„To już koniec Nintendo!”. Ile razy to słyszeliśmy?
Wiele. I to od dawna. A firma jakoś upaść nie chce i chyba ma się dobrze. Po trudnym starcie 3DSa konsola zaczyna znowu się sprzedawać i już ma lepsze wyniki niż DS w swoim pierwszym roku (choć należy tu pamiętać, że wówczas był to nowy koncept i trudniej się mu było przebić), zaś w Australii bije rekordy popularności.
Fakt, nakłada się na to niższa cena i pojawienie się gier na tę platformę, ale czy nie o to chodziło? Jak widać wydawcy uczą się na błędach. Szkoda, że na swoich i nie korzystają z doświadczeń innych, bo przecież Sony popełniało wcześniej z PS3 dokładnie te same błędy. Nintendo udało się odbić i aktualnie ich sytuacja jest lepsza. Oby tylko nie osiedli na laurach i nie przestali dostarczać nam świetnych gier.
Nadal twierdzę, że 3DS to ostatnie tradycyjne konsole przenośne, bo to smartfony złapały graczy niedzielnych i tam przeniósł się cały segment mobilnego grania. Nie oznacza to jednak, że Nintendo zupełnie przegrało na tym rynku, bo ma przecież niesamowicie silną markę (nie w Polsce oczywiście) i masę, ale to masę świetnych serii, które rodzice mogą kupować swoim dzieciom. Bo przecież sami pamiętają, jak dobrze bawili się grając w Mario.
Nie ma więc co lamentować i załamywać rąk, że w 5 lat po premierze Nintendo nie zarabia już niesamowicie dużo, tylko bardzo dużo na Wii. Zwłaszcza, że w przyszłym roku wychodzi przecież Wii U, które z pierwszych zwiastunów gier przygotowywanych na tę platformę zamierza na nowo podbić serca hardcorowych graczy. Graczy, których podejście do gier może się zmienić, bo przecież cały czas są oni bombardowani nowościami takimi jak Facebook, tablety czy smarfony i część z nich ze zdziwieniem odkrywa, że może być to fajne.
A 3DS? Dopóki będą pojawiać się nowe, świetne pozycje i rozwijany będzie eShop, jak również usługa sieciowa (bo tu jest mnóstwo do nadrobienia) nadal znajdą się klienci na tę konsolę. Ja wiem, że w przyszłym roku są dla mnie tam co najmniej 3 gry, w które chce zagrać.
Innym pytaniem jest, czy gry Nintendo powinny pojawić się na platformach mobilnych. W końcu Microsoft ze swoimi Kinectimals zadebiutował na iPhonie. I tu mam dylemat. Bo z jednej strony uproszczone wersje kultowych gier byłyby świetną reklamą dla firmy. Z drugiej zaś… firma traci koronny argument przemawiający za tym, by kupić ich produkcje – wyjątkowe gry.
W każdym razie – nie ma co tak szybko skreślać Nintendo. Pamiętacie jaką falę krytyki na starcie miał iPhone i iPad? Widzicie tabelkę na górze, gdzie widać ile razy było już po tej firmie? No właśńie.
Oj to będzie trochę złośliwe, ale ciężko się powstrzymać.
Już tłumaczę o co chodzi – pojawiła się nowa akcja marketingowa z tajemniczym pudełkiem. W sumie to nie zwróciłbym na nią uwagi, czy też nawet się nie dowiedział, gdyby nie Tomek, który na G+ zaczał o tym pisać. A że myślałem, że chodzi o nasz unboxing Star Warsow, albo też wypakowanie Nokii przez zespół technologii. Ale okazało się, że nie. Chodziło o to.
Fajne? Dla agencji zapewne tak. Dla reszty – nie.
Bo w zasadzie wszyscy już wiedzą, o co chodzi – że to Żywiec i że wraca ich stara marka piwa. Wiedzą wszyscy, oprócz blogerów oczywiście. Oni wiedzą, ale nie powiedzą, aż do tej 15, żeby móc uczciwie i zgodnie z umową zdziwić się na wizji.
W ten oto sposób udało się pokazać światu, że:
– blogerzy nie są najszybsi z informacją
– blogerzy nie piszą tego co wiedzą, tylko grzecznie czekają na spadnięcie embarga, nie są zbuntowani, tak samo robię deale jak i dziennikarze i ich wydawnictwa
– blogerzy są łasi na prezenty i wyróżnienia, jak każdy człowiek
– na wizji zawsze zobaczymy prawdziwe emocje.
A tak bajdełej, to nowe piwo podobno jest taki sobie. Ale za to jak cudownie wypromowane.
I tajemniczo. I w ogóle. Niemożliwe.
PS Ktoś nie wytrzymał i pojawiła się kolejna przesyłka z jeszcze większą tajemnicą. Wszystko do sprawdzenia tutaj.
Bo przecież kiecyś było prościej. Pan mówił, sługa pisał i chyba czas do tego wrócić. Oczywiście zastępując skrybę urządzeniem, które nas wysłucha i przełoży to na tekst.
Będzie łatwiejj Pewnie. Nie zawsze mamy czas wyciąg możliwości by wyciągnąć notatnik i zacząć notować. Poza tym słyszymy od razu jak to brzmi i odpowiednio zmieniamy tempo i układ tekstu. no i nawet jeżeli nagramy coś ciekawego to przewidywania jest męką.
No a do tego odpada cała zabawa z ortografią, autokorektą (pamiętacie, że piszę na ajfonie?) i tym podobnymi zabawami.
A soft do rozpoznawania mowy jest coraz lepszy.
A wersja przyszłościowa, ta na którą czekam? Kabelek do mózgu i dump strumienia myśli. To było dopiero blogowanie.
Bo pamiętam jak zbierało się te one-linery, jak skarby i dodawało się do specjalnego katalogu, tak żeby się losowały i pojawiały i w mailach i na usenecie. Kradło się te złote myśli znajomym, grzebało po sieci, wyciągało z dyskusji.
A potem, jej, można było się swoją sygnaturką lansować. O ile oczywiście spełniała starodawne założenia posiadania 4 linijek długości i delimetera (o ile się nie walnąłem w nazwie, ale chodzi o to – „– )
I co śmieszniejsze sporo dzięki nim się dowiedziałem. Bo na przykład to tak wpadłem na Horror Movie Survival Guide, którego porady można stosować do dziś. No bo jak tu przejść obojętnie nad serią takich mądrości?
When it seems that you’ve killed the monster, never check to see if it’s really dead.
If you find that your house is built upon or near a cemetery, was once a church used for black masses, had previous inhabitants who went mad or committed suicide or died in some horrible fashion or who performed necrophilia or satanic practices, move away immediately.
Never read a book of demon summoning aloud, even as a joke.
Do not search the basement, especially when the power has just gone out.
If your children speak to you in Latin or any other language which they do not know, or if they speak using a voice other than their own, shoot them at once. It will save you a lot of grief in the long run. Note: it’s unlikely they’ll die easy, so be prepared.
