko konkluzją, że gry są do dupy i zjadają nam za dużo czasu. Nie, to nie jest moim celem. Po prostu chcę pokazać ile czasu zajmuje nam to hobby i co można z nim innego zrobić.I że granie w rozciągnięte na siłę produkcje mija się z celem. Powtarzalne monotonne misje w kampaniach dla pojedynczego gracza, to strata czasu. Gra nie musi mieć miliona godzin by być dobra.

Pisałem to już parę razy, ale powtórzę raz jeszcze. W naszym świecie czas to jedyna wartość stała. Owszem, jego postrzeganie jest bardzo różne i zależy od wielu czynników. Serio. Czas może nam się dłużyć lub upływać w oka mgnieniu w zależności od tego ile mamy lat, ile nowych rzeczy poznajemy a czasami nawet w zależności od tego czy jest ciepło cy zimno, ale nie zmienia to faktu, że w momencie naszych narodzin rusza zegarek, który odlicza nasz czas do śmierci.

Prawie wszystko inne możemy kupić, czasu nie. Więc może warto spędzać go na rzeczach wartościowych. Nie musimy grać we wszystkie tytuły, aż do zdobycia w nich platyny czy 1000 punktów osiągnięć. Nie warto oglądać wszystkich seriali jak leci czy czytać każdego chłamu.

Jeżeli kontent, to tylko najlepszy. Szkoda czasu na średniaki.

Mam gdzieś, co wybrał Marcin Prokop…

… wiem, że Marcina Prokopa nie interesuje jaką sieć komórkową wybrałem. Bo i niby dlaczego by miało? Ani z niego ani ze mnie żaden ekspert w tych sprawach. To co nas różni, to fakt, że jemu zapłacili, żeby był, a ja zapłaciłem im, żeby mieli między innymi na niego.

Przeraża mnie to trochę. Inwazja celebrytów, którzy poza tym, że są znani mają teraz też się znać. I doradzać. Kiedyś wystarczyło, że przyciągali nazwiskiem, wyglądem, czy talentem. Teraz nagle poza tym są kreowani na ekspertów. Polecą pralkę, lodówkę czy operatora. Bo się znają, zbadali temat, a ty zaufaj. Bo przecież bogaty i sławny nie może się mylić. Zwłaszcza, jak mu za to zapłacą.

Przoduje w tym sieć Play, której sam jestem abonentem. I nie, nie dlatego, że zapłacili tonie nieznanych mi sławnych osób by wybrała ich formułę z literką. Nie mieli mnie w dupie jako klienta, jak mój poprzedni operator – Plus, który nie był zainteresowany utrzymaniem płacącego klienta. Ten pościg za nowymi abonentami i totalne olewanie aktualnie płacących to w ogóle temat na inną notkę, ale sami przyznacie, że tak na zdrowy rozum to nieco idiotyczne, że nie dba się o tych sprawdzonych, którzy regularnie płacą. No ale to Polska. Może gdzie indziej jest inaczej. Wracając do Playa… 

W ich reklamach występuje tona osób, których nie znam, a które są w ich sieci, co oznacza, że pewnie i ja powinienem być. Wychodzi mi na to, że działy marketingu mają nas za straszliwych idiotów, dla których bycie sławnym mentalnie zrównuje się z byciem nieomylnym. Jest jeszcze gorsza opcja, że jako naród po prostu kupujemy te bzdury, bo inaczej po co byłoby ciągnąć tę farsę z mówieniem kto w jakiej sieci komórkowej jest.

Tymczasem nie dość, że ciągle jest to tematem, to z przejść pomiędzy operatorami robi się prawdziwie dramatyczne historie. Tak, nie żartuję, z faktu, że komuś się kończy kontrakt reklamowy i zaczyna robić to samo dla innej firmy media potrafią zrobić nagłówek.

Nie wiem kiedy świat zaczął wyglądać jak reklamowy skecz kabaretu Mumio stworzonego z myślą o reklamie jeszcze innego operatora, ale tęsknię za czasami, gdy było inaczej.

 

Nie chce mi się

Stan

Wybaczcie, ale nie chce mi się chwilowo niczego pisać. Niezależnie od tego, czy to mądre, czy głupie. Ani o technologiach ani o grach ani nawet o moderce blogowej. Miałem nawet w głowie trochę manifestu modowego, mającego brzmieć równie poważnie co wypowiedzi znanych blogerów o polityce, ale mi przeszło.

I to nie jest tak, że nie mam o czym. Bo jest przecież nowy, znakomity odcinek Wolf Among Us, nudne GTAV, świetny Kijek Prawdy, czy zaskakujące odkrycie – Sleeping Dogs, gdzie w radio podczas jazdy leci Cinematic Orchestra.

Jest cała gama doświadczeń związanych z reinstalacją systemu, mówiąca – że fajnie jest w chmurze z bonusową życiową poradą – ludzie nie kupujcie nowych kompów, tylko dyski SSD.

