Inaczej mówiąc: „Splinter Cell” jest (odległym) spadkobiercą „Mario Bros.”. – świetny opis i recenzja gry Thief.

Jacek Wesolowski's awatarInżynieria Wszechświetności

Pionier skacze na główkę w nieznane i czasem nabija sobie guza. Zbudować dobrą strzelankę – to skromne wyzwanie, zważywszy liczbę dobrych i złych wzorów. Gier o skradaniu się, takich jak „Thief”, jest znacznie mniej.

Zagrawszy w niego ponownie, po latach, doceniam olbrzymi postęp, jakiego w międzyczasie dokonano w dziedzinie przystępności i niezawodności. Niestety, to nadal jest awangardowa gra.

Zobacz oryginalny wpis 1 713 słów więcej

FFVII to jeden z moich ukochanych jRPGów. W sumie to nigdy potem żaden już mnie tak nie wciągnął… no może FFX.

I w sumie to jestem ciekawy, czy zagrałbym w remake tej gry, gdyby takowy powstał. No i czy dałoby się w nim uratować Aeris.

A do tego warto dodać, że do sukcesu akcji Schafera na Kickstarterze dołożyła się również:
– premia za bycie pierwszym
– fala buntu przeciwko „złym wydawcom” i wspieranie twórców związane z protestami przeciwko SOPA i ACTA

Ciekawe będzie też, czy w przypadku Humble Indie Bundle średnia cena za grę będzie utrzymywać się na stałym poziomie, czy może jednak po jakimś czasie zacznie spadać. Bo w końcu nie bez znaczenia jest tu fakt, że takich paczek z grami pojawia się coraz więcej.

Jacek Wesolowski's awatarInżynieria Wszechświetności

Gdyby Pedro Almodóvar i Woody Allen ogłosili zamiar wspólnego nakręcenia filmu za pieniądze fanów, ci chętnie powierzyliby im swoje zaskórniaki. Nie ogłoszono by jednak na tej podstawie rewolucji w kinematografii. Wiadomo – gwiazdy mają przywileje.

Tim Schafer i Ron Gilbert są Almodóvarem i Allenem gier komputerowych. Jak można nie wesprzeć ludzi, którzy stworzyli „Secret of Monkey Island”?

Dużo mówi się o niedawnej zbiórce Schafera na nową grę przygodową. Ponieważ współcześnie termin ten ma inne znaczenie niż kiedyś, warto wyjaśnić dla ścisłości, że nie chodzi o grę zręcznościową, której bohaterom przydarza się dużo wartkich przygód. Tradycyjne „przygodówki” to odmiana „interaktywnego filmu” przeplatanego zagadkami o konstrukcji zapożyczonej z intryg kryminalnych. Rzecz jasna nie każda gra tego typu jest kryminałem. Na przykład wydany w 1990 roku przebój „Secret of Monkey Island” to komedia o fajtłapie, który pragnął zostać piratem. Jej głównym autorem był Ron Gilbert.

Takie gry cieszyły się wielkim uznaniem dwadzieścia…

Zobacz oryginalny wpis 670 słów więcej

Odpowiedź do odpowiedzi WO na tekst Żakowskiego.

Przede wszystkim bardzo się cieszę, że w końcu dyskutujemy o meritum, czyli prawach autorskich, a nie zabijamy się o ACTA.

No i muszę się przyznać, że w tej polemice bliżej mi do pozycji Orlińskiego, bo w końcu ktoś kasę na te dzieła zawsze wykłada, a twórca sam może teraz zdecydować w jakim modelu chce prezentować swoje prace. Czy zgadza się na wsparcie wydawcy, czy może sam chce się promować i sprzedawać swoje prace za pomocą internetu.

W ogóle to o tych prawach planuję sam coś napisać.

pawianprzydrodze's awatarPawian przy drodze

http://wyborcza.pl/1,99069,11020296,Nie_sama_sztuka_artysta_zyje.html

(cytaty z linkowanego felietonu zostały w moim tekście wyróżnione na niebiesko)

Rąbnęło mnie, rąbnęło mnie zdrowo. Może to dlatego, że zdarzyło mi w ostatnim roku uczyć przyszłych dziennikarzy i zatrwożyła mnie perspektywa ich nieodpowiedzialności za słowo? Być może właśnie te doświadczenia, jakby napisał Niziurski, gogiczne, spowodowały że po przeczytaniu linkowanego wyżej tekstu polemicznego zaczęłam trząść się ze zgrozy. Moja zgroza jest ściśle filologiczna i nauczycielska. Nic osobistego. Tak wiem, jestem starą i wredną nauczycielicą, która nie rozumie idei, tylko się czepia każdego spójnika i niszczy swobodę wypowiedzi. Ano tak! W każdym razie na moich zajęciach dla adeptów dziennikarstwa niektórzy by nie zaliczyli.  

