Warszawa – lubię to!

Lubię Warszawę. Bardzo. I nie boję się do tego przyznać.

Mieszkam tu już 10 lat, przyjechałem z prowincji za pracą, znajomymi i wielkim światem, bo moje miasto rodzinne zdecydowanie tego nie dawało i nie miało. I wiecie co, dobrze mi tu, mimo, że nie jest to ani Manhattan, ani Londek, czy też inne duże miasto. A wiadomo – Manhattan – wet dream mieszkaniowy kiedyś. Teraz to już w sumie nie wiem, czy dalej jest to aktualne.

Zresztą, Warszawa to chyba jedyne miasto budzące tak negatywne emocje zarówno wśród ludzi z innych miast, jak i jej własnych mieszkańców. Wszelakie Krakusy, Gdańszczanie czy insza inszość regionalnie upośledzona w swojej dumie autorytatywnie stwierdza, że to miasto jest brzydkie, bo tak, nie poświęciwszy chociażby sekundy na jego poznanie i zwiedzenie. A gwarantuję, że wylądowanie w środku blokowiska nawet w NYC buduje podobne, przygnębiające wrażenie. Rzecz w tym, że w Warszawie tych pięknych miejsc jest po prostu coraz więcej i w zasadzie całe centrum zaczyna już być miejscem do zachwycania się. Wystarczy przejść się zarówno i tymi uczęszczanymi szlakami głównych ulic, jak i powchodzić w te boczne by napotkać całą masę chwil typu „My God it’s instagram moment”. No ale to wymaga jakiegoś wysiłku, a powiedzenie, że Warszawa to syf nie kosztuje nic. I jakie jest trendy.

Druga fala narzekaczy to coś pomiędzy słoikiem (czyli osobą z poza warszawy, której rodzice dają żarcie w słoikach – nie wiem, czy to pejoratywne określenie, ale zakładam, że tak), a biurową klasą średnią. Osoba pełna nienawiści, złości i niespełnienia. Warszawa to syf, ale musi tu mieszkać bo praca, kasa czy inny whatever. Jakby tylko mógł, to by… zwykle jak spotykam takie osoby w nocy, to im tłumaczę, że mogą i niech sobie jadą. Po co mają męczyć siebie i innych też, tym narzekaniem.Kasa to nie wszystko, na ich miejsce znajdą się inni, a lokalna społeczność na pewno z wdzięcznością przyjmie swojego uduchowionego męczeństwem przedstawiciela.

Strasznie też śmieszy mnie to zwracanie uwagi, że stare miasto, to nie starówka, że dworzec jest główny, nie centralny w innych miastach. WTF ludzie, serio te nazwy są dla Was aż tak ważne?

Warszawa – duże miasto, dużo ludzi. Są opisani słoiko-BKŚ, są autochtoni, są przyjezdni. Moje doświadczenia mówią mi, że wolę imigrantów od autochtonów. Nothing personal, po prostu ludzie potrafiący zmienić miasto zamieszkania, zaryzykować dla kariery, kasy czy czegoś innego zwykle mają więcej w głowie. A jeżeli nawet mają tyle samo, to potrafią lepiej tego używać. Zresztą w moim aktualnym kręgu bliskich znajomych dominują właśnie takie osoby.

W sumie jednego czego mi brakuje w Warszawie i odróżnia ją od innych stolic zachodnioeuropejskich to multikulturowość. Jednak widać tę dominację jednej religii i rasy, co jakoś bardzo mi nie przeszkadza, ale też i byłoby miło, jakby różnorodność była większa. Ale spoko – wiem, że to się kiedyś wydarzy.

A tak? Spokojnie można sobie pić kawę w Starbaksie i na swoim ajpadzie pisać pracę domową dla swojego psychologa. chodzić na kawkę do czytelni, wybierać pomiędzy kuchniami, pomiędzy klubami, festiwalami, czy teatrami. Dzieje się masa rzeczy na raz i jest w czym wybierać, o ile się za bardzo nie wpadnie w marudzenie i da szansę swojemu discovery engine. A do tego mamy zarówno tę niską, europejską zabudowę, jak i wieżowce, dające przepiękny skyline, gdy patrzy się na nie od strony Wisły, rzeki, parki, plaże… po prostu jest prawie wszystko. Drażniące są tylko te cholerne demonstracje, pielgrzymki i protesty, ale cóż – takie są koszta życia w stolicy.

Wracając do dobrych stron – śą sklepy z fajnymi i dziwnymi rzeczami. Czy to gadżety z gier, czy modne, designerskie ciuchy. Da się znaleźć i poczuć to, co kiedyś miałem w njujorku, kiedy po raz pierwszy poczułem się – jej, eBay na żywo.

Lubię Warszawę. Fajnie się tu mieszka. Nie ruszam się.

10 najlepszych polskich gier AD 2011

Wg Metacritic to:

  1. Anomaly: Warzone Earth (94)
  2. Wiedźmin 2: Zabójcy Królów (88)
  3. Bulletstorm (84)
  4. Two Worlds II: Pirates of the Flying Fortress (83)
  5. Foodies (82)
  6. Dead Island (80)
  7. Chronicles of Mystery: The Secret Tree of Life (78)
  8. Two Worlds II (76)
  9. Mooniacs (74)
  10. Hard Reset (73)

Kurcze, w niewiele z nich grałem… I na pewno trzeba to nadrobić. W sumie największy szacunek dla 11 Bits, bo z małej gry, o relatywnie niskim budżecie zrobili coś, o czym mówią wszyscy. Inteligentnie dobrane platformy startowe i rozwój marki też zostały świetnie zaplanowane, zresztą wyróżnienia od Apple też się nie wzięły znikąd.

Cieszy też duża ilość pozycji na iOS. I to małych teamów, bo przecież Foodies, o ile się nie mylę, to praca dwóch osób, Mooniacs (Moonsters) też robiło kilka osób. Udało się, gry się przebiły. Fajnie. Pokazuje to, że niekoniecznie trzeba się szarpać na duży budżet i tworzyć swoją grę latami. Czasami lepiej mieć świetny pomysł i po prostu go zrealizować.

