Znowu złapała mnie gonitwa myśli. Zapewne każda z nich zasługuje na osobną notkę, ale nie wiem, czy będę miał na to czas. Więc niech to będzie taki szkic i zapis myśli, z których mam nadzieję, powstanie kiedyś coś dłuższego.
Tag Archives: marudzenie
To już dawno przestało być śmieszne
Na swoim blogasku poseł Migalski napisał:
Dzisiaj rano dowiedziałem się, że głosowałem za ACTA. Serio. I nie mam zamiaru się tego wypierać. Czy wiedziałem, za czym głosuję? Nie. Czy zawsze wiem, za czym głosuję? Rzadko. Czy inni posłowie i europosłowie wiedzą więcej? Nie
Szukałem, łaziłem po tym blogasku i szczerze mówiąc tej wypowiedzi nie znalazłem. Ale napisało o niej tyle mediów, że zakładam, iż raczej tego nie przekręcono. A teraz trzeba na to mocno uważać – przykład Boniego i jumania filmów z sieci powinien wystarczy każdemu (nie, nie powiedział tego, Dziennik przekręcił i to dość znacznie – wyjaśnienia na kampanianazywo.pl)
Knur domowy – życie mnie dopadło
Jej, blogasek dzięki ACTA zyskał kopa i zaczęło go czytać więcej osób, w tym też zupełnie obcy ludzie. Niesamowite.
Polska myśl muzyczna
Czytam sobie na fejsie:
Z początkiem roku w życie weszły zapisy ustawy medialnej (wymuszone przez UE) nakazujące nadawcom promowanie piosenek śpiewanych w języku polskim. 33% miesięcznego czasu nadawania, w tym 60% w godzinach najwyższej słuchalności, a nie jak do tej pory – nocą. Poza tym promocja utworów debiutantów – na antenie mają być liczone podwójnie.
I tak sobie myślę, że kogoś tam zdrowo pokopało po głowie. Nie miałbym większego problemu z tymi zapisami, jeżeli chodziło by o radio publiczne. A z powyższego wpisu wynika, że każdy musi. A ja się pytam – dlaczego?
Po co polskim artystom dodatkowe ułatwienia? Przecież i tak je mają, będąc z jednego kręgu kulturowego, śpiewając o naszych problemach, a nie wyimaginowanym dylemacie gangstera na manhatańskich salonach. Dlaczego promować miernotę? W jakim celu? Jakoś nie widzę powodów by w popkulturze stosować taryfy ulgowe. Kultura wysoka – jasne, no problemo, ale śpiewanie Dody, czy innej Markowskiej o tym, że kochała, nie kochała, albo była kochana nie specjalnie mnie interesuje.
Rozumiem, że wielkie koncerny promują wielkie gwiazdy. Rozumiem, że dla Polaków tych pieniędzy jest mniej, ale na macki Cthulhu – w grach jakoś to wychodzi. Robią te Wiedźminy, Dead Islandy czy Anomaly i im wychodzi. Bez pomocy, bez nagłaśniania. Czyli jakoś można.
Można też zapewne być utalentowanym i wygrać jak Steczkowska jakąś szansę na sukces, nagrać płytę, która jeżeli jest dobra, to się przebije. I będzie słuchana.
A tak? Na dobre spowoduje to u mnie wyłączenie radia i korzystanie z takich ustrojstw jak Last.fm, grooveshark czy Soundcloud. Inne radia niż informacyjne po prostu przestaną mnie interesować≥ Nie to, żebym jakoś strasznie dużo ich słuchał, ale teraz ta potrzeba będzie jeszcze mniejsza.
Internet zmienił świat. Coraz bardziej możemy dobierać sobie to, czego chcemy słuchać. Oczywiście potrzebujemy nadal polecaczy, ale to zadanie świetnie spełnią automaty badające nasze gusta i kolektywny gust znajomych. Losy takich ludzi jak prowadzący Minimaxa zostały przesądzone już dawno. Od kiedy dostęp do muzyki jest praktycznie nielimitowany ci ludzie są zbędni. A jeżeli nawet ktoś ich potrzebuje, to jest to bardzo niewielkie grono osób.