As a general rule, don’t solve puzzles that open portals to Hell.
Stay away from certain geographical locations, some of which are listed here: Amityville, Elm Street, Transylvania, Nilbog (God help you if you recognize this one), the Bermuda Triangle, or any small town in Maine or Massachusetts.
Listen closely to the soundtrack; and pay attention to the audience, since they are usually far more intelligent than you could ever hope to be.
To tylko parę z nich, ale przyznacie, że trzymają klasę. I tak, miałem je w sygnaturkach.
I w ogóle ten specyficzny mindset każący wyszukiwać w filmach, książkach i dyskusjach zdań nadających się do propagowania w swojej korespondencji. Sporo tego miałem, coś ponad 300 różnych cytatów. Niestety wraz z discordią trafił to szlag i cholera zasadniczo wie, czy jest to do odzyskania.
Z jednej strony szkoda. Z drugiej zaś… to se ne wrati. Forumy zarąbały kulturę dyskusji i szczerze mówiąc to średnio się umiem na nich odnaleźć. Facebook, G+ czy Twitter nie posiadają sygnaturek, a gmail i ogólnie odchodzenie maila jako narzędzia komunikacji w niepamięć też jakoś nie składnia do ich używania.
A w sumie to trochę szkoda, bo był to fajny zwyczaj. Na pewno parę książek więcej przeczytałem dzięki sygnaturkom innych ludzi.
Zmienił się ten internet i sposoby komunikacji, oj zmienił. Dobrze, że blogaski zostały i można się na nich pożalić i dać się wyżyć syndromowi starych dobrych czasów.
A generalnie tę zalinkowaną kolekcję na snafu warto przejrzeć. Sporo dobrych wspomnień czyha tam na nieco starszego użytkownika ogólnoświatowej sieci internet.
Miniseriale są fajne. Chociażby dlatego, że ich fabuły są zamknięte a przez to bardziej dopracowane. No i zwykle mogą sobie pozwolić na większy rozmach.
Brak w nich rozciągania historii, odcinków z falshbackami, czy przewidywalnych zwrotów akcji w metaplocie. Nie widać zmęczenia materiału, które prędzej, czy później dopada każdy serial.
Jeżeli mam z głowy wymienić te warte polecenia to na pewno będzie to niesamowite Angels in America, The Lost Room i oczywiście Królestwo Von Triera (obydwie części). W zasadzie nie wiem, jak w tym wszystkim traktować Kompanię Braci, ale chyba też się ona załapuje do tego formatu.
W każdym razie – miniseriale lubię. I to bardzo. A po poleceniu MRW na jego blogasku sięgnąłem po kolejny – The Crimson Petal and the White i się zdziwiłem.
Bo serial teoretycznie nie powinien mi się spodobać, a obejrzałem cały. Mimo, że jest on społecznie wrażliwy, mało się w nim dzieje i opowiada o tym, jak to ludzie mają przegwizdane.
Nie wiem, czy jest sens opisywać fabułę. Ci, którzy będą chcieli oglądać poznają ją z filmu, reszta może zerknąć na Wikipedię, gdzie dość dokładnie ją opisano.
Tak w skrócie – generalnie jest źle. Całość dzieje się chyba w XIX wieku w Londynie. On jest bogaty, pragnie być pisarzem i mu to nie wychodzi, a do tego ma obłąkaną żonę, przez co jest nieco zagubiony. Ona – biedna dziwka, pisząca z pasją o mordowaniu mężczyzn. Spotykają się, ona na początku obojętna, on napalony.
Finalnie widać, jak biedni i kobiety mają źle, a bogaci i faceci są źli. I to mi chyba trochę przeszkadza. Bo bardzo szkoda, że pod koniec robi się mocno czarno biało. Że główni bohaterowie z zagubionych w życiu stają się po prostu skurwysynami. Chociaż z drugiej strony jest też pokazana ich ewolucja w tę stronę i stopniowe zobojętnienie. Szkoda też, że wątek literacki i pisania książki nie został jakoś w serialu dalej pociągnięty.
Ale to co uwodzi w tym miniserialu to Londyn. Wygląda przepięknie, dziwnie i magicznie. Widząc jego zaułki i slamsy cały czas gdzieś podświadomie czekałem na pojawienie się Kuby Rozpruwacza, czy zagubionych fearie starających się odnaleźć w nowym świecie.
I chyba to głównie zadecydowało o tym, że serial obejrzałem do końca. No i przy okazji historia mnie jednak wciągnęła, chociaż pod koniec stawała się już mocno przewidywalna i dążąca do stwierdzenia „tracą wszystko” (mam nadzieję≤ że to nie jest za duży spoiler). Zresztą, to tylko cztery odcinki, więc chyba warto spróbować. Ja wytrwałem. I chyba nie żałuję.
Chociaż jeżeli nie widzieliście Aniołów w Ameryce, to sugeruję zacząć od nich.
Ratunku, nie wiem, co jest ważne. Inni wybierają za mnie.
A skąd to skę wzięło? Z Flipboarda. Opcja cover stories wybierająca najlepsze zdaniem apki treści w zasadzie zdominowała używanie tej aplikacji.
Co to oznacza? Że jakiś algorytm decyduje co przeczytam, które informacje skonsumuje mój mózg. Nie ma czasu na przeglądanie wszystkiego – tak jak w przyrodzie zostają najsilniejsi. Pisałem to już, ale powtórzę – content dąży do nieskończoności, czas jest ograniczony.
I dlatego potrzebujemy pomocy w segregacji tego co ważne. Tego co zasługuje na naszą uwagę. W co zagrać? Z kim rozmawiać? Co czytać? Coraz częściej decyduje o tym algorytm.
Nie prawda? Flipboard to tylko przykład. Spójrzmy na Facebooka – dość szybko zobaczymy, że o ile nie zaznaczymy, ze jesteśmy z kimś w bliskiej relacji, to zobaczymy tylko najważniejsze statusy. Czyli nie koniecznie dowiemy sie co fajnego zobaczył, czy przeczytał. Bo nie. Jakiś algorytm zadecydował.
Zresztą mechanizmy polecenia stają się coraz doskonalsze. Zostawiamy w sieci tonę informacji o sobie. I są one wykorzystywane. Aktualnie sklepy polecają nam produkty na podstawie podobnych rzeczy i decyzji innych klientów. Ale to dopiero początek. Już prowadzone są badania nad wprowadzeniem zmiennych metod przekonywania w zależności od człowieka. Bardziej przekonują cię lajki znajomych, czy ilość sprzedanych sztuk. Trzeba cie prosić, czy przekonywać promocja? To już się dzieje. I to wszędzie – sklepy, strony internetowe, odtwarzacze muzyki… Wszystkie chcą nam uprościć wybór. Pomóc.