Finalnie jest też to całe porównanie ryneku mobilnego do wielkiej greckiej tragedii. I to z katharsis dostępnym podobno na jesieni. Tak, tak, przesiadłem się na Androida, jest lepiej niż myślałem, że będzie. gorzej, jest znośnie.

Ale jakoś nie czuję, żeby to miało sens. Póki co. Jesteśmy w kontakcie.

Najlepsze, jakie jadłem w życiu…

Macie takie wspomnienia? Ja właśnie nie bardzo, a zaciekawiło mnie to, gdy usłyszałem siebie mówiącego na głos – „ej, to są najlepsze parówki, jakie kiedykolwiek jadłem”.

Jakoś smak w ogóle nie zapisuje mi się w pamięci. A w zasadzie nie smak, a wyjątkowość jakiejś potrawy. Pamiętam jedno gazpacho w Hiszpanii, które zjadłem w cieniu majestatycznej katedry w Sevilli. Najlepsze, jakie jadłem w życiu. Ostatnio miałem tak samo z parówkami po kanadyjsku, które podano mi w jednej z żoliborskich knajp. Ale reszta potraw? Myślę, grzebię w pamięci i nic.

Ani pomidorowej, ani brownie, ani spageti carbonara. Niezależnie od kuchni i potrawy w ogóle nie potrafię sobie przypomnieć tych najlepszych potraw w życiu. I nie, to nie brak gustu, bo wiem co mi smakuje i jakie dania lubię najbardziej.

Jestem niepełnosprawny smakowo? Czy może to po prostu norma i nie ma czym się zajmować? Pamiętamy jedno, dwa dania na całe swoje życie i tyle?

Nic się nie zmieniło, ważne sprawy nadal potrzebują ofiary z krwi

Co trzeba pokazać w telewizji, żebyśmy w ogóle zwrócili uwagę? Mamy zdjęcia, internet, szybki obieg informacji. Gil Scott-Heron śpiewał, że rewolucji nie zobaczymy w telewizji, ktoś dodał, że będzie na Twitterze. Obydwaj się mylili.

Nie zmieniło się nic. Technologia i sieć są. Ale to tylko narzędzia, które mogą, ale nie muszą zmienić naszą rzeczywistości. Żebyśmy na poważnie zainteresowali się Ukrainą musiały paść strzały. Musiała być ofiara z krwi.

I nagle zobaczyliśmy dwa podejścia. Obydwa o wątpliwej jakości. Albo nadaktywność połączoną ze slacktywizmem, albo chwalenie się ignorancją.  Nie wiecie kto to slaktywiści? Już o nich pisałem wcześniej, teraz tylko zacytuję fragment mówiący co to w zasadzie jest.

Proste, łatwe, przyjemne i nie wymagające wysiłku. Jak wszystko dzisiaj. Żeby schudnąć trzeba kupić jakąś tam tabletkę, inną wziąć na potencję, a smutki i rozterki egzystencjalne załatwi pan psychotrop. Media piszą, że jesteśmy w wyścigu szczurów, przemęczeni, zestresowani i na granicy światów, więc pokolenie L żeby uspokoić sumienie nie potrzebuje dodatkowo ładować sobie na głowę jakichś tam akcji społecznych, demonstracji czy finansów. Pacnięcie lajka i tak wystarczy. W końcu dzięki tym informują cały świat web 2.0 o ważnej sprawie i na pewno znajdzie się ktoś, kto coś z tym zrobi. Ich misja jest zakończona. W końcu byli na koncercie Owsiaka i wsparli milion ważnych spraw w tym miesiącu. Co zrobili inni? Na pewno mniej.

Zaciekawieni? Miłego słuchania.

[audio https://dl.dropboxusercontent.com/u/206074/audio/RDC%2025%20luty%202014%2013_16_37.mp3]

Budzisz się do trudu bycia człowiekiem

Cytat

View this post on Instagram

Która godzina pyta…

A post shared by Piotr Gnyp (@toread) on

Poczytałem i się zadumałem. Bo coś jest w tej stoickiej filozofii. I sporo jej odbłysków widziałem gdzie indziej, chociażby w Fuck it. Tam też trzeba olać i nie przejmować się tym, na co nie mamy wpływu.

Zerknijcie sami.
Czytaj dalej

To chyba jest problem, że na całym TEDxWarsaw warto było wysłuchać tylko 2,5 wystąpienia?

Dwa i pół? To i tak niezły wynik, jak na TED-a – klaruje mi w rozmowie Błażej. Nie mogę się nadziwić. Zawsze miałem w głowie wrażenie, że TED to taka orgia idei, która zapłodni mi mózg. Po wizycie na TEDxWarsaw wiem, że zmarnowałem dzień. Lepiej było zostać w domu i oglądać to wszystko w internecie.