I umiemy sobie radzić w nowej sytuacji. Akurat muzykę i jej poznawanie ogarnęliśmy bardzo dobrze.
Stąd i to moje całe zdziwienie edyktem, który próbuje zawrócić kijem rzekę.
American Horror Story – super, ale końcówka rozczarowuje

American Horror Story – nawiedzony dom, duchy, prychopaci, zbrodnie, popieprzone postaci i tajemnica. No po prostu wszystko w tym serialu było na miejscu. I podobało mi się. Bardzo.
Czasami było strasznie, czasami trochę śmiesznie, ale przede wszystkim ciekawie. Bo i historie ludzkie tam zaprezentowane były po prostu dobrze zrobione. Mamy więc i nastoletniego psychopatę i parę, która chce czego innego w życiu jeszcze nie zdając sobie z tego sprawy, czy też pokojówkę która pragnie odkupienia za swoje czyny. A wszyscy oni skazani są na wieczność ze sobą w jednym domu.
I w to wszystko wpasowuje się nowa rodzina, szukająca nowego startu i zapomnienia poprzednich problemów. Personalne szambo związkowe styka się więc z wygłodniałymi emocji i cierpiania duchami, które zaczynają bawić się z żywymi. Przez swoje piekło przechodzi chyba każdy – zarówno każde z rodziców, jak i ich nastoletnia córka.
(uwaga, teraz zaczną się spoilery)
No i wszystko idzie świetnie. Kolejne postaci umierają i zostają w przeklętym domu. Ich problemy dokładają się do ogólnej beznadziei, jaka panuje w tym miejscu. Na początku córka (o czym sama dowiaduje się dużo później – co jest zajebistym patentem), potem matka, na końcu nasz pan ojciec – psycholog. I po śmierci zaczynają być jedną zgraną, martwą rodziną, co mi się nie właśnie podoba.
Dużo bardziej podobało by mi się zostawienie na wpół oszalałego z rozpaczy faceta, który stracił wszystko – rodzinę, pracę, znajomych, zmysły… no po prostu wszystko. Kolesia, który otarł się o niewyjaśnione i został niewolnikiem domu. Duchy nie mogą z niego wyjść. On po prostu nie potrafi już bez niego żyć.
A tak mamy taki cukierkowy happy end. Ci starający się zostają nagrodzeni wspólną wigilią przy pięknie ubranej choince, źli czekają na wybaczenie, a najgorsi zostają usunięci poza nawias.
Na szczęście pomysłu na drugi sezon chyba nie ma. Bo co pozostaje? Pokazanie upadku kolejnej rodziny? To by było słabe. Życie pozagrobowe? Chyba też jakoś nie do końca pasuje. Zresztą już pokaz straszenia mieszkańców przez świeżo zmarłą parę był taki sobie i odstawał klimatem od reszty serialu….
Pozostaje w zasadzie tylko wątek narodzonego „antychrysta”. Piszę w ciapkach, bo cholera wie, co oni z nim zrobią. Nie dość, że to wynik gwałtu, to jeszcze do tego ojcem jest duch psychopaty. No i w ostatnich scenach widać, do czego jest zdolny.
Ale mimo to kontynuacji bym nie chciał. Jeden sezon mi wystarczy, bo idę o zakład, że kolejne będą po prostu gorsze.
Wybór bez wyboru
„Niewinny człowiek ma na sobie zamontowaną bombę, dowódca oddziału antyterrorystycznego musi szybko podjąć decyzję – albo wypchnąć go z mostu skazując go na pewną śmierć, albo zaryzykować życie zgromadzonych cywili. W naszej grze będziemy pokazywać właśnie te trudne wybory”.
Cytat wymyśliłem i skleiłem z paru zdań z opisów nowego Rainbow Six. Brzmi fajnie? No pewnie, że tak. Zresztą nie tylko nowe R6 przekazuje nam takie obietnice. Trudne wybory i wczucie się w rolę człowieka, które je podejmuje to dość popularny temat, zwłaszcza w strzelankach, chociaż nie tylko.