Nie mamy czasu. Paradoksalnie im łatwiejsze staje się życie tym mniej mamy czasu na każdą z aktywności. Bo ich liczba stałe rośnie i milion z nich walczy o naszą uwagę. Nie da sie przeczytać wszystkiego, więc skupiamy sie na najważniejszych rzeczach. A tam czekają juz na nas pająki algorytmów.
I tylko czekam na moment kiedy usłyszę głos z komputera – nie czytaj tego, to bez sensu. Zajmij sie lepiej tym filmem.
Gram sobie w tego Skyrima i gram. Drażni mnie, jestem wiecznie przeciążony i z niepokojem patrzę na każdą rzecz, którą mogę podnieść.
Czy na pewno jej potrzebuję, czy to mi się przyda, czy warto? Towarzysze broni (och Lydia) też już dźwigają swoje, a tu się okazuje, że gra wystawia mi coraz więcej śmiecia do noszenia. I to aż to punktu, w którym serio rozważam, czy kupno domu, gdzie składowałbym to całe cholerstwo, nie jest dobrym pomysłem. Bo a nuż się przyda?
I drażni mnie to, do tego nie jestem fanem widoku FPP w RPGach, nie podoba mi się chyba do końca system levelowania postaci i questy. Bo są proste i nie wymagają myślenia. Jak do tej pory (około 20 godzin) to idź, przynieś, zabij… nie spotkałem się jeszcze z czymś, co porównywalne byłby z Dark Brotherhood z Obliviona. Co oczywiście nie znaczy, że takich misji tam nie ma. Ja po prostu do nich nie dotarłem.
Dlaczego więc w kółko w to gram? Dla żyjącego świata. Dla piaskownicy, która sama z siebie wypluwa ciekawe i śmieszne historie. Przykłady? Ależ proszę.
Mój dzielny koń zatłukł własnoręcznie (własnokopytnie) 4 zbirów, po czym popełnił samobójstwo skacząc ze skały. Macki mi opadły i przeklinałem go za wyrzuty sumienia. A to tylko jedna mała rzecz, która może przydarzyć się w tym świecie.
Ratowaliście kiedyś kolesia z rąk bandytów, który w imię wdzięczności ganiałby was po okolicy chcąc zatłuc gołymi pięściami? A ja tak miałem. Nie wiem dlaczego NPC nagle uznał mnie za wroga, ale widocznie coś mu się nie spodobało.
Błędu z weselem co prawda nie napotkałem osobiście, ale opowiadał mi o nim znajomy. Otóż, jak zapewne wiecie, w Skyrimie można wziąć ślub. I na to wesele, co jest w ogóle super pomysłem, przychodzą spotkane w grze postaci. Problem w tym, że gra może nam czasami wylosować martwego towarzysza. Takiego, który pojawi się na imprezie tylko po to, by teatralnie na niej paść trupem znowu. Zgadnijcie kogo oskarżą o morderstwo goście? No właśnie.
O nasyłaniu smoków na giganty wie pewnie każdy, tak samo o pojedynkach potworów, czy wykorzystywaniu wieśniaków do walki z potworami.
I stąd właśnie siła tej gry. Że sama z siebie dostarcza nam takich historii i opowieści, że nie koniecznie muszą je wymyśla twórcy, wystarczy zapewnić żyjący i działający świat dookoła, a gracze zrobią resztę.
Wystarczy tylko zobaczyć ile takich opowieści pojawiło się w internecie. Czy chociażby dzisiaj na Polygamii.
Jest duża różnica pomiędzy powstrzymaniem się z podaniem informacji, a kłamaniem – napisał na swoim blogu Matt Leone z 1UP. I nie sposób się z nim nie zgodzić.
Każda branża rozrywkowa, a pewnie można by to i rozszerzyć dalej to gra. Dziennikarze próbują się czegoś dowiedzieć jako pierwsi, PR czeka na odpowiedni moment, wybiera partnerów i ma całą strategię dozowania informacji.
Problem w tym, że przy projektach, w które zaangażowane jest po kilkaset osób i kilka firm często trudno utrzymać tajemnicę i jakieś plotki zawsze się pojawiają. Pijany tester w knajpie, koleś na zmywaku sprzątający biura, znajomy znajomego… dróg wydostania się informacji jest wiele.
Pewnie, niektórym się udaje – wystarczy wywołać do tablicy ostatnie przykłady Last of Us i nowej gry Epic, o których w zasadzie dowiedzieliśmy się dopiero na chwilę przed VGA, co odpowiednio budowało hype na to wydarzenie. Ale zwykle jest inaczej.
No i często po prostu dziennikarze (czy też osoby z mediów, jeżeli upierać się, że pisanie o grach dziennikarstwem nie jest) wiedzą, bo przecież rozmawiają z różnymi ludźmi i umieją wysnuć logiczne wnioski z przesłanek. Ogłoszenia o pracę, CV deweloperów, rejestracje znaków towarowych, zakupy technologii…. wszystko to daje podstawy do knucia, co dana firma może teraz kombinować. Czasami się trafia, czasami nie.
Może też się po prostu zdarzyć, że dane medium ma po prostu już podpisane umowy na wyłączność i tylko czekają z wypuszczeniem swoich materiałów. A w ich redakcjach też pracują różne osoby, które mogą coś usłyszeć, zobaczyć. Generalnie plotki są i będą, Należy się z tym pogodzić.
Zresztą działa to dobrze dla obydwu stron, bo media mają swoje kliki, a firmy często mogą zmierzyć popularność, zainteresowanie i opinie o swoim tytule. Taki to już jest świat, i tyle.
Problem pojawia się, gdy w wywiadach czy rozmowach twórca kłamie.
Nie mam problemu z usłyszeniem „no comment”, „za wcześnie by o tym mówić”, „nie komentujemy plotek i spekulacji”. Otwiera to oczywiście pole do spekulacji, ale generalnie obydwie strony są wobec siebie fair. Jest jakaś plotka, rzetelny dziennikarz stara się ją potwierdzić, zostaje z domysłami i wszyscy są w sumie zadowoleni.
Inną sytuacją jest, gdy pojawia się kłamstwo. Bo po pierwsze jest ono szybko weryfikowalne, po drugie niszczy relacje pomiędzy mediami a twórcami.
Wartością dziennikarza jest jego wiarygodność i rzetelność. To jest główny powód dla którego ludzie go czytają. Bo wiedzą, że nie robi ich w konia, że opisuje i tłumaczy to co wie i widzi. Okłamywanie go, to niszczenie jego pozycji. A co więcej podkopywanie innych ludzi z branży, bo facet który wpadnie na minę przestanie ufać generalnie wszystkim. Bo skąd wiadomo, że historia się nie powtórzy?
Jaka na to rada? Znaj swoich dziennikarzy. Część z nich to ludzie warci zaufania, którym można powiedzieć parę rzeczy więcej. Przy wzajemnym zaufaniu ma się pewność, że nie pobiegną i nie napiszą o tym, za to oni będą wdzięczni za dodatkowy insight w branży. Co więcej, w momencie ujawnienia informacji ich materiały będą po prostu lepsze.
