Oni po prostu czują się, jak u siebie w domu

5709857490_31a5f922c3

Jedno ze starożytnych prawd internetu mówi, że iloraz inteligencji czytelników jest stały. I im dłużej o tym myślę, tym bardziej wydaje mi się to prawdziwe.

Nie ma tu sensu pisać o wysokiej jakości komci która wraz z przybywaniem kolejnych fal przyciągniętych grawitacją popularności komcionautów spada, by finalnie zamienić się w szambo, gdzie mało kto zagląda. Nie będę odbiegał od tematu. Chodzi mi o to, że akurat tego blogaska prawie nikt nie czyta, jest więc szansa, że ktoś mi pomoże z moją teorią.

Już tłumaczę w czym rzecz. Pamiętacie jeszcze tekst o zwierzeniach nastolatków w sieci i hasztagu #dzieńmówieniaprawdy? Temat podchwyciły media, jedni dodali coś od siebie, drudzy skomentowali a jeszcze inni po prostu nie zalinkowali. Bywa. W każdym razie był tam jeden cytat, który nie dawał mi spokoju

W „realu” stanem domyślnym jest komunikacja prywatna. Musimy uczynić wysiłek, by stała się publiczna (niczym gwiżdżący na Ciebie głośno pracownik budowy). W świecie wirtualnym stanem domyślnym jest komunikacja publiczna. A my musimy uczynić wysiłek, by coś stało się prywatne.

Fakt, którego dorośli zdają się nie pojmować: jeśli masz dostęp do jakiejś informacji nie oznacza wcale, że jest przeznaczona dla Ciebie. W świecie realnym to rozumiemy: podsłuchiwanie czyjejś rozmowy w barze (który jest przecież przestrzenią publiczną) jest odbierane jako naruszenie normy społecznej. Ale już wejście na blog nastolatki (który także jest przestrzenią publiczną) jest dla dorosłego czymś normalnym: „Mamo, dlaczego czytasz mój blog?” „Bo skoro go opublikowałaś w sieci, to chcesz, żeby był czytany przez każdego!” Prawda? Otóż, nieprawda

Ciekawe, co? A mnie zastanawiało, jak to się dzieje, że natywni mieszkańcy cyfrowego świata nie ogarniają tak podstawowej rzeczy, jak prywatność? Czy naprawdę nie wiedzą, że każdy może przeczytać ich sekrety?

I oto moja, niepoparta niczym więcej niż przekonaniem teoria. Im bardziej internet staje się naszą codziennością tym mniej się nim przejmujemy. I im więcej użytkowników tym bardziej stajemy się anonimowi w tłumie.

Dawno temu w epoce terminail tekstowych, IRCa i Usenetu komcionautów było niewielu. Wszyscy się znali, grupowali i używali dumnego określenia internauta. A teraz? Blogasków jak mrówkuw, fajne loginy pokończyły się dawno temu, a inflacja contentu postępuje coraz szybciej. Użytkownicy giną w tłumie. Zupełnie tak jak teraz.

W końcu nie ściszamy głosu, gdy rozmawiamy z kimś w publicznym miejscu. Nie używamy szyfrów ani tajnych znaków. Zakładamy, że nikt nie będzie słuchał. I te same zasady, które są dla nas oczywiste w świecie realny stały się czymś normalnym w cyfrowym świecie digital natives.

I wszystko byłoby cacy, gdyby nie fakt, że podsłuchiwanie i zautomatyzowane działania w sieci są dużo tańsze, prostsze i skuteczniejsze. To nie jest tak, że armia urzędników czyta nudne maile. Algorytmy, big data i ośrodki obliczeniowe mogą wyciągnąć o nas takie informacje, o których nam się nie śniło.

I zawsze pozostaje po nas jakiś ślad.

Reklamy

#dzieńmówieniaprawdy – poczytaj, co czuje twoje dziecko

„Chcialabym zeby moj chlopak byl badboy’iem i byl dobry tylko dla mnie..” przykuwa moją uwagę. Potem jest jeszcze lepiej. „Nienawidzę swoich rodziców,ale mimo tego gdyby któreś miało odejść ,wiem ze brałkowało by mi ich”, „nie lubię jak np. ja mówię: kocham Cię i ktoś odp: ja Ciebie też, wolę żeby odpowiedział tak samo jak ja powiedziałam” czy „Jestem chamska choc kilka osob mowi ze nie
I po co te kłamstwa” to tylko wierzchołek góry lodowej. Mijają kolejne godziny, a ja zamiast iść spać, zafascynowany czytam, co na Twitterze wypisuje młodzież.

Zrzut ekranu 2014-05-04 18.32.55

Chciałbym napisać – dzieje się, rzucić jakimś żartem, ale to co widzę jest przerażające. I absolutnie nie śmieszne, a smutne.

Nie wiem, skąd się wziął pomysł na hasztaga #dzieńmówieniaprawdy, ale widzę≤ że nie jest to nowe zjawisko. Trwa co najmniej od końcówki zeszłego roku z przerwami, aż do teraz. Nawet gdy piszę ten tekst co chwilę pojawiają się nowe wyznania. Zerkam co chwilę na nowe wpisy. Jasne, to rozprasza jak cholera, ale jest coś hipnotycznego w tych internetowych wyzwaniach.

  • „tak serio to wszystko ukrywam przed realem”
  • „Nie mogę wchodzić strony obrażające Demi,Perrie,1D,albo jeszcze inne osoby,które lubię, bo się wkurzam, a potem płacze”
  • „Wiem, że nie ma możliwości żeby ktoś znalazł mojego tt, ale mimo to cały czas się o to boję”

I tak w kółko.

Tematów jest kilka. Co chwila się powtarzają. Dominuje samotność i brak przyjaciół. Z rodziną nie da się dogadać, rówieśnicy są bezlitości i są przyczyną lęków. Dochodzi do tego, że nastolatki boją się iść środkiem korytarza, by nie zostać ocenione i skrytykowane. Twierdzą, że nie umieją się otworzyć przed nikim, nie umieją z kimś być i boją się, że umrą same. Że to już koniec.

Nie jestem psychologiem, nie będę więc silił się na analizy. Nie wiem czy to przez ten lęk, czy z zupełnie innej przyczyny. Ale do tego dochodzi ogromna autoagresja i niska samoocena. Jestem gruba, nie wiem co powiedzieć, jestem brzydka, pojebana, nudna, nie umiem kochać, jestem głupia. Wszyscy mnie nienawidzą, wszyscy się ze mnie śmieją. Nic nie znaczę.

A za tym idzie już nawet nie uwielbienie, ale kult idoli. W życiu nie słyszałem Biebera czy One Direction, to moje wyznanie z #dzieńmówieniaprawdy, ale z tego co widzę i czytam to niemalże mistyczne istoty. Ludzie naprawdę marzą, by w swej dobroduszności wejrzeli na nich. Sama zła wzmianka o przedmiocie kultu może doprowadzić do płaczu, a nawet fizycznej agresji. Młodzieżowe mohery nie odpowiadają za siebie przy realnym czy też wyimaginowanym ataku na swoje bóstwo.

Te rzeczy smucą, ale niepokoi co innego. Nie pamiętam, jak wyglądał mój okres dojrzewania, bo cóż.. było to dawno temu. Ale zakładam, że też miałem huśtawki emocjonalne, bałem się opinii grupy, nie mogłem dogadać się z rodzicami. No i oczywiście czułem się wyjątkowy i niezrozumiany. Każdy to ma. Rzecz w tym, że w tym stanie nie miałem kontaktu z całym światem i swoje sekrety mogłem wygadać co najwyżej po pijaku koledze.

Teraz jest nieco inaczej.

Wydawało by się, że co jak co, ale cyfrowi tubylcy, osoby urodzone w erze powszechnego dostępu do internetu powinny go lepiej ogarniać. Błąd. Jak możemy przeczytać na stronie Pawła Tkaczyka – Danah Boyd, autorka książki It’s complicated definiuje podstawową różnicę między „realem” a światem wirtualnym. Jeśli chodzi o komunikację w miejscach publicznych, oczywiście:

W „realu” stanem domyślnym jest komunikacja prywatna. Musimy uczynić wysiłek, by stała się publiczna (niczym gwiżdżący na Ciebie głośno pracownik budowy). W świecie wirtualnym stanem domyślnym jest komunikacja publiczna. A my musimy uczynić wysiłek, by coś stało się prywatne.

Fakt, którego dorośli zdają się nie pojmować: jeśli masz dostęp do jakiejś informacji nie oznacza wcale, że jest przeznaczona dla Ciebie. W świecie realnym to rozumiemy: podsłuchiwanie czyjejś rozmowy w barze (który jest przecież przestrzenią publiczną) jest odbierane jako naruszenie normy społecznej. Ale już wejście na blog nastolatki (który także jest przestrzenią publiczną) jest dla dorosłego czymś normalnym: „Mamo, dlaczego czytasz mój blog?” „Bo skoro go opublikowałaś w sieci, to chcesz, żeby był czytany przez każdego!” Prawda? Otóż, nieprawda – czytamy na blogu.

I nie inaczej jest tutaj. Największe sekrety, niepewność preferencji seksualnych, pociąg do starszych mężczyzn są jawnie przekazywane, a w zasadzie wykrzykiwane w pustkę intenernetu. Gdzie nie wiadomo kto słucha. A uwierzcie mi, że te nastolatki zostawiają o sobie mnóstwo informacji i bardzo łatwo nawiązać z nimi kontakt. Zwłaszcza, gdy wie się, czego im brakuje.

Wystarczy udać, że się słucha, rozumie i wie, że są wyjątkowi by zdobyć ich zaufanie. I niezbędne dane.

A stąd do nieszczęścia już blisko.

Brakuje nam kanonu

6-1

Kompletnie się nie rozumiemy, żyjemy w innych światach – mówi podczas spotkania Bownik. Ja mu coś pokazuję, żeby sobie sprawdził, a on nie jest zainteresowany. I tak samo jest w drugą stronę – dodaje. Brakuje nam kanonu.

Z Bownikiem widzę się po raz drugi w życiu. Pierwszy raz, prawie 5 lat temu, rozmawialiśmy gdy zupełnym przypadkiem trafiłem na jego wystawę Gamers. Patrzę teraz na to wideo i widzę, że dla mnie to zupełnie inna epoka.

To artysta fotograf – wydawałoby się, że przedstawiciel ginącego zawodu. W końcu kto kupi sobie ładną fotkę w epoce Instagrama? Z rozmowy wynika jednak coś zupełnie przeciwnego. Fotografia przeżywa w Polsce boom i da się z niej całkiem nieźle wyżyć. A przynajmniej tak interpretuję jego „nie narzekam”.

Sporo się zmieniło przez te parę lat. Bownik stał się znanym i sławnym artystą, którego prace się kolekcjonuje. A do tego zaczął wykładać w prywatnej szkole. Kiedy opowiada o swoich uczniach robi się naprawdę ciekawie. Po pierwsze dlatego, że ciekawie posłuchać jak moje pokolenia narzeka na to młodsze, a po drugie, że chyba nikt nigdy tak ciekawie nie charakteryzował mi cyfrowych tubylców.

Są niecierpliwi i nie chcą na nich czekać. Świadomość, że coś może się wydarzyć za dłużej niż chwilę, jest nie do przyjęcia – zaczyna opowiadać Bownik. I wszystko musi być za darmo. Nie zdają sobie sprawy, że wszystko ma swoją cenę i trzeba być gotowym ją zapłacić. Pokolenie torrenta – wtrącam. Być może – mówi po chwili. Ale to nie wszystko. Najciekawszy jest brak porozumienia.

Każdy żyje w swoim świecie. Zamkniętym. Nie odwiedzamy się – słyszę. Inflacja contentu spowodowała, że nie nadążamy konsumować tego, co nas interesuje. Nawet dla najbardziej wyrafinowanych gustów i smaków pojawia się mnóstwo propozycji. Nie ma czasu sprawdzać innych opcji.

Przeglądam sobie w myślach swoje poprzednie notki i wiem, że już o tym pisałem. Okazuje się, że teraz problem jest powszechny i coraz poważniejszy. Nie mamy ze sobą o czym gadać i nie rozumiemy się. Brakuje nam kanonu, bazy którą znaliby wszyscy. W zasadzie jedyne, co się przebija do szerszej świadomości to rzeczy wypromowane przez masowe media, takie jak telewizja czy Hollywood. Bez gigantycznej maszyny promocyjnej i wielkich budżetów nie ma co marzyć, by stało się inaczej.

Tymczasem wszyscy chcą być indie i szukać swojej niszy.

Co to oznacza?

Że poznawać będziemy coraz mniej. Owszem, będzie coraz więcej pasujących nam treści, ale wszystkich do siebie podobnych. Będziemy coraz bardziej, jak inżynier Mamoń, który lubił tylko te piosenki, których już kiedyś posłuchał.

Nam też się nie będzie chciało poznawać nowych rzeczy, bo i po co. To trudne i wymagałby ryzyka i zmiany przyzwyczajeń, a internet na tyle nas zbliżył, że nie trudno będzie znaleźć znajomych o takich samych zainteresowaniach. Znajomych dostępnych w każdej chwili za pomocą dowolnego komunikatora. Odległych, ale bliższych i prostszych w obsłudze niż ci dostępni na żywo.

Witamy w świecie małych wszechświatów pełnych samotności.

 

Święta ze smartfonem

Easter+Bunny+Alien_5c4e3f_3555176

Byłoby głupotą zakładać, że świąteczne rytuały nie zmienią się pod wpływem inwazji smartfonów w nasze życie.

Zaczęło się niewinnie – od życzeń wysyłanych SMSami. Najpierw bardziej osobistych, bo tylko do ludzi z którymi normalnie rozmawialiśmy, ale potem, wraz z rosnącą liczbą znajomych stały się one coraz bardziej proste, masowe i.. puste. Tak jak i nasze znajomości. W końcu nie sposób traktować wszystkich dodanych na fejsie jak najlepszych przyjaciół.

No ale żeby sobie z tego zdać sprawę musiało minąć trochę czasu.

O tym i zmianach w innych świątecznych zwyczaczajach możecie posłuchać w programie, który zamieszczam poniżej.

[audio https://dl.dropboxusercontent.com/u/206074/audio/Markowy-Program-22-04-2014-Piotr-Gnyp.mp3]

Science fiction na kacu

cyberpunk

Człowiek na kacu zwykle mocno zwalnia i przestaje multitaskować To taki czas na wsłuchanie się w siebie. Niektórzy twierdzą, że niezbędny, by nie zwariować.

Normalnie żyjemy w tym informacyjnym terrorze bombardowani milionem bodźców. Telewizje przekazują nam już nie tylko obraz i dźwięk, ale dodatkowo ze 3 paski informacyjne (z czego jeden w innym kolorze) z wiadomościami. Idę o zakład, że mało kto daje radę to ogarnąć ze zrozumieniem. Po prostu jest tego za dużo.

A przez to nie zauważamy rzeczy, które mamy na wyciągnięcie ręki.

Leżę sobie w łóżku złożony prozą dnia wczorajszego i trzymam w ręce telefon. A w zasadzie nie telefon, a mały komputer, który pozwala mi na dostęp do internetu. Za jego pomocą identyfikuję piosenkę, która aktualnie leci w Spotify (tak, nie chce mi się wstać i sprawdzić). Jak to się dzieje? Nie wiem. Wciskam przycisk i nagle jest. Wysoko rozwinięta technologia jest nieodróżnialna od magii, co?

A sam ekran dotykowy? Jak to się dzieje, że to reaguje na ruchy mojego palca? Jestem stary, żaden ze mnie cyfrowy tubylec. Myszki rozumiałem. Najpierw była kulka, potem robiło się zdjęcia… ale to? Znowu wkraczam w świat cudów.

I jakby tak pogrzebać dalej, to się nagle okaże, że żyję w świecie science fiction mojej młodości. Wiem, mówiłem o tym i pisałem wiele razy, ale co jakiś czas na nowo mnie to fascynuje jak teraźniejszość nagle zamieniła się przyszłość.

Dobra, jetpacki nie są jeszcze komercyjnie opłacalne, samochody nie latają, a wszczepy nie są tak powszechne, jak wydawało się futurystom z lat 80. Ale co z tego, skoro mój telefon właśnie mi powiedział, że na zdjęciu, które zrobiłem widać Zamek Królewski.

Nie kupuj nowego kompa, wymień stary dysk na SSD

No i stało się, musiałem z powrotem przesiąść się na swój stary komputer. Zamiast ślicznego jedenastocalowego MacBooka Air czekał mnie MacBook Pro z 2010 roku. Z systemem operacyjnym, który nie był reinstalowany od co najmniej 10 lat.

Działało to wolno, obrzydliwie wolno. Nie uwierzylibyście, że laptop może tak się wlec. Ale się wlekł i w zasadzie nie było na niego sposobu. Nic nie chodziło w tle, cache były poczyszczone, ale nic to nie dawało.

Zrobiłem opcję zero, a w zasadzie opcja sama się zrobiła, bo okazało się, że z backupu nici.

Jak? Już tłumaczę. Wiedziałem, że wymiana kompa nie wchodzi w rachubę, ale na dysk SSD mnie stać. Wyjąłem więc nieużywany napęd CD, w jego miejsce zainstalowałem stary dysk 500GB, a a na miejsce wsadziłem nowiutkie 256GB SSD. I co się okazało?

Że mimo, iż teoretycznie mam teraz 750GB w systemie, to 500GB backupu przywrócić się nie da. Time Capsule od razu zaczęło marudzić, zaś przenoszenie profilu po kabelku FireWire po prostu się wywalało. Poczułem się jak za starych windowsowych czasów, gdy przenosić wszystko trzeba było ręcznie.

No i przeniosłem. Skopiowałem dokumenty, a reszta jakoś pojawiła się sama. Nawet nie zdajecie sobie sprawy, ile rzeczy trzymacie w chmurze. Muzyka, maile, dane logowań… słowo daję, że większość rzeczy po zalogowaniu się do rozmaitych usług pojawiła się sama.

Skutek? Komputer śmiga. Na cycki Eris, taki szybki to on nigdy chyba nie był. Renderuje, montuje, odgrywa i pisze jak szalony. A wszystko to za mniej niż 800zł. CD-Romu i tak już nikt przy zdrowych zmysłach nie używa, a większa powierzchnia dyskowa cieszy.

Jedyny minus? Póki co, z niewyjaśnionych powodów czas pracy na baterii zjechał mi do maksymalnie 3 godzin. Co boli, zwłaszcza, że nie wiadomo dlaczego tak się stało i, póki co, żadne rozwiązanie nie pomaga. Z dwojga złego wolę mieć jednak sprawny i szybko komp na parę godzin niż wlekącego się trupa nawet i na 10.

No a przy okazji odciąłem cały syf, który w systemie nagromadził się przez lata. I nie żałuję.

Tak samo jak chwilowej przesiadki na Androida.

Znacie cubic.fm? Jak nie, to zerknijcie, bo fajne

Zrzut ekranu 2014-04-15 09.26.43

 

Moja najnowsza apkowa znajdka to cubic.fm, dostępna na Spotify i Deezerze. Co robi? W założeniach ten turecki startup ma dobierać ścieżkę dźwiękową pod każdy moment naszego życia. Pod warunkiem oczywiście, że wszystkie z nich spędzamy przed komputerem. Wersji aplikacji na smartfony na razie brak.

Jak to działa? Cubic,fm zgarnia naszą lokalizację, godzinę, pogodę, każe wybrać nam aktywność i styl muzyki po czym zaczyna grać muzykę poleconą dla tego gatunku i działalności przez innych użytkowników. Mamy więc taki moderowany crwosourcing, który póki co całkiem nieźle się sprawdza. Utwory praktycznie zawsze pasują do sytuacji, można też poznać sporo nowych kawałków.

Minusy? Aplikacja nie odświeża swoich ustawień, więc żeby mieć nowe propozycje, trzeba zrestartować całe Spotify. O braku wersji mobilnej już pisałem, tak samo nie działają przyciski przewijania w maku, trzeba klikać w apce. No i brakuje mi niektórych gatunków muzycznych przy aktywnościach. Ot, chociażby delikatnej elektroniki na pobudkę.

To ostatnie to zapewne kwestia czasu i ilości użytkowników, którzy dodadzą i ten rodzaj muzyki. Co do wcześniejszych zastrzeżeń, to na szczęście cubic.fm jest aktywne na Twitterze i reaguje na sugestie.

Sprawdźcie sami. Apka jest za darmo.

Myliłem się i to dwukrotnie. Wirtualna rzeczywistość przyszła do nas dużo wcześniej – #PoPolygadka 4

BjmzocECMAAppW3.jpg-large

Cóż za zbieg okoliczności… O drugim podejściu do wirtualnej rzeczywistości miałem napisać już parę dni temu, kiedy to Sony ogłosiło oficjalnie swój hełm VR, na razie znany jako projekt Morfeusz. Przewidywałem, że wydarzy się to dopiero na E3, że wraz z Microsoftem uczynią z tego motyw przewodni tegorocznych targów E3 w lecie. A potem aplikacja dla cyborgów – Timehop – przypomniała mi, że dwa lata temu nakręciłem reportaż o powrocie wirtualnej rzeczywistości (wybaczcie, musicie kliknąć, nie da się go tu osadzić).

 

Czytaj dalej

Nic się nie zmieniło, ważne sprawy nadal potrzebują ofiary z krwi

Co trzeba pokazać w telewizji, żebyśmy w ogóle zwrócili uwagę? Mamy zdjęcia, internet, szybki obieg informacji. Gil Scott-Heron śpiewał, że rewolucji nie zobaczymy w telewizji, ktoś dodał, że będzie na Twitterze. Obydwaj się mylili.

Nie zmieniło się nic. Technologia i sieć są. Ale to tylko narzędzia, które mogą, ale nie muszą zmienić naszą rzeczywistości. Żebyśmy na poważnie zainteresowali się Ukrainą musiały paść strzały. Musiała być ofiara z krwi.

I nagle zobaczyliśmy dwa podejścia. Obydwa o wątpliwej jakości. Albo nadaktywność połączoną ze slacktywizmem, albo chwalenie się ignorancją.  Nie wiecie kto to slaktywiści? Już o nich pisałem wcześniej, teraz tylko zacytuję fragment mówiący co to w zasadzie jest.

Proste, łatwe, przyjemne i nie wymagające wysiłku. Jak wszystko dzisiaj. Żeby schudnąć trzeba kupić jakąś tam tabletkę, inną wziąć na potencję, a smutki i rozterki egzystencjalne załatwi pan psychotrop. Media piszą, że jesteśmy w wyścigu szczurów, przemęczeni, zestresowani i na granicy światów, więc pokolenie L żeby uspokoić sumienie nie potrzebuje dodatkowo ładować sobie na głowę jakichś tam akcji społecznych, demonstracji czy finansów. Pacnięcie lajka i tak wystarczy. W końcu dzięki tym informują cały świat web 2.0 o ważnej sprawie i na pewno znajdzie się ktoś, kto coś z tym zrobi. Ich misja jest zakończona. W końcu byli na koncercie Owsiaka i wsparli milion ważnych spraw w tym miesiącu. Co zrobili inni? Na pewno mniej.

Zaciekawieni? Miłego słuchania.

[audio https://dl.dropboxusercontent.com/u/206074/audio/RDC%2025%20luty%202014%2013_16_37.mp3]

Artyści to eloje, nerdy to morlokowie

Morino_Morlock

Kiedyś to było prosto. Człowiek miał swoją wystawę i od razu wiadomo było, że artysta, a jego prace to sztuka. W końcu inaczej nikt by tego mu w galerii nie powiesił, prawda?

Już sama definicja sztuki jest zawikłana. Wikipedia definiuję ją jako dziedzinę działalności ludzkiej, uprawiana przez artystów. Kto to jest artysta? Osoba tworząca (wykonująca) przedmioty materialne, lub utwory niematerialne mające cechy dzieła sztuki. Kółko się zamyka. Sztuką może być wszystko i nic. Kiedyś chociaż mieliśmy autorytety, które nam mówiły, kto wielkim artystą był. A teraz? Cholera wie. Wrzuci se taki jeden z drugim filmik na jutuba albo piosenkę na soundclouda i w zasadzie nie wiadomo co z tym zrobić.

Wszytko przez tę technologię i uproszczenie zarówno procesu kreacji, jak i złamania monopolu środków przekazu. Nie trzeba już milionów dolarów i sieci kin, by wyświetlić swój film, zamiast wydawać płytę i dystrybuować ją z wydawcą można spokojnie zamieścić ją w sieci. Każdy może być artystą. I spora część z nas się nimi w jakiś sposób czuje. To, czy to dobrze, czy nie, to temat na inną historię.

Ciekawe w zasadzie jest coś innego. Devart – czyli teoretycznie nowe zjawisko mające połączyć sztukę z technologią. Kanwą współczesnego twórcy – programisty staje się kod programu komputerowego. Gadżety, komputery i elektronika dają nowe możliwości wyrażania się. Po blogersku mogę dodać – jak nigdy do tej pory. Zerknijcie sobie sami na stronę konkursu Google’a i zamieszczone tam projekty.  Niektóre z nich robią wrażenie. Na przykład ten, gdzie obserwujący staje się obserwowanym.

Tylko problem w tym, że to nie jest nic nowego. Nie wiem, w którym momencie aż tak strasznie zdehumanizowaliśmy technologię, że teraz musimy na nowo ją oswajać. Przecież cała sztuka, od początku świata była tworzona za jej pomocą. Była ludzka. Młotek, pędzel, perspektywa… to wszystko wynalazki techniki. Tymczasem ludzie nią się zajmujący stali się jak Morlokowie z Wehikułu Czasu Wellsa. Pamiętacie? Nie? Nic nie szkodzi, na szybko zacytuję wiki:

Akcja powieści toczy się w odległej przyszłości. Na przestrzeni tysiącleci ludzie podzielili się, powstały różnice tak znaczne, że klasyfikujące ich do dwóch różnych ras. Morlokowie są potomkami tych, którzy postanowili schronić się pod powierzchnią ziemi, wykorzystując zdobycze techniki. Przez stulecia ewoluowali, przystosowując się do warunków życia pod ziemią. Mroki jaskiń sprawiły, że nie mogli powrócić już na powierzchnię. Podporządkowali sobie naziemną rasę nieświadomych Elojów, traktując ich jak hodowlane bydło. Pomimo wysokiej, w porównaniu do Elojów, inteligencji i zaawansowania technicznego przejawiali również oznaki uwstecznienia, takie jak kanibalizm.

W mojej alegorii artyści to żyjący w magicznym świecie eloje. A geeki, nerdy, kiedyś w popkulturze pokazywanie jako pryszczate grubasy bez przyjaciół to oczywiście morlokowie. Rzecz w tym, że ci odrzuceni teraz okazali się być kolesiami z kasą. To oni kreują naszą rzeczywistość. Tworzą i zaspokajają potrzeby. Kiedyś dziewczyny śmiały się z chłopaków grających w Smoki i Lochy, teraz z wypiekami na twarzy oglądają z nimi Grę o Tron.

A że nie do końca rozumiemy co oni w zasadzie robią, jak to działa i skąd się biorą te miliony dolarów za jakieś aplikacje i serwisy to i musimy tę ich technologię na nowo oswoić.

I mniej więcej o tym mówię w audycji, której możecie posłuchać poniżej.

[audio https://dl.dropboxusercontent.com/u/206074/audio/RDC%2011%20marzec%202014%2013_17_00.mp3]

To chyba jest problem, że na całym TEDxWarsaw warto było wysłuchać tylko 2,5 wystąpienia?

Dwa i pół? To i tak niezły wynik, jak na TED-a – klaruje mi w rozmowie Błażej. Nie mogę się nadziwić. Zawsze miałem w głowie wrażenie, że TED to taka orgia idei, która zapłodni mi mózg. Po wizycie na TEDxWarsaw wiem, że zmarnowałem dzień. Lepiej było zostać w domu i oglądać to wszystko w internecie.

Co to jest TED chyba wiecie. Jeżeli nie, to już mówię w telegraficznym skrócie – każdy mówca ma maksymalnie 18 minut na wystąpienie. Prelegent ma za zadanie dzielenie się nowymi pomysłami i ideami. Takimi, które warto szerzyć. Tematyka? Kiedyś głównie technologia, teraz w zasadzie wszystko. Po pierwsze dlatego, że technika jest wszędzie, po drugie dlatego, że w końcu w kulturze też jest mnóstwo nowych trendów.

TEDx od TEDa różni się tym, że organizowany jest niezależnie, ale na licencji. Warszawskiej edycji stuknęło właśnie 5 lat. Wcześniej, mimo iż zawsze chciałem, coś zwykle stawało mi na drodze. Wyjazdy, spotkania czy też po prostu zwykła proza życia. I zawsze żałowałem.

Teraz już wiem, że niesłusznie.

Dlaczego? Dlatego, że na w świecie wystąpień o pomysłach i ideach, które warto szerzyć jest strasznie mało tych idei. W Warszawskim Multikinie spędziłem cały boży dzień. Wysłuchałem mnóstwa wystąpień i nie wiem o czym one były.

Jakiś koleś wziął i się oświadczył, super, fajnie gratulacje – ale co mam z tego wynieść? Jakaś artystka rodem z Polski opowiadała jak to nie pasowała do innych, więc wyjechała. Teraz szyje ubrania z włóczki, by wszyscy wyglądali tak samo. A do tego jest wdzięczna, że jej sponsorka i źródło darmowego materiału nie zginęło w wypadku samolotowym. Ktoś opowiedział mi bajkę. Bardzo ładną, ale wyniosłem z niej tylko, że płacili jej 20 dolarów za godzinę. Był też odpowiednik Paolo Coehlo, który deklamował coś bez sensu do zdjęć, bo wydał album…

Gdyby nie Maria Mach i jej wykład o odmiennym spojrzeniu na wychowanie na TEDxWarsaw nie byłoby prawdopodobnie nic wartego uwagi. Ot, wystąpienia jakich dużo, odstające w dość drastyczny sposób od tych, które możemy zobaczyć na stronach TEDa.

Porównajcie sobie polską edycją chociażby z tym wystąpieniem. Przepaść.

Serio, czy naprawdę nie mamy o czym mówić? A może to ja jestem już zmanierowany i zbyt wybredny i nie doceniam opowieści o życiu i braku szacunku dla kierowcy ciężarówki, zwłaszcza, jeżeli jest kobietą? Owszem, zanotowałem parę ciekawych statystyk – o tym, że wzrosła ilość samobójstw wśród kobiet weterynarzy o 11% czy też faktów takich jak jeże i ich nie jedzenie noszonych jabłek, z którymi zwykle są portretowane. Przyznam też, że wypowiedzi jednej z prelegentek dały mi do myślenia i pewnie powstanie na ich temat notka. Ale nie dlatego, że ona coś powiedziała. Wręcz przeciwnie – przez to, że sama nie zastanowiła się, skąd to różnica w traktowaniu starszych. A przecież pewnie zmieniło się wraz z przyspieszeniem rozwoju technologicznego i brakiem zastosowania dla mądrości starców, którzy za współczesnym światem po prostu nie nadążają. No ale to ja sobie pomyślałem, a nie ona powiedziała.

Jeżeli 2,5 wartościowego wystąpienia na cały dzień TED-a to standard, to mamy duży problem. W tak ciekawych czasach idei i pomysłów powinno być dużo więcej. Nie wierzę, że nie ma o czym mówić. Jesteśmy na granicy rewolucji transhumanistycznej, żyjemy w świecie z filmów science-fiction, jesteśmy nauczeni dzielenia się myślami, zdjęciami… no wszystkim.

Może te TED-y są za często? Albo jest ich za dużo? Może warto zwolnić i zrobić większą selekcję, tak by pójście tam miało jakiś inny, poza networkingiem, sens.

Póki co, to szczerze mówiąc, żałuję, że nie zostałem w domu i nie oglądałem tego na streamingu. Więcej bym zrobił i nie miał poczucia zmarnowanego czasu. I chyba też sam mógł zaproponować ciekawszych mówców niż ci wybrani. Chociażby chłopaki z Pana Generatora mogliby tam opowiedzieć naprawdę ciekawie o połączeniu sztuki i technologii. Ich idee są świeże, odważne. I co najważniejsze – umieją występować.

Póki co lepiej chyba pooglądać archiwalne materiały na stronach eventu. W Polskiej edycji jak dla mnie jest za mało cukru w cukrze.

PS Jak ktoś z Was był na innych edycjach, to pliz dajcie znać, czy macie podobne zdanie i czy może ja po prostu trafiłem na złą edycję.

Odnośnik

– Właściwie to na Usenecie rodziła się Polygamia.pl – opowiada twórca tego serwisu, Piotr Gnyp. – Pierwsi autorzy byli rekrutowani z ludzi piszących na pl.rec.gry.konsole. Pierwszy link również tam zapostowałem. Nie wierzycie? Sprawdźcie. W ogóle większość ludzi zajmujących się internetem można było poznać na Usenecie i IRC-u. Obecni pracownicy Google, dziennikarze z pierwszych stron gazet, a nawet słynni muzycy – wszyscy oni spierali się kiedyś i kłócili o głupoty na usenecie. Dla mnie to wyznacznik „starej gwardii”.

za pomocą Prawieki sieci – wspominamy Usenet. ‚To był pierwszy serwis społecznościowy, tam rodziły się największe trolle’.

Kobietom dwa razy częściej zdarza się upuścić elektroniczny gadżet do sedesu

Smartphones-and-toilets-germs

To nie słynni amerykańscy naukowcy! To firma Nikon i jej pion badawczy! Ci dzielni, bezimienni badacze wzięli i przepytali 1974 Europejczyków (to brzmi dumnie) w jaki sposób niszczyli w ostatnich 5 latach swój sprzęt. Wyniki badań przerosły najśmielsze oczekiwania, a świat w końcu ujrzał prawdę. Nie ma sensu przedłużać, przedstawiam wam gołe fakty. Niech one mówią same za siebie.

Czytaj dalej