Problem tylko w tym, że bardzo rzadko w faktycznej grze do tego dochodzi. Jak wygląda ta trudna sytuacja w opisywanym na początku Rainbow Six?

Wciśnij kwadrat, albo przegraj. Chyba nie o tym mówią twórcy.
Ostatnia gra, w której widziałem pojawiła się ta sama sytuacja to LA Noire. Dwóch podejrzanych, porównujemy zeznania by wybrać winnego i… nie możemy się pomylić. Gra od razu mówi nam kogo możemy oskarżyć. Inną możliwością jest wieczne oczekiwanie w celi ze skazanym, bo bez wciśnięcia kwadratu akcja nie pójdzie dalej.
Skąd to się bierze? Jak wszystko – z pieniędzy. Stworzenie wielu ścieżek fabularnych w grze kosztuje. I to pewnie niemało, bo to i nagranie głosów i zbudowanie lokacji, zrobienie przerywników filmowych itepe itede. A to wszystko ze świadomością, że tylko część graczy to zobaczy. Opłaca się? Pewnie nie. Zwłaszcza, jeżeli gra nie jest cRPG, które zasadniczo powinny polegać na podejmowaniu wyborów i życiu z ich konsekwencjami.
I nie mam z tym większego problemu. Chciałbym tylko, żeby w trakcie promocji gry nikt mi nie wciskał, że będę podejmował ważne decyzje i stanę przed niewyobrażalnymi wyborami. Bo zwykle sprowadza się to do wciśnięcia przycisku i pójścia z góry wytyczonymi torami.
Nie/anty-notka
Nigdy do końca nie rozumiałem serwisów z nie/anty w nazwie, które dodatkowo udają, że branżowe nie są. Do czasu.
Jakoś nie mogę się przekonać do tych nazw, sam nie wiem dlaczego. I nawet nie są to powody osobiste, bo skąd inąd ciekawy blog, nazwijmy go na potrzeby chwili antydrewno, też mnie swoim podejściem i nazewnictwem dziwił. Kochają drewno i pisząc o nim z pasją jestem jednocześnie anty? Jakieś to takie licealne mi się wydaje.
Skąd ta pasja do negacji? Co w tym fajnego? Zwłaszcza, że jeżeli to nie tylko nazwa ale i zbuntowany mit założycielski danego sajtu, to zaczyna się robić ciekawie, gdy pojawiają się pieniądze.
Bo nagle okazuje się, że mimo wcześniejszych deklaracji branżą się jest i zaczynają się pojawiać drobne zmiany, które powodują zwiększenie klików. Jasne, pierdółki, ale zawsze. Bo wyłączenie pełnego kanału rss i dawania tylko leadu o czymś mówi. Tak samo zresztą, jak pojawienie się wyśmiewanych wcześnej ankiet, czy też poradników prezentowych.
I nie piszę oczywiście, że to źle, czy że tak nie można. Po prostu zderzam sobie to co widzę z wcześniejszymi deklaracjami i widzę tryumf smutnej rzeczywistości.
Ciekawe czy to dalej nie jest branża…
Bo chyba bycie anty było modne i fajne tylko przed wejściem do grupy. Teraz to zeszła poza.
PS chociaż oni się akurat za wszystko nie obrażają, jak taki jeden bloger
Growi hipsterzy
Growi hipsterzy są wśród nas. Gry weszły do mainstreamu, a ten – jak powszechnie wiadomo – to źródło wszelkiego zła.
Bo gry przestały już być fajne i modnie jest na nie narzekać. W zasadzie za wszystko. Że wtórne, że głupie, że a trudne, czy też za łatwe, że fabuła nie taka i że na pewno to będzie słabe. A wszędzie macki zła rozsiewa ten cholerny marketing, który rujnuje wszystko. Ekscytować się grami już nie wypada. Trzeba narzekać.
Przykład? Ależ proszę bardzo – sprzed paru chwil.