A reszta? Zadowoli ich „no comment”. Serio. Będą próbować, niuchać i starać się wydobyć to co chcą usłyszeć, ale przecież większość z nich to młodzi ludzie, którzy nie stanowią większego wyzwania dla doświadczonego PRowca.
Przykład? Jeden z blogów wpadł na rewolucyjny pomysł pytania zamiast „Dlaczego twoja gra jest super/Sprzedaj nam swoją grę” – „Dlaczego twoja gra nie jest do dupy”. Efekt? Idealny dla PRu, bo przecież wystarczy zmienić tylko pierwsze zdanie wypowiedzi: „Moja gra nie ssie bo” i dalej polecieć wyuczonym przez setki powtórzeń strumieniem wymieniającym wszystkie unique selling points itd.
Zresztą rozmawianie i sugerowanie też ma swoje zalety, bo przecież młody bloger od razu poczuje się wyróżniony i dopuszczony do wewnętrznego kręgu wiedzących i zapewne wszystkie puszczone sugestie dzielnie powieli w swoich tekstach. Raz oszukany zawsze już będzie wietrzył podstępne spiski marketingu i hipsteryzował.
I piszę to rozumiejąc obydwie strony. I tę, która żyje ze sprzedania gry, czego częścią jest kampania marketingowa, ujawnianie informacji wybranym mediom i dozowanie napięcia, jak i tej, która żyje z klików, czytelników i reklam. To zamknięty ekosystem, który wzajemnie się na siebie przekłada. Bo w końcu media o grach i tak będą o nich pisać, nawet jak nie dostaną gry czy wyłączności (a przynajmniej powinny, bo są dla czytelników, a nie odwrotnie), a twórcy i tak prędzej czy później u nich się pojawią, bo zwiększają sobie one zasięg właśnie takimi wyciekami. A przez to więcej osób usłyszy o ich produkcie.
Zresztą tak samo bez sensu jest obrażanie się za wyrywanie z kontekstu czy krzykliwe nagłówki. Radą, żeby ich nie było to pilnowanie tego, co się mówi. Nie każdy jest stworzony do przemówień publicznych, nie wszyscy umieją utrzymać swoją rolę i tajemnicę. No i dodatkowo może mieć to swój urok „twórcy mówiącego prosto z mostu”. To jest atrakcyjne, to buduje świadomość nazwiska i reputację. Serio.
Media są, jakie są i inne nie będą. Te komercyjne muszą z czegoś żyć, a to są kliki. Zresztą to przyciąga czytelników – ciekawe historie, a nie nudne informacje prasowe, czy kolejny sztampowy zwiastun gry X. A wydawcy i twórcy ich potrzebują, bo mają one zasięg, znają branżę i wiedzą, co mniej więcej z czego wynika. A przez to są w stanie przekazać swojemu czytelnikowi nieco szerszy obraz i wyjaśnić niektóre działania i fakt, że wydawcy to robią te gry dla pieniędzy.
Należy nauczyć się z nimi po prostu żyć. I nie robić ich w konia, bo jest to chyba najgorsze, co można sobie zafundować.
Growi hipsterzy są wśród nas. Gry weszły do mainstreamu, a ten – jak powszechnie wiadomo – to źródło wszelkiego zła.
Bo gry przestały już być fajne i modnie jest na nie narzekać. W zasadzie za wszystko. Że wtórne, że głupie, że a trudne, czy też za łatwe, że fabuła nie taka i że na pewno to będzie słabe. A wszędzie macki zła rozsiewa ten cholerny marketing, który rujnuje wszystko. Ekscytować się grami już nie wypada. Trzeba narzekać.
Przykład? Ależ proszę bardzo – sprzed paru chwil.
Mamy grę Last of Us. Robi ją jedno z najlepszych studiów – Naughty Dog. Doświadczeni, z wieloma świetnymi tytułami na swoim koncie. Zwykle dostarczają. Jest się czym cieszyć? Pewnie. Bo gra wygląda przepięknie, jest nowym tytułem, a więc to oryginalny pomysł, a nie kolejna kontynuacja i porusza ciekawe tematy. A przynajmniej je tak zarysowuje. Co więc możemy o niej napisać, żeby trochę pohipsteryzować? Że jesteśmy, a jakże, zawiedzeni.
Nie chcę tu nic rozstrzygać, The Last of Us może być świetną grą, ale póki co jestem zawiedziony, że będzie kolejną produkcją rozgrywającą się już po końcu świata, a nie w jego trakcie.
//dodam tylko, że sam tekst jest bardzo fajny, czepiam się tylko tego jednego zdania//
A to nie wszystko, bo zawodzić nas może, że będą w niej zombie, że nie zobaczymy apokalipsy, że będziemy walczyć, eksplorować i uciekać. I to wszystko przed zobaczeniem tego tytułu. Powodów do narzekania jest wiele.
A wiadomo – osoba narzekająca jest o tyle bardziej cool niż ta, która po prostu poczeka, na to co pokażą twórcy, albo o zgrozo, będzie się z tych nowych produkcji cieszyć.
Dlaczego cool? Bo jest krytyczna, przeszła już wiele i z pozycji mędrca może głosić słowo o upadku i ogólnym syfie popkultury. A wiadomo – negacja jest prostsza niż kreacja. A jeżeli do tego dołożymy fakt, że pomysły są tanie i można rzucać z nimi jak z rękawa dostajemy w zasadzie internetowego supermena bez skazy.
Tu widzi błąd, tam wtórność, tu ponarzeka, ale też i spoko, ma wizje, jak to naprawić. To nic, że nie tworzył gier, że nie implementował swoich pomysłów i sprawdzał, czy to jest grywalne. „Trzeba to było zrobić tak” zawsze działa.
Mainstream jest zły. Duże gry są fatalne. Jedyny ratunek to tytuły niezależne, bo tam jest przecież prawdziwa pasja i innowacja. To nic, że większość z nich nie wygląda i nie nadaje się. Ważne, że mało kto o nich wie i są poza nawiasem. A jak już się spopularyzują, to należy się przenieść gdzie indziej. Bo to się zaraz zepsuje i tak fajnie, jak wtedy gdy grało w to 10 osób już nigdy nie będzie.
I tylko trochę mi smutno, że taki ton zaczyna dominować w mediach. Wśród ludzi, którzy powinni cieszyć się graniem i grami, a nie na siłę pokazywać swoje nimi rozczarowanie. Bo skoro jest tak źle, to może warto zająć się czymś innym? Albo pisać o wspaniałym świecie indie do garstki fanów, nie zajmując się tym znienawidzonym mainstreamem.
Mainstreamem, gdzie mamy przemyślaną konstrukcję, grafikę i wciągającą historię. Mainstreamem, w którym poza mechaniką rozgrywki dochodzą też emocje i żądza przeżywania nie polegająca na mechanicznym masterowaniu kolejnych poziomów i zagadek związanych z budową poziomów, ale na emocjach związanych z przeżywaną przygodą.