Nie twierdzę, że podoba mi się wszystko w traktacie ACTA. Ale świat całkowicie bezkarnego piractwa będzie światem bez umów, bez zaliczek i bez wydawców. A więc także bez Beatlesów i bez Beethovena.

Mamy do czynienia z manipulacją – w tym wypadku jest to rozszerzenie  granic wypowiedzi…

Zobacz oryginalny wpis 831 słów więcej

W końcu o ACTA sensownie. Bez histerii, merytorycznie…

teukros's awatarTeukros's Blog

Pewnie mało kogo, kto w miarę regularnie śledzi co dzieje się w sieci, ominęła dyskusja o ACTA (Anti-Counterfeiting Trade Agreement), międzynarodowej umowie dotyczącej przeciwdziałania naruszeniom własności intelektualnej, do której ma przystąpić także i Polska. Jak to często w tego rodzaju przypadkach bywa, sam tekst umowy okazał się słabo dostępny; owszem, materiałów promujących ten czy inny punkt widzenia na ową umowę było pod dostatkiem, przyznam jednak że wolałem osobiście zapoznać się z tekstem. Kilka dni temu stało się to możliwe, i tak coś, co miało być skrótową opinią na temat nowego prawa zamieniło się dosyć długi tekst; być może takie spojrzenie na ów akt będzie dla kogoś przydatne.

Przed przejściem do dalszej części pragnę zaznaczyć, że niniejsza notka omawia umowę ACTA jedynie w zakresie, w jakim dotyczy ona prawa autorskiego. Równie ważną jej częścią są postanowienia poświęcone ochronie uprawnień z zakresu własności przemysłowej. Biorąc jednak pod uwagę, że prawo własności przemysłowej…

Zobacz oryginalny wpis 2 042 słowa więcej

Diskordianizm w pigułce. Nie wiesz o co chodzi? Zerknij

Hail Eris!

201201161704.jpg

//kliknięcie na obrazek pokaże go w pełnej krasie i rozdzielczości//

Na Boing Boing pojawiła się infografika w dość prosty i przystępny sposób pokazująca moją ukochaną religię – Discordianizm.

Z Eris zetknąłem się po raz pierwszy na początku studiów. Zaciekawiło mnie, co moi znajomi na Usenecie wpisują sobie w pole Organizacja, a w księgarni z okultystycznymi książkami pojawiła się Principia Discordia, którą postanowiłem sobie kupić. No i się zaczęło. Czytaj dalej

Postcyberpunk, posthuman – Accelerando

W zasadzie nie pamiętam, dlaczego za pierwszym razem nie skończyłem tej Accelerando. To świetna ksiązka i jeżeli ktoś choć trochę jara się współczesnymi technologiami, grami i siecią to powinien ją przeczytać. O ile oczywiście jeszcze czyta.

0E7AE0A6-5C35-4718-9E77-9BF658572669.jpg

Cyberpunk się skończył. Jest za blisko do 2020, wiemy mniej więcej co się już nie wydarzy, co jest ekonomicznie bez sensu i które wynalazki opisywane przez autorów tego nurtu raczej się nie pojawią. I to nie dlatego, że nie nie damy rady ich zrobić, tylko dlatego, że jest to bez sensu – jak choćby latające samochody.

W ogóle ciekawie się teraz czyta te książki. Chyba największe zauważalne różnice to sposób pojmowania internetu i tego, w jaki sposób będzie on wyglądał. 30 lat temu zakładano, że będzie to po prostu odwzorowanie naszego świata. Pojawiały się wizje budynków, ulic, miast. Rzeczywistość była kopiowana i przenoszona do sieci.