Mamy grę Last of Us. Robi ją jedno z najlepszych studiów – Naughty Dog. Doświadczeni, z wieloma świetnymi tytułami na swoim koncie. Zwykle dostarczają. Jest się czym cieszyć? Pewnie. Bo gra wygląda przepięknie, jest nowym tytułem, a więc to oryginalny pomysł, a nie kolejna kontynuacja i porusza ciekawe tematy. A przynajmniej je tak zarysowuje. Co więc możemy o niej napisać, żeby trochę pohipsteryzować? Że jesteśmy, a jakże, zawiedzeni.
Nie chcę tu nic rozstrzygać, The Last of Us może być świetną grą, ale póki co jestem zawiedziony, że będzie kolejną produkcją rozgrywającą się już po końcu świata, a nie w jego trakcie.
//dodam tylko, że sam tekst jest bardzo fajny, czepiam się tylko tego jednego zdania//
A to nie wszystko, bo zawodzić nas może, że będą w niej zombie, że nie zobaczymy apokalipsy, że będziemy walczyć, eksplorować i uciekać. I to wszystko przed zobaczeniem tego tytułu. Powodów do narzekania jest wiele.
A wiadomo – osoba narzekająca jest o tyle bardziej cool niż ta, która po prostu poczeka, na to co pokażą twórcy, albo o zgrozo, będzie się z tych nowych produkcji cieszyć.
Dlaczego cool? Bo jest krytyczna, przeszła już wiele i z pozycji mędrca może głosić słowo o upadku i ogólnym syfie popkultury. A wiadomo – negacja jest prostsza niż kreacja. A jeżeli do tego dołożymy fakt, że pomysły są tanie i można rzucać z nimi jak z rękawa dostajemy w zasadzie internetowego supermena bez skazy.
Tu widzi błąd, tam wtórność, tu ponarzeka, ale też i spoko, ma wizje, jak to naprawić. To nic, że nie tworzył gier, że nie implementował swoich pomysłów i sprawdzał, czy to jest grywalne. „Trzeba to było zrobić tak” zawsze działa.
Mainstream jest zły. Duże gry są fatalne. Jedyny ratunek to tytuły niezależne, bo tam jest przecież prawdziwa pasja i innowacja. To nic, że większość z nich nie wygląda i nie nadaje się. Ważne, że mało kto o nich wie i są poza nawiasem. A jak już się spopularyzują, to należy się przenieść gdzie indziej. Bo to się zaraz zepsuje i tak fajnie, jak wtedy gdy grało w to 10 osób już nigdy nie będzie.
I tylko trochę mi smutno, że taki ton zaczyna dominować w mediach. Wśród ludzi, którzy powinni cieszyć się graniem i grami, a nie na siłę pokazywać swoje nimi rozczarowanie. Bo skoro jest tak źle, to może warto zająć się czymś innym? Albo pisać o wspaniałym świecie indie do garstki fanów, nie zajmując się tym znienawidzonym mainstreamem.
Mainstreamem, gdzie mamy przemyślaną konstrukcję, grafikę i wciągającą historię. Mainstreamem, w którym poza mechaniką rozgrywki dochodzą też emocje i żądza przeżywania nie polegająca na mechanicznym masterowaniu kolejnych poziomów i zagadek związanych z budową poziomów, ale na emocjach związanych z przeżywaną przygodą.
Bo to właśnie mój świat – opowieści, przygód i emocji. Świat, którego domeną są dopracowane i ładne produkcje. Świat gier, w które mogę grać sam, a nie umawiać się z innymi i być od nich zależny. Świat kupowania produktu, a nie wiecznie trwającej usługi, gdzie sztab behawiorystów knuje, jak mnie już z niej nie wypuścić.
I pewnie stąd moja niechęć do tego całego hipsteryzowania.
PS I tak, pisałem wcześniej, że chcę pożyczać, nie posiadać i że odchodzimy od produktu do usługi. I dalej to podtrzymuję, pod warunkiem, że pożyczę sobie na 2 dni Batmana, czy MW3, a nie utknę na 5 lat w World of Warcraft czy League of Legends.
Słuchający w ciemnościach
Pękły mi oczy.