Bo to właśnie mój świat – opowieści, przygód i emocji. Świat, którego domeną są dopracowane i ładne produkcje. Świat gier, w które mogę grać sam, a nie umawiać się z innymi i być od nich zależny. Świat kupowania produktu, a nie wiecznie trwającej usługi, gdzie sztab behawiorystów knuje, jak mnie już z niej nie wypuścić.
I pewnie stąd moja niechęć do tego całego hipsteryzowania.
PS I tak, pisałem wcześniej, że chcę pożyczać, nie posiadać i że odchodzimy od produktu do usługi. I dalej to podtrzymuję, pod warunkiem, że pożyczę sobie na 2 dni Batmana, czy MW3, a nie utknę na 5 lat w World of Warcraft czy League of Legends.
Flipboard to jedna z moich ulubionych aplikacji na iPada i domyślny sposób konsumowania treści z sieci społecznościowych i rss. Do tej pory niestety wykorzystywany rzadko, bo i iPada ze sobą po prostu nie noszę. Ale to się teraz zmieni.
Nie to żebym planował zacząć dźwigać znowu to urządzenie. Co to, to nie. Ograniczam ilość ekraników przy sobie. Smartfon, laptop i czasami 3DS (są nowe puzzle, po aktualizacji, znowu jest sens go ze sobą zabierać) wystarczą. A w planach jeszcze Kindle…. Dużo się tego robi.
Ale ja nie o tym. Ekraniki to jedno, a Flipboard na iPhone to drugie. I jeżeli ktoś jeszcze tej apki nie ma, to powinien ją czym prędzej zassać, zwłaszcza, że jego darmowa (piszę z iPhone, jest 3:30, więc darujcie, że linka nie wstawię, jesteście na tyle inteligentni, że sobie sami na App Store znajdziecie).
W każdym razie – Flipboard to takie ustrojstwo, co zasysa subskrybowane przez nas treści i sugeruje swoje tematyczne zestawy. Dodajemy je sobie podlegustów i potrzeb, a apka układa je tak, że przypominają one ilustrowany magazyn. Czad. To trzeba zobaczyć w akcji.
W wersji iPhonowej pojawia sie dodatkowo cover stories, czyli najlepsze treści wybrane przez magiczny algorytm z subskrybowanych przez nas źródeł. Działa i sprawdza się świetnie, co zresztą możecie zobaczyć na obrazku powyżej. Całość w tym przypadku nie jest też już magazynem, a kołonotatnikiem, co w przypadku kształtów i wymiarów smartfona ma większy sens.
Minus w tym taki, że casualowy juser może nie wiedzieć co to Twitter i Google Reader, o rss nie wspominając, przez co odpadnie mu możliwość śledzenia i dodawania polskiego contentu do flipboarda. Ale jakby co to swoją listę Polskie Media na twitterze mam i jakby co – mogę się podzielić. Brakuje też wtyczki do Google+, na którym co prawda mało się dzieje, ale czasami są tam ciekawe dyskusje.
Ciekawi mnie też, kiedy Flipboard zacznie nam polecać inne mogące zaciekawić na greści, jak ma to w zwyczaju Zite (inna apka na iPada). Zapewne jest to kwestia czasu. No i mam nadzieję, że tu będzie to wykonane lepiej, bo na Zite do tej pory nie pojawiły mi się żadne treści z polskiego internetu.
W skrócie – nie masz, zainstaluj. Za darmo i świetne. Content będzie kontent.
Nie skończyłeś Batman: Arkham City? Zamierzasz grać? Nie czytaj.
Skończyłem Batmana, właśnie lecą napisy końcowe, a ja myślę. To ta niesamowita umiejętność, którą posiadają gry wideo, polegająca na wciągnięciu gracza w swój świat, umożliwieniu pokonywania problemów wraz głównym bohaterem i umożliwiająca w jakimś stopniu na wczucie się w postać.
Podejmowane wybory, interaktywność, cały przedstawiony nam przez twórców setting w którym się zanurzamy powoduje tę niesamowitą imersję, dzięki której nawet przeciętne fabuły stają się nagle żywe, ważne i głębokie. Dlatego, że w nich uczestniczymy. Dlatego, że nie konsumujemy ich biernie i stanowimy ich integralną część. Zarówno film, jak i książka mogą istnieć bez widza. Gra nie. Gra potrzebuje gracza.
Batman to wielka gra. I nie dlatego, że całość opowieści jest świetna. nie. Rozgrywka była przytłaczająca na początku (na co się zresztą żaliłem), mechanika była bardzo dobra, ale pokazała niewiele nowych rzeczy, zaś fabuła – cóż, to nie było dzieło sztuki. Aż do końcówki.
Bo w końcówce umiera Joker. Arcyłotr i wierny przeciwnik Batmana. I jest to koniec pewnej epoki. Nie tyle dla Gotham, komiksu i świata, ale dla bohatera.
Bo wyobraźcie sobie, że całe wasze życie poświęcacie walce z kimś/czymś. Wypala ona wszystko dookoła. Nie ma czasu na życie, przyjemności, spokój. Bo jest misja, cel. Coś ważnego.
I nagle to znika. Jasne, w przypadku Batmana zaraz się pewnie znajdzie cały legion innych postaci, które przejmą miejsce Klauna. W końcu seria nie może tak po prostu się zatrzymać. Ale co by było gdyby tak się nie stało?
Czy Bruce Wayne i każdy inny bohater może po prostu wrócić do normalnego życia? Nie będąc sam już normalny? Bo przecież życie w ciągłym napięciu, życie dla sprawy, życie przygodą i niebezpieczeństwem zmienia. I to bardzo. Zapewne do punktu, z którego nie ma już powrotu.
Bo bohaterowie nie mają happy endów. Zwykle po „żyli długo i szczęśliwie pojawia się proza życia do której absolutnie nie są przygotowani i z którą nie umieją sobie poradzić. Bo nagle brakuje narkotyku bycia ważnym, bycia potrzebnym. Bycia kimś.
A nie da się tego prosto zastąpić. Gdzieś oczami wyobraźni widzę zapijaczonego Bruca wspominającego swoje przygody, tęskniącego do czasów, gdy życie miało sens. Gdy żył Joker.
Bo bez niego już nic nie jest takie same. Zostaje klątwa codzienności. A przecież wszyscy wiemy, że nie ma Jokera bez Batmana. że to on go wykreował, że arcyłotr jest odpowiedzią rzeczywistości na superbohatera.
I wszystko to pada w tej grze. I dlatego jest wielka.
Bo Video Game Awards to nic innego jak orgia zapowiedzi i świetny show. Event, który ma pokazać, że gry to mainstream, coś ważnego i jest w tym kupa pieniędzy. To też oczywiście znienawidzony dzień dla wszystkich growych hipsterów, którzy wszędzie wietrzą spisek marketingu i z nienawiścią patrzą na wysokobudżetowe produkcje. I VGA spełnia swoje zadanie, bo pokazuje nam, co wydarzy się w najbliższym czasie.