Second Life to chyba jedyna udana i pogrzebana próba stworzenia tego rodzaju interfejsu. Środowisko, bo przecież nie gra, która miała swoje 5 minut, po których głównie pisali i mówili o nim dziennikarze mainstreamowi, próbujący zrozumieć czym w zasadzie są te gry i wirtualne światy.

Jak to wygląda teraz – wszyscy wiemy. Facebook, Twitter, mobilne aplikacje zmieniły nasze postrzeganie cyberprzestrzeni i o ile strony i aplikacje grupują pewne funkcjonalności o tyle wizja przeniesienia naszego świata do cyberprzestrzeni upadła.

Czytaj dalej

Po cholerę w tym Uncharted 3 jest aż tyle strzelania?

W końcu przeszedłem Uncharted 3. Wspaniała gra, ale nie tak dobra jak poprzedniczka.

W zasadzie z większością tez z recenzji Tomka na Polygamii muszę się zgodzić. Ale nie ze wszystkimi. Po kolei zatem.

  • Strzelanie-jest go za dużo i jest upierdliwe. Brak autoaima uprzykrza grę, a nasi przeciwnicy są na początku wyjątkowo głupi. Potem robią się nieco mądrzejsi, za to przybiega ich za dużo. Zamiast frajdy z pojedynków mamy żmudne powtarzanie lokacji, bo nagle dostaliśmy rakietą. Nawet przyjmując tłumaczenie, że Uncharted 3 to nie jest gra akcji tylko strzelanina i tak dochodzimy do złego zbalansowania gry. Czytaj dalej

Cyfrowi łowcy niewolników [nie klikaj w głupie fanpejdże]

Schemat jest prosty – ktoś zakłada głupiego fanpejdża, wrzuca słtitfocie, ludzie lajkują, on sprzedaje.

Proste? Pewnie. Skuteczne? Jak najbardziej. Bo w końcu kto nie podpisze się pod stwierdzeniem, że kocha koty, cycki, czy nie lubi rano wstawać, bo ma kaca? Takich stron na fejsie powstają dziesiątki (a może i więcej), a większość z nich to słodka pułapka na użytkownika, którego potem można sprzedać.

Interaktywnie.com pisze:

W ciągu dwóch ostatnich miesięcy na Allegro zostało sprzedanych 1,3 miliona fanów różnych stron na Facebooku. Warci byli ponad 77 tysięcy złotych.

Co prawda za dużych zysków z tego nie ma, kupujący mają mało interakcji i dają się naciąć na „martwe dusze”, ale ja piszę o czymś innym. Chodzi mi o owczy pęd lajkowania każdej grupy czy strony, która ma odpowiednio fajną nazwę.

Pierwsza rzecz to oczywiście to, jak widzą nas inni. Jeżeli nie mamy odpowiednio ustawionych grup znajomych i nie za bardzo wiemy o co chodzi z tą całą prywatnością, to możemy w piękny sposób skonstruować nasz cyfrowy obraz, przez dopinanie się do „lubię się najebać”, „mój szef to idiota”, „lubię cię, chodź się ….” i podobnych. Szukający o nas informacji ludzie, dalsi znajomi, czy postronne osoby po prostu to zobaczą.

Pal sześć, jak nam nie zależy, ale przy pełnieniu w miarę publicznych i eksponowanych funkcji to już może być problem. Zresztą, kiedyś każdy będzie zmieniał pracę, a proste wyszukiwanie w googlu i fb przez agencje HRowe może mieć znaczenie przy wyborze pracownika.

Nasz cyfrowy obraz staje się coraz ważniejszy. Jeszcze przed nawiązaniem kontaktu ludzie często sprawdzają się w sieci. Już pojawiają się agencje sprawdzające, co o nas wiadomo i „czyszczące” nasz wirtualny imprint.

A druga? Nie wiem, jak wy, ale ja nie chcę być wabiony słitfociami czy durnymi statusami i przehandlowany za 5 zł przez jakichś leszczy. Jakoś nie boleję nad tym, że jestem towarem dla google, fb i innych potentatów. Sam wiedziałem, w co się pakuję używając internetu. Prawdopodobnie się bez tego nie da, jeżeli ktoś się nie chce bawić w bycie cyfrowym amiszem. Ale tu akurat da się uniknąć bycia towarem. Trzeba tylko wiedzieć w co się klika.

Albo godzić się na to i być w milionie bezsensownych grup z fajnymi nazwami, które potem kupi zdesperowany marketoid, po lekturze „Stwórz Facebookową potęgę swojej firmy w weekend”.