A reszta – cóż, część zgodnie z planem, część nieco poniżej. Pamiętam, że Wiedźmin 2 liczył na oceny > 90, Bulletstorm miał zejść w powyżej 2 milionach sztuk.

A zaskoczenia? Trailer Dead Island, który zawojował świat i Hard Reset, który pokazał się nagle i mimo małej wiary twórców w ten projekt nawet wyszedł.

Szkoda trochę Cartel, no ale tu zemściło się za wczesne wydanie gry… Ciekawe, za ile Call of Juarez wróci do nas.

No i wypada też dodać, że to był świetny rok dla polskiego gamedevu. Chyba jeden z najlepszych ever. Ciekawe, kiedy po raz drugi będziemy mieć takie żniwa.

Niezrealizowane ambitne kinowe plany

Miałem pójść na tyyyyle filmów i się nie udało

I trochę mnie to drażni, bo co, jak co, ale do kina to lubię chodzić. Po pierwsze bo wielki ekran, po drugie, bo to jakieś wydarzenie, którego nie przerywają telefony komórkowe, znudzenie i „to sobie obejrzę to później”, po trzecie, bo wielki ekran i dobre nagłośnienie, no a po czwarte, bo popcorn, cola i cały ten feeling.

No i w tym czwartym kwartale szykowałem się na trzy filmy i finalnie ich nie zobaczyłem. A szkoda, bo zakładam, że część z nich nadaje się wyłącznie do kina.

Na przykład takie Immortals:

O samym filmie wiem niewiele, poza tym, że robili go jacyś kolesie od 300. A to w sumie mi wystarcza za rekomendację, bo 300 uwielbiam i nawet sobie kupiłem na HD-DVD ten film kiedyś. Głownie za wizualia i slow-mo, jak również za świetne pokazanie bohaterów. Bez tego całego schematu – jestem super, dostaję łomot, zamykam się w sobie, trenuję, wygrywam. Nie, tu po prostu byli twardziele, którzy od początku do końca wiedzieli co robią i gdzie są. No a do tego jej, jak to wyglądało. Czysta orgia audiowizualna, świetna choreografia, kostiumy, efekty.. w zasadzie nawet taka sobie fabuła nie przeszkadzała. W końcu This is Spartaaaaa!

No i teraz ci sami ludzie, w podobny sposób zrobili film o mitach greckich. Co prawda Filmaster.pl powiedział, że dałbym temu filmowi 1, zaś oceny innych też nie są jakieś szczególnie budujące, ale zakładam, że w kinie film mógłby zrobić na mnie ogromne wrażenie. Bo i też zwykle wiem, na co idę i nie oczekuję od każdej produkcji kina moralnego niepokoju. Czasami na serio wystarczają mi ładne widoki pod popcorn i colę i ten film gdzieś w tych rejonach umieszczałem.

//tak btw to ten cały Filmaster.pl wydaje się być ciekawym i fajnym serwisem. Jak na razie miał najbardziej trafne i fajne rekomendacje, jakie widziałem w sieci i na pewno, jak się dłużej nim pobawię, to coś na jego temat skrobnę, bo zasługuje//

Problem w tym, że w kinach go już nie ma, a na DVD/Blu-ray zapewne tak samo już nie będzie. Szkoda.

Anonymous z kolei wpisywał się w fajny wysokobudżetowy film mieszający spiskowe teorie dziejów z wartką akcją i fajnymi efektami.

O Shakespearze i tym czy był, nie było go, czy też była to cała grupa osób czytałem sporo. No i samego Shakespeara lubię, bo jego sztuki w Teatrze Narodowym robią zwykle na mnie duże wrażenie. Albo jest tam wymagany poziom patosu, wbijania sobie noży w plecy i knucia czy też magiczny świat z elfami – zwykle działa.

Filmaster powiedział mi, że dałbym mu całe 2/10, co z jednej strony jest pocieszające, z drugiej zaś.. Cóż, nadal chcę wierzyć, że to jest lepszy film, niż im się wydaje, że mi się będzie wydawać. W każdym razie, tu opcja DVD już brzmi lepiej niż przy Immortalsach. W końcu oprawa audiowizualna nie jest tutaj aż tak kluczowa, jak przy wcześniejszym filmie.

Na sam koniec Trzech Muszkieterów.

I tu muszę napisać, że ja po prostu lubię tę historię. Przeczytałem książkę dość wcześnie, będąc chyba jeszcze w liceum. Sam nie wiem dlaczego. Czy skłonił mnie do tego jakiś serial, odwołanie w innym dziele literackim, a może potrzebowałem do którejś z przygód… w każdym razie znam od dawna. Zresztą – potem pojawiły się 9 wrota, a za nimi lektura Klubu Dumas, gdzie znowu przewinęli się Trzej Muszkieterowie, a na to wszystko nakłada się jeszcze miłość do kina nowej przygody, stylistyki płaszcza i szpady, co zawsze pozwala mi cieszyć się tego typu filmami. I na sam koniec jeszcze – mrw polecał na swoim blogasku, a on ma zwykle trafne obserwacje.

Tu na szczęście opcja DVD w ogóle mi pasuje, chociaż tak jak i wcześniej wolałbym kino, 3D i popcorn.

Po drodze pojawił się jeszcze Szpieg, który polecają znajomi, ale na to powinienem zdążyć. No i 9 stycznia nowy Sherlock Holmes na którego już MUSZĘ pójść. Ale to sobie wpiszę po prostu do realizowalnych postanowień noworocznych.

Bo te z zeszłego roku… a zresztą sami się możecie domyślić. Nadal aktualne.

 

 

American Horror Story – super, ale końcówka rozczarowuje

4481026D-5EB7-4FD7-BDEC-0509CEA7D112.jpg

American Horror Story – nawiedzony dom, duchy, prychopaci, zbrodnie, popieprzone postaci i tajemnica. No po prostu wszystko w tym serialu było na miejscu. I podobało mi się. Bardzo.

Czasami było strasznie, czasami trochę śmiesznie, ale przede wszystkim ciekawie. Bo i historie ludzkie tam zaprezentowane były po prostu dobrze zrobione. Mamy więc i nastoletniego psychopatę i parę, która chce czego innego w życiu jeszcze nie zdając sobie z tego sprawy, czy też pokojówkę która pragnie odkupienia za swoje czyny. A wszyscy oni skazani są na wieczność ze sobą w jednym domu.