Tak wyglądało to mniej więcej dwa lata temu w LA, teraz w zasadzie jest podobnie. Czerwone oczy, ropa w kącikach i takie uczucie piasku po powiekami towarzyszy mi cały czas. Do tego oczywiście łzawią cały czas, więc na ngrodę emo w branży mam sporą szansę.
Przyczyny? Jakże proste – stres, zmęczenie, niewyspanie. Organizm po raz kolejny mówi zwolnij i nie pchaj brudnych paluchów do oczu.
Dokładając do tego regularne bóle głowy (chyba zatoki) czuję się naprawdę jak po gwarancji. Dochodzę do jakiegoś kresu wytrzymałości na życie i łatwo się psuję. Winter is coming.
Ale ja w zasadzie nie o tym, pomarudzilem sobe na siebie, wystarczy. Bo tak naprawdę rzecz jest o audiobookach. Kiedy człowiek palący, grający w gry, uzależniony od informacji i oglądający seriale dowiedzieć sie, że w zasadzie ma się za dużo nie patrzeć, a na ekrany to zwłaszcza, życie nie pozostawia za dużo opcji.
I wydawało by się, że audiobook będzie tu idealnym rozwiązaniem. Niestety często nie jest.
Dlaczego? Po pierwsze jeżeli nic nie robię, tylko słucham, to się nudzę i natychmiast szukam zajęcia. Wczoraj na przykład sięgnąłem po magazyn i zacząłem czytać.
Stało się też tak dlatego, że polskie audiobooki są (zwykle) nudnie czytane. Nikt nam nie opowiada tej historii, tylko czyta jak pani w podstawówce, tak żeby każdy zrozumiał. Jeżeli nie ma tam dobrego aktora to jedyne co nożna z taką audioksiążką osiągnąć to szybkie zaśnięcie.
Za to słuchowiska… Mniam! Wystarczy porównać Narrenturn do dowolnego audiobooka, by usłyszeć różnicę. Na szczęście będzie ich produkowanych więcej. Szkoda tylko, ze z książek, które już znam.
A tak w zasadzie to Polskie radio ma tyle zajebistych słuchowisk. Dlaczego nie zaczną ich sprzedawać, czy udostępniać na www? W końcu zapłaciłem za nie ze swoich podatków i abonamentu. A chciałbym paru z nich raz jeszcze posłuchać.
Jak choćby historii Żyda wiecznego tułacza
Zwodnicza moc ankiet
Och te ankiety. Wystarczy, że napisze o nich jedno zagraniczne źródło i nagle stają się prawdą objawioną. Nie jest ważne ile osób wzięło w nich udział, z jakiej próbki, czy miało to w ogóle sens. Ważne, że Zachód o nich napisał. No i potem te polskie blogaski/sajty przepisują i wysnuwają wnioski. A na sam koniec dodają swoje mocne opinie, które grzebią dane produkty lub wskazują na niesamowite korelacje seksu z czymkolwiek (pralki automatyczne, ajfony itd).
Na szczęście lud internetowy głupi nie jest i często komentuje te rewelacje. Przykład wpadł dzisiaj, gdy jeden z autorów w końcu dotarł do tej prawdy.
Uczulony przez Wasze uszczypliwe komentarze podchodzą z większą dozą rezerwy do wszelkich ankiet i badań, ale tym razem mamy coś względnie wiarygodnego.
I dzięki bogu. Bo często i gęsto jesteśmy sami zdolni zrobić dużo lepsze opracowania i badania. Jasne, nie będzie to socjologiczno doskonałe i nie da prawd objawionych, ale na potrzeby danego medium może być dużo bardziej przydatne niż losowa ankieta z japońskiej strony, w której wzięło udział 200 osób.
No i dodam od siebie, że ankiety są fajne i ludzie je lubią. A że trudniej wymyślić swoją i potem ją opracować, to już zupełnie inna sprawa.
No ale tak to jest w tym polskim internecie, że prościej machnąć copypaste niż coś samemu zrobić.
No i chyba nie ma Sprawy

Sprawa. Spektakl podobno polityczny. Niestety nie zrozumiałem.