To tu zobaczymy pierwsze zwiastuny i zapowiedzi nowych tytułów. Można by nawet zaryzykować stwierdzenie, że to takie mini E3 przed końcem roku. No bo przecież takie nagromadzenie zapowiedzi i nowości nie zdarza się często. I jest to fajne.
Nie za bardzo interesują mnie oceny jurorów i tytuł gry roku. Mam na to swoje typy, ale może o tym później. Bo ja VGA oglądam właśnie dla tych zapowiedzi.
Last of Us
Przede wszystkim dziwie się ludziom, którzy mówią, że nie było pokazanej żadnej nowej gry. A co z Last of Us od Naughty Dog? Jasne o grze wiedzieliśmy nieco wcześniej, ale było to kontrolowane wypuszczanie informacji budujące napięcie przed samym VGA. Najpierw sam tytuł, potem, że to gra na wyłączność na PlayStation 3 (co zawężało grono „podejrzanych” studiów), no i nam sam koniec krótki zwiastun wraz z podaniem twórców.
Świetny zwiastun, dodajmy. Co wiemy? Że to postapokalipsa, że ludzi zainfekował grzyb i teraz będziemy się z nimi ganiać (bo chcą nas zjeść, zarazić, obrabować – niepotrzebne skreślić). Klimatycznie najbliżej temu do 28 dni później (zarażeni/zombie są szybcy) i Walkig Dead. Strasznie podobają mi się te opanowane przez przyrodę miasta. 12 małp stoi mi jak żywe przed oczami. I chyba nie przeszkadza mi, że będzie tam jakaś forma zombie. Bo w końcu to gra o epidemii i końcu świata jaki znamy. I pewnie też o końcu ludzkości. Założę się, że poza walką z potworami dostaniemy też misje, w których ludzie pokażą swoje prawdziwe oblicze. Jedni będą nam pomagać, inni wręcz przeciwnie, staną się większym zagrożeniem od grzybozombie.
Znając poprzednie gry Naughty Dog wiem że będzie to dobra rzecz. Trochę eksploracji, trochę strzelenia, dużo przygody i filmowości. Jaram się. No i to zajawienie gry w Uncharted 3.. super.
Tak swoją drogą, to ciekawe który team ND robi tę produkcję. I w zasadzie ile aktualnie zespołów pracuje w tym studio. Ale chyba co najmniej dwa, bo w końcu od premiery U3 minęło za mało czasu dla jednego zespołu.
BioShock: Infinite
Jej, to będzie gra. Pierwszy BioShock strasznie mi się podobał i jest jedną z najlepszych gier tej generacji konsol. Dwójki już nie robił Ken Levin i było to widać. Zacząłem grać, z jakiegoś powodu przestałem by nigdy nie wrócić. Zakończenie zobaczyłem na YouTube. I BioShock przestał u mnie budzić większe emocje aż do zapowiedzi Infinite.
Bo w tej grze znowu czuć tę magię, przekazie głębię, co w BioShocku. Latające miasto Kolumbia jest przecież pełne symboliki i odniesień, I znowu chcę wiedzieć, tak jak po zagraniu w demo pierwszego BioShocka o tym okresie, o reklamie, o stylu i architekturze. No i mam ciarki oglądając głupi zwiastun. Oj tak, czekam.
Mass Effect 3
Ojej. Jedynka Mass Effect to cudowna gra. Dwójka… not so much. I nie dlatego, że się strzela, tylko z powdów scenariuszowych. To taka Parszywa 12 bez opcji budowania drużyny.. no zawiedziony byłem mocno. Za to trójka?
Filmik boski. A jak się będzie grać? Cholera wie i choć scenariusz gry pojawił się jakęiś czas temu w sieci, to czytać go nie zamierzam. Bo tę grę warto będzie przejść.
No i te epickie sceny, wielcy Żniwiarze… Jak można tego nie lubić?
A reszta? Albo mało na tych zwiastunach widać, albo po prostu te gry mnie mniej interesują. Poza jednym tytułem, który zasłuży na specjalny akapit, ale to na samym końcu.
A więc po kolei: Hitman:- za dużo strzelania, za mało skradania. Fajne to będzie, ale jakoś nigdy się w tej serii nie zakochałem. W tej części pewnie też nie, choć na pewno zagram.
Rainbow Six: Patriots: – tym to się akurat mocno jaram, bo lubię całą serię, a w Patriots widać zmiany i to takie, które mi się podobają. Szkoda tylko, że zwiastun jest taki jakiś bezpłciowy. Jest źle, ludzie biorą sprawy w swoje ręce, zaczynają wymierzać sprawiedliwość i redystrybuować dobra. Obwiązanie cywila ładunkami wybuchowymi widać było i w pokazanym wcześniej „target gameplayu”, jak i tutaj. Czyli będzie to popularny motyw.
Darksiders 2: Ojej, kolejna gra na którą bardzo czekam. Jedynka była ŚWIETNA. Taka Zelda dla dorosłych ludzi, którzy lubią klimaty apokalipsy, mitologii judeochrześcijańskiej i zabaw konwencją. Czyli dla mnie. A dwójka? Po tym zwiastunie mało można powiedzieć, więc stąd i nieco mniej o tej grze, ale też czekam. I to bardzo.
Alan Wake: American Nightmare: Alan Wake bardzo dobrą grą był. Koniec kropka. A serialowa budowa z podziałem na odcinki to było mistrzostwo świata. I tu mam nadzieję, że je dostanę. I że oprócz nowych przeciwników i koszuli Alana , pojawi się też nowa mechanika rozgrywki. Ale tak – to kolejna gra, której wypatruję.
No i hurtem pozycje, które mnie nie interesują; Transformers – bo nie przepadam za tymi wielkimi robotami; Spider Man – bo żadna gra z tej serii chyba nie była fajna, no i wolę mroczniejsze komiksy; nowe C&C od BioWare – bo to RTS i na konsoli nie będzie działał, o ile w ogóle się na nich pojawi ten tytuł; Tony Hawk – well, bo ta seria umarła i nie powinna wracać; Tekken Tag Tournament – bo są tylko dwie dobre bijatyki – Mortal Kombat i Dead or Alive.
I na sam koniec – czas pokazać moje rozczarowanie.
Metal Gear Rising – co to ma być? Gdzie mój Metal Gear? Należę do tego promila graczy, którym bardzo podobał się MGS2 i postać Raydena. I po Rising spodziewałem się czegoś więcej niż prostej siekaniny z lat 80 z dziadowską muzyką.
Uwielbiam gry z tej serii. Za ich przaśność, przegięcie patosem i durną fabułę, której nikt już chyba w całości nie ogarnia. Kocham być Snakiem, skradać się, chować w pudełkach i wracać godzinami po snajperkę. Uwielbiam oglądać 30 minutowe przerywniki filmowe i wzruszać się przy nich. Bo to jest mój MGS. A to powyżej? Nie, to nim nie jest.