I w to wszystko wpasowuje się nowa rodzina, szukająca nowego startu i zapomnienia poprzednich problemów. Personalne szambo związkowe styka się więc z wygłodniałymi emocji i cierpiania duchami, które zaczynają bawić się z żywymi. Przez swoje piekło przechodzi chyba każdy – zarówno każde z rodziców, jak i ich nastoletnia córka.

(uwaga, teraz zaczną się spoilery)

No i wszystko idzie świetnie. Kolejne postaci umierają i zostają w przeklętym domu. Ich problemy dokładają się do ogólnej beznadziei, jaka panuje w tym miejscu. Na początku córka (o czym sama dowiaduje się dużo później – co jest zajebistym patentem), potem matka, na końcu nasz pan ojciec – psycholog. I po śmierci zaczynają być jedną zgraną, martwą rodziną, co mi się nie właśnie podoba.

Dużo bardziej podobało by mi się  zostawienie na wpół oszalałego z rozpaczy faceta, który stracił wszystko – rodzinę, pracę, znajomych, zmysły… no po prostu wszystko. Kolesia, który otarł się o niewyjaśnione i został niewolnikiem domu. Duchy nie mogą z niego wyjść. On po prostu nie potrafi już bez niego żyć.

A tak mamy taki cukierkowy happy end. Ci starający się zostają nagrodzeni wspólną wigilią przy pięknie ubranej choince, źli czekają na wybaczenie, a najgorsi zostają usunięci poza nawias.

Na szczęście pomysłu na drugi sezon chyba nie ma. Bo co pozostaje? Pokazanie upadku kolejnej rodziny? To by było słabe. Życie pozagrobowe? Chyba też jakoś nie do końca pasuje. Zresztą już pokaz straszenia mieszkańców przez świeżo zmarłą parę był taki sobie i odstawał klimatem od reszty serialu….

Pozostaje w zasadzie tylko wątek narodzonego „antychrysta”. Piszę w ciapkach, bo cholera wie, co oni z nim zrobią. Nie dość, że to wynik gwałtu, to jeszcze do tego ojcem jest duch psychopaty. No i w ostatnich scenach widać, do czego jest zdolny.

Ale mimo to kontynuacji bym nie chciał. Jeden sezon mi wystarczy, bo idę o zakład, że kolejne będą po prostu gorsze.

Niewolnik aplikacji

Ciekawi mnie bardzo Windows Phone, ale się niego nie przesiądę. Koszt wymiany aplikacji jest za duży.

Możliwości sprzętu nie są najważniejsze. Nie muszę mieć najlepszego aparatu w swoim telefonie, ani najszybszego procesora. Te czasy bezpowrotnie minęły. To, co się liczy, to ilość dostępnych apek, gier i usług. No i oczywiście ilość kasy, którą zostawiłem w danym wirtualnym sklepie.

Good is new perfect, a po wydaniu setek dolarów wirtualnych sklepach zmiana telefonu/komputera/konsoli na inną jest dużo cięższy. Nie mówię, że nie da, ale na pewno będzie to trudniejsze. Zresztą, o ile można mieć wiele konsol i grać na nich jak się komu podoba, o tyle noszenie ze sobą wielu telefonów jest nieco bez sensu (choć znam ludzi, którzy mają stale przy sobie 3 smartfony)

Przyzwyczajamy się do jednego systemu. Byłem bardzo zadowolony z iPoda -> kupiłem sobie maka. Z makiem i ajpodem przesiadka na ajfona była kwestią czasu. Tak samo wyglądało to z dokupieniem ajpada jako domyślnego tabletu. Dlaczego? Integracja, prostota wymiany danych. Zresztą zapewne tak samo jest w przypadku gadżetów Samsunga, Microsoftu i Sony.

Ale wracając do aplikacji. Mamy swoje przyzwyczajenia, zakupiony stuff i przesiadka na kolejny system to masa wydatków. Skoro smartfon zastępuje nam komputer i zawsze jest z nami, to nic dziwnego że wraz z czasem gromadzi nam się ilość niezbędnego oprogramowania danych. Danych, które bardzo łatwo przeniesiemy na kolejnego ajfona, ale już nie na Androida czy Windows Phone. To trochę jak dawno temu z reinstalacjami Windowsa (teraz po prostu nie wiem, jak to wygląda, więc się nie będę wymądrzał) – zawsze były jakieś ofiary. A tutaj? Poza kontaktami, które możemy pewnie za pomocą google jakoś przenieść reszta danych pójdzie się paść.

I tak oto w dość prosty sposób stajemy się niewolnikami danego systemu. Bo nagle okazuje się, że nawet jak nowy super telefon dostaniemy za darmo, to i tak musimy wydać mnówsto kasy i spędzić nad nim masę czasu, by mieć mniej więcej to samo, co kiedyś. A prawie nikomu się nie będzie chciało tego robić. A na pewno nie mi – stałem się wygodnicki. No i dobrze mi z moim ajfonem, mimo, że Windows Phone kusi.

Wybór bez wyboru

„Niewinny człowiek ma na sobie zamontowaną bombę, dowódca oddziału antyterrorystycznego musi szybko podjąć decyzję – albo wypchnąć go z mostu skazując go na pewną śmierć, albo zaryzykować życie zgromadzonych cywili. W naszej grze będziemy pokazywać właśnie te trudne wybory”.

Cytat wymyśliłem i skleiłem z paru zdań z opisów nowego Rainbow Six. Brzmi fajnie? No pewnie, że tak. Zresztą nie tylko nowe R6 przekazuje nam takie obietnice. Trudne wybory i wczucie się w rolę człowieka, które je podejmuje to dość popularny temat, zwłaszcza w strzelankach, chociaż nie tylko.

Problem tylko w tym, że bardzo rzadko w faktycznej grze do tego dochodzi. Jak wygląda ta trudna sytuacja w opisywanym na początku Rainbow Six?

Zrzut ekranu 2011-12-21 o 14.30.24.jpg

Wciśnij kwadrat, albo przegraj. Chyba nie o tym mówią twórcy.