Co to jest TED chyba wiecie. Jeżeli nie, to już mówię w telegraficznym skrócie – każdy mówca ma maksymalnie 18 minut na wystąpienie. Prelegent ma za zadanie dzielenie się nowymi pomysłami i ideami. Takimi, które warto szerzyć. Tematyka? Kiedyś głównie technologia, teraz w zasadzie wszystko. Po pierwsze dlatego, że technika jest wszędzie, po drugie dlatego, że w końcu w kulturze też jest mnóstwo nowych trendów.

TEDx od TEDa różni się tym, że organizowany jest niezależnie, ale na licencji. Warszawskiej edycji stuknęło właśnie 5 lat. Wcześniej, mimo iż zawsze chciałem, coś zwykle stawało mi na drodze. Wyjazdy, spotkania czy też po prostu zwykła proza życia. I zawsze żałowałem.

Teraz już wiem, że niesłusznie.

Dlaczego? Dlatego, że na w świecie wystąpień o pomysłach i ideach, które warto szerzyć jest strasznie mało tych idei. W Warszawskim Multikinie spędziłem cały boży dzień. Wysłuchałem mnóstwa wystąpień i nie wiem o czym one były.

Jakiś koleś wziął i się oświadczył, super, fajnie gratulacje – ale co mam z tego wynieść? Jakaś artystka rodem z Polski opowiadała jak to nie pasowała do innych, więc wyjechała. Teraz szyje ubrania z włóczki, by wszyscy wyglądali tak samo. A do tego jest wdzięczna, że jej sponsorka i źródło darmowego materiału nie zginęło w wypadku samolotowym. Ktoś opowiedział mi bajkę. Bardzo ładną, ale wyniosłem z niej tylko, że płacili jej 20 dolarów za godzinę. Był też odpowiednik Paolo Coehlo, który deklamował coś bez sensu do zdjęć, bo wydał album…

Gdyby nie Maria Mach i jej wykład o odmiennym spojrzeniu na wychowanie na TEDxWarsaw nie byłoby prawdopodobnie nic wartego uwagi. Ot, wystąpienia jakich dużo, odstające w dość drastyczny sposób od tych, które możemy zobaczyć na stronach TEDa.

Porównajcie sobie polską edycją chociażby z tym wystąpieniem. Przepaść.

Serio, czy naprawdę nie mamy o czym mówić? A może to ja jestem już zmanierowany i zbyt wybredny i nie doceniam opowieści o życiu i braku szacunku dla kierowcy ciężarówki, zwłaszcza, jeżeli jest kobietą? Owszem, zanotowałem parę ciekawych statystyk – o tym, że wzrosła ilość samobójstw wśród kobiet weterynarzy o 11% czy też faktów takich jak jeże i ich nie jedzenie noszonych jabłek, z którymi zwykle są portretowane. Przyznam też, że wypowiedzi jednej z prelegentek dały mi do myślenia i pewnie powstanie na ich temat notka. Ale nie dlatego, że ona coś powiedziała. Wręcz przeciwnie – przez to, że sama nie zastanowiła się, skąd to różnica w traktowaniu starszych. A przecież pewnie zmieniło się wraz z przyspieszeniem rozwoju technologicznego i brakiem zastosowania dla mądrości starców, którzy za współczesnym światem po prostu nie nadążają. No ale to ja sobie pomyślałem, a nie ona powiedziała.

Jeżeli 2,5 wartościowego wystąpienia na cały dzień TED-a to standard, to mamy duży problem. W tak ciekawych czasach idei i pomysłów powinno być dużo więcej. Nie wierzę, że nie ma o czym mówić. Jesteśmy na granicy rewolucji transhumanistycznej, żyjemy w świecie z filmów science-fiction, jesteśmy nauczeni dzielenia się myślami, zdjęciami… no wszystkim.

Może te TED-y są za często? Albo jest ich za dużo? Może warto zwolnić i zrobić większą selekcję, tak by pójście tam miało jakiś inny, poza networkingiem, sens.

Póki co, to szczerze mówiąc, żałuję, że nie zostałem w domu i nie oglądałem tego na streamingu. Więcej bym zrobił i nie miał poczucia zmarnowanego czasu. I chyba też sam mógł zaproponować ciekawszych mówców niż ci wybrani. Chociażby chłopaki z Pana Generatora mogliby tam opowiedzieć naprawdę ciekawie o połączeniu sztuki i technologii. Ich idee są świeże, odważne. I co najważniejsze – umieją występować.

Póki co lepiej chyba pooglądać archiwalne materiały na stronach eventu. W Polskiej edycji jak dla mnie jest za mało cukru w cukrze.

PS Jak ktoś z Was był na innych edycjach, to pliz dajcie znać, czy macie podobne zdanie i czy może ja po prostu trafiłem na złą edycję.