Teatr Narodowy to jeden z najlepszych teatrów jakie znam. Przede wszystkim to tam zobaczyłem po raz pierwszy Merlina – jedną z najlepszych sztuk, które było mi dane widzieć przez 30 lat mojego życia (może kiedyś zbiorę się, przypomnę sobie ten spektakl i napiszę coś więcej. Teraz gra go Laboratorium Dramatu, jakby ktoś szukał). To również tam zakochałem się w Snie Nocy Letniej i starałem się objąć umysłem czystego Lyncha w teatrze, czyli Fedrę. Dostałem dawką patosu w którymś Henryku Szekspira i odpływałem przy słuchaniu soundtracku puszczonego w Ślubach Panieńskich (dlaczego edytor wordpressa nie wpuszcza mi dużego ś?).
Nie to, żeby obyło się bez wpadek. Rzeźna numer 5 skończyła się ciężkim alkoholowym zjazdem, bo mój wewnętrzny plebejusz nie wytrzymał napięcia i karmienia go sacrum i niezrozumiałością mroczka. Zwłaszcza, że przede mną siedziała jakaś para typu – starszy mentor i młody padawan, który przyjmował przez całą sztukę dużo mądrości o życiu, sztuce i teatrze z nieśmiertelnym ęmplłą co drugie słowo, co było niesamowicie frustrujące. Podobnie było na Miłości na Krymie, która była też mocno rozczarowująca i Świętoszku, którego nie czytając w liceum głośno skomentowałem „no bez jaj, to już koniec? Skończyła się dotacja z Unii” w trakcie trwania spektaklu, co ściągnęło na mnie gromiące spojrzenia współoglądaczy.
Ale generalnie zwykle jest to teatr pierwszego wyboru, jeżeli szukam sztuki dla siebie. No i w tym roku wpadły mi w oko dwie. Nosferatu – bo wiadomo. Wampiry, Dracula.. niestety nie udało mi się jeszcze zobaczyć. Najpierw była choroba autora, potem chyba nie grali, albo ja nie znalazłem. A w grudniu spektakli już nie ma.
No więc została Sprawa. Dotarłem do niej w dziwny sposób bo z promocji na fejsie. Że dzisiaj konkurs, taniej i w ogóle. Na początku nic mi to nie mówiło, ale szybki googiel przyniósł taki oto opis:
Inspirowany genezyjską filozofią i autentycznymi wydarzeniami z historii Polski, Słowacki napisał najbardziej intrygujący dramat z tzw. okresu mistycznego. Jego główny bohater, Lucyfer, walczy o – jak napisał niedawno Jerzy Axer – miejsce na krzyżu obok, a może nawet zamiast, Chrystusa.
To nie jest dokładnie ten fragment, ale tamtego najzwyczajniej w świecie nie mogę znaleźć. A było w nim jeszcze o Szatanie, sądzie z głową w ręku itd.
No i do tego wszystkiego doszła polityka. Bo jak twierdzi Uważam Rze:
Po mieście krąży plotka: Jerzy Jarocki zrobił PiS-owski spektakl. Tak ponoć po premierze powiedziała wielkiemu reżyserowi sama Maja Komorowska. I nie jest w tej opinii odosobniona. Oburzeni i zniesmaczeni są też inni
Po takich tekstach nie mogłem nie pójść. I poszedłem. I niestety nie zrozumiałem prawie nic. A w zasadzie niewiele. Ale jestem usprawiedliwiony, bo później na RP znalazłem taki oto fragment recenzji:
„Sprawy” nie da się zrozumieć bez lektury „Samuela Zborowskiego” Jarosława Marka Rymkiewicza.
A książki oczywiście nie czytałem.
W każdym razie – wracając do sztuki. Podzielona jest na trzy części, odpowiednio coraz mniej zrozumiałe.
Pierwsza – najbardziej zrozumiała to wizje Słowackiego w malignie. Enigmatyczne, ale też i osadzone w historycznym settingu z Lucyferem, mnichami i dziwnymi rozmowami. Mocno enigmatyczne, ale też i oniryczne i dla mnie jak najbardziej do przyjęcia. Ładnie zagrane i zrobione – aż do przerwy byłem naprawdę zajarany tym, co zobaczyłem.