Ostatnia gra, w której widziałem pojawiła się ta sama sytuacja to LA Noire. Dwóch podejrzanych, porównujemy zeznania by wybrać winnego i… nie możemy się pomylić. Gra od razu mówi nam kogo możemy oskarżyć. Inną możliwością jest wieczne oczekiwanie w celi ze skazanym, bo bez wciśnięcia kwadratu akcja nie pójdzie dalej.

Skąd to się bierze? Jak wszystko – z pieniędzy. Stworzenie wielu ścieżek fabularnych w grze kosztuje. I to pewnie niemało, bo to i nagranie głosów i zbudowanie lokacji, zrobienie przerywników filmowych itepe itede. A to wszystko ze świadomością, że tylko część graczy to zobaczy. Opłaca się? Pewnie nie. Zwłaszcza, jeżeli gra nie jest cRPG, które zasadniczo powinny polegać na podejmowaniu wyborów i życiu z ich konsekwencjami.

I nie mam z tym większego problemu. Chciałbym tylko, żeby w trakcie promocji gry nikt mi nie wciskał, że będę podejmował ważne decyzje i stanę przed niewyobrażalnymi wyborami. Bo zwykle sprowadza się to do wciśnięcia przycisku i pójścia z góry wytyczonymi torami.

Bye bye Misfits

Przeszło mi, tak po prostu.

A szkoda, bo Misfits to był serial o superbohaterach, który mi się podobał. Przeżyłem 2 sezony, które „mi się bardzo” i w trzecim coś się popsuło.

Było dobrze – i nie o to chodzi, że brytyjski i inny, bo akurat takiego hipsteryzowania nie lubię, ale bardziej o kreację bohaterów, ich mocy, humoru i nawet metaplotu, który jakiś cudowny nie był, ale w miarę trzymał się kupy, co wystarczało.

Trzeci sezon to po pierwsze zmiany w obsadzie i nowe postaci, które nie dorastają i na maksa zgrane rozwiązania. Zamiana ciał? Cofnięcie się w czasie i alternatywna rzeczywistość? No kaman, było wszędzie i pewnie lepiej zrobione. Brakuje tylko w sumie teraz odcinka z flashbackami.

Zaś samo bye bye nastąpiło po smutnym stwierdzeniu, że dawno żadnego odcinka nie obejrzałem i że w sumie to mi nie brakuje. Po co więc marnować czas? Zwłaszcza, że jest co oglądać, i aktualnie na tapecie mam:

American Horror Story – z odcinka na odcinek coraz lepiej. Historia domu, w którym działy się złe rzeczy, i którego wszyscy właściciele zginęli gwałtowną śmiercią. Pan psycholog, jego żona i córka starają się tam na nowo zbudować swoją rodzinę. Ale okoliczności wybrali są ku temu mocno niesprzyjające. Zasysa od pierwszego odcinka i trzyma w napięciu. Fajne kreacje, fajne postai, niezła fabuła. Na razie też nie przynudza i potrafi jeżeli nie przestraszyć to na pewno wywołać lekki niepokój. Mniam.

Once Upon a Time – baśń miejska, czyli mocno Gaimanowa opowieść o tym, co by było gdyby postaci z bajek mieszkały w naszym świecie i nie wiedziały kim są. Aktorzy nie są jacyś rewelacyjni, serial cierpi na niski budżet, co czasami widać (za dużo komputera), ale i tak ma na tyle fajną fabułę i pomysł bliski mojemu sercu, że oglądam z zaciekawieniem.

Z tego co widzę – do końca roku to tyle, co się pojawi. A co w 2012?

Jadąc po kolei
Californication – pierwszy sezon był genialny i kompletny, kolejne za to coraz słabsze, do punktu, gdy zaczęło chodzić tylko i wyłącznie o dymanie i chlanie. Czwarty na nowo dał mi wiarę, że warto. Zobaczymy czy piąty da radę.
30 Rock – zżyłem się. Nie wiem, czy teraz jest to dla mnie aż tak fajne, jak kiedyś, ale na pewno lubię i bohaterów i pomysł. No i szczerze mnie to śmieszyło, jak oglądałem. Mam nadzieję, że tak zostanie
House – wiadomo, nie ma co pisać
Game of Thrones – Och jej, rzadki przykład, kiedy książka mi nie do końca podeszła, a serial bardzo. I to bardzo bardzo. Do punktu, kiedy czekam z utęsknieniem na drugi sezon i dalszą część historii nie mając zamiaru sięgać po słowo pisane.

I to chyba tyle, z tego co pamiętam i tego co mi pokazuje moja internetowa pamięć. Nie wykluczone też, że coś nowego, dobrego się pojawi. Albo że w końcu potwierdzone zostaną daty nowych odcinków.

Natomiast bardzo brakuje mi jakiegoś dobrego anime klasy Cowboya Beepopa i nie za bardzo mogę na coś takiego trafić. Jak mi się uda, to nie omieszkam się podzielić. Albo w sumie zawsze można po prostu jeszcze raz ten serial obejrzeć.

Niedocenieni AD 2011

Gier wychodzi za dużo, znany fakt. I część z nich zostaje przegapiona.

Gamasutra zrobiła swoje podsumowanie 5 niedocenionych, czy też przeoczonych tytułów, a wiadomo – wyliczanki czyta się prosto, przyjemnie i szybko. Można więc na gorąco skomentować.

Więc po kolei:
Ghost Recon Shadow Wars na 3DSa – grałem, i to nawet dużo na 3DS i bardzo mi się podobało. Zresztą pisałem kiedyś, że z chęcią zobaczyłbym na tym silniku gry z uniwersum Games Workshop, bo sam przenośny Ghost Recon jakoś strasznie mnie nie jara, ale taki Warhammer Quest, Necromunda czy Mordheim jak najbardziej. O Space Hulku nie wspominając.

3DS miał taki sobie start, więc i gry na niego jakoś nieszczególnie się przebiły. Zwłaszcza te nie od Nintendo. A szkoda, bo akurat w tę warto pograć.

BlodyCheckers – nie brzmi jak coś dla mnie i w dodatku jest w usłudze, która w Polsce nie jest dostępna. Podziękuję.