Kindle jest super

Zacząłem na nowo dużo czytać. Wszystko dzięki Kindlowi.

C07EAA4C-5370-4A5F-A592-B4E9A66337E4.jpg

Nie to, żebym wcześniej unikał słowa drukowanego, po prostu podróże spędzałem albo na przeglądaniu internetu (Flipboard, instagram, fejs, twitter, www, rss), albo czytaniu magazynów. Książki zdarzały mi się, ale najczęściej nie dźwigałem ich ze sobą, bo duże, nie wiadomo kiedy się przydadzą i w ogóle zajmują miejsce w torbie.

Czytanie na iPadzie się mi jakoś nie sprawdziło. Raz, że go ze sobą nie noszę i raczej używam w domu, dwa że świecący ekran jednak po dłuższej chwili męczy. No i tablet był dla mnie po prostu za ciężki i tak sobie mi się go trzymało. To znaczy – nie wątpię, że się da, ale jakoś się to nie przyjęło. Ajfon z kolei wydawał mi się za mały do komfortowego czytania. I stąd zrodził się pomysł, że nowym gadżetem będzie e-reader. A wiadomo – Kindle zbiera tutaj najlepsze oceny.

Założenia proste – chciałem model z 3G i darmowym internetem, mały, coby się mieścił do kieszeni kurtki/płaszcza i z dotykowym ekranem, bo to trendy i się sprawdza w tabletach. Wybór padł na Kindle Touch i jestem z niego bardzo zadowolony, chociaż nie wszystko działa, tak jak myślałem, że będzie. Napiszę w punktach, bo to i bardziej internetowo i milej się czyta: Czytaj dalej

W paszczy szaleństwa

Film o książkach, w których ktoś naprawdę czyta książki? Da się. Znaczy dało, kiedyś.

Kultura obrazkowa w pełni. Każdy film o książkach, autorach, detektywach polega w zasadzie na pokazywaniu ilustracji. Polański mordujący i spłycający „Klub Dumas” „9 wrotami” cały sens bycia detektywem literackim sprowadza do znalezienia 9 różnic na obrazkach, w innych filmach jest podobnie – a jak ktoś ma kontrprzykład, to niech się podzieli. Mój przykład pochodzi sprzed 18 lat.

W Paszczy Szaleństwa Johna Carpentera to w ogóle ciekawy film, jeżeli ktoś lubi horrory. Udaje mu się połączyć parę rzeczy, na których zwykle kino grozy się wykłada – na przykład mitologię Cthuhu i twórczość Howarda Lovecrafta. Film miał swoją premierę w 94 roku i w zasadzie aż do 2011 roku, gdy pojawił się Szepczący w ciemnościach, nie widziałem lepszej ekranizacji, czy też filmu inspirowanego książkami i opowiadaniami HPL.

A mamy tu wszystko, co w dobrym cthulhowym filmie powinno się znaleźć – retrospekcję kolesia, który jest na skraju obłędu/samobójstwa, stopniowe pogrążanie się w szaleństwie, mackowate stwory (które trochę za bardzo są pokazywane), dziwne książki, starszych bogów, inne wymiary i zaburzoną rzeczywistość. Ok, może teraz efekty specjalne nie robią już takiego wrażenia, zaś parę patentów z filmu widzieliśmy już i w innych produkcjach, ale nie zmienia to faktu, że W paszczy szaleństwa robiło to wyśmienicie te kilkanaście lat temu.

No ale to przecież nie wszystko. Mamy jeszcze pisarza-boga kreującego rzeczywistość, zapisując ją na kartach książki z kultowym zdaniem „myślę, więc jesteś” (trochę podobny motyw pojawia się w Przypadku Hardolda Cricka). Mamy też zaburzenia rzeczywistości i jej niestabilność. Wiara w fikcję, jest w stanie ją urealnić nadać jej kształt. A to zadanie twórcy, który swoim tekstem kształtuje świat za pomocą wyobraźni i wiary czytelników. Mniam.

W epoce dominacji obrazu i krótkiego przekazu miło wrócić do czasów, gdy treść miała aż takie znaczenie. Ostatnio jedyną książką, której to się udało był Harry Potter. Poza nią nie ma już aż tak wielkich, globalnych premier książkowych.I ludzi, którzy po prostu chcą czytać.