Część druga to już dziwny początek z baletem przy muzyce Behemota. To już dialog szatana z duchami, gdzie wyjawia swoje plany. Fajne, ale już schodzące bardziej w rozważania historyczno-polityczne, które mnie jakby mniej.
I część trzecia, od której się zaczęło moje rozczarowanie. Na wideościanach puszczony film z pogrzebu Piłsudzkiego, czy też innego Wielkiego Polaka, rozmowa i komentarz aktora, który siedzi w środku. Nie dało się tego nie odnieść do współczesności, Smoleńska i innego pogrzebu. Przetrwałem, ale to nie moja bajka.
Zaś na samym końcu sąd. No i niestety – dużo o historii, dużo mało dla mnie znaczących monologów, mało ważnej treści. Tak akurat na podsypianie.
Jednym słowem, z fajnego gnostyczno-mistycznego konceptu pojawiła się sztuka wymagająca ode mnie wcześniejszego przygotowania, o którym wcześniej nie wiedziałem. I nie podoba mi się to o tyle, że skoro potrzebny jest klucz do jej właściwego zrozumienia, to twórcy powinni mi go wcześniej przekazać.
No chyba, że to miał być test oddzielający plewy od ziarna, na którym odpadłem. Pytanie brzmi tylko wówczas – czy nie dało się tego zrobić inaczej, tak by sztuka była zrozumiała na wielu poziomach, nawet dla osób nie znających aż tak dobrze akurat tego dzieła Słowackego, książki Rymkiewicza i polskiej historii.
Bo po spektaklu połaziłem po wiki. Poczytałem o Samuelu Zborowskim, ale niestety niewiele mi to dało. I chyba w tym tkwi mój problem ze Sprawą. Nie jest to sztuka uniwersalna, przemawiająca na wielu poziomach.
Bo i żadnej PiSowości w niej nie wychwyciłem, ani innych rzeczy, o których pisali recenzenci. Jasne, były odniesienia do współczesnej Polski, ale pozbawione własnej interpretacji, a jedynie stawiające pytania i pokazujące podobieństwa. Oczywiście – fanatycy obydwu stron zaraz sobie dopiszą swoje projekcje na ten temat, ale nie należy się nimi przejmować.
No i tak, jestem rozczarowany, bo spodziewałem się czegoś innego, niż dostałem.
Mam nadzieję, że Nosferatu (jak w końcu uda mi się go zobaczyć) będzie lepszy.
This is waiting
Współczesne konsole, a zwłaszcza PS3 robią jedną rzecz źle. Zamiast od razu wrzucać gracza w rozgrywkę każą mu czekać w nieskończoność.
I dzieje się to w zasadzie na każdej platformie, ale to PlayStation 3 opanowało wkurwianie ludzi do perfekcji.
Im jesteśmy starsi tym mamy mniej czasu na granie, ale i też więcej pieniędzy i chęci na kupowanie oprogramowania. No i teraz wyobraźnię sobie następującą sytuację – ma. Na granie 2 godziny czasu. Mam PS3 z wykupionym PSN+ i łącze 10mbit. Wkładam płytkę do konsoli i dostanę w twarz do pobrania łatkę, co będzie trwać „jedyne” 20min.
20 min z dwóch godzin tl dużo, zwłaszcza, że po pobraniu aktualizację trzeba zainstalować, po czym sama gra konfiguruje się i ustawia na naszej konsoli. Łączny czas oczekiwania na możliwość zagrania – ok 40 min. Dramat.
Ja rozumiem, że multiplayer, że cheatowanie, że ulepszenia, ale czy naprawdę nie można graczowi przy pierwszym uruchomieniu odpalić tego pieprzonego singla i zassać wszystko w tle? Bo jak na razie na PS3 wygląda to nieco absurdalnie.
Chciałbym żeby w przyszłej generacji konsol (podobno next year) takie rzeczy się już nie zdarzały. Żeby po wsadzieniu płytki z grą/ściągnięciu jej z internetu zacząć natychmiast grać.
Takie rzeczy jak PSN+ czy WiiConnect24 to powinien być standard , a nie bonusowa płatna usługa.