Bejewled 3 – ja wiem, czy ten tytuł był przeoczony? Przez media pewnie tak, ale na pewno nie przez graczy i fanów tego typu gier. Zakładam, że Popcap jakoś szczególnie na sprzedaż tego tytułu nie narzeka.

Monster Tale – o, i to brzmi interesująco. Nie znałem tego tytułu wcześniej, a wygląda na coś ciekawego.

Średnia na Metacritic to 79, więc całkiem wysoko, fajne wykorzystanie obydwu ekranów, cukierkowa stylistyka do przeżycia.

Szkoda, że na Amazonie aktualnie niedostępne, a polskie sklepy i serwisy aukcyjne chyba też nie dysponują. Zdecydowanie warto będzie sprawdzić.

Rayman Origins – jeżeli jeszcze o tym nie pisałem, to powiem teraz – gra jest świetna, piękna i warto w nią zagrać. Ze znajomymi, samemu, z dziećmi. Bo jest do tego śmieszna, dobrze zaprojektowana i wciąga. Jeden z lepszych platformerów tego roku.

Gamasutra wymienia jeszcze dwa tytuły: Vanquish (zapomniałem, że to było w tym roku) i Ghost Trick. Pierwsza z nich, jakoś mnie szczególnie nie porwała. Albo się robię za stary, albo ta gra jest za szybka i za chaotyczna. Jakoś mi nie podeszła.

Za to Ghost Trick… mniam – jedna z gier roku i obowiązkowy zakup dla każdego posiadacza DSa. Detektyw duch, zakręcona fabuła, świetnie napisany scenariusz… no po prostu czysta radość mobilnego grania.

Ojej, internet jest popularny i zmienia naszą cywilizację

Nasze życie toczy się też w internecie i nie jest to nic strasznego. Mimo, że co jakiś czas pojawiają się „tru drama story”.

Wysokie obcasy, tekst Cała klasa jest na Facebooku

– Zaraz!- krzyknął 13-letni Antek i spokojnie wrócił do rozmowy z kolegą. Małgosia, jego mama, głośno się zamyśliła: – Czuję, jakbym go bezskutecznie wzywała z podwórka na obiad, z tą jedynie różnicą, że on siedzi w swoim pokoju, rozmawia z kolegą z gimnazjum przez skajpa i równocześnie ustawia z nim zdalnie jakieś klocki w tej nowej grze komputerowej.

Brzmi strasznie, ale takie nie jest. To znaczy prosto jest lamentować, że spędzamy dużo czasu na fejsie, czacie czy stronach www. O zgrozo w grach też zdarza nam się na długo zamulić (a już zupełnie inną rzeczą jest, że przywołane jako przykład dzieci zamiast mordować się w Call of Duty budują i tworzą światy w Minecrafcie).

Internet pojawił się w naszej cywilizacji i sporo namieszał, ale dajemy sobie radę. Zresztą, jest tak chyba ze wszystkimi wynalazkami. Pojawiają się, pierwsze pokolenie nie ogarnia i robi sobie masę problemów, kolejne uczą się żyć z nowinkami i traktują je, jak coś normalnego. No i do zmian technologicznych przyzwyczajamy się coraz szybciej.

Pamiętam swoje początki z internetem. Odkrycie stałego łącza na uniwerku zaowocowało siedzeniem 5 rano 23 non stop na pc xt z monitorem amber i trybem hercules. Tryb tekstowy, papierosy, brak jedzenia i snu. I to nie byłem tylko ja. Ludzie wsiąkali w IRCa, Usenet, gry sieciowo-tekstowe typu MUD. Potem pojawiły się czaty, forumy i inne wynalazki. I co? I nic, umiem wyjść na imprezę, spotkać się ze znajomymi, a jak mi się nie chce ruszać z domu, to pogadam z nimi na fejsie, czy innym komunikatorem. TO JEST NORMALNE.

Szał po chwili mija i zaczynamy z tego normalnie korzystać, jak z innych dobrodziejstw cywilizacji. Jasne – więcej czasu online, ale przekłada się to też na więcej interakcji i szerszy krąg znajomych. Czy jest płycej? Cholera wie, pewnie u niektórych tak, u innych nie, ale ja wolę częsty onlineowy kontakt niż rwane spotkania co pół roku, kiedy w zasadzie w kółko trzeba te więzi odbudowywać i podtrzymywać, a nie rozwijać. Bo to co nas łączy to wspólne wspomnienia i przeżycia. Nieważne czy z rzeczywistości, wspólnego grania czy rozmów przez internet. Ważne, że to był wspólnie spędzony czas.

Kluczem dla rodziców i znajomych jest po prostu pokazywanie ludziom, że istnieje świat poza siecią i że również jest on atrakcyjny. Jeżeli cytowana matka Małgosia nie umie pokazać, że są inne fajne zajęcia, to niech się nie dziwi, że jej dziecko tonie gdzie indziej.

I nie chodzi tu bynajmniej o kupienie mu zestawu Młody Chemik i powiedzenie – a teraz baw się, a ja obejrzę S jak Szpital, czy też zapisanie go na sekcję instrumentów dętych, ale zrozumienie co go jara i pokazanie mu tych rzeczy. Wspólne wizyty na fajnych sztukach w teatrze, wyjście do kina, wyjazdy itede to jest sposób, a nie lamentowanie, że internet kradnie dzieci.

A jeżeli chodzi o dorosłych… No litości:

młodzież studencka, mając do wyboru dostęp do internetu i własne auto, w sporej większości wybrała to pierwsze (64%). A co trzeci z badanych uważa internet za czynnik niezbędny do życia, porównywalny z powietrzem i wodą.

No pewnie że wybrała, bo dzięki internetowi można milion spraw załatwić szybciej niż za pomocą samochodu. Co więcej, milion rzeczy nam zostanie podwiezionych pod nos i wcale nie trzeba będzie po nie jeździć. Co w tym dziwnego? Co w tym strasznego? Lubimy sobie ułatwiać życie, nikt (poza amiszami) nie chce tępić narzędzi by pracować w większym znoju. A przynajmniej nikt, kogo ja znam.

Zresztą potem w cytowanym tekście jest niewiele lepiej:

ponad 1/4 badanych studentów woli zaktualizować swój status na Facebooku niż pójść na imprezę.