Do tego dochodzi jeszcze całe meta – film o książce o wydarzeniach z filmu, która zostanie zekranizowana. Fajne, co? Komuś się jeszcze to streszczenie kojarzy z książką House of Leaves? A ostatnia scena z oglądaniem filmu o sobie przez głównego bohatera to już w ogóle czad.

Tak jak napisałem wcześniej – film miał swoją premierę w 1994 roku i niestety nie zarobił tyle, ile od niego oczekiwano, choć jego budżet się zwrócił.

A Carpenter chyba już później nie zrobił żadnego dobrego filmu.

Polska myśl muzyczna

Czytam sobie na fejsie:

Z początkiem roku w życie weszły zapisy ustawy medialnej (wymuszone przez UE) nakazujące nadawcom promowanie piosenek śpiewanych w języku polskim. 33% miesięcznego czasu nadawania, w tym 60% w godzinach najwyższej słuchalności, a nie jak do tej pory – nocą. Poza tym promocja utworów debiutantów – na antenie mają być liczone podwójnie.

I tak sobie myślę, że kogoś tam zdrowo pokopało po głowie. Nie miałbym większego problemu z tymi zapisami, jeżeli chodziło by o radio publiczne. A z powyższego wpisu wynika, że każdy musi. A ja się pytam – dlaczego?

Po co polskim artystom dodatkowe ułatwienia? Przecież i tak je mają, będąc z jednego kręgu kulturowego, śpiewając o naszych problemach, a nie wyimaginowanym dylemacie gangstera na manhatańskich salonach. Dlaczego promować miernotę? W jakim celu? Jakoś nie widzę powodów by w popkulturze stosować taryfy ulgowe. Kultura wysoka – jasne, no problemo, ale śpiewanie Dody, czy innej Markowskiej o tym, że kochała, nie kochała, albo była kochana nie specjalnie mnie interesuje.

Rozumiem, że wielkie koncerny promują wielkie gwiazdy. Rozumiem, że dla Polaków tych pieniędzy jest mniej, ale na macki Cthulhu – w grach jakoś to wychodzi. Robią te Wiedźminy, Dead Islandy czy Anomaly i im wychodzi. Bez pomocy, bez nagłaśniania. Czyli jakoś można.

Można też zapewne być utalentowanym i wygrać jak Steczkowska jakąś szansę na sukces, nagrać płytę, która jeżeli jest dobra, to się przebije. I będzie słuchana.

A tak? Na dobre spowoduje to u mnie wyłączenie radia i korzystanie z takich ustrojstw jak Last.fm, grooveshark czy Soundcloud. Inne radia niż informacyjne po prostu przestaną mnie interesować≥ Nie to, żebym jakoś strasznie dużo ich słuchał, ale teraz ta potrzeba będzie jeszcze mniejsza.

Internet zmienił świat. Coraz bardziej możemy dobierać sobie to, czego chcemy słuchać. Oczywiście potrzebujemy nadal polecaczy, ale to zadanie świetnie spełnią automaty badające nasze gusta i kolektywny gust znajomych. Losy takich ludzi jak prowadzący Minimaxa zostały przesądzone już dawno. Od kiedy dostęp do muzyki jest praktycznie nielimitowany ci ludzie są zbędni. A jeżeli nawet ktoś ich potrzebuje, to jest to bardzo niewielkie grono osób.

I umiemy sobie radzić w nowej sytuacji. Akurat muzykę i jej poznawanie ogarnęliśmy bardzo dobrze.

Stąd i to moje całe zdziwienie edyktem, który próbuje zawrócić kijem rzekę.

Kilogramy geeka

I nie chodzi bynajmniej o zbędne kilogramy ciała. Chodzi o to, ile trzeba dźwigać.

Czasu jest mało, atrakcji wiele, każda na innym sprzęcie. Pomyślałem sobie właśnie ile rzeczy bym musiał ze sobą wziąć, żeby móc korzystać ze wszystkich dobroci cyfrowego świata.