Bo gracz marnujący czas na na patrzenie się w ekran z paskiem postępu w końcu pójdzie po rozum do głowy i albo kupi konsolę konkurencji, albo zajmie się czymś innym.
Nowe The Thing nie działa
Obejrzałem prequel do The Thing. Jak ktoś nie wie, że tam jest kosmita, to niech dalej nie czyta, bo i spoilerów trochę zapewne będzie.
Anyways, obejrzałem i tak mnie tknęło, że cała koncepcja nie ma sensu. Pierwszą część widziałem dawno temu i zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Niepewność, izolacja, zaszczucie i idealnie maskujący się skurwysyn z kosmosu dawało sporo emocji. No i te testowanie kto jest kim. Nawet tekst na tę okoliczność zamówiłem, który odnosił się do tej sytuacji. O tu jest (i w ogóle fajny, polecam, tartq dostarsza).
A tam przykład z The Thing:
W tej scenie zarówno widzowie, jak i postacie wiedzą już, że któryś z bohaterów jest obcym. MacReady przeprowadza test, który ma na celu odkrycie tożsamości obcego. Dotykając próbek krwi rozgrzaną igłą, obserwuje reakcję, mającą ujawnić, kto z nich jest obcym. Mamy więc pierwszy etap, czyli suspens. MacReady musi dokonać jakiejś czynności (test krwi) pod presją, nie zdając sobie sprawy z rezultatów […] Nagle krew wyskakuje z pojemnika – zaskoczenie. Trwa to zaledwie ułamek sekundy i sytuacja szybko staje się napięta. Zagrożenie jest już jawne i należy przejść do działania. Zwróćcie uwagę na to, że MacReady nie może uruchomić miotacza, więc napięcie rośnie w miarę postępu sceny. Gdyby zwyczajnie wycelował miotacz i wypalił, scena miałaby fatalny finał po tak genialnym wstępie.
No i to wszystko jest super fajne, zwłaszcza, że w pierwszej części ten kosmita z tego co pamiętam, to był dopiero pod koniec.
A w nowej wersji? Już na starcie widzimy gigantyczny statek kosmiczny i coś, co jest zakute w lodzie. Ale ja nie o tym, bo to w sumie prequel i każdy wie, na co idzie do kina.
Ja o czymś innym, O samym bad guyu, czyli dużym wirusie z kosmosu. Bo jest w filmie taka scena, kiedy on czyha na naszą bohaterkę w swoim statku uruchamia go i w ogóle. I moje pytanie brzmi – jak. Skoro przez cały film pokazywana nam jest istota, która z inteligencją ma mało wspólnego i generalnie chce wszystkich zeżreć, to w jaki sposób operuje ona tym pojazdem? Jakoś przez całość trwania filmu nie wykazała się żadnymi zdolnościami technicznymi wykraczającymi poza nasze ludzkie możliwości. A tu nagle pod koniec – ho ho – polecimy sobie w kosmos.
Zresztą już samo gananie się z laską po statku i ropirzanie wszystkiego po drodze jakoś kłóci mi się z ideą gwiezdnego podróżnika, który chce sobei gdzieś polecieć. Bo latając po korytarzy i rozbijając głową ściany istnieje spora szansa na zniszczenie jakiegoś ważnego kabelka.
Wolałbym inny scenariusz. Innego zarażonego obcego, który rozbija się na ziemi w oddaleniu od wszystkich i wrzuca się głęboko pod lód, żeby nikt się już nie zaraził, żeby raz na zawsze to cholerstwo zniszczyć zanim go pochłonie. Jakoś ten scenariusz mi się bardziej podoba i chyba był on zastosowany nawet w Aliensach. Albo w drugim filmie, albo w książkach po.
Nie miałoby to więcej sensu? Choć pewnie zaraz się w jakiejś fanowskiej wiki okaże, że jest na to jakieś sensowne wyjaśnienie, tylko przegapiłem 16 klatkę w 3 minucie, gdzie było widć coś, co tłumaczyło wszystko, albo też brakuje mi wiedzy z jakiegoś fanfika.
Pffff.