Błąd, oni zaktualizują swój status na Facebooku będąc na imprezie. Zresztą, co to w ogóle za idiotyczny wybór?! Przecież to nie są rzeczy rozłączne.

I jasne, zapewne jakiemuś procentowi naszej wspaniałej ludzkości internet zrobił wodę z mózgu, zrujnował życia i doprowadził do krawędzi. Jeżeli nie było by sieci winne mogłyby być temu gołębie, książki albo komiksy. Po prostu zawsze jakaś część sobie nie poradzi. I to nie zależnie od technologii czy innych czynników.

Internet stał się nieodłączną częścią naszego życia, upraszcza je i pozwala na więcej. Co nie oznacza, że można się od niego raz na jakiś czas odciąć i zrobić sobie wakacje. Da się. Trzeba tylko chcieć i znać alternatywy dla siedzenia na fejsie.

Nie płakałem po Kimie. Homefront też nie

89AD0476-5926-4C59-83C2-DF67B16930C7.jpg

Kim Jong-Il nie żyje. Ludzie szukają informacji, media ich dostarczają.

Gry mają z tym problem, bo często i gęsto związki sławnych osób z tą branżą są mizerne i nie za bardzo da się wyciągnąć artykuł wiążący te rzeczy.

Udało się przy okazji wojny w Gruzji (szukam i szukam w naszym archiwum tego tekstu o tym, że sytuacja w którym Rosja atakuje Gruzję i jest to przyczynek do światowego konfliktu było już w intrze do jednej z gier i coś mi to nie wychodzi, jak znajdę – podlinkuję), udało się przy śmierci Jacksona – był w grach, był tekst od razu, udało się przy Kimie. Chociaż nie na Polygamii. Z tekstem wystartowało Kotaku, co jednych oburzyło, a mnie jakoś nie.

Ciężko tu mówić o przewidywaniu, czy o jakimś zmyśle analitycznym twórców, ot zdarzyło się, że w ich wersji historii Kim też umiera, z tym że dwa tygodnie wcześniej. Blisko, bardzo blisko, ale to przecież przypadek.

Ciekawe? Dla mnie tak. I nawet nie czuję, żeby to było żerowanie na śmierci, bo to po prostu takie skojarzenie faktów wywołane przez to wydarzenie. No a przy okazji brutalnie rzecz biorąc przynosi te kliki, o które w mediach elektronicznych także chodzi (chyba, że to taki blogasek jak ten pisany bardziej z powodów biegunki tekstowej, a nie celów komercyjnych).

I pewnie taka notka z tą informacją była by ciekawa. Bez wchodzenia w politykę i pisania jakim popieprzonym skurwysynem Kim był i analizowania sytuacji politycznej… Chociaż z tą dyktaturą w zasadzie nic nie wiadomo i czort wie, czy gdzieś tam w testamencie Kima nie ma zapisu mówiącego o potrzebie ataku na drugą Koreę.

No ale to takie spekulowanie funta kłaków warte. Grunt to fakt, że jest ciekawostka, dobre tagi i moc google.

Tytuł ponad wszystko

Na onecie (przedruk z Forbesa) fajne succes story o branży. Dobrze opisane z ciekawymi historiami. I ze zjebanym tytułem

Polskie gry podbijają zachód, wychodzą nam, mamy i duże budżety i nagrody i niesamowite osiągnięcia. Idealny temat i powód by pochwalić się i pochwalić naszych twórców. Jak zatytułować taki tekst?

Zrzut ekranu 2011-12-19 o 12.22.12.jpg

Dziennikarzenie ociekające krwią. Nic innego nie przychodzi mi do głowy.

Drżyjcie portfele – Point Games w Warszawie

No i pojawił się w końcu fajny sklep z gamingowymi gadżetami w Warszawie.

86197C65-6298-4CA6-8132-414ABDE0D8EB.jpg

Point Games, bo o nim mowa, istnieje jakieś 2 tygodnie i już zdobył moje serce. Nie grami, bo te są wszędzie – ale akcesoriami, figurkami i gadżetami, które się w nim znajdują.

Główny asortyment – Nintendo i Star Wars, bo z tych uniwersów znajdziemy najwięcej rzeczy. Czego tam nie ma… czapki dla dzieci, koszulki, bluzy, figurki, klamry do pasków, plecaki – dużo tego, serio.

I co najważniejsze, wszystko można zobaczyć, obejrzeć i sprawdzić, z czym to się je. Dla mnie raj, bo w końcu nie trzeba płacić za przesyłki bajońskich sum, czekać i potem się rozczarowywać porównując faktyczny przedmiot ze zdjęciem na stronie internetowego sklepu.

Poza tym są jeszcze pluszaki i plecaki z kórlików, figurka z Bayonetty, kubki z retro grami i pewnie masa rzeczy na które nie zwróciłem uwagi.

A problem? Złe stargetowanie. Bo żyjemy w Polsce i o ile mnie Mario i Nintendo jara, to zapewne większość ma to gdzieś i wolałaby coś z Diablo czy też Warcrafta. No ale może właściciel po jakimś czasie też do tego dojdzie, że mamy nieco inną specyfikę graczy i popularności gier i odpowiedni asortyment sprowadzi.

A to co jest puści w niskich cenach na wyprzedaży. O!

W każdym razie – zamierzam wracać i wspierać, bo oferta jest lepsza niż w niejednym GameStopie na zgniłym zachodzie.

Assassin’s Creed: Desmond – przeczytałem, zapomniałem

ED7BE9C0-7456-4E27-8483-38CD5B4D940F.jpg

Komiks Assassin’s Creed: Desmond przyznaję się bez bicia – dostałem. I dobrze, bo sam z siebie bym go chyba nie kupił.

Żaden ze mnie komiksowy znawca. Owszem – komiksy lubię – kupuję, czytam. Jest to jednak podejście wyjątkowo konsumenckie i chyba nie szukam w tym większego sensu. Ot, traktuję dobry komiks (czy też nowelę graficzną) jak równoważnik książki i jakoś bardziej się nad tym nie zastanawiam. W mojej kolekcji jest pewnie kilkadziesiąt różnych pozycji, od obowiązkowego Sandmana Gaimana, przez badziewne komiksy do Wampira: Maskarady aż do wynalazków takich jak Pixy czy inne dziwactwa. Dużo tego.