No to po kolei:

  • iPhone – wiadomo: telefon, przeglądarka, mp3 player, mail, gry, nie można się bez niego ruszać.
  • iPad – cyfrowe edycje polskich magazynów, gry
  • Kindle – książki, na iPadzie czyta się jednak dużo gorzej. Ale to temat na osobną notkę.
  • 3DS – liczenie kroków, granie (gdzieś tam na horyzoncie majaczy dodatkowo Vita)
  • MacBook – wiadomo – praca

Na szczęście wszystkiego nie noszę, co na przykład skutkuje kupowaniem papierowych magazynów. Cierpią na tym lasy, rzecz jasna, ale człowiek nie czuje się jak magazyn ekranów, czy mokry sen dresiarza z lepkimi rękami.

Zresztą wyraźnie widać, jakie gadżety już zostały wyparte przez te urządzenia. Przenośne odtwarzacze muzyki inne niż telefony mogą się już z nami żegnać, podobny los spotka proste aparaty fotograficznie. Pozostają jeszcze konsole przenośne, ale te smartfony też prawdopodobnie już wykosiły.

Po małym namyśle wychodzi mi, że iPad zastąpi laptopa w domu, Kindle i iPhone wylądują w kieszeni, a konsole przenośne będą konkurować z książkami o mój czas. Dobra powieść wytnie w autobusie średnią grę, analogicznie zresztą będzie w drugą stronę.

Nie zmienia to jednak faktu, że to wszystko waży i zajmuje miejsce w kieszeniach/torbie. I że trzeba to przy sobie nosić, żeby korzystać, bo bez sensu mieć gadżety, które się po prostu kurzą.

Co nas uratuje? Rozwijane ekrany? Kolejna generacja tabletów, łącząca ze sobą zalety iPada i Kindle? W sumie można by sobie wyobrazić coś, co z jednej strony ma normalny dotykowy ekran, a z drugiej kindlowego e-inka.

A póki co – czas kupić większą torbę. Tak, na wszelki wypadek.

Immortals – piękny bezsens w 3D

Parę dni temu udało mi się obejrzeć Immortals w kinie. To piękny film z jednym z najlepszych 3D, jakie widziałem. Za to prawie totalnie bez sensu.

Popcorn, cola, okulary 3D, akcja. W zasadzie to nie od razu, bo przecież trzeba obejrzeć obowiązkowe pół godziny reklam (większość słabych z kampanią Orbit wołającą o pomstę do nieba – nie wiem kto wpadł na pomysł złych warzyw które czyhają na nasze Ph, ale powinien częściej brać tabletki z suszonej żaby). Oczywiście część z nich jest w obowiązkowym 3D, w tym parę udających zwiastuny filmów, co jest słabe.

Ale to nie wszystko, bo oczywiście okulary 3D wcześniej też trzeba kupić. Kosztuje to co prawda tylko 3zł, ale wszyscy wiemy, że to nie pierwsza para, którą kupujemy. Bo przecież przy kolejnym spontanicznym wyjściu do kina zorientujemy się, że nie wzięliśmy starych i chaching – nabędziemy je ponownie.

No dobra, wszystko za nami, chwila dla sponsora minęła, okulary na nosie, zaczyna się film i oh my, jakie to ładne, a zwłaszcza w 3D. Do tej pory poza Awatarem filmy w trójwymiarze jakiegoś większego wrażenia na mnie nie robiły. Zwykle polegało to na pokazywaniu co jakiś czas, że coś w nas leci, albo innej zabawy z prostymi efektami.

W Immortals 3D zdaje się być nieodłączną część filmu. Sceny są przemyślne i sfilmowane by dobrze się w trójwymiarze prezentować, przy czym nie jest to tanie efekciarstwo. No po prostu super – widoki są monumentalne, epicki i piękne. Zresztą pokazywanie batalistycznych scenerii wychodzi filmowcom coraz lepiej. Podsumowując – ładne, ale tego się spodziewali chyba wszyscy, bo przecież 300 wcześniej też robiło niemałe wrażenie.

Ale ten scenariusz… dżizas. W skrócie – wracamy do walki bogów z tytanami. Wiadomo – bogowie – ci dobrzy, tytani – ci źli. Dlaczego? Nie wiadomo. Poprawność polityczna nie pozwala powiedzieć w zasadzie o co chodziło, poza tym, że to zwycięzcy napisali historię i chyba muszą być fajni, bo są ładniejsi na ekranie i mają hipsterskie wąsiki. Ten dobry – Tezeusz ma powstrzymać tego złego – Heperiona. Po drodze jedna laska, jeden stosunek, dużo pobocznych postaci umiera. Wygrywają ci dobrzy.

Mickey Rurke jako główny zły daje radę i jest coś w tym kolesiu złego. Być może to ta szczera, zniszczona życiem twarz, która uwiarygadniaja kreowaną przez niego postać. Może i jego motywacje nie są jakoś super narysowane (umarła mi żona i dziecko, bogów nie było, to ja im pokażę), ale przynajmniej jest wiarygodnym pojebem – torturuje, niszczy i zabija bez szczególnego przejmowania się tym, jak porządny psychopata.

A tortury ma fajne, wymyślne i dobrze pokazane. Za przykład może posłużyć gotowanie ludzi w wielkim żelaznym byku, kastrowanie czy okaleczanie w wymyślny sposób. Oj Rurke w roli skurwiela robi dobrą robotę i polubiłem go.

W ogóle Hyperion ma dość proste założenie – świat ma cierpieć, by zapewnić mu nieśmiertelność i nie ma u niego momentów zawahania, ani żalu. No i ta pogarda dla ludzi i otoczenia – pasuje. Ludzi traktuje jak narzędzia, a te nie są warte uwagi, litości, większego zainteresowania, o ile realizują dobrze swój cel istnienia, czyli służbę. I w zasadzie to wszystko co można dobrego powiedzieć o wykreowanych przez scenarzystów postaciach, bo potem jest coraz gorzej.

Nasz główny bohater – Tezeusz bez skazy i zmazy – ani grzeje ani ziębi. Ot, w pewnej chwili dostaje misję, którą nie wiadomo kiedy przyjmuje i nie wiadomo po co ją w zasadzie robi. Emocji zero – ot taka zimna ryba. Ani wojownik, ani trybun, ani kochanek. Słabo. Podobnie zachowuje się towarzysząca mu wyrocznia-dziewica. Ma wizje, które pomagają drużynie i chyba w związku z tym po chwili idzie z nim do łóżka, by te pomocne wizje zakończyć. Bo w sumie po co jej one w trakcie misji, nie?

Bogowie greccy to w ogóle jakiś jeden żart. Nie knują, nie walczą i generalnie czas spędzają na oglądaniu tego, co się dzieje na ziemi. Mają też bzdurny zakaze nie ingerowania w losy ludzi, którego złamanie w trakcie filmu w zasadzie nic nie robi i nie wiadomo skąd on się w zasadzie wziął.

Zeus karci jednych bogów, na wybryki innych nie reaguje i w zasadzie sam z siebie przed nadchodzącą wojną pozbawia się wojowników – mistrz strategii po prostu.

W ogóle działania bóstw zapewniają sporo pytań o sens ich istnienia. Bo mogą, umieją i mają powery do działania i walki, tylko ich w ogóle sensownie nie wykorzystują, albo robią to o wiele za późno. Ich walka z głównymi złymi też jest jakaś taka bezsensowna. Najpierw im wychodzi i są w ogóle w pięcioro zdolni zrobić im masę przykrych rzeczy, by nagle zginąć po kolei w dość głupi sposób.

Chyba nie zdradzę za dużo pisząc, że w trakcie filmu wszyscy bogowie zostają wybici. Do tego tandetne zakończenie zmusza do wysnucia wniosku, że w filmie pokazano przejście od politeizmu do monoteizmu przez wytłuczenie całego panteonu i pozostawienie samego Zeusa. Imię prosto zmienić, prawda?

Nawet walki są w porównaniu do 300 są słabe. Tam była masa cudownych scen, tu jest ich niewiele i nie aż tak efektownych. Tam walczyliśmy na górach trupów, tu walka w ciasnym korytarzy z milionem przeciwników w ogóle zdaje się nie uwzględniać, że ludzie umierają i zalegają na podłodze. Tak jakby działały tam jakieś służby czyszczące pole walki i były bardziej skuteczne od tych z Warszawy.

No i tak gonimy bezsens za bezsensem w ślicznej scenografii. Wygląda to pięknie, ale już nie tak efektownie. Ot zestaw mini scen w 3D ze starożytnej Grecji, trochę ładnych scen batalistycznych, ciapowaci bogowie i fajny skurwiel z misją.

Ładne, miłe i do zapomnienia natychmiast. Oglądać wyłącznie w kinie i po lekkim znieczuleniu.