I jeszcze o samych wyborach jury:
Game of the Year – wygrał Skyrim, a miał ciężką konkurencję. Bo nominowane były też takie produkcje jak Batman, Portal 2, Uncharted 3 czy Zelda. Szczerze mówiąc, nie wiem, którą z nich sam by m wybrał. Pewnie wahałabym się pomiędzy Portalem a Batmanem.
Studio of the Year – w zasadzie powtórka z Game of the Year. Wygrała Bethesda, z czym się nie zgodzę. Dla mnie to z nominowanych Valve, Naughty Dog, albo Rocksteady.
Character of the Year – wygrał Joker z Batmana. I mają rację, jest zajebisty. Chociaż Wheatley z Portala… damn, sam nie wiem.
Gamer God – Blizzard – no comment
Best Xbox 360 Game – Batman – trudno się nie zgodzić, chociaż ten Portal 2… W Gearsy jeszcze nie grałem, Forza to nie moja bajka.
Best PS3 Game – Uncharted 3. W zasadzie nie było chyba innego wyboru. Bo przecież nie inFamous 2, nie KZ3. Może LBP2.. swoją drogą zwróćcie uwagę – tutaj są same tytuły na wyłączność, a w przypadku 360, well, tylko jeden.
Best Wii Game – Zelda. Słusznie, bo Epic Mickey i Lost in Shadow aż tak dobre nie są.
Best PC Game – Portal 2. A inni? Nie wiem, nie chcę, nie znam się, nie moja bajka. Szkoda Wiedźmina 2.
Best Handheld/Mobile Game – Super Mario 3D Land – i tu się nie zgodzę, bo dla mnie to nominowany Ghost Trick.
Best Shooter – Modern Warfare 3 – i słusznie. Bo z punktu widzenia singleplayerowej kampanii to chyba najlepsza strzelanka.
Best Action Adventure Game – Batman. I chociaż bardzo lubię Assassina, to chyba muszę się tu zgodzić. Bo Batman działa sam, a Assassin to taki fan service.
Best RPG – Skyrim – Dlaczego w nominacjach nie ma Wiedźmina?
Best Multiplayer – Portal 2 – nie moja bajka, ale jeżeli miałbym wybierać pod swoje gusta to na pewno wybrałbym ten tytuł.
Best Individual Sports Game – Fight Night Champion – i znowu nie moja kategoria.
Best Team Sports Game – NBA 2K12 – jak wyżej. Gry sportowe to dla mnie SSX
Best Driving Game – Forza Motorsport 4 – symulacja – nie dla mnie, NFS The Run – jak najbardziej.
Best Fighting Game – Mortal Kombat. YES! YES! YES!
Best Motion Game – The Legend of Zelda: Skyward Sword. Też tak uważam, a z nominowanych tylko Child of Eden mnie zainteresowało.
Best Independent Game – Minecraft. Nie moja rzecz. Zupełnie. A z nominowanych na pewno bardziej zakręcił mnie Superbrothers: Sword & Sworcery EP, które świetną grą jest.
Best Adapted Video Game – Batman. Nie było dużej konkurencji.
Best Song in a Game – “Build that Wall (Zia’s Theme)” by Darren Korb, Bastion. Żaden utwór z gry nie wzbudził w tym roku we mnie większych emocji.. ciężko mi powiedzieć.
Best Original Score – Bastion – a ja powiem Assassin, który nawet nie był nominowany.
Best Graphics – Uncharted 3: Drake’s Deception – ok, I guess.
Best Performance by a Human Male – Stephen Merchant as Wheatley, Portal 2 – to jedna z tych kategorii, których nie rozumiem. Znaczy gdzieś tam w głowie mam, że można przed jej ogłoszeniem wstawić kolejną przerwę reklamową. A tak wracając do innych to szkoda trochę Marka Hamila z jego kreacją Jokera. No ale Whitley zajebisty był.
Best Performance by a Human Female – llen McLain as GLaDOS, Portal 2 – bezapelacyjne zwycięstwo.
Best Downloadable Game – Bastion – trzeba będzie sprawdzić tę grę, dużo w niej dobrego.
Best DLC – Portal 2 – Peer Review – ojej, to do koopa, a ja w koopa nie grałem. A reszta? Nie miałem czasu sprawdzić.
Most Anticipated Game – Mass Effect 3 – ha, dobra kategoria i zmusza do myślania. Czekam na ME3, ale chyba bardziej mnie kręci BioShock: Infinite i The Last Guardian.
GameTrailers.com Trailer of the Year – Assassin’s Creed: Revelations, E3 2011 Trailer – szkoda Dead Island, mieli szansę.
Nie potrzebuję mieć tych wszystkich gier, filmów, książek, audiobooków i plików na swoim komputerze/półce/książce. W znakomitej większości przypadków zagram, przeczytam, obejrzę raz. Być może do promila z nich wrócę za parę lat, ale i to nie jest pewne. Po co mi więc fizyczna kopia na półce? Po co inwestować w posiadanie, skoro tak naprawdę potrzebuję tylko zapłacić za jednorazowe obejrzenie, zagranie czy przeczytanie?
Przestajemy żyć w świecie produktów, zaczynamy żyć w świecie usług. A to chyba jest korzystniejsze dla obydwu stron. Jedna ma nieograniczony dostęp do contentu za stałą opłatą, druga nie liczy się z każdym produktem i jego zyskami, tylko ma zapewniony stały dochód. Działający przykład – VoD N. Kupuję prawo do oglądania filmu na 48 godzin, kupuję prawo do korzystania z seriali, nie kurzą mi się na półce płyty, nie kupuję bez sensu prawa do oglądania przez wieczność, z którego pewnie nigdy po raz drugi nie skorzystam.
Zamiast kupować płyty z muzyką, wolę abonament w last.fm czy groovesharka, a skoro tam się to sprawdza, to być może da się ten model przenieść i na inne usługi? O eNce już pisałem, a co z grami? Dostęp do wszystkich tytułów z PSN/XBLA w trakcie opłacania abonamentu byłby na pewno fajniejszą opcją niż to, co oferuje teraz PSN+/Gold. A ebooki? Tak samo – pożyczamy, czytamy, kasujemy. Nie posiadamy. Zresztą, jeżeli ja dobrze rozumiem prawo autorskie, to i tak żadnych praw, poza użytkowymi nie nabywamy w tym przypadku.
Cyfrowa dystrybucja wydaje być się tu o krok wcześniej przed tradycyjnym handlem. Bo w końcu film, muzykę czy grę możemy zawsze ponownie pobrać, a nie musimy od nowa kupować wszystko z nośnikiem włącznie. Ale to jeszcze nie to, na co czekamy.
Zresztą – dlaczego torrenty są tak popularne. Pomijając kwestię ceny chodzi przecież o natychmiastową dostępność bez konieczności posiadania. Ssam serial, oglądam, kasuję. Nie potrzebuję jak kiedyś box setu z DVD (a mam tak kupione wszystkie 10 sezonów Friendsów, a co), potrzebuję obejrzeć dany odcinek, gdy przyjdzie mi na to ochota.
Część wytwórni już poszła po rozum do głowy i w dzień po emisji same udostępniają swoje nagrania. Skoro ludzie i tak je będą piracić, to może choć trochę zaróbmy na reklamach? Niestety w Polsce znakomita większość tych usług nie działa, chyba poza South Parkiem, no ale u nas zawsze trudniej było być legalnym.
Może warto pójść krok dalej? 2zł od każdego użytkownika Astera, Tepsy i Netii szło by do wytwórni, które w zamian za to udostępniały by swój content? Zakładam, że nikogo z nas te 1-5zł więcej nie zaboli, dla wytwórni to pewny, comiesięczny pieniądz od ludzi, którzy prędzej jumną ich treści niż za nie zapłacą. I nie dajemy im materiałów w posiadanie, ale wypożyczamy na żądanie. Wszyscy są zadowoleni.
No i usługi nie da się ukraść. A przynajmniej nie jest to aż tak proste.
No więc mam te pęknięte oczy i nie mogę zerkać w ekrany i palić (przebywać w dymie). Dla osoby, która pali i żyje internetem, grami wideo i książkami, to świetna wiadomość. No ale próbowałem się odciąć. I wczoraj mi się udało.
Nie to, żeby było prosto, ale skumulowane problemy z zatokami, oczami i węzłem chłonnym (tak wiem, sypię się, koniec gwarancji) spowodowały pozostanie w domu i nie wyłażenie z łóżka. Oczywiście gdzieś tam w tle przygrywał ogólny stan zniechęcenia, marazmu i zawieszenia, póki nie dostanę tej swojej ostatecznej decyzji. Decyzji, którą przecież znam, ale nie chcę dalej w nią uwierzyć. Trudno.
Faktem jest, że zostałem i oczywiście stoczyłem walkę ze sobą, żeby nic nie włączyć. Bo ekranowe menu spore. Konsole stacjonarne, przenośne, iphonopady, komputery… a na każdym z tych urządzeń milion rzeczy do zrobienia, milion zaległości i aktywności do zapełnienia czasu. Było ciężko, ale mi się udało.
No dobra, prawie, bo przyznaję się uczciwie do jednego odcinka Homeland (kto nie ogłada, niech zacznie) i odrobiny Batmana, którego chcę skończyć, zanim położę łapki na Assassinie. A poza tym.. no właśnie – nic.
Dwa radia internetowe – Frisky (mniam, fajna elektronika) i krakowska Radiofonia, trochę gazet, trochę książek, sporo spania. O tych gazetach to jeszcze napiszę, bo w Uważam Rze znalazłem super artykuł o pamięci i psikusach, jakie potrafi nam zrobić. Okazuje się, że to nie tylko ja. To my wszyscy sami siebie oszukujemy. Generalnie dzień bez informacji. Absolutnie żadnej. Nawet nie zerkałem w maile. Czułem się z tym dziwnie. I chyba przetrwałem, bo było to na tyle ekscytujące, że zastępowało uzależnienie od informacji. No i ta świadomość, że zawsze mogę wziąć coś z ekranem i przyćpać na nowo dawała ukojenie.
Dzień bez wychodzenia z łóżka, dzień bez telefonu, dzień bez niczego. Kiedyś bym go nienawidził, teraz sam sobie taki zrobiłem i chyba było to fajne. Naładowanie baterii, uspokojenie intelektualnego ADHD, narkotyk pustki.
Chyba się przydało, bo czułem się naprawdę wyczerpany. Co ciekawe, nawet P mi nie spędzała snu z powiek. Chyba powoli się mentalnie przygotowuję na pożegnanie. Albo po prostu coś już we mnie umarło i jestem gotowy iść dalej. Cholera wie. Zresztą symboliczne jest to, że najpierw piszę tutaj, a nie tam, a przecież mam co powiedzieć narodowi, jak choćby, że jara mnie nowa aktualizacja 3DSa (nowe puzzle!, osiągnięcia i takie tam), że Batman, że wypożyczanie, a nie posiadanie i takie tam. Ale nie, najpierw ten blogasek i pewnie copypasta dalej.
W każdym razie nie to, żebym nie zostawił sobie do przemielenia tego, co się wydarzyło. Przede mną 1156 tweetów, 845 wpisów w RSSach, 69 wiadomości na Yammerze, 42 maile i cholera wie ile wpisów na Facebooku, Google+ i Instagramie. I rośnie.
Tak wyglądało to mniej więcej dwa lata temu w LA, teraz w zasadzie jest podobnie. Czerwone oczy, ropa w kącikach i takie uczucie piasku po powiekami towarzyszy mi cały czas. Do tego oczywiście łzawią cały czas, więc na ngrodę emo w branży mam sporą szansę.
Przyczyny? Jakże proste – stres, zmęczenie, niewyspanie. Organizm po raz kolejny mówi zwolnij i nie pchaj brudnych paluchów do oczu.
Dokładając do tego regularne bóle głowy (chyba zatoki) czuję się naprawdę jak po gwarancji. Dochodzę do jakiegoś kresu wytrzymałości na życie i łatwo się psuję. Winter is coming.
Ale ja w zasadzie nie o tym, pomarudzilem sobe na siebie, wystarczy. Bo tak naprawdę rzecz jest o audiobookach. Kiedy człowiek palący, grający w gry, uzależniony od informacji i oglądający seriale dowiedzieć sie, że w zasadzie ma się za dużo nie patrzeć, a na ekrany to zwłaszcza, życie nie pozostawia za dużo opcji.
I wydawało by się, że audiobook będzie tu idealnym rozwiązaniem. Niestety często nie jest.
Dlaczego? Po pierwsze jeżeli nic nie robię, tylko słucham, to się nudzę i natychmiast szukam zajęcia. Wczoraj na przykład sięgnąłem po magazyn i zacząłem czytać.
Stało się też tak dlatego, że polskie audiobooki są (zwykle) nudnie czytane. Nikt nam nie opowiada tej historii, tylko czyta jak pani w podstawówce, tak żeby każdy zrozumiał. Jeżeli nie ma tam dobrego aktora to jedyne co nożna z taką audioksiążką osiągnąć to szybkie zaśnięcie.
Za to słuchowiska… Mniam! Wystarczy porównać Narrenturn do dowolnego audiobooka, by usłyszeć różnicę. Na szczęście będzie ich produkowanych więcej. Szkoda tylko, ze z książek, które już znam.
A tak w zasadzie to Polskie radio ma tyle zajebistych słuchowisk. Dlaczego nie zaczną ich sprzedawać, czy udostępniać na www? W końcu zapłaciłem za nie ze swoich podatków i abonamentu. A chciałbym paru z nich raz jeszcze posłuchać.