Z komiksami na podstawie filmów i gier zwykle jest problem. Bo niestety nadal to zwykle odcinanie kuponów, a przynajmniej ja nie spotkałem się jeszcze z dobrą pozycją. Mamy więc tę samą historię, czasami dorzuconych jest parę nowych scen i to w zasadzie wszystko. Czytamy i poznajemy to samo po raz drugi. A szkoda, bo przecież dałoby się zrobić znacznie więcej. Jest masa wątków pobocznych, które można by rozwinąć, czy ciekawych bohaterów drugoplanowych, których historię można by opowiedzieć.

W przypadku Assassin’s Creed: Desmond poznajemy oczywiście historię Desmonda. Na samym starcie pojawia się więc strzęp fabuły z Obiektem 16 – poprzednią ofiarą badań Templariuszy, jak również kilka kolejnych szczegółów z życia i porwania głównego bohatera. Jest też przez chwilę pokazany jeden z przodków naszego protagonisty, który działał w epoce Cesarstwa Rzymskiego. I to w zasadzie tyle, bo reszta to streszczenie wydarzeń pierwszej części gry.

Jeżeli ktoś grał, to w zasadzie dużo nowego się nie dowie. A szkoda. No i też komiks nie jest jakoś super ładnie ilustrowany, ale od razu zastrzegam się, że jakimś szczególnym specjalistą w tej działce nie jestem. Po prostu mi się ta kreska nie spodobała.

Jasne, to pierwsza część komiksu i kolejne mogą być już dużo ciekawsze i lepsze. Sęk w tym, że ja po jej lekturze jakoś nie czuję się przekonany do kupienia reszty. Ale oczywiście jeżeli coś się zmieni i drugi tom znajdzie się w moich rękach oraz będzie faktycznie dużo bardziej interesująca, to nie omieszkam się tym faktem podzielić.

PS Za to animowany film Assassin’s Creed: Embers to dużo ciekawsza pozycja. Może nie do końca pasuje mi tam umiłowanie pokoju i pacyfistyczne nastawienie Ezio, ale przynajmniej i ładnie to wygląda i przyjemnie się ogląda.

Konkurowanie konsol przenośnych ze smartfonami to wcale nie jest bzdura

Marcin Kosman z GameZilli nazywa porównywanie PlayStation Vita ze smarfonami bzdurą. A ja się z nim nie zgadzam.

W jego tekście na GZ możemy przeczytać:

Zestawianie tych dwóch różnych rynków ma tyle sensu, co doszukiwanie się spadku sprzedaży kalarepy w rosnącej popularności płynu do płukania ust. W końcu obie rzeczy trafiają do gęby, więc można porównywać, tak?

Marcin pisze, że jedyne co łączy konsole przenośne i smartfony to fakt, że „Sprzęty działają bez podłączenia do prądu”. Jako różnice wskazuje sposób dystrybucji gier, cenę i ich jakość i główne funkcje. Zresztą całość tekstu do przeczytania tutaj. Zainteresowanych odsyłam do lektury, sam zaś przedstawię swoje zdanie na ten temat.

Pierwszą i podstawową rzeczą, na którą należy zwrócić uwagę to czas który mamy na rozrywkę. Grając na konsoli, nie gramy na PC, nie idziemy na spacer, nie chodzimy do kina, nie czytamy książki. Konkurencją dla Xboksa 360 jest każda forma spędzania wolnego czasu. I przywołuję tu konsolę Microsoftu nie bez powodu, bo to właśnie ta firma jako pierwsza zwróciła na to uwagę, mówiąc o tym w jednym z wywiadów udzielonych z okazji premiery tej plafomy. Idąc tym tokiem rozumowania łatwo wysnuć wniosek, że jeżeli gram na iPhonie i Androidzie w cokolwiek, to nie gram na 3DS i Vita.

No dobrze, skoro z tym się zgadzamy to zastanówmy się, co częściej będziemy mieć przy sobie. Mulitmedialny kombajn, z którego dzwonimy, przeglądamy internet, gramy i generalnie coraz trudniej nam się bez niego poruszać (da się, jasne, ale nie w tym rzecz), czy konsolę, o której musimy pamiętać by ją zabrać. A idąc w jeszcze większe ekstremum – co na pewno kupimy, bo jest nam potrzebne – telefon, na którym możemy też grać, czy wyspecjalizowaną konsolę do gier. I ile urządzeń chcemy na raz nosić przy sobie. Jedno (smartfon), czy osobno telefon i konsolę (zakładając, że handheld pozwala nam wejść do sieci, posłuchać muzyki, wejść na fejsa i zrobić fotkę).

Po co te wszystkie funkcje społecznościowe jak StreetPass czy Near w Vicie i 3DS? Dlaczego twórcy przenośnych konsol kopiują funkcje smartfonów (dotykowy ekran, odtwarzanie muzyki, internet itd.)? Przecież konsola ma być do gier.

Ano po to, żeby nawet bez gry mieć je przy sobie. Bo jeżeli mamy je dostępne, to jest spora szansa na to, że nudząc się kupimy jakąś grę z cyfrowej dystrybucji, czy też pomyślimy o kolejnym zakupie większej produkcji. Inaczej nasza zabawka będzie leżeć zakurzona w kącie.

A trudno będzie jej konkurować z platformami, na których codziennie pojawiają się setki gier, w ogromnej większość albo tańszych od tych dostępnych na konsolach przenośnych, albo wręcz darmowych. A nie oferują one gorszej rozrywki. Jasne, może nie mają tak pięknej oprawy audiowizualnej, ale stawiają na coś innego. I możemy je kupić wszędzie. Nie czekamy na dostawę ze sklepu, na przesyłkę. W momencie powstania potrzeby zagrania w Infinity Blade 2 czas oczekiwania wynosi dokładnie tyle ile pobranie gry z internetu.

Co więcej, są to gry dostosowane do mobilnego grania. Do krótkich, przerywanych sesji i oferują nam nowe doznania. Nie są to kopie gier ze stacjonarnych konsol, ale zupełnie inne pozycje. I zyskują one niesamowitą popularność. Przykłady? Od Angry Birds można by zacząć, a potem wymienić inne, wielkie mobilne gry z milionowymi wynikami sprzedaży.

