Bum, podgrzanie wody na gorący kubek (pomidorowa na bogato – a co) zepchnęło mnie w wieki ciemne.
Zupełnie prozaiczna rzecz jak walnięcie korków udowodniła, jak mało można dzisiaj zrobić bez prądu. No i że starsze technologie ciężej znaleźć.
Bum, podgrzanie wody na gorący kubek (pomidorowa na bogato – a co) zepchnęło mnie w wieki ciemne.
Zupełnie prozaiczna rzecz jak walnięcie korków udowodniła, jak mało można dzisiaj zrobić bez prądu. No i że starsze technologie ciężej znaleźć.
Ileż to razy podczas rozmaitych imprez powstawały przegenialne plany, mające podbić świat. Satrtupy, książki, serwisy internetowe… wszystko na wyciągnięcie ręki. Świat jest ich pełen. Problem tylko w tym, że z reguły nigdy nie powstają.
Dlatego podziwiam ludzi, którym się to udaje. Ludzi, którzy obierają sobie jakiś cel, po czym konsekwentnie go realizują i osiągają co najmniej dobry wynik. Bo już sam fakt, że się udało znaczy dużo. A wbrew pozorom zrobienie po prostu dobrego produktu też jest koszmarnie trudne.
Poddałem się, mam dość. Dwa seriale lądują w koszu.
Przed Wami dwa wideo z YouTubowego kanału Microsoftu. Tak, tak, do ataku na konkurencję wykorzystana została ich platforma. Jak widać na Bing Video nie opłacało się tego umieszczać.
A do tego warto dodać, że do sukcesu akcji Schafera na Kickstarterze dołożyła się również:
– premia za bycie pierwszym
– fala buntu przeciwko „złym wydawcom” i wspieranie twórców związane z protestami przeciwko SOPA i ACTACiekawe będzie też, czy w przypadku Humble Indie Bundle średnia cena za grę będzie utrzymywać się na stałym poziomie, czy może jednak po jakimś czasie zacznie spadać. Bo w końcu nie bez znaczenia jest tu fakt, że takich paczek z grami pojawia się coraz więcej.
Gdyby Pedro Almodóvar i Woody Allen ogłosili zamiar wspólnego nakręcenia filmu za pieniądze fanów, ci chętnie powierzyliby im swoje zaskórniaki. Nie ogłoszono by jednak na tej podstawie rewolucji w kinematografii. Wiadomo – gwiazdy mają przywileje.
Tim Schafer i Ron Gilbert są Almodóvarem i Allenem gier komputerowych. Jak można nie wesprzeć ludzi, którzy stworzyli „Secret of Monkey Island”?
Dużo mówi się o niedawnej zbiórce Schafera na nową grę przygodową. Ponieważ współcześnie termin ten ma inne znaczenie niż kiedyś, warto wyjaśnić dla ścisłości, że nie chodzi o grę zręcznościową, której bohaterom przydarza się dużo wartkich przygód. Tradycyjne „przygodówki” to odmiana „interaktywnego filmu” przeplatanego zagadkami o konstrukcji zapożyczonej z intryg kryminalnych. Rzecz jasna nie każda gra tego typu jest kryminałem. Na przykład wydany w 1990 roku przebój „Secret of Monkey Island” to komedia o fajtłapie, który pragnął zostać piratem. Jej głównym autorem był Ron Gilbert.
Takie gry cieszyły się wielkim uznaniem dwadzieścia…
Zobacz oryginalny wpis 670 słów więcej
Siedzę sobie w kawiarni – piję soczek, czytam. Czuję wibrację telefonu w kieszeni. Wyciągam go i widzę, że nikt nie dzwonił. Zaczynam mieć omamy? Wariuję? Nie. To syndrom fantomowych wibracji (HPVS). Tak, tak, komórki trochę namieszały nam w głowach.
Byłem na spotkaniu, posłuchałem sobie o wykorzystywaniu zdjęć w sieci. Wychodzi na to, że lepiej w ogóle tego nie robić.
Zasada jest prosta – jak jesteś mały i nie da się z ciebie wycisnąć kasy, to generalnie problemu nie ma, chyba, że się zajuma coś naprawdę znanego i cennego. A są takie fotki. Problemy zaczynają się, jak pracujesz dla kogoś dużego, kto ma pieniądze i można mu je zabrać. A nawet jeżeli nie, to jest się z kim ponapierdalać w sądzie. Fun never ends.
Siedzę sobie w knajpie, co się nazywa Tramwaj Warszawski. Nie jest obleśna, jest słabo-nijaka, ale pasuje do klimatu. Geeksteryzuję.
Nie znam się na muzyce. To znaczy nie to, żebym nie słuchał, nie wiedział co mi się podoba i takie tam. Po prostu gdzieś dawno temu przestałem rozróżniać kolejne gatunki. A zwłaszcza w elektronice.
Kiedyś to było prosto. Punkt, metal, ska, regge, rock, techno, ambietne, trans, house, gabbet i takie tam. Teraz? Czort wie, jakieś idm, space czy inne badziewie. Nie ważne, bo ja w sumie nie o tym. A bardziej o tym, jak elektronikę na żywo się prezentuje.
Nie wiem, skąd wzięło się to przekonanie u niektórych PRowców, że współpraca redakcyjna oznacza bycie miłym „no matter what” dla ich produktów.
Sytuacja, z którą zmagamy się dzisiaj, jest smutna i zabawna jednocześnie. Smutna, bo pokazuje jak bardzo niektórzy odpłynęli w swój świat celebrytów i poklepywania się po plecach. Śmieszna, bo próba „ustawienia medium” na swoim miejscu w szeregu i pogrożenie palcem, zwykle daje odwrotny efekt.
Pisałem sobie wcześniej o natłoku bodźców, o polowaniu przez nie na odbiorcę i ogólnie przesytem informacyjnym. A może nawet nie przesytem, bo internet nauczył nas już dawno multitaskingu, ale braku zdolności segregacji tego, co dostajemy.
Z drugiej zaś strony ciężko od tego się wyzwolić. Zauważyłem, że o ile jestem w zasięgu sieci, to ciężko mi się od niej odpiąć. Nawet jeżeli oglądam film, czy serial i nie wciąga mnie on na 100%, to zawsze znajdę czas by sprawdzić Twittera, fejsa i takie tam. Po prostu jedno źródło informacji to nagle za mało. A tu proszę, opinia z drugiej strony.
Dojrzewam. Dopiero niedawno odkryłem urok reklamowania rzeczy. I że nie jest to nic zdrożnego. Do tej pory byłem klientem idealnym – psuło się, znaczy trzeba kupić nowe. Kto by tam trzymał rachunki i bawił się w reklamacje. No ale to się zmieniło i mam dwa success story.
W ramach disclaimera dodam też, że jakiś czas temu odkryłem zarówno świetne i relatywnie tanie słuchawki do ajfona, jak i markę jeansów, które fajnie wyglądają. I oczywiście te dwie rzeczy się zepsuły.
Czytaj dalej
Oj narobiło się tych tematów związanych z mediami i pewnie, żeby w ogóle udało się je poruszyć, to trzeba będzie to zrobić w kupie i krócej. Na start o blogerach, co marudzą.
Na początku pomyślałem, że to film i zacząłem się zastanawiać, jak to możliwe, że o nim wcześniej nie słyszałem. Później pogrzebałem po sieci i okazało się, że to festiwal. I, wow, zwiastun daje niesamowitą obietnicę.
Za pierwszym razem na to nie zwróciłem uwagi, ale okazuje się, że wszystko w Gwiezdnych Wojnach zaczęło się od podatków.