I zgadzam się z Marcinem, że znakomita większość tych produkcji jest słaba. Nie zmienia to jednak faktu, że przy wolumenie wypuszczanych tytułów ilość tych dobrych w zupełności wystarcza. Zwłaszcza, że „good is new perfect”. Gracze zadowolą się dużą ilością dobrych gier, a nie oczekiwaniem przez długi czas na te najlepsze. Za przykład wystarczy tu podać start 3DSa.

Co więcej – gry na smartfony są coraz lepsze. Twórcy powoli, ale konsekwentnie uczą się jak tworzyć coraz lepsze i bardziej wciągające produkcje na ekrany dotykowe. A gracze hardcorowi (casuale nie mają z tym problemów) powoi się do tego przyzwyczajają. Zresztą – sygnałem zmiany jest chyba fakt, że największe hity z konsol przenośnych pojawiają się również na smartfonach.

Co dają nam do kupy te wszystkie argumenty. Ano tłumaczą poniższy wykres:

Zrzut ekranu 2011-12-15 o 17.47.12.jpg

Widzimy na nim, jak powoli, ale nieubłaganie smartfony zjadają rynek mobilnej rozrywki.

Marcin argumentuje, że porównujemy sprzęt, który ma 7 lat z nowoczesnymi telefonami – dla mnie nie ma z tym problemu. Bo raz, że graficzne osiągi są zwykle podobne, dwa że starszy sprzęt jest tańszy. Czyli powinien nawiązać równorzędną walkę.

I na sam koniec już. Marcin pisze: „Monitory od Samsunga i LG sprawdzisz sobie w sklepie RTV, a w salonie AGD zobaczysz stojące obok siebie pralki Amiki i Beko. Tymczasem Nintendo 3DS albo PSP raczej nie znajdziesz w sklepie z telefonami, a Ultima czy Gram ani myślą wprowadzać do swojej oferty telefony.” Jestem bardzo ciekawy, co powie, gdy Vitę z 3G znajdzie tylko u jednego z polskich operatorów komórkowych. Bo taki scenariusz jest przecież możliwy.

A o tym, że casuale, czyli ludzie, którzy generalnie kupują gry i nie marudzą przesiedli się już na smartfony chyba nie trzeba pisać. Wystarczy tylko spojrzeć do kogo kierowane są gry na konsole przenośne. A są to hardcorowcy, bo tylko ich już interesuje dedykowany sprzęt do grania. I są oni w mniejszości.

W skrócie? Vita konkuruje ze smartfonami i wcale nie jest to bzdura. Tak samo jak fakt, że laptopy konkurują z tabletami, konsole pomiędzy sobą a PC, a wszystko to walczy o naszą uwagę i czas. Na równych prawach. Bo wyjście do klubu czy pójście na siłownie może być równie ważne dla kogoś jak zagrania w najnowszą megaprodukcję.

Wiele śmierci Nintendo

A2D2326C-ED90-4660-91E5-ECABAA3A68E6.jpg

„To już koniec Nintendo!”. Ile razy to słyszeliśmy?

Wiele. I to od dawna. A firma jakoś upaść nie chce i chyba ma się dobrze. Po trudnym starcie 3DSa konsola zaczyna znowu się sprzedawać i już ma lepsze wyniki niż DS w swoim pierwszym roku (choć należy tu pamiętać, że wówczas był to nowy koncept i trudniej się mu było przebić), zaś w Australii bije rekordy popularności.

Fakt, nakłada się na to niższa cena i pojawienie się gier na tę platformę, ale czy nie o to chodziło? Jak widać wydawcy uczą się na błędach. Szkoda, że na swoich i nie korzystają z doświadczeń innych, bo przecież Sony popełniało wcześniej z PS3 dokładnie te same błędy. Nintendo udało się odbić i aktualnie ich sytuacja jest lepsza. Oby tylko nie osiedli na laurach i nie przestali dostarczać nam świetnych gier.

Nadal twierdzę, że 3DS to ostatnie tradycyjne konsole przenośne, bo to smartfony złapały graczy niedzielnych i tam przeniósł się cały segment mobilnego grania. Nie oznacza to jednak, że Nintendo zupełnie przegrało na tym rynku, bo ma przecież niesamowicie silną markę (nie w Polsce oczywiście) i masę, ale to masę świetnych serii, które rodzice mogą kupować swoim dzieciom. Bo przecież sami pamiętają, jak dobrze bawili się grając w Mario.

Nie ma więc co lamentować i załamywać rąk, że w 5 lat po premierze Nintendo nie zarabia już niesamowicie dużo, tylko bardzo dużo na Wii. Zwłaszcza, że w przyszłym roku wychodzi przecież Wii U, które z pierwszych zwiastunów gier przygotowywanych na tę platformę zamierza na nowo podbić serca hardcorowych graczy. Graczy, których podejście do gier może się zmienić, bo przecież cały czas są oni bombardowani nowościami takimi jak Facebook, tablety czy smarfony i część z nich ze zdziwieniem odkrywa, że może być to fajne.

A 3DS? Dopóki będą pojawiać się nowe, świetne pozycje i rozwijany będzie eShop, jak również usługa sieciowa (bo tu jest mnóstwo do nadrobienia) nadal znajdą się klienci na tę konsolę. Ja wiem, że w przyszłym roku są dla mnie tam co najmniej 3 gry, w które chce zagrać.

Innym pytaniem jest, czy gry Nintendo powinny pojawić się na platformach mobilnych. W końcu Microsoft ze swoimi Kinectimals zadebiutował na iPhonie. I tu mam dylemat. Bo z jednej strony uproszczone wersje kultowych gier byłyby świetną reklamą dla firmy. Z drugiej zaś… firma traci koronny argument przemawiający za tym, by kupić ich produkcje – wyjątkowe gry.

W każdym razie – nie ma co tak szybko skreślać Nintendo. Pamiętacie jaką falę krytyki na starcie miał iPhone i iPad? Widzicie tabelkę na górze, gdzie widać ile razy było już po tej firmie? No